Showing posts with label Alto Adige (Górna Adyga) i Trentino. Show all posts
Showing posts with label Alto Adige (Górna Adyga) i Trentino. Show all posts

Gdy chcemy zaskoczyć gości wieziemy ich do Trydentu, pierwszego większego miasta zaraz za granicą Tyrolu z Włochami, które zgrabnie łączy zgrzebne z wyrafinowanym, delikatne  polichromie zestawia z drewnianymi balkonami, ochrę z beżem, zieleń z cynobrem. Tak więc i tym razem pojechaliśmy do Trydentu by uczcić 43, urodziny A.

I.
Gdyby nie cappuccino pite na pierwszej włoskiej stacji benzynowej, roboty drogowe tuż przy granicy, mercedes z domem kempnigowym na autostradzie i dochodzenie czy na Piazza Piedicastello można parkować czy też nie, zdążylibyśmy na widowisko roku. A tak mogliśmy obejrzeć tylko rekwizyty: barierki, porzucony  kask strażacki i sterę popalonych desek. No i pokryte szarym nalotem, jak w kominku, ściany dzwonnicy.

II.

III.
Brodziło się po mieście jak w gęstej zupie. Pot spływał wzdłuż kręgosłupa i między pośladkami, łaskocząc nieprzyjemnie. Słońce świeciło mętnie zza szarawej mgiełki, a góry przypominały analogowe niewyraźne zdjęcia.


IV.
W Il Libertino (Il Libertino, Piazza Piedicastello 4/6, Trydent) było gorąco. Odlepianie się od krzesła bolało. Wychodzenie na zewnątrz nie pomagało: wiało, co prawda, od rzeki, ale nie bryza, a gorące powietrze z termoobiegu.

V.
Chłodna zupa pomidorowa i tartar z wyczuwalną nutką kaparową i cytrynową pasowały i do kolorytu krajobrazu i do termoobiegu. Wino jednak powinniśmy zamówić białe, a nie czerwone. Nie po raz pierwszy (i zapewne nie po raz ostatni) doszliśmy do wniosku, że Trydent można lubić za wiele rzeczy, ale nie za wina.

VI.
Strangolapretti w Trento to nie makaron nitki, makaron - grube sznurki, makaron - zacierki, a kredelki, grube kluchy kładzione. Grube kluchy ze szpinakiem, lekkie jak pierogi leniwe z pianą z białek.

VII.


VIII.
Pennserjoch zimny jak rozklekotana lodówka, jak rozregulowana klimatyzacja w samochodzie. W dodatku z włączonym na maksa wiatrakiem, z ulewą na horyzoncie i obietnicą burzy. W tle pobrzękiwania dzwonków krów. Łaciatych jak na opakowaniu Milki.

IX.



X.
I żeby nie było wszystko ładnie i piękne jak w reklamie rzeczonej Milki, to atmosferę zepsuł supermarket pod Merano, w którym, jeszcze rok bodajże temu, kupowałam miejscowe sery i dynie, a półki uginały się od lokalnych specjałów, teraz w ofercie ma cytryny z Argentyny, czosnek z Chin, sery - głównie standard międzynarodowy  - czyli holenderskie i niemieckie, oraz tradycyjne wypieki z dodatkiem tłuszczu palmowego (sprawdzałam etykiety). Przez supermarket przewalały się tłumy, pod delikatesami o 200 metrów pusto....
Nie o via Francigena będzie, choć można by ją do wędrówki wzdłuż Francigena porównać. Jest na swój sposób, tak jak  i Francigena, nieczytelna. Bo obydwie w historii zanurzone, a przez to utytłane w kontekstach, metaforach, cytatach choć Francigena to teraz tradycja, skansen w którym celebruje się przeszłość, a ta nowa jeszcze w budowie, choć jej zarysy już widać.

Via Francigena prowadzi z Paryża do Rzymu, nowa trasa zaczyna się w Wenecji, obiega Weronę, skręca do Palermo by przeskoczyć granicę i skończyć na górze w Szwajcarii.  Dlaczego tak? Bo w Wenecji zaczynał karierę Carlo Scarpa, w Wenecji studiował Mario Botta, choć Szwajcar najprawdziwszy. Tymczasem, może dzięki Wenecji, a może dzięki naukom Scarpy, architektura Botty nasączona jest Italią. Przeczytałam gdzieś, że obiekty Botty mówią estetyką włoską. Nie mam zamiaru z tym twierdzeniem polemizować.

mistrz - uczeń mistrza
 Mistrz
Podświetlone popiersie zawieszone na niewidocznym wsporniku, biała twarz na tle białej ściany, fragment portalu jako rzeżba? I jeszcze użycie światła w przestrzeni wystawowej, woda jako element architektoniczny. To cytaty ze Scarpy.

Chodząc po współczesnych muzeach nawet sobie nie zdajemy sprawy, ile ich wnętrza zawdzięczają Carlo Scarpie,  uważanemu za jednego z najbardziej wpływowych architektów XX wieku, choć edukację skończył na poziomie kreślarza. Oczywiście pojawiają się głosy pytające o sensowność tytułowania architektem kogoś, kto nigdy nie zaprojektował budowli od podstaw. Nie mniej jednak przestrzeń wystawowa Olivetti zaprojektowana przez Scarpę jest studiowana przez studentów architektury tak, jak studiowane są święte księgi.

Księgi święte
W Wenecji znajduje się też odrestaurowany przez Scarpę pałac Querini Stampalia. Drzwi dzielące przestrzeń pałacu nawiązują do kamiennych okiennic Torcello. Zestawienie cegły z ze szlachetnym marmurem, to też cytat z weneckiej architektury. Dla Querini Stampalia odtworzył technikę stucco lucido (tynków z połyskiem). Z resztą stucco lucido stanowi główny element dekoracyjny w innej realizacji Scarpy - wnętrzu Banca Populare w Weronie. I mogłabym tak dłużej: o jego umiejętności rysowania jednocześnie prawą i lewą ręką, co może nie miało wpływu na jego pozycję jako architekta, ale za to świetnie nadawałaby się do świeckiej hagiografii, ale nie mogę nie napisać o Palazzo Abatellis (Palermo), Castelvecchio (Verona) i muzeum Canovy w Possagno. W tym ostatnim Scarpa poustawiał białe marmury i białe gipsy na tle białych ścian. A do wnętrza zaprosił światło by światłocienie dodawały innego wymiaru.

