Showing posts with label Abruzzo (Abruzja). Show all posts
Showing posts with label Abruzzo (Abruzja). Show all posts

ciężko mi boże :) Niby wróciłam do domu, ale trzy miesiące we Włoszech zrobiły swoje. Cierpię. Cappucino,pomidory, słońce, zapachy, dzwięki nie te. Język również. Jestem sierotą po Włoszech.

c
L'Aquila i żebraczka z Galatiny

2x Ascoli Piceno i 2x freski: S. Caterina w Galatinie i S. Pietro w Otranto
 Rozpamiętuję: nowy adres kulinarny w Rieti, nawiązany kontakt z Poggio San Lorenzo, jedynym arystokrytycznym miasteczkiem w siermiężnej skądinąd okolicy, gospodarstwo agroturystyczne ze świetną domową kuchnią (w Monteleone), gdzie stolik trzeba rezerwować z kilkudniowym wyprzedzeniem; Ascoli Piceno nadal czaruje, Viterbo również. L'Aquila fascynuje, a do po raz pierwszy odwiedzonego Teramo i Penne trzeba koniecznie wrócić, najlepiej w przyszłym tygodniu.
niepokalane Otranto i Copertino

Co jeszcze? Tańczyłam pizzicę na rynku w Galatinie i w Otranto, oglądałam groyt w Santa Maria di Leuca i barokowe torty kościelene w Lecce i Nardo. Otarłam się o styl romański w Squinzano i w Casarano. Usłyszałam o lewitującym świętym z Copertino i słucham Antonio Castrignano.


Zawarłam  znajomość (mam nadzieję, że długoterminową) z Basią i Joanną. Udało mi się też pokłócić z sąsiadką o sprzątanie i znaleźć wykonawcę, który zrobi nam dach.
L'Aquila, Penne, Rzym i Teramo

A teraz porządkuję zdjęcia. Jest ich legion :)

Wbić jajka
Makaron do agliaty trzeba zagnieść samemu. Trudne nie jest. Wystarczy jedynie pamiętać, że zapominamy o zasadzie jedno jajko do 10 dag mąki


  • Do kaldery usypanego z mąki wulkanu wbijamy jajka, licząc po jednym jajku na osobę plus jedno jajko na wszelki wypadek, gdyby mąka okazała się wyjątkowo sucha. 
  • Roztrzepujemy je widelcem, zahaczając przy okazji o mąkę. 
  • Gdy jajka przestają się rozlewać, odsuwamy na bok mąkę i zaczynamy zagniatać ciasto, od czasu do czasu podsypując mąką. 
  • Po 10 min. zagniatania i podsypywania ciasto jest gładkie, lśniące i elastyczne. 
  • Odkładamy je pod miseczkę na pół godziny, a potem kroimy na kawałki, rozwałkowywujemy, pamiętając że im mniej składania i wałkowania, tym makaron lepszy. 
  • Rozwałkowane płaty ciasta odkładamy na pół godziny aby trochę przeschnęły. 
  • Pokrojony makaron znów podsuszamy. 
  • Więcej o robieniu makaronu powie podkuchenna z makaronem
reflektorem w makaron
Agliata najlepiej wychodzi ze świeżych okruchów. I nawet jeśli nie wchłonęły one całej szklanki mleka, nie znaczy to, że trzeba dosypać bułki tartej! Wierzcie mi na słowo. Mleko z moczenia też wlać. Agliata (przepis tu) w miarę stygnięcia zmienia się w gips, a więc warto zrobić rzadkawy (ale nie płynny) sos. Sprawdziłam.

Telefon komórkowy największym przyjacielem człowieka we Włoszech jest. Przede wszystkim po to, by opowiadać rodzinie i przyjaciołom, że się idzie lub siedzi, ogląda lub je. I by sprawdzić czy restauracja istnieje (na Sycylii okazało się że polecaną rok wcześniej restaurację zamknięto 11 miesięcy temu , zaś kolację można zjeść w pizzerii serwującej najgorsze spaghetti alla carbonara na Sycylii), a jeśli istnieją, to czy są otwarci tego akurat dnia?

I jeśli istnieją, są otwarci, to czy mają dla nas stolik? Nie raz, nie dwa, a nawet i nie trzy, w trattorii nie było dla nas wolnego stolika, mimo że wtorek, trattoria zdala nie tylko od miasta, ale też kilometry od najbliższych zabudowań, a stolika nie ma. I nie ma po co czekać, bo stolika dzisiaj i jutro nie będzie....

Ale ja do polecanej trattorii w Abruzji nie zadzwoniłam. Zasłużyliśmy więc na zamknięte drzwi i  pustkę kulinarną w okolicy. Na obiad, zamiast planowanej jagnięciny - a  trzeba wam wiedzieć, że najlepszą jagnięcinę dostaje się właśnie w trattoriach leżących na terenie i w pobliżu Parco Nazionale del Abruzzo, Molise e Lazio, ba, wiadomo, tratturi i tak dalej (czym się tratturo je?) - jedliśmy ryby. Do trattorii Vecchia Marina dzwoniłam zza kierownicy. Otwarci? Będziemy między 13:30 a 14.  Trzymajcie dla nas stolik i nie zamykajcie kuchni!

