Showing posts with label przyroda. Show all posts
Showing posts with label przyroda. Show all posts
Kilka(naście) sekund wystarczyło by położyć blisko dziewięćsetletnią bazylikę (zaczęto ją budować w XII. skończono w XVII wieku, więc możliwości do manipulowania datami dla większego wrażenia, spore). Jak modny ostatnio snapchat: zdjęcie jest, zdjęcia nie ma. Taka właśnie snapchatowa była Nursja. Wydawało się nam że mamy mnóstwo czasu. Wybieraliśmy się od niej, święty Benedykt i kiełbasa to dobra kombinacja, ale niemrawo. Bo przecież blisko. Bo w każdej chwili można wyskoczyć.

I już nie wyskoczymy, w na pewno nie jutro i chyba nie w przyszłym roku.

Nie ma też Arquaty del Tronto. Przejeżdżaliśmy obok niej w tym roku dwukrotnie, w drodze do Ascoli, patrząc na skalne zbocze i miasteczko wiszące nad Salarią. Do Arquaty nie zajeżdżaliśmy, przegrywała w naszych oczach z atrakcyjniejszym, mniej klaustrofobicznym Amatrice, zwłaszcza że Amatrice ofiarowywało spaghetti z kremowym sosem pomidorowym, pełnym chrupiącego podgardla i pecorino. Właśnie w maju i czerwcu byliśmy na amatricianie. Ulica przy której była nasza ulubiona osteria nie istnieje; sklep z gnocchi ricci też się posypał, być może ocałała osteria przy zjeździe z Salarii, ale tam też nie dojedziemy - Salarię między Accumoli a Amatrice zamknięto.

Mówi się o odbudowie. Nursja - prawdopodobnie, zwłaszcza bazylika, ma szanse, Amatrice pewnie też, choć jeszcze niedawno Amatrice walczyło o to by pozostać gminą. Właśnie w maju miałam okazję zamienić kilka zdań z Sergio Pirozzim, wójtem (a może burmistrzem?) Amatrice,  o inicjatywie małych społeczności by tzw. centrum zaczęło dostrzegać ich istnienie. Teraz o Amatrice jest głośno. Ale czy nadal będzie się o nim mówić za lat pięć? Gdy mieszkańców ubędzie, a roboty związane z odbudową przejmie firma z Rzymu, Mediolanu lub Palermo? I gdy być może wplącze się to mafia, tak jak w 1980 roku Irpinię pomagała odbudowywać Camorra, a w L'Aquilę -'Ndrangheta. W tym ostatnim przypadku trzech miejscowym przedsiębiorców oddających kontrakty 'Ndranghetcie, ma wytoczone procesy. Jednego już skazano na trzy lata.


Tymczasem nam, sierotom po Amatrice, pozostaje gotowanie amatriciany w domu, raczej na boczku niż wonnym podgardlu, ale nadal ze spaghetti, a nie jak jak to się robi w Rzymie - z bucattini. A dobrą kiełbasę zawsze można kupić w norcerii, sklepie z wędlinami, którego nazwa pochodzi od Nursji (Norcia), miasta znanego od zawsze ze świetnych kiełbas i doskonałych rzeźników, których ręka nigdy nie zadrżała gdy obrabiali tuszę świńską, i gdy kastrowali chłopców o pięknych głosach. Ale to zupełnie inna historia.

=====
włoszczyzna o gnocchi ricci,  amatricianie i kastrowaniu w Nursji
większość zdjęć moja z wyjątkiem zdjęć zniszczeń: Amatrice - rsi.ch
i Arquata: tuttoperlei.it

ciężko mi boże :) Niby wróciłam do domu, ale trzy miesiące we Włoszech zrobiły swoje. Cierpię. Cappucino,pomidory, słońce, zapachy, dzwięki nie te. Język również. Jestem sierotą po Włoszech.