I te klocki
Przede wszystkim powyciągał utytłane klocki: łuki stare, częściowo pogryzione przez mole, fragmenty fryzów, tympanonów, rzeźby poutłukiwane i pokazał jak je ustawiać. Nie pod ścianą, i nie w grupach jak wycieczka szkolna na przymusowym spędzie do muzeum, ale każde osobno. Nie terapia grupowa a indywidualna, często z eksponatem zajmującym centralne miejsce tak, by widz mógł obejrzeć go z każdej strony (Palazzo Abatellis, Palermo)

CTR-V
ciął też.  Od-dziewiętnastowiecznił Castelvecchio w Weronie, wycinając schody wybudowane przez Francuzów, Odsłonił mury, pokazał nakładanie się stylów, a w komnatach powykruszane fragmenty łuków drzwiowych pozostawił tak jak były, bez prób rekonstrukcji brakujących fragmentów. A więc sztuka w konteście, czas jako współtwórca, widz dostawiający w wyobraźni brakujące klocki.

Cytat
W końcu wybudował  grobowiec - epitafium, grobowiec godny współczesnego faraona, a przede wszystkim grobowiec - cytat. Portal jak do katakumb, woda jak Styks, choć płynącej po niej łodzi Charona już nie zrealizował, kompleks rozrzucony po 25 metrach powierzchni jak Dolina Królów. I w końcu w sąsiadujące ze sobą cementowe płyty wtopił małe  stalowe łuki górnej części okularów przez które odwiedzający kieruje wzrok na na wioskę z której pochodził zmarły faraon z małżonką (grobowiec Giuseppe i Onoriny Brion-Vega, San Vito d'Altivole).

Mario Botta też cytuje. Niekoniecznie z betonowym rozmachem, ale cytuje. Na przykład średniowieczną piazzę, najpierw w kompleksie muzealnym Il Mart w Rovereto, a później w Area Appiani w Treviso. Kolor tufy i trawertynu do Santa Maria degli Angeli na Monte Tamaro, a przede wszystkim biało-czarne pasy i portal katedry z Pistoi w kapliczce górskiej. Tak kapliczka w Mogno- Fusio jak i katedra w Pistoi są pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.


Plan zwiedzania

Mario Botta

Carlo Scarpa
I kto mi teraz powie, że tylko średniowiecze i tylko przeszłość się liczy artystycznie? A więc ostatnie słowo należy do mnie!

====
lektury:
Carlo Scarpa. Monograph, Robert McCarther, wyd. Phaidon
Mario Botta, Philip Jodidio, wyd. Taschen
Encyclopedia of Contemporary Italian Culture, ed. Gino Moliterno, Routlege University Press
Dictionary of Architecture, James Steward Curl, Oxford University Press
Contemporary European Architects, Taschen


foto: João Amaral, Günther Bogensberger i Enrico Cano
gdy Wojownik z Capestrano szedł na wojnę pewnie miał w plecaku suchary.  Albo takie w dużych kartach jak pane carasau, albo Schüttelbrot, który przypomina kartki z notatnika.

Chociaż pewnie nie, bo pane carasau to chleb z Sardynii, a Schüttelbrot pieczony jest Górnej Adydze. A może suchary wojownika z Abruzji miały kształt małych obwarzanków, czyli taralli (l. poj. tarallo), które - zdaniem Dizionario delle Cucine Regionali Italiane - jadają całe Włochy centralne i południowe? U nas, na wsi w Sabinie, taralli to nie suchary, a prawie kruche ciasteczka, robione z mąki i czerwonego wina, przyprawiane anyżkiem lub skórką pomarańczową, co czyni nas kulinarnymi kuzynami Sycylii, która też piecze słodkie taralli.


Taralli wytrawne, czyli suchary z Południa, można kupić wszędzie, nawet w niewielkim supermarkecie w Poggio Nativo. Ale tym produkowanym przemysłowo daleko smakowo do tych najlepszych, kupionych w piekarni w Canosa di Puglia.


Jak poinformowano mnie w kolejce, chleb Canosa ma dobry, choć lepszy jest ten z Altamura, ale taralli z Canosy to ho, ho...nikt im nie dorówna. Dlaczego? Nie wiem. Usłyszałam co prawda argumenty o jakości mąki, wody, piecu opalanym drewnem, duchu i wyczuciu, ale żaden nie był wystarczająco przekonywujący. Faktem natomiast jest, że taralli z małej piekarni w Canosie były bardzo smaczne. Smakowały te pikatne i te przyprawione nasionami dzikiego fenkułu, który porasta rowy. Moje ulubione to taralli z cebulą, JC wolał taralli robione z palonej pszenicy, która ostatnimi laty wróciła do łask koneserów.

Taralli lub trallucci, bo i taka nazwa jest znana, robi się  z resztek ciasta chlebowego. W zależności od regionu kółka, ewentualnie warkoczyki (Benevento), wkłada się natychmiast do pieca lub obgotowywuje. Te ostatnie są więc kuzynem polskich obwarzanków i żydowskich bajgli. Tarallucci lessi z Teramano, zagniate z ciasta z dodatkiem oliwy, cukru i anyżu, mogłyby być w plecaku Wojownika z Capestrano, gdyby Teramano leżało gdzieś w pobliżu Teramo. A Google nie wie, gdzie leży Teramano.....
tak jak omawiane wcześniej domowe cavatelli można nazwać kluskami, albo jeszcze precyzyjniej: zacierką  cavatelli należą do grupy makaronów zwanych strascinati, zacierki), tak gnocchi di semolina to pieczona prażucha. I choć znana jest i Sardynii i Trentino, gdzie ci pierwsi zwą ją pillas, a zapiekają z sosem mięsnym i pecorino, zaś ci drudzy podają  - jako canederli di gries - w rosole, to gnocchi  z Rzymu są najbardziej znane.

(prawie) srebrna łyżka w gipsie

Gnocchi alla romana - prażucha po rzymsku - to dowód, że można bezczelnie postawić przed gośćmi blachę z mąką, mlekiem, serem oraz masłem i zostać okrzykniętą cudowną kucharką.  A co najważniejsze: zachwyceni, nawet się nie zorientują, że jedzą mało pracochłonny bieda-obiad, bowiem zrobienie gnocchi to dosypanie mąki do mleka, wykrojenie kółek i wstawienie do piekarnika.