Warto było gnać z wywieszonym językiem. Naprawdę warto. Maccheroni z owocami morza? Świetny. Fritto misto? Jeszcze lepsze. Ryby i owoce morza z grilla? Objawienie. I nawet brak butelki wina na stoliku (JC, dochodzący do siebie po usunięciu woreczka żółciowego, nie pił, a ja, kierowca docelowy, nie mogłam) nie popsuł nastroju....


Wbrew obawom, roboty w San Salvatore Maggiore postępują. Zdjęto stalowe plomby z wieży, wnętrze można obejrzeć i przekonać się, że barokowa fasada kryje średniowieczne sklepienia. Nie powinno to w sumie dziwić: okres świetności klasztoru przypadał na na wiek VI - VIII, a po najeździe Saracenów nigdy nie odzyskał swojej świetności. Barokowa fasada była jedynie malowaniem zwłok do trumny.

I jeśli o zwłokach mowa, to jesień jest. Liście umierają, Wasserburg zakłada ciepłe skarpetki. Może mniej pasiaste niż te z rury w Alkmaar, ale za to lepiej komponujące się z otoczeniem:



=====
Vecchia Marina
Lungomare Trento 37, 64026 Roseto degli Abruzzi (TE)
tel: 085.8931170
można płacić kartami kredytowymi
otwarci na obiady i kolacje
i znów jesteśmy sławni. Tak w ogóle. A więc, po raz kolejny Michelin uznał La Pergola z Rzymu za wspaniałą restaurację. W La Pergoli jeszcze mnie nie oglądano i pewnie nieprędko  -jeśli kiedykolwiek - mnie  zobaczą, ale do La Troty, bliższej i geograficznie i finansowo, pewnie się wkrótce wybiorę by pogratulować im nie tylko dwóch Michelinów ale też trzeciego widelca od Gambero Rosso. O tym widelcu rozmawialiśmy bodajże dwa lata temu, że niby ma być przyznany, ale jakoś nie był. Więc sprawiedliwości stało się zadość.

I tak oto rok 2015 ma być nie tylko rokiem dachu na Casa di Giuseppe, ale też i rokiem w którym La Trotę uznano za jedną z 19 najlepszych restauracji we Włoszech.  Nie żeby na pytanie jak żyć panie prezydencie od razu odpowiadać tylko według gwiazdek i widelców, ale miło, że naszych tak uhonorowano, a gdy się osobiście zna właścicieli to czuję się tak jakby mi ktoś nowe dachówki podarował....

I jeśli już o honorach mówimy, to najdroższą restauracją we Włoszech (zdaniem CNN) nie jest ani Osteria Francescana (z Modeny) ani La Pergola, w której płaci się 220 euro (bez win) od osoby za konstrukcje jadalne i widok na Rzym, a restauracja położona rzut beretem od Ginestry, w Viacone. Solo per Due, bo tak się nazywa owa restauracja, jest najmniejszą restauracją na świecie - jeden stół, dwa krzesła. Imprezy z przyjaciółmi tam nie zrobisz.

Do Solo per Due też się nie wybieram, w ostatecznym rozrachunku bliższy memu sercu dach niż romans wśród świec i jedwabiów, ale podziwiam pomysł. Podobno jedzenie w Solo per Due jest doskonałe, a obsługa jeszcze lepsza :) i za to miejscowej sabińskiej inicjatywie cześć i chwała, bo skoro ludzie chcą tyle kasy wywalać za wieczór trzymania się za ręce i dziubania ravioli w kształcie serca, to lepiej żeby to robili u nas, w Górach Sabińskich, niż u obcych, we Florencji.

Bowiem niezależnie od tego co prawi podlinkowany artykuł CNN, na geografii się nie znający. Viacone bowiem leży w Lacjum a nie w Umbrii jak tego chce CNN, Enoteca Pinchiorri pozostaje najdroższą restauracją we Włoszech. 300 euro od osoby, bez wina i pewnie bez wody mineralnej. Czyli o suchym pysku. Kilka lat temu Gambero Rosso zabrało Pinchiorri jeden widelec ale nadal rezerwacje trzeba w Pinchiorri robić z dużym wyprzedzeniem. Więc może nie o nagrody i laury chodzi, a o coś innego? Tylko ja nie wiem co to coś innego jest.

Ale ja w ogóle burak jestem, a moją ulubioną restauracją jest ostatnio La Fiaccola w Anversa degli Abruzzi, gdzie kilka dni temu podkradałam z talerza JC troffie w sosie z ricotty, pecorino i szafranu, obrabiając drugą ręką ravioli nadziewane burratą i polane sosem pomidorowym przecudownej świeżości. I jakby tego było mało,  mięso z grilla, specjalność regionu, też nam bardzo smakowało. I jeszcze sałatka z cytrusów, cima di rape (liście rzepy) z fasolą jako dodatki. I do tego przyjemne wino, może niekoniecznie z wyższej półki, ale w stylu włoskiej trattorii - niedrogie i w dzbanku :)


 A że czworo nas było, to podzieliliśmy się cima di rapa gotowaną z fasolą, grillowanym mięsem i jeszcze pozostało miejsca w żołądkach i na tortę z figami i na herbatniki regionalne. Było dobrze, było tanio, czyli w cenie kilku dachówek oraz na luzie i atmosferycznie. A że przy okazji La Fiaccola okazała się być nagrodzona jedną krewetką przez Gambero Rosso? No cóż, czasami nasze zdanie pokrywa się ze zdaniem przewodników kulinarnych ;)

Sama Anversa degli Abruzzi okazała się przyjemnym miasteczkiem, ustawionym na urwisku, z widokami na góry i drogę prowadzącą do Scanno, ale, w przeciwieństwie do Scanno, Anversa ma mniej zabytków. Ponieważ zbudowano ją z kamienia w kolorze beżowym i nie trzeba się do niej przedzierać przez drogi wyryte w skałach, wydaje się przyjaźniejsza od jej sławniejszego sąsiada. W dodatku leży blisko autostrady z której musicie zjechać jadąc z własnym wężem do Cocullo, na majową procesję.

==
La Fiaccola
corso Raynaldo d'Anversa7/9
Anversa degli Abruzzi (AQ)
tel 08 644 9474
otwarci 7 dni w tygodniu, 12:30 - 14:00 i 19:30 - 22:00
parkować w okolicy rynku lub ulicę niżej, restauracja nie ma własnego parkingu

na zdjęciach: Anversa i jej okolice
do podjęcia tematu ricotty zmotywowała mnie Buruuberii blogująca na Makagigi i 55 Pierników, pisząc o starym białym serze, a podany przez nią przepis pasuje, jak w mordę strzelił, do przepisu na soloną ricottę, choć ricottę warzy by się z tego, co zostałoby po zrobieniu białego sera, czyli z serwatki.


3 razy ta sama pieczona ricotta
 1.
Oczywiście najlepszą ricottę robi Lacjum. I choć oficjalnie mówi się o ricottie rzymskiej, to najlepsza pochodzi z Sabiny i Ciociarii (górzyste okolice Fucci i Piglio), czyli regiony w których nadal wypasa się owce. Gdyż wszystkim wiadomo, że jak ricotta to tylko z mleka owczego.

2
Nadzienie do ravioli to obgotowane liście buraka, dziki majeranek i owcza ricotta. Liście buraka można zastąpić szpinakiem lub innym zielskiem znalezionym na łące, zamiast majeranku dodać oregano lub mentuccii, ale nigdy przenigdy nie wolno zastąpić ricotty owczej tą robioną z krowiego mleka.

Więc ravioli robimy od listopada do czerwca.  Latem ricotty owczej nie ma.

3.
Pewnie z tego samego powodu sycylijskie cannoli to deser, który je się przez 9 miesięcy w roku, ale nigdy latem.  I najlepsze cannoli nadziewane są ricottą owczą. Lub kozią. Gdyż najlepsza ricotta, wbrew temu co opowiadają w Lacjum, może też być z koziej serwatki.


4.
Robiłam ricottę z sąsiadką. Podgrzewałyśmy serwatkę, z której wytrącały się grudki białych szumowin. Ktoś na forum napisał, że pewnie sąsiadka dodawała podpuszczkę.

Wyczytałam, że ricotta robiona jest bez podpuszczki. Czasami dolewana jest odrobina mleka lub trochę soku cytrynowego w celu przyspieszania koagulacji.

5.
Montalbano i cannoli (z odcinka Il campo del vasaio)


W Palermo, w barze tuż przy porcie, starszy pan zamówił nie cannolo. gdyż mieliśmy drugą połowę czerwca i na cannolo było już za późno, a małą casatę. Wgryzł się w nią, a potem oblizał palce. Widąc, że się mu przyglądam z zainteresowaniem, spytał skąd pochodzę. Na odpowiedź, że z Polski i Ameryki via Holandia, powiedział że to dobra kombinacja i zaprosił na granitę kawową. Koniecznie z bitą śmietaną.

6.
Świeża ricotta przypomina smakiem bitą śmietanę. I nie pomaga dodawanie soku cytrynowego, kandyzowanych owoców lub posypywanie kawą. Dla mnie jest ricotta jest bez smaku, co mój znajomy od granity kawowej podsumował: ma pani niewyrobione kubki smakowe.

7.
Może i tak, choć ze wszystkich ricott których nie lubiłam, najbardziej smakowała mi ricotta z Posta. Posta leży wysoko w górach, na granicy z Abruzją, ma masę pastwisk i owiec.

Ricottę z Posta kupuje się po znajomości od zaprzyjaźnionych pasterzy. Albo od przyjaciół, którzy mają zaprzyjaźnionych pasterzy. I wtedy sos z ricotty do makaronu, specjalność Sabiny, smakuje jak nektar. Ricotta z Posty smakuje też, gdy poleje się ją aromatycznym miodem. Gryczany byłby dobry, ale kasztanowy jest lepszy.

8.
Gotowe grudki ricotty wkładałyśmy do plastikowych koszyczków, które zastąpiły koszyczki wiklinowe. Reszta narzędzi potrzebnych do produkcji była jak kiedyś: cedzak z długą rączką, gar nad paleniskiem, koszyczki na stole. Wszystko tak jak na miniaturze z roku 1460.

Pierwsza ilustracja z produkcji ricotty pochodzi właśnie z roku 1460. Książka nazywa się Tacuina (lub Tacuinum) Sanitatis i jest przedrukiem (jeśli tak można nazwać ręczne kopie) najpopularniejszej księgi średniowiecza traktującej o zdrowym odżywianiu.

Trudno powiedzieć, która z miniatur z wielu Tacuinum Sanitatis uznawama jest za pierwszą ilustrację produkcji ricotty: czy ta w ciepłych odcieniach ochry czy może ta malowana błękitami i szarościami?