Trzeba jedynie pamiętać, że mąkę sypie się cienką strużką (korzystam z lejka) na wrzące mleko, miesza ciągle przed dwie minuty, aż zrobi się coś przypominające gips. Do lekko ostudzonego - ale nie zimnego -  gipsu trzeba dodać żółtka, choć nie są one konieczne, bowiem gnocchi są równie dobre w wersji bezjajecznej, trochę soli. gałki muszkatułowej lub pieprzu,  i łyżkę startego parmezanu. Zamieszać, wylać na mokry blat. Łyżką lub mokrymi dłoniami rozprowadzić ciasto, uformować prostokątny placek o grubości 1 cm i pozostawić do wystygnięcia. Na koniec wykrawać kółka lub inne kształty, ułożyć w naczyniu wysmarowanym masłem, polać roztopionym masłem (zapomnijmy tu o oliwie, gnocchi bez jajek da się zrobić, ale bez masła już nie), posypać startym parmezanem i piec w 200 stopniach, aż z parmezanu zrobi się chrupiąca skórka.

Pozdrawiam serdecznie, prawie sława kulinarna i prawie Guerani :D

PS: dawniej, za czasów Ady Boni, gnocchi alla romana układało się w piramidkę. Współczesność o dawnych metodach zapomniała i robi jednowarstwową zapiekankę z krążkami zachodzącymi na siebie. A ja, niezorientowana i niedouczona, układałam moją postmodernistyczną zapiekankę, nie przypuszczając nawet, że kiedyś było inaczej.

============
Składniki (na gnocchi dla 4 osób): 250 g semoliny lub semoli (grysiku), litr mleka (może być pełnotłuste lub odchudzone), 2-3 łyżki masła, sól, pieprz lub gałka muszkatułowa, starty parmezan, dwa żółtka (opcjonalnie)
Idąc do baru ogląda się za siebie. Wieczorem, gdy Alfredo jest jeszcze w pracy,  J. zatrzaskuje kratę i przekręca zamki w drzwiach, a z psem wychodzi jeśli  ktoś znajomy jest na ulicy.

Jeszcze niedawno J. chciała sprzedać dom i wyprowadzić się z Ginestry, ale przyjaciółki przekonały ją, że lepiej zostać w wiosce: tu każdy obcy zwraca uwagę, carabinieri  niedaleko, w dodatku znajomi, bo Renato zna cały posterunek w Poggio Moiano. No w Ginestrze mieszka Stefano, wojskowy.

ciemno, prawie noc, z czerwonym światełkiem

Dzisiaj J. ogląda się na wszelki wypadek, ale wkrótce będzie to konieczność. 7. listopada kończy się wyrok pierwszego męża J., który dostał trzy lata za przemoc domową. Jeszcze niedawno, opowiadała nam J, twierdził, że ma porachunki z kurwą. Mój syn też tak uważa, mówiła  J i z jej głosu wynikało, że to boli tak samo jak bolały ją połamane żebra i 25 szwów na głowie.

Tak więc wieczorem dobiega zza okiennic tupot łapek Resa i cicha rozmowa J. z sąsiadem, a potem słyszymy trzaśnięcie kraty i skrzypienie trzech zamków. 

Czasami sprawdzam, czy komórkę nam naładowaną gdybym w nocy musiała dzwonić na posterunek carabinieri w Poggio Moiano.

====
na zdjęciach: ulica w Ginestrze, 2x katedra w Trydencie i safkofag w S. Clemente in Causaria
pokazać język
Jambon de bosses, speck, bazzone, barbozza, castenovese. Z Carpegnii, Monti Nebrodi, Cormons, Sauris, Cosentino. Ale też z Modeny, Parmy i San Daniele.W encyklopedii produktów włoskich wydanej przez Prezydium Slow Food, znalazłam 33 rodzaje prosciutto, wszystkie wpisane na listę produktów tradycyjnych, wiele z nich objętych ochroną, a więc ze znaczkami DOP i IGP.

Głównie ze świni, ale też z gęsi (lombardzkie prosciuttino d'oca), dzika, kozy lub owcy i wtedy nie mówimy prosciutto tylko violino (skrzypce) di capra lub violino di pecora.

w co zapakować
Jedni przechowują je w workach jutowych, wcześniej  nacierając szałwią i rozmarynem (jambon de bosses z Val d'Aosta), inni szynkę pieką w tajemniczej mieszance ziół (prosciutto arrosto z prowincji Cuneo). Prosciutto della Val d'Ossola (nadal Piemonte) wędzone w dymie z drewna bukowego. Prosciutto z Vigezzo (Piemonte) przyprawiane jest jałowcem, cynamonem, gałką muszkatułową i goździkami. Prosciuttino d'oca moczone jest w marsali, a speck z Górnej Adygi nabiera odpowiedniego smaku dzięki dodatkowi ziela angielskiego i cukru.

Co kto lubi
Livio od kilku lat próbuje znaleźć producenta viollino di capra z górskich dolin Lombardii, R. twierdzi, że najlepsza jest violino di pecora, robiona z mięsa miejscowej rasy owiec cornella bianca). My lubimy prosciutto di San Daniele z Friuli, ale pamiętamy również smak szynki z okolic Benevento, przyprawianego ostrą papryczką, i smak prosciuttino d'oca, szyneczki gęsiej, kupionej na targu w Pavii.

nieoznakowana szynka z Guarcino

W Guarcino (Erzinio, producent dobrych prosciutti z Lacjum) powiedziano mi, że najlepsze szynki we Włoszech robi się na Sycylii z czarnych miejscowych świń. Przyprawia się je czosnkiem, dzikim fenkułem, oregano i pieprzem. No i są jeszcze prosciutti z Basilicaty: dojrzewające w idealnych warunkach klimatycznych. Bo prosciutto lubi suche, chłodne górskie powietrze. Dlatego najlepsze szynki w Lacjum robione są w Ciociarii, a więc w Guarcino. I choć szynki z Guarcino nie mają oznakowań DOP i IGP, to napewno smakują lepiej niż te z okolic Amatrice. Tak twierdził sprzedawca z Erzinio, układając płaty prosciutto na przekrojonym kawałku miejscowej pizzy, a więc foccaccii.

I z czym

figi mi koty zeżarły, a świnię znalazłam w Trydencie
Na kawałku pizzy, jak w to robią w Erzinio, ale też jako zakąska, z obranymi świeżymi figami. Białymi (tak podano nam prosciutto w Umbrii), lub ciemnymi. Lub prosciutto i kulka świeżutkiej mozzarelli. Ale jak się nie ma fig i mozzarelli to można też z dojrzałym melonem. I nie jest to zestawie kulawe :D

Polecana lektura:
Atlante Slow Food dei prodotti italiani. Repertorio della produzione gastronomica regionale. Slow Food Editore, 2012
Dieter i Heidi kupili dom w górach, w wiosce tak małej, że Ginestra wydaje się przy niej metropolią. Mają dom z kamienia i ponad hektar gruntu zwanego ogrodem, którym w końcu postanowili się zająć. Kupili więc bawarską drewnianą szopę zwaną zabudowaniem gospodarczym i wysłali ją do włoskiej posiadłości. Dieter wytłumaczył jeszcze jak jechać do M., położonego na granicy Emilii i Toskanii.

Dostawę przewidziano na ubiegły wtorek.

renesansowe dziwadło (zamek Beseno, Trentino)

We wtorek o  11:00 Dieter zadzwonił do sprzedawcy, by sprawdzić jak idzie ustawianie szopy. Kierowca jeszcze w drodze. O 13:00 również. O 13:30 nadal. O 14:00 stracono kontakt z kierowcą. O 15:00 wciąż brak kontaktu. O 15:30 też. O 16:00 Dieter zadzwonił do włoskich sąsiadów i poprosił o zorganizowanie akcji poszukiwania samochodu dostawczego w szeroko rozumianej okolicy.

O 18:00 ciężarówkę zlokalizowano. Stała przechylona, prawe koła zaryte po osie w błocie.

Kierowca zignorował instrukcje i pojechał tak, jak mu zasugerował gps, a więc drogą o 3 kilometry krótszą. Akurat było po deszczu, grunt miękki, droga wąska, ciężarówka wielka, a więc pobocze, osunięcie, zarycie po ośki i brak zasięgu, bo w górach komórki czasami nie działają. Ponieważ było już ciemno i robiło się zimno, więc nie czekając na decyzję czynników, wioska zorganizowała dwa traktory i ciężarówkę postawiono na nogi. Kierowcę przyjął pod dach Marcellino. O 21:30 kierowca spał snem sprawiedliwego po przeżyciach, a wioska rozmawiała o wydarzeniach i rozmiarze ciężarówki.

Sądzimy, Dieter, Heidi, JC i ja, że od ubiegłego wtorku M. odmierza inaczej czas. Coś wydarzyło się Przed lub Po  Ciężarówce Wyciąganej z Błota.

Zgodnie twierdzimy też, że Włosi tak chętnie przyjmują cudzoziemców, gdyż ci dostarczają im tematów do długich dyskusji w barze. Dieter przygotowuje już podziękowanie dla mieszkańców wioski: w tajemnicy zamówił katering i wino na imprezę w szopie. Nie chciałam mu psuć przyjemności, ale nie sądzę by niespodzianka była niespodzianką. Wioska już o imprezie wie i pewnie ją dokładnie omawia w wioskowym barze. Przynajmniej tak to się robi w Ginestrze.
1000 postów. Wiele zrobiłam. Poznałam ludzi. Zapracowałam też uczciwie na krytyków, trolli i wrogów.

Lewe -6,50 Prawe -1,25

Już 1000 postów, a jeszcze tyle nie ruszone: gdzie o wystawie Artemisii Gentileschi w Mediolanie, tegorocznym salonie del gusto, wspomnienia z lektur i szkoły, notatka o maserati i ferrari, przepis na crostatę i ciasto z jabłkami Annamarii, adres do restauracji Tito, historia wojny domowej na szczeblu powiatowym i opis tego, co się naprawdę wydarzyło w Rocca Sinibalda?

1000 postów to szacunkowo 2000 godzin. A więc przepierdoliłam przed komputerem 83,33 dni.

różowe okulary w szare paski

Wychodzi na to, że pisałam cały grudzień, styczeń i pół lutego. Bez przerwy na kawę, siku, rozmowę z mężem, spotkanie z przyjaciółmi pod choinką.

Nie wiedziałam, qwa, że jestem taka pracowita. I taka głupia.

Gdybym te 2000 godzin przepracowała dla poprzedniego pracodawcy, byłabym o jakieś sto kawałków bogatsza. Jasne że na papierze, bo więcej połowę z tego zabrałby urząd podatkowy i leczenie na oddziale zamkniętym, ale i tak wystarczyłoby na sycylijski weekend, wymarzoną Vespę, kilka torebek od Prady, Gabs i innych Balenciag, kolekcję szminek, modnych kolorów na paznokciach i korespondencyjny kurs korespondecji.

Przesiedziałam przed komputerem 120000 minut. Hemoroidów się jednak nie dorobiłam. Niedowładu nadgarstków też nie, żylaków nie stwierdzono, mąż nadal ze mną rozmawia, przyjaciele dzwonią, wada wzroku się ustabilizowała, a więc nie ślepnę.

co kogo kręci

Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez włoszczyzny. Z czego jestem najbardziej dumna? Ze wszystkiego, a ostatnio z imajla komentującego ateistyczny post sprzed roku: szczekanie bezbożnej suki, bóg to słyszy i cię pokaże  ... jak ja lubię korespondencję od czytelników. Miau, miau.....;D

-------
Da Capo, to ode mnie, o blogu
--------
instrukcja oglądania obrazków:

dioptrie to Bari

Różowe okulary w szare paski
rząd 1 gaj oliwny w Apulii, cement z Bari,  pies łódzki, kolory gandawskie
rząd 2 deski z Montereale, w drodze do domu, żółty w Trydencie

co kogo kręci
rząd 1 flagi dla Bari, wystawa błękitów włoskich, perspektywa kropki
rząd 2 Klein był niedawno w Gandawie, w Bari u Mikołaja, ostre Piglio
rząd 3 szmaty i klamerka, gandawskie dekoracje i światowy design w winiarni Lageder

L'i.mu czyli Imposta Municipale Unica
Ułatwiono nam życie. Zamiast wysyłanego przez gminę formularza na odprowadzanie podatków, na którym wpisyłam dochód kadastralny, mnożyłam przez ileśtam, i leciałam na pocztę płacić wyliczoną sumę, w tym roku obowiązuje nowa metoda odprowadzania podatków, o czym poinformowała mnie Annamaria, potwierdził Stefano, przypomniał Luca, a potwórzyła Fabiola: mam iść na pocztę, odebrać formularz, wpisać cyferki wyliczone przez odpowiedni program na stronie internetowej gminy. Proste jak budowa kija. I dodatkowo tanie, gdyż podatek można płacić w dwóch a nawet trzech transzach. I czasu mam sporo, bo aż trzy tygodnie, by zapłacić pierwszą ratkę 27, 39 euro.