9.
Zresztą, nie jest to w tej chwili istotne. Na wspomnianych miniaturach w lewym dolnym rogu siedzi mężczyzna, w miseczką w jednej ręce i chochelką w drugiej. Pewnie je ciepłą jeszcze ricottę. Czyli je coś, co na Sycylii nazywają ricotta ccu sieru. Ricotta w sosie własnym :)


10.
Dizionario delle Cucine Italiane zna ricottę alla fuscella, czyli prosto z wiklinowego koszyczka, kremową i o delikatnym smaku, ricottę forte, kwaskową jak nasz polski biały ser, i ricottę marzotica, marcową ricottę owczą. Ricotta forte i marzotica to specjalność Apulii.

11.
Umbryjskie Gubbio odsącza ricottę, otacza w mące i rozmąconym jajku a potem smaży na gorącej oliwie. Jak kotlet.

12.
W Novara di Sicilia kupiłyśmy z Annamarią ricotta infornata, pieczoną w piecu. Starta na tarce nadaje się do posypywania makaronów. Idealnie komponuje się z warzywnym risotto, a jeszcze lepiej z polentą.

13.
Do kolekcji ricott tego świata brakuje mi jedynie ricotty z Abruzji. Aromatyzowanej dymem z jałowca,  ricotta al fumo di ginepro. Z okolic Anversa d'Abruzzo.

14.
Ricotta infornata pieczona jest przez 30 minut w piecu chlebowym przez 30 minut. Nadaje się do spożycia po 24 godzinach. Nie trzeba jej przechowywać w lodówce, można ją trzymać na zewnątrz, pod warunkiem że jest w woreczku lnianym, a nie w folii plastikowej.
i wsiada do samochodu

gdy Wojownik z Capestrano szedł na wojnę pewnie miał w plecaku suchary.  Albo takie w dużych kartach jak pane carasau, albo Schüttelbrot, który przypomina kartki z notatnika.

Chociaż pewnie nie, bo pane carasau to chleb z Sardynii, a Schüttelbrot pieczony jest Górnej Adydze. A może suchary wojownika z Abruzji miały kształt małych obwarzanków, czyli taralli (l. poj. tarallo), które - zdaniem Dizionario delle Cucine Regionali Italiane - jadają całe Włochy centralne i południowe? U nas, na wsi w Sabinie, taralli to nie suchary, a prawie kruche ciasteczka, robione z mąki i czerwonego wina, przyprawiane anyżkiem lub skórką pomarańczową, co czyni nas kulinarnymi kuzynami Sycylii, która też piecze słodkie taralli.


Taralli wytrawne, czyli suchary z Południa, można kupić wszędzie, nawet w niewielkim supermarkecie w Poggio Nativo. Ale tym produkowanym przemysłowo daleko smakowo do tych najlepszych, kupionych w piekarni w Canosa di Puglia.


Jak poinformowano mnie w kolejce, chleb Canosa ma dobry, choć lepszy jest ten z Altamura, ale taralli z Canosy to ho, ho...nikt im nie dorówna. Dlaczego? Nie wiem. Usłyszałam co prawda argumenty o jakości mąki, wody, piecu opalanym drewnem, duchu i wyczuciu, ale żaden nie był wystarczająco przekonywujący. Faktem natomiast jest, że taralli z małej piekarni w Canosie były bardzo smaczne. Smakowały te pikatne i te przyprawione nasionami dzikiego fenkułu, który porasta rowy. Moje ulubione to taralli z cebulą, JC wolał taralli robione z palonej pszenicy, która ostatnimi laty wróciła do łask koneserów.

Taralli lub trallucci, bo i taka nazwa jest znana, robi się  z resztek ciasta chlebowego. W zależności od regionu kółka, ewentualnie warkoczyki (Benevento), wkłada się natychmiast do pieca lub obgotowywuje. Te ostatnie są więc kuzynem polskich obwarzanków i żydowskich bajgli. Tarallucci lessi z Teramano, zagniate z ciasta z dodatkiem oliwy, cukru i anyżu, mogłyby być w plecaku Wojownika z Capestrano, gdyby Teramano leżało gdzieś w pobliżu Teramo. A Google nie wie, gdzie leży Teramano.....
w Chieti

jest chyba najbardziej znaną osobą w Abruzji, jego podobizna firmuje wszystkie materiały pomocyjne regionu, widać ją też na butelkach wina z winnicy Cataldi Madonna, choć nie żyje od 2600 lat. Chodzi oczywiście o Guerriero di Capestrano, Wojownika z Capestrano, którego dwumetrowy (dokładnie 2,09 m) posąg wykonano na polu niedaleko od winnic Cataldi Madonny.

Wojownik wczoraj, dzisiaj i jutro

Początkowo uważano, że pochodził z Grecji, gdyż przypominał archaiczne figurki z tamtego regionu, ale późniejsze odkrycia archeologiczne potwierdziły hipoterę, że Wojownik to sztuka miejscowa, abruzyjska, a konkretniej jeszcze - produkt kultury Vestinów, plemienia Italickiego, zamieszkującego okolice Pescary. 