podobno droga jest najważniejsza
Dwója z egzaminu
W poniedziałek poszłam na pocztę po formularz. Wypełniony odniosłam na pocztę w piątek (poczta otwarta jest tylko w poniedziałki i piątki). Formularza nie przyjęto, bowiem między poniedziałkiem a piątkiem doprecyzowano wymagania i zmieniono wygląd dokumentu. Nie można już było wpisać skrótu nazwy gminy. Trzeba było znać kod. Rodzaj domu miał też swoje oznakowanie, na przykład pierwsza posiadłość oznakowana była 02. Czy jakoś tak. Ale ja wtedy tego nie wiedziałam. Z poprzedniej korespondencji podatkowej z gminą pospisywałam odpowiednie, jak mi się wydawało, cyferki. Zaczęłam je, co prawda, wpisywać w pola przeznaczone na podatek dochodowy, ale się zorientowałam, przekreśliłam i zaznaczyłam intencję zmiany zdania parafką, że to ja niżej podpisana, wprowadzam poprawki.W poniedziałek, już o 8:30, byłam na poczcie. Formularza nie przyjęto: nie wolno skreślać. Zwłaszcza w podatku dochodowym.

 Korepetycje
Antonella wręczyła mi następny formularz, a ja zaczęłam przepisywać z jednego formularza na drugi. Nie wyrobiłam się czasowo, więc z gotowym formularzem wróciłam w piątek. Znowu pała: przepisane cyferki były niewłaściwe. Mam zadzwonić do gminy i zapytać. Zadzwoniłam. Podano mi kody: gminy, domu, posiadłości, kategorii kadastralnej i wytłumaczono, gdzie mam to wszystko wpisać. Z wypełnionym formularzem poszłam na pocztę. Dlaczego masz kod 03, skoro powinien być 02? spytała Antonella. Nie wiem, tak mi powiedziano. To powiedziano ci źle. Zadzwoń do gminy, ale nie rozmawiaj z Anną tylko z Franco. Niestety, Franco był na chorobowym, mnie kończył się termin składania zeznań. I pewnie skończyłoby się na karnych odsetkach, gdyby nie artykuł w Corriere della sera pokazujący prawidłowo wypełniony formularz i tłumaczący co każdy kod oznacza.

W końcu zaliczone
Po 7 wizytach na poczcie, dwóch w gminie i jednej rozmowie telefonicznej, formularz w końcu przyjęto. Antonella musiała go co prawda przepisać, bo nieczytelnie napisałam 7 i 1, ale w końcu mogłam zapłacić 27,39 plus 0,50 kosztów operacyjnych i zacząć się martwić o następną, czyli wrześniową transzę. Czy muszę wypełnić aneks to formularza i czy dwa tygodnie wystarczy, by się z tym uporać?

Pocieszyła mnie Eli: nie martw się, do września pewnie zmienią system....

 Poczytaj o l'imu i wylicz sobie podatek

Na zdjęciach: Dolomity w Górnej Adydze, okolice Rieti i Salaria na granicy Lacjum i Abruzji
lubimy patrzeć na Włochów. Chociażby na tego z opla z mediolańską tablicą rejestracyjną. Wraca znad Adriatyku, więc w szortach, w pepegach i w pasiastej koszulii. Szorty są białe, jak spod igły, pepegi skórzane, z artystycznie niezawiązanymi sznurowadłami. Koszula w niebieskie paski, taka prawie garniturowa, ale mankiety podwinięte, guzik pod szyją odpięty. Efekt wakacyjny, ale nie rozchełstany. Do tego zapach cytrusowej wody kolońskiej (chyba Acqua di Parma). Albo w Trydencie: garniturowe półbuty na gołe stopy, spodnie rurki pokazujące opalone kostki, dobrze skrojona marynarka z podciągniętymi rękawami.

dobrze ubrana męska strona włoskiej ulicy (www.thesartorialist.com)

Jak oni to robią? Wiem, że mężczyźni śledzą trendy w modzie. Wiem, że każdy detal wyglądu jest dopracowany. Tylko że efekt końcowy na wystudiowany nie wygląda.Od lat lubimy patrzeć na ową włoską stylistyczną nonszalancję. I od lat uczymy się jej z mizernym skutkiem. Bo niby lubimy luz, ale i tak wychodzi to jak wypadek przy pracy. Co w przypadku JC nie jest wrażeniem pozytywnym, gdyż ma na wizytówce napisane senior consultant, co znaczy, że ma chodzić w businesowym mundurku. A ponieważ senior consultant jest w branży, która nie wymaga szarego garnituru grabarza lub głównego księgowego, więc usiłujemy skompletować ubranko do pracy według włoskiego klucza. A więc czarny garnitur w prążki. Koszula w jasnoniebieskie paski. Mankiety francuskie, spinki, krawat w drobny wzorek. Wydawałoby się więc, że lekcje odrobiliśmy i wiemy.

A nie wiemy. Albo wiemy, ale nie do końca. Przekonaliśmy się o tym w Trydencie, gdzie zamawialiśmy nowe koszule. JC chciał coś w cieplejszym kolorze. Może jasny róż?  Pan w sklepie pokręcił jednak głową. Do TEGO garnituru koszula powinna być w kolorze jasnego bzu. I do tego krawat o dwa tony ciemniejszy. Proszę popatrzeć, jak się to komponuje, przykłada wyciągnięty z szuflady krawat w drobny rzucik. Rzeczywiście, krawat wpadający w ciemny bez lub niedojrzałą węgierkę wygląda idealnie. A nam opadają szczęki. Na pomysł krawata dwa tony głębiej nie wpadliśmy. JC zamawia cztery koszule, w tym jedną różowo-liliową.

Czekając na autoryzację trasakcji dyskutujemy o restauracjach w Trydencie. Na wzmiankę o Lo Scrigno del Duomo i Tre Garofalo  Paolo uśmiecha się serdecznie, a my czujemy się pewniej. Przynajmniej na kulinariach się znamy.
dłużej nie da się tak żyć. No bo jak długo jeszcze można zmuszać się by jeździć do Trydentu na obiad? Na przykład przedwczoraj musieliśmy iść do Trattorii Piedicastello.

Piedicastello na Piazza Piedicastello w dzielnicy Piedicastello

 Makaronu nie chcieliśmy, bo makaron mamy w domu. Ale do stolika podszedł kelner i zaczął nam zdanie zmieniać: z primi mamy domowej roboty tagliatelle i linguine. Te pierwsze z kurkami lub z sosem ze świeżych pomidorów. Do linguine podajemy moscardini (malutkie ośmiorniczki). 

No i jak tu było nie zamawiać makaronu? Musieliśmy.

Na dworze upał, w karafce pół litra białego wina, w szklaneczkach spritz winny z wodą mineralną, stół pomalowany przez właściciela - artystę w tulipany holenderskie, a tu kelner zmusza do wysiłku podejmowania decyzji: na drugie możemy podać pikantny gulasz cielęcy, wołowinę duszoną w teroldego i dzika w sosie własnym. Do tego polenta lub ziemniaki z piekarnika. I gdyby chciało nam się podejść do stołu przy wejściu do kuchni, to są tam ustawione przystawki warzywne. Nie podeszliśmy, z trudem nalaliśmy po jeszcze jednej szklaneczce białego wina, dopełniliśmy wodą mineralną i wyciągnęliśmy okulary słoneczne. Słońce odbijające się od kolorowych tynków dawało po oczach.

Gdy w domach wokół piazzy zatrzaskiwano okiennice, na stole stawiano miskę z piegowatą polentą, talerze z gulaszem oraz wołowiną duszoną w teroldego. Poprosiliśmy o dodatkowe pół litra wina, bo to w karafce wyparowało w upale. I na wszelki wypadek zamówiliśmy jeszcze jedną mineralną.

Godzinę później tłumaczyłam, że na tiramisu to my już miejsca nie mamy. Ale wrócimy na nie za miesiąc, gdy zatrzymamy się w Trydencie w drodze do Ginestry.

Trattoria Piedicastello
Piazza Piedicastello
Trento
tel. 0461 230730
nie przyjmują kart kredytowych i nie mają strony internetowej.
w Ginestrze do porannego cappuccino wielkości średniej czarnej kupuje się rogalika. W Monachium cappuccino pije się z filiżanki wielkości średniej wielkości miski, a zagryza preclem posypanym solą. Ten może być z masłem lub twarożkiem ze szczypiorkiem.

kawa tu i tam: Trydent i Monachium


Clarissa nie może wyjść z podziwu. Patrzcie państwo, słony precel do porannego cappuccino! Ponad trzy euro za cappuccino! I tu przypominam jej, że monachijskie cappuccino jest 3 razy większe od tego z Ginestry. Tylko smaku kawy w monachijskim jakby mniej :D
próbuję nauczyć się snucia planów, spekulowania o wpływie przeszłości na teraźniejszość lub przyszłość.

Już rozumiem zasadę: zaczynamy od słowka se. Potem dodajemy czasownik w odpowiedniej formie, poprzedzający następny czasownik w jeszcze  innej formie. I wtedy mogę  powiedzieć:

S' io fossi fuoco arderei lo mondo,
S'io fossi vento lo tempesterei,
Se fossi acqua io l' annegherei,
Se fossi Dio mandereil in profondo.


Gdybym był ogniem – w proch bym świat obrócił
Gdybym był wichrem – smagałbym go wiecznie
Gdybym był wodą – zalałbym skutecznie
Gdybym był Bogiem – w głąb otchłani rzucił*

Ale nie mówię, bo ktoś inny już to wcześniej powiedział. Na imię miał Cecco, zwano go Angioleri i pochodził ze Sieny.  

Gdybym był ogniem. Gdybym był wodą. Trento

Siedząc pod barem Sport mamroczę pod nosem  fossi, fossi, fosse, fossimo, foste, fossero, a potem szukam w rozłożonych książkach....tak, w opowiadaniu I Poveri, Carlo Cassola używa congiuntivo imperfetto. Cesare Pavese też.  I Moravia również.

Sabina twierdzi, że niepotrzebnie się tego uczę. Wielu Włochów nie wie, że fossi to congiuntivo imperfetto, arderei to condizionale semplice, a wszystko razem i poprzedzone se daje il periodo ipotetico, co zdaje się być polskim trybem przypuszczającym, ewentualnie trybem życzącym, bo podobno ten rozpoczyna się od gdyby..... Sabina mówi, że trwają dyskusje nad pozbyciem się tych dziwnych konstrukcji gramatycznych, bo ludzie nie znają, książek i tak nie czytają.....Więc po co komu rozumieć co pisze Cecco Angiolieri ze Sieny? Lub Carlo Cassola? Lub Italo Calvino?

Ale mnie jeszcze  (na razie) się chce. Więc wkuwam dimenticassi, dimenticasse, dimenticassimo, dimenticaste, dimenticassero........ I powtarzam głośno formułkę: se io studiassi di piu italiano, io parlerei meglio (gdybym uczyła się więcej włoskiego, mówiłabym lepiej); na wszelki wypadek......

Cecco Angiolieri: biografia i cały poemat
* tłumaczenie z włoskiego na polski: prof. Piotr Salwa
Wyznania miłosne ryliśmy gwoździem w korze drzewa, rysując serca przebite strzałą. Potem, z rozwojem techniki przeszliśmy na pisaki i drzwi toalety, gdzie, już całymi zdaniami, twierdziliśmy iż  M.S. na wieki kocha Z.P. Nie zaglądałam wtedy do męskiej toalety by sprawdzić jakimi słowami Z.P. wyrażał miłość, ale sądzę że nie odbiegały one od przeciętnej wieku dojrzewania, więc pewnie pisał, że  M.S. ma ładne cycki.



Tak było kiedyś. Teraz wyznanie to kłódka i metr łańcucha, przypiętych do lampy na moście, najlepiej na Ponte Milvio w Rzymie, bo stamtąd wzięła się owa tradycja.  Kłódka, łańcuch, kluczyk wrzucony do Tybru jako oznak miłości wiecznej i niegasnącej. Miłości ze stali nierdzewnej, miłości w różnych rozmiarach i od różnych producentów.

Pomysł z kłódką i mostem Milvio pojawił się w filmie Ho voglia di te opartym na bestsellerze Federica Moccii.  Kto pierwszy poleciał z kłódką na most  jest obecnie nie do ustalenia, ale wiadomo, że trend szybko osiągnął masę krytyczną: nie tylko pod ciężarem miłości ze stali hartowanej lampa na Ponte Milvio zaczynała się niebezpiecznie wyginać, ale też trend przeniósł się na inne mosty, inne lampy, a nawet na bramy (brama do domu Julii w Weronie).