 A że Wojownik z Capestrano ma podobno znaczenie symboliczne, więc nic dziwnego, że Cavaliere Berlusconi chciał obecnością Wojownika uświetnić spotkanie G8 w L'Aquili. Miasto nie zgodziło się: posąg wypalany jest z gliny, głowa w każdej chwili może odpaść, kostki mimo stalowych protez też z trudnością utrzymują dwumetrowego chłopa w pionie, więc zdecydowano, że Obama na Wojownika w L'Aquili patrzeć nie będzie. Ale Włochy nie byłyby Włochami, a Berlusconi nie byłby multimilionerem, gdyby miał się przejmować obawami gruzypiórków i jajogłogłowych w okularach. 4 lipca 2009 roku o godzinie 8:30 il Guerriere w Chieti już nie było. Pojechał na spotkanie z panami tego świata w L'Aquili. Oczywiście Włochy nie byłyby Włochami, gdyby nie w sieci zawrzało na taki przejaw arogancji, a Berlusconi nie byłby Berlusconim, gdyby się tym przejął. Oczywiście dyskutuje się, czy Wojownik następnego Berlusconiego przetrzyma, ale wszyscy wydają się mieć nadzieję, że może następny premier chcący zaimponować kumplom weźmie kopię z zamku w Capestrano lub z Muzeum Rzymskiej Cywilizacji.

Osobiście bardzo Wojownika z Capestrano lubię. Przede wszystkim za kapelusz, który przypomina trochę sombrero a trochę kapelusz leśnika Smitha. Tak, tego Smitha od Yogiego i Bubu.

====
zdjęcia:
Guerriero Scapestrano - Gio z Segnali di fumo
Wojownik na zimę Abruzzo 24 ore
nalepka z butelki Toni: Cataldi Madonna
Antika.it
Numismatica dello stato
Capestrano na Grouponie
znaczek pocztowy

Ostatnie dwadzieścia lat wykopalisk archeologicznych w Abruzji i Molise zmieniły mapę półwyspu. Nieaktualny jest już podział na terytorium etruskie od północy, umbryjskie w centrum, rzymskie na zachodzie i hernickie, czyli obejmujące wszystko na południe od Rzymu. Tak, regiony należące do Rzymu, Etrusków, Umbrów i Herników jak najbardziej, ale też i tereny Sabinów (okolice Rieti), Vestinów wzdłuż rzeki Pescara, Peligni nad Sangro, czyli tam gdzie teraz mamy Popoli, Scanno, Sulmonę; Marrucini i Carrici na wschód od łańcucha Maielli, Frentani w południowym Molise, Cismontani w okolicach L'Aquili. Tak więc mieszkając w Ginestrze należę do Sabinów, odwiedzając muzeum w Chieti wędrowałam po terenach Marruccinich. Zaś moje ukochane Atri to teren Vestinów.

I pomyśleć, że jeszcze 3 miesiące temu, przed odwiedzinami w muzeum archeologicznym w Chieti, wydawało mi się, że podział administracyjny Włoch mam w małym palcu :)

==
Museo Archeologico Nazionale d'Abruzzo - Villa Frigerj
Via G. Costanzi 2
66100 Chieti

  • otwarci od 9 do 20, od wtorku do niedzieli włącznie
  • nie wpuszczają 30 min. przed zamknięciem
  • Cena biletu 4 euro (zniżkowy 2 euro), 
  • dzieci i młodzież do 18. roku życia wchodzą za darmo. 
  • Za darmo wchodzą też emeryci po 65.

strona muzeum: www.archeoabruzzo.beniculturali.it

zdjęć w muzeum robić nie można. Tak więc aparat fotograficzny wykorzystałam w parku otaczającym Villę Frigerj. Sesja fotograficzna okazała się nadspodziewanie romantyczna, ale nie trudno o romans, gdy znad morza wędruje słona mgła, a kwietniowa zieleń jest nadzwyczaj soczysta...
temat niewyczerpany, gdyż są w Atri jeszcze 4 kościoły godne zwiedzania, palazzo ducale, teatr rzymski(by wymienić tylko najważniejsze obiekty z wikiAtri).

Krzyż po lewej stronie (góra) to wiek XIII. 

Barokowy relikwiarz z tralkami (poniżej), freski i polichromie, cysterna czyli krypta oraz niewidoczny na zdjęciu ołtarz główny pochodzenia rzymskiego oraz fragmenty rzymskiej mozaiki na podłodze
chrzcielnica nazywana bizantyjską, choć jest romańska, wstawiona z resztą do bardzo renesansowej misy. I to można nazwać baldachimem, jest w rzeczywistości częścią tabernaculum, wykonanym z Renesansie przez Paolo de Gerviis z Bissone. Freski i polichromie to przede wszystkim dzieło Renesansu (malował je Andrea Delitio), ale są też polichromie miejscowego artysty (Luca d'Atri znany również jako Maestro di Offida)
głównie okoliczna produkcja, głównie z Bussi, choć dzbany po lewej stronie pochodzą z Terre dei Passeri
kolekcja kamieni w krużganku, w tym zapis nutowy i mój ulubiony korkociąg, choć jest to fragment romańskiego łuku okiennego.
Pogryziona przez korniki madonna pochodzi z XIII wieku, Katarzyna z Aleksandrii (góra, po prawej stronie) jest z Abruzji. Pochodzi z drugiej połowy XVI wieku.