Podobno tradycję kłódki na moście, choć nie tym przerzuconym nad Tybrem, a nad Passirio w Górnej Adydze, rozpoczęli odchodzący do cywila z koszarów w Merano (Meran). Teraz jednak most nad Passirio przejęli nie tylko ci pozbywający się zawartości szafek, ale też i uczestnicy lucchettomanii, czyli kłódkomanii, wyznających miłość w sposób zorganizowany. Czyżby koniec indywidualizmu w sferze wyznań miłosnych?

15. marca JC wszedł w wiek, który prywatnie nazywamy vintage: jeszcze nie antyk, ale zdecydowanie styl retro. No więc mój mąż  zapytał: co chciałabyś robić w moje 50. urodziny? A ja mu powiedziałam, że chciałabym je świętować w Trydencie.


Od Dolomitów buchało wiosną: góry okrywała zielona mgiełka, pachniały drzewa z różowymi kwiatami, forsycje szalały na żółto, w restauracjach menu zakwitło mleczem. W Lo Scrigno del Duomo podano nam prosecco i sałatkę z mleczu, jajek w mundurkach i chrupiacego boczku, a w Il Libertine, naszej ulubionej restauracji położonej po drugiej stronie Adygi, w dzielnicy Piedicastello, mogliśmy się w mleczu tarzać, mieli bowiem menu mleczowe, co nazwano menu tarassaco, w nawiasie denti di leone: bezmączne placki ziemniaczane z sałatką mleczową, ravioli nadziewane mleczem i owczą ricottą, tagliata wołowa (niestety, w sosie winnym) z podsmażanym na oliwie mleczem. Używaliśmy jak króliki, żując gorzkawe łodyżki, przełykając delikatne listki, wylizując talerze po różnych sosach, przy okazji wznosząc toasty za ciężkie życie gryzonia. Pogody ducha nie była w stanie zmącić świadomość, że po raz kolejny zgubiłam szalik i rozjeżdżające się na kamiennej kostce nogi w trzewikach na skórzanych podeszwach. Bezmleczowa była deska miejscowych serów w Lo Scrigno, ale za to z różnymi wytrawnymi konfiturami i gorzkawymi miodami.


Gorzko było na ulicach Trydentu. Wszędzie proszący o wsparcie, jedni bardziej, drudzy mniej natarczywie.

Grupa kawoszy przy stolikach, kompletnie obojętnych na chodzącego między nimi chłopaka w dziurawym swetrze. Pochodził z Sudanu (a może z Ugandy?) i zbierał na wyjazd z Włoch. Jak twierdził, a mówił dobrze po angielsku, nie ma na jedzenie.

W parku przed stacją kolejową, pod pomnikiem Dantego, sypialnia bezdomnych i tłumy kręcące się pod urzędem po drugiej stronie ulicy. Z tego co zrozumiałam, w soboty dawano zasiłek.

W niedzielę całe miasto zamknięto i urządzono wielki targ. Kupić można było wszystko. Drzewko oliwne słusznego wzrostu też. Bez drzewka oliwnego, ale za to z workiem suszonych owoców wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w kierunku domu, bo JC chciał wracać bocznymi drogami. Za Bolzano skończyła się wiosna i pojawiła się pierwsza informacja, że przełęcz na JOT jest zamknięta do wiosny. E tam, powiedział JC, przecież nie jest powiedziane, że musimy przez nią jechać. Po godzinie, w polu pokrytym zmarzniętym na kość śniegiem, zawracał w kierunku Bolzano. Innej drogi niż przez przełęcz na Jot nie było.

Przypisek biologiczny: na menu w Lo Scrigno mlecz zwano denti di cane. W Il Libertino wytłumaczono mi, że denti di leone, denti di cane i tarasacco to jedno i to samo. Jak się potem okazało, że jedyniw w Trydencie, bowiem denti di cane to nie mlecz, ale roślinka przypominająca fiołki alpejskie tudzież drobne owoce morza.
ponieważ ostatnio wyczerpała mi się inwencja i piszę tylko albo o zwiedzaniu, albo o gotowaniu, albo o obserwacjach włoskiego społeczeństwa, a jedyna próba pochwalenia się oczytaniem i znajomością blogosfery została ostro skrytykowana jako chamska, więc się przejęłam. I postanowiłam nauczyć się klasy. A jak można mieć klasę gdy pisze się na laptopie Dell Inspiron 6400, w którym zacinają się literki? Jak można pochwalić się elegancją stylu, gdy jako monitor ma się Fujitsu, i to analogowy?  Tak więc jako osoba z przyszłą klasą kupiłam sobie Toshibę (wiem, że więcej klasy miałabym z MacBookiem), dodatkową pamięć (no cóż, mózg mam pięćdziesięcioletni, a więc starej generacji; dodatkowe terabajty przydadzą się) i podkładkę pod nową myszkę. W związku z nowym osprzętowaniem wiążę wielkie nadzieje, zwłaszcza że tworzę przy okazji alternatywny imidż korzystając z Linuxa (Kubuntu).


 A tak w ogóle to jako osoba poszukająca klasy tydzień temu byłam w muzeum. I obejrzałam wystawę pokazującą nurty awangardy włoskiej. Ale ponieważ najbardziej podobały mi się obrazy L. Fontany i granat w biblii młodego neapolitańskiego artysty, więc nie wiem, czy jestem trendi i mam klasę, czy nadal pozostaję nieociosanyzm wieśniakiem i to w dodatku antyklerykałem?


Cantina Tramin, Alois + Tenutae Lageder, Elena Walch

można dyskutować (a wierzcie mi, dyskutowaliśmy przed dni dwa, aż się mam wino skończyło) czy wina z Górnej Adygi warte są ceny, którą się za nie płaci. A płaci się dużo.

I ile w tym kosztuje samo wino, a ile zaprojektowane opakowanie, ikony designu poustawione w winiarni, budynek ze stali i szkła, który jakoś pasuje i do winnic, i do Dolomitów, i do tyrolskiej achitektury miasteczka?