Piękna pani z gaśnicą w tle to rzeźba Tommaso Illuminatiego (1883-1872) rodem z Atri 
prawie Tintoretto to w rzeczywistości obraz Serafino Tamburelli z Atri. Prawie della Robbia to prawdziwy Luca della Robbia, choć - podobno - stuprocentowej pewności nie ma, ale pasuje i kolorystyka i precyzja wykonania.
nie ma to jak doskonale dobrane elementy: kształt wzgórza podkreślony zwartą formą baterii słonecznych, ulotność materiału wpisana w abstrakcyjną formę drzewa. Tylko stać i podziwiać.

At Atri in Abruzzo, a small town
Of ancient Roman date, but scant renown,
One of those little places that have run
Half up the hill, beneath a blazing sun,
And then sat down to rest, as if to say,
"I climb no farther upward, come what may,"--
The Re Giovanni, now unknown to fame,
So many monarchs since have borne the name,
Had a great bell hung in the market-place,
Beneath a roof, projecting some small space,
By way of shelter from the sun and rain.

W wierszu H.W. Longfellow*, Atri jest małe, nieznane i rzymskiego pochodzenia. Niewiele się więc zmieniło: nadal jest mało popularne, niewielkie (11025 mieszkańców, ISTAT 2013), choć trudno je uznać za rzymskie.

Jego nowożytna nazwa wywodzi się co prawda z łaciny (Atria, Hadria lub Hatria, ta ostatnia wspisana jest z resztą w herb miasta), ale początki miasta to czasy jeszcze przedrzymskie. Początkowo sądzono, że - zgodnie z legendą założycielską - była to dawna kolonia grecka, w pierwszej fazie związana z Eginą, a później z Syrakuzami. Ostatnio jednak przeważa jednak teoria, że Atri to miasto założone przez Vestinów (jak to spolszczyć włoską nazwę Vestini: Westini?), należących do grupy plemion Italskich.


Kultura Vestinów i innych plemion italskich to odkrycia ostatnich dwudziestu lat, a więc za wcześnie jest by twierdzić, że nic po nich w Atri nie pozostało. Może za rok, dwa ktoś wykopie posąg na miarę Guerriere di Capestrano lub okaże się, że rzymskie pozostałości wybudowano na cyklopowych murach zbudowanych przez Vestinów.

Na razie jednak najstarsze eksponaty w muzeum to pozostałości po Grekach i Etruskach, z którymi Atri handlowało. Po Rzymianach Atri odziedziczyło m.in. wielką cysternę, którą chrześcijanie wykorzystali jako kryptę katedry S. Maria Assunta. Następne wieki wstawiły normańskie odrzwia, wymalowały renesansowe freski, ustawiły kamienny baldachim nad romańską chrzcielnicą i wystrugały z drewna, przy okazji bogato intarsjując, barokowy relikwiarz ozdobiony tralkami.

Jeno dzwonu króla Jana nie ma. Nie ma go na placu przed klasztorem, nie ma w wirydażu klasztornym. A szkoda, bo dzwon byłby dobrym zwieńczeniem opowieści, zwłaszcza gdyby powróz oplatały pnącza, tak jak w wierszu Longfellow. I gdyby jeszcze urząd miasta postawił na rynku rzeźbę wychudzonego konia, to byłabym w siódmym niebie. A tak jestem tylko w szóstym. Ale mimo tego, do Atri i tak wrócę.

=====
Wiersz Longfellow to The Sicilian's Tale. The Bell of Atri. Nie znalazłam w sieci polskiego przekładu.
w okolicach Atri wzgórza pokryte są bruzdami, zwanymi calanchi, dramatyczniejszymi niż te w okolicy Civita di Bagnoreggio, choć trudniejszymi do sfotografowania.

Rośnie tam dziki bez w przemysłowych niemalże ilościach. Nazbieraliśmy kilka wiaderek, część przerobiliśmy na kwiatowy syrop, ulubiony napój na lato - z limonką, miętą, rozcieńczane prosecco lub wodą mineralną, a resztę zalałam grappą. Pewnie mi z tego wyjdzie likier sambucopodobny. Jedyne co nam nie smakowało, to kwiatu bzu w cieście. Albo ciasto było zbyt ciastowe, albo sambuca na deser to nie nasza bajka.....
czyli eksponaty z muzeum w Atri.


Lubię miejsca o krótkich nazwach: Bussi, Itri, Sutri (o Sutri dopiero będzie), Nepi (o Nepi też będzie). Do Atri w Abruzji pojechaliśmy właśnie dla krótkiej i przyjemnie kojarzącej się z Itri nazwy. A ponieważ o Atri zgodnie milczą przewodniki, więc miasteczko niespecjalnie oblegane przez stonkę turystyczną i dlatego można w Atri robić to, czego nie wolno w znanych miejscach.


A więc można można pogłaskać po głowie relikwiarz na serce lub płuca. Wolno dotknąć pogryzionej przez korniki madonny, sprawdzić czy rzeźba Tommaso Illuminatiego jest przyjemna w dotyku, usiąść na tronie biskupim i poszurać butami po podłodze cysterny by wzbiły się tumany kurzu.


I gdyby nie to, że klęczniki nie zmieszczą się w torebce, to pewnie można by je było wynieść. A te wszystkie przyjemności za 6 euro (albo 8, nie pamiętam) od osoby, gdyż tyle kosztuje bilet do rzymskiej cysterny, którą średniowiecze przerobiło na kryptę klasztoru i do muzeum, czyli kolekcji relikwiarzy i rzeźb oraz skorup rodem z pobliskiego Bussi.


Majolika z Bussi to moje nowe odkrycie. Podobały mi się dzbany na oliwę lub wino o zdecydowanie fallicznym kszałcie oraz patera z konterfektem zezowatego króla, zachwycił  prawie Tintoretto godnie obłażący z farby, co dało obrazowi postmodernistyczny posmaczek. Piękna też była madonna, która mogła, ale nie musiała, pochodzić z warsztatów della Robbia, terrakotowa Katarzyna Aleksandryjska i Katarzyna ze Sieny na ludowo, w kwiecistej szacie.


A jak tylko znajdę przewodnik po kompleksie klasztornym (8 euro, warto kupić PRZED zwiedzaniem katedry) to jeszcze opiszę o czym są kolorowe freski i kto je namalował. Oraz opowiem o kamiennym baldachimie i kamiennym korkociągu.
Właśnie tym korkociągu


zwykła Abruzja i pospolite Marche

Ile razy można wracać? Ano ze sto razy. Stać na tym samym polu, patrzeć na tę samą górę, przejechać tę samą trasę, bo wzgórze tam ładne? Zaklinowana wyobraźnia? Przyzwyczajenie? A może natręctwo?

ta sama Sabina

Albo Sabina. Jest codziennie, a ja po raz tysięczny zatrzymuję się i patrzę. A więc nawyk. Od ilu razy zaczyna się uzależnienie?
 
===
na zdjęciach: góry Abruzji z płaskowyżu Marsica, Marche w okolicach Osimo i Sabina między Orvinio a Carsoli.
Dawniej, gdyby można było przejechać odcinek od Avellino do Cheti z zamkniętymi oczami, to bym tak robiła. Nie lubiłam tego odcinka drogi: bałam się i gór przypominającyh hałdy żużlu i płaskowyżu z porozrzucanymi na nim klockami miasteczek. Aż w końcu pojechaliśmy do Popoli, po wino. i odkryłam, że do Marsici* da się przyzwyczaić.

Do gór Abruzji przyzwyczailiśmy się do tego stopnia, że często tam jeździmy. I nie tylko po wino, ale również w celach turystycznych. Znamy Lago Fucino, Sulmonę i Badię, Popoli i Scanno, Tagliacozzo i Cocullo. Ale czy je lubimy? To chyba zależy od definicji lubienia :)



Na przykład Alba Fucens. Lubimy ją zimą. Przypomina mi wtedy ilustrację do rzymskiej wersji Pana Wołodyjowskiego, pusta stannica na końcu (rzymskiego) świata. A JC lubi koloseum, gdy śnieg śnieg i lód pokreślają jego owalny kształt.

Fascynuje nas bazylika św. Piotra, gdyż jest to nie tylko najlepiej przeprowadzony projekt rekonstrukcyjny powojennych Włoch, ale również - a może przede wszystkim - najwierniejsza ilustracja witruwiańskiej definicji stylu toskańskiego. Taką informację znaleźliśmy na ostrzelanej ze strzelby (?) tablicy informacyjnej. Sprawdzać będziemy przy innej okazji, gdyż św. Piotr jest zamknięty i na wizytę trzeba się z nim umawiać, dzwoniąc do Annamarii Dimattia**. I wtedy można zobaczyć na własne oczy dobrze zachowane fragmenty świątyni Apollo połączone w zgrabną całość ze stylem bizantyjskim i romańskim. Tylko jak skomponować w logiczną całość boga słońca, kojarzącego się z muzyką i światłem, ze św. Piotrem? Chyba że przeczyta się wiersz o Apollo i Marsjaszu Herberta. I wtedy można zrozumieć o co chodzi w tym kościele z widokiem na koloseum.



PS: Obchodząc bazylikę spotkałam dwóch młodych mężczyzn. Szli powoli, dyskutując o życiu uczuciowym i seksie. A więc jednak Apollo.

=====
* Marsica - górzysty region w zachodniej Abruzji. Pierwotnie zamieszakły przez plemiona italijskie. Z podanej przeze mnie listy odwiedzonych miejscowości do Marsici należą jedynie Tagliacozzo, Scanno i Cocullo, no i, oczywiście, Alba Fucens.

** S. Pietro d'Albe Annamaria Dimattia 340 6255873 or 086323561

Apollo na sankach, o Witruwiuszu z linkiem do pdfu jego X. ksiąg, Witruwiusz i jego dzieło autorstwa Anny Sadurskiej oraz Vitruvius z Project Gutenberg
I pomyśleć, że kiedyś stała tu świątynia boga słońca. Pobożne życzenie czy stwierdzenie faktu, że kiedyś było tu cieplej?

między innymi cimmosa
Wygląda to tak: Dusze Pokutne podrygują w audytorium, Maria jest teraz Piotrem i Pawłem, albo Piotr i Paweł stali się Marią (detali nie zapisałam, zaś sam barokowy z resztą kościół widziałam, ale nie zwiedzałam). Stara rzeźnia zarzyna nie zwierzęta, a historię, przerabiając ją na obrazki z życia Scanno i wełny, z której kiedyś miasto żyło. Król, królowa, mnich i błazen wypluwają wodę w fontannie Sarracco, dawnym najważniejszym ujściu wodnym, teraz jedynie ozdobie ściany na przeciwko  Chiesa delle Anime Sante, kościoła upamiętniającego ofiary plagi, a obecnie audytorium.