Cantina Tramin, Elena Walch, Abbazia di Novacella

Można się sprzeczać (a wierzcie mi, sprzeczamy się od dwóch dni) czy Kastelaz (gewürztraminer od Eleny Walch) wart jest 26 euro, które za niego zapłaciliśmy i czy lagrein  Lagedera wart jest zjazdu z autostrady. Nie mam jednak najmniejszej  wątpliwości że i do Magreidu (wł. Magré) i do Traminu (wł. Termeno) zjeżdża się z autostrady nie po to by pić, ale by patrzeć. I podziwiać. A jak ma się niezagospodarowane środki, to wino też można kupić. Złe napewno nie będzie, a estetyczne uczucia obudzone przez designerską butelkę wynagrodzą ból konta bankowego i ból głowy po sesji degustacyjnej z butelkami gewürztraminera w roli głównej.

Alois + Tenutae Lageder
loc. Tor Löwengang
v.lo dei Conti, 9
39040 Magré/Margreid (BZ)
www.aloislageder.eu

Cantina Tramin
Strada del Vino, 144
39040 Termeno/Tramin (BZ)
www.cantinatramin.it

Elena Walch
via A. Hofer, 1
39040 Termeno/Tramin (BZ)
www.elenawalch.com

Abbazia Novacella
fraz. Novacella
via dell' Abbazia
39040 Varna/Vahrn (BZ)
www.abbazianovacella.it
przy takim Trentino nasze Lacjum wygląda jak Opel kombi przy Audi A8, lub jak, nie przymierzając, moje zielone trampki przy butach Prady: Trydent odmalowany i pachnący świeżością. Rovereto się stroi: najładniejsze domy przy Piazza Rosmini zasłonięto rusztowaniami, wyświechtane Borgo Santa Maria straszy nowymi pastelowymi tynkami, a nasz ulubiony most przez Leno ocementowano, pozbywając się i drewnianej balustrady i skrzynek z pelargoniami, w których kiedyś wiedzieliśmy buszujące kolibry. Popatrz jakie duże pszczoły, powiedział wtedy JC.


Wystarczy jednak ruszyć się z Trydentu lub Rovereto w kierunku wschodnim i czar pryska. Całe wioski na sprzedaż. Dlaczego? Ano dlatego, że w latach 70., gdy śniegu było jakby więcej i leżał jakby niżej, postanowiono się zmodernizować i wzbogacić na narciarzach. Pobudowano wyciągi, hotele, restauracje. Tylko jakoś nikt nie wyliczył, że dwa miesiące w roku nie wystarczą by to wszystko utrzymać. Zaczęły się problemy, ale nie wyciągnięto z nich wniosków. A gdy przyszło opamiętanie, było już za późno. Ci, którzy mogli, podjechali w górę, gdzie śnieg leży dłużej, lub w dół, gdzie jest praca.  Eli mówi (a wie co mówi, bo jej ojciec pochodzi z Trentino), że dawne wioski narciarskie z zawiścią patrzą na tych, którzy w latach 70. nie chcieli przeć do nowoczesności. To do tych „wiejskich ćwoków, zacofanych pastuchów, nie kumających postępu” jeżdżą turyści na wiejskie sery, fotografowanie owiec i noclegi w drewnianych - a nie w betonowych - chałupach.
Udało mi się, mimo prób wycofania mnie z obiegu, dożyć pięćdziesiątki. Gdybym urodziła się  dwadzieścia lat wcześniej, jeśli nie załatwiliby mnie Niemcy, padłabym na szkarlatynę; prawdopodnie nie przeżyłabym różyczki, odry, świnki lub bakteryjnego zapalenia krtani. Na szczęście urodziłam się wtedy kiedy się urodziłam, antybiotyki były już na rynku, a przyroda jeszcze się nie zorientowała, że nasyłanie morderców niekoniecznie eliminuje przeciwnika gdy ma on po swojej stronie penicylinę.

Tak więc jestem żywa i zdrowa; odpukać w niemalowane drewno (lub po włosku - w żelazo). Nawet się dobrze trzymam  na swój wiek, choć farba mi odłazi tu i ówdzie.  W życiu też dobrze: sprzedałam  serię akwareli, chcą bym napisała dla nich książkę, nie widuję się z bratową, a jutro jadę świętować 28. października kolacją w Pettirosso. Będzie nas czworo (Beata, Peter, JC i oczywiście ja) na kilka butelek wina; czworo do risotto z prawdziwkami (lub polenty razowej), czworo do tagliaty di manzo lub nadziewanej perliczki, czworo do deski serów, miejscowych wędlin, sałatki z wędzonym pstrągiem i winegretem cytrusowym. Dzień po, kelnerka postawi przede mną filiżankę z porannym cappucino, a na kolację najprawdopodobniej pójdziemy do Lo Scrigno del Duomo.

Wracam w niedzielę. Wracam do dłubania przy konspekcie książki, użerania się z ENI, malowania obrazów oraz zmiany kolorów. Ten odłażący róż to jednak nie ja :-)

do takiego wniosku doszliśmy rozlewając wczoraj resztę wina do kieliszków. Pogoda była piękna, balkon obszerny, a komary jeszcze nie wymyśliły, że można zacząć gryźć. Wznieślimy więc toast za ciężkie życie  sycylijskim Corvo. Potem przenieśliśmy się do Toskanii i gospodarz wyciągnął na stół  Cum Laude (mieszanka cabernet sauvignon-merlot-sangiovese-syrah)i dostawił Syrah dla porównania (obydwa od Castello Banfi, rocznik 2006). A gdy już się mi wydawało, że nie może być lepiej (Cum Laude smakowało nam bardziej niż Syrah: piękny śliwkowo-porzeczkowy bukiet, lekki posmak świeżej wiśni i jeżyny, powiew dymu etc), Peter polał Vin Santo od Castello di Cacchiano. Gambero Rosso pisze, że Cacchiano ma lepsze wino. Ja nie wierzę. Jak może być coś lepszego od TEGO vin santo? A ja vin santo nie lubię raczej, ale jestem gotowa jechać do Gaiole in Chianti (Toskania!) po kilka skrzynek (jeśli tylko Master Card zniesie takie obciążenie...).  JC ofiarował się, że ze mną pojedzie. A po drodze wstąpimy do Alto Adige (wioska Magreid) po Corolle 2005 Cason Hirschprunn Alois Lageder, gdyż nim zakończyliśmy wieczór, a właściwie poranek. Do łóżek rozeszliśmy się o drugiej nad ranem, żałując że mamy tylko po jednej wątrobie........

Castello Banfi
loc. Sant'Angelo Scalo
Castello di Poggio alle Mura
Montalcino


Castello di Cacchiano
fraz. MOnti in Chianti
loc. Cacchiano
Gaiole in Chianti
e-mail do Cacchiano
Powered by Blogger.