A że Scanno jest popularne, więc stare cutrille, kamienne podwórka, dostają nowe tynki, natomiast cimmose (l.poj. cimmosa) - zewnętrzne podesty, wspierane charakterystycznymi półłukami, świecą marmurowymi schodami, i mało kto na nich przesiaduje, choć kiedyś służyły miejscowym kobietom, korzystających z lepszego oświetlenia. Podobno mieszkania w Scanno są ciemne. A nowe tynki na starych domach nie świecą pastelowymi tynkami, tylko kolorem kamienia. W sumie, niby nowe, a jednak stare.


maski na schodach
====
Ja jedynie sygnalizuję, o wiele więcej ma temat Scanno ma do powiedzenia miejscowa informacja turystyczna i włoska wikipedia.

Scanno odwiedziliśmy, by sprawdzić czy tamtejsze kobiety nadal chodzą w czarnych strojach. Te czarne stroje i kamienne uliczki widziałam na zdjęciach Henri Cartier-Bresson  i Mario Giacomellego. Tego pierwszego przedstawiać nie trzeba, ten drugi najbardziej jest chyba  znany ze zdjęć wirujących jak nakręcane zabawki księży.

polizać Scanno


Ale wracając do tematu Scanno:

Nazwa ma pochodzić od scamnum, wynalezionego przez Hipokratesa stołka, pomagającego zrastaniu się kości, praszczura obecnych aparatów ortopedycznych i bliskiego kuzyna narzędzia tortur rozciągającego stawy. I choć obecnie raczej łączy się etymologię nazwy Scanno nie ze stołkiem, a z rodzajem jęczmienia uprawianym w okolicy, zwanym w miejscowym dialekcie scannella, to ja - subiektywnie i buraczanie - upierać się będę przy pierwszej teorii, bowiem dojazd do Scanno to tortura.

Nie trzeba nawet cierpieć na nadmiar wyobraźni, by poczuć żołądek w okolicach pęcherza moczowego, a serce w przełyku, patrząc na przyklejoną do gór drogę. Tysiące metrów poniżej :) dno doliny, nad głową wiszące skały, tu i ówdzie nawis opięty stalową siatką. To sławne Gole di Sagittario. Szukaliśmy ich kilka lat temu: przewodnik podawał, że przesmyki Sagittario kończą się na Anversa degli Abbruzzi, zaś zaczynają na zachód od Sulmony. Byliśmy wtedy bardzo rozczarowani, bo żadnych uroków przyrody nie stwierdziliśmy. Ot, zwykły strumień, trochę pagórków i drzew. Tymczasem Gole di Sagittario zaczynają się w Anversa, kończą w Scanno, są dramatycznie piękne i przerażające, gdyż mimo woli przychodzi człowiekowi na myśl trzęsienie ziemi lub zwykłe osunięcie kilku skał, który zamknie wyjazd ze Scanno, a tym samym odgrodzi nas od cywilizacji i pozostawi sam na sam z duchami owiec i kobietami ubranymi na czarno.


Kobiet ubranych na czarno było bardzo niewiele. Pomijając te ze starych zdjęć w gablocie przybitej do ściany baru, widzieliśmy tylko jedną staruszkę, siedzącą milcząco na stołku przed drzwiami wejściowymi do kamiennego domu.

Duchów owiec poczuliśmy więcej, choć Scanno nigdy nie leżało na trasach tratturo. Natomiast żyło (i nadal żyje) z owiec. Dawniej bogaciło się na wełnie, teraz bogaci się na tradycji, którą cześcią są ubrane na czarno kobiety,  i na pecorino, które produkują miejscowe gospodarstwa. Pecorino fresco i pecorino staggionato. Pecorino puro i pecorino z czerwoną skórką z mielonego peperoncino. W końcu pecorino w ziołach z górskich hal. Owce przerobione na ser i owce przerobione na mięso do ragu. To ostatnie podawane z fettuccine. Dziki szpinak z hal dodany do mącznych gnocchetti, zwanych w Scanno chettillitti. Chiettillitti con oradi, gnocchetti z dzikim szpinakiem wymagały żucia, a sos ze szpinaku smakował gorzkawo i ziemiście.Czyli jak karma dla owiec.

Wszędzie owce. Tylko migdały , których dodaje się do amaretti i do miejscowego ciasta pan dell orso*, przywożono do miasta na osiołkach. Skąd przywożono? Stamtąd, i tu miejscowy zatoczył koło reką, ogarniając góry, Gole di Sagittario i chlapiąc kawą na kamienną podłogę. Migdały były z tamtąd. A więc z miejsc, które niekoniecznie fotografował Cartier-Bresson i Giacomelli. A jeśli nawet fotografowali, to nie było na nich kobiet w czarnych sukniach. A my? Cóż, wrócimy do Scanno z całym stadem, czyli na Boże Narodzenie, gdy po ulicach będą chodzić kobiety ubrane na czarno a owce zagrają rolę owiec w żywej bożonarodzeniowej szopce.

Ciąg dalszy nastąpi....
 ======
* ciasto nazwano na cześć miejscowej odmiany niedźwiedzi brunatnych, nadal żyjących w okolicznych górach. Samo ciasto (nikt, oczywiście, nie podaje dokładnego przepisu) robi się z miodu i migdałów. Konsystencją przypomina aksamitny biszkopt. Ja byłam zachwycona, JC wolał miękkie amaretti.


Powered by Blogger.