c
L'Aquila i żebraczka z Galatiny

2x Ascoli Piceno i 2x freski: S. Caterina w Galatinie i S. Pietro w Otranto
 Rozpamiętuję: nowy adres kulinarny w Rieti, nawiązany kontakt z Poggio San Lorenzo, jedynym arystokrytycznym miasteczkiem w siermiężnej skądinąd okolicy, gospodarstwo agroturystyczne ze świetną domową kuchnią (w Monteleone), gdzie stolik trzeba rezerwować z kilkudniowym wyprzedzeniem; Ascoli Piceno nadal czaruje, Viterbo również. L'Aquila fascynuje, a do po raz pierwszy odwiedzonego Teramo i Penne trzeba koniecznie wrócić, najlepiej w przyszłym tygodniu.
niepokalane Otranto i Copertino

Co jeszcze? Tańczyłam pizzicę na rynku w Galatinie i w Otranto, oglądałam groyt w Santa Maria di Leuca i barokowe torty kościelene w Lecce i Nardo. Otarłam się o styl romański w Squinzano i w Casarano. Usłyszałam o lewitującym świętym z Copertino i słucham Antonio Castrignano.


Zawarłam  znajomość (mam nadzieję, że długoterminową) z Basią i Joanną. Udało mi się też pokłócić z sąsiadką o sprzątanie i znaleźć wykonawcę, który zrobi nam dach.
L'Aquila, Penne, Rzym i Teramo

A teraz porządkuję zdjęcia. Jest ich legion :)

Kiosk z włoszczyzną zamknięty do połowy lipca. 


W Ginestrze od wczoraj. Dzisiaj cappuccino i plotki, od jutra harówa. Mam nadrobić zaległości w pisaniu, czytaniu i sprzątaniu; pojechać na Pian di Rascino obejrzeć soczewicę kwitnącą; poznać osobiście nowopoznaną koleżankę z Pescasseroli, przy okazji odwiedzić Castel di Sangro, bo lubimy góry Abruzji (a może to już góry Molise?), zobaczyć Otranto, sfotografować Taranto i umówić się panią od dialektu i spotkać się z policjantem który strzelał do Giancarlo Espostiego na Pian di Rascino.

No i mam rozpocząć rozmowy kwalifikacyjne z panami co to dachy robią. Bo to z tym naszym dachem jest tak, że trzeba go wymienić na nowy, a więc taki, który nie będzie wspierał się na ściance udającej działową, a ciężar konstrukcji zostanie sprytnie przeniesiony na mury zewnętrze. Sama konstrukcja ma być z lekkiego betonu, a z zewnątrz ma wyglądać na starą i zabytkową, gdyż takie są wymogi ochrony krajobrazu i atmosfery centro storico.

I jeszcze ktoś musi zasypać (to znaczy zamurować) szafę wbudowaną między ściany nośne; pomysł, wydawałoby się dobry, ale niezbyt mądry jeśli o sprawy ruchów tektonicznych, gdyż dzieli niepotrzebnie gruby mur na cztery filary.

Nowy dach jest zaprojektowany, zaaprobowany przez organa stanowe i lokalne: wszystkie elementy układanki na miejscu, brakuje jedynie rąk, które by tę układankę złożyły w miarę szybko i w miarę tanio. Do projektu dach dołączamy jeszcze jeden element - klamry na ściany zewnętrzne i stalowe linki je łączące, po to, by w razie trzęsienia ziemi, ściany lepiej trzymały się kupy i nie rozjeżdżały na boki.

Nara....
a błękit zamiast brązu. No i wracają wszystkie odcienie zieleni.

(zdjęcia z Lacjum i z Baden-Baden)
kot z Ginestry, konie z Pian di Rascino, Kropka z ogródka zimowego

aż dziwne, że nie słychać było skrzypienia przerzucanych pór roku. W niedzielę była jeszcze zima wymagająca włączonego ogrzewania, we wtorek  mieliśmy wiosnę. I to nie tę wczesną w bieli i seledynach, a tę wrzaskliwie kolorową i roztrajkotaną.

Na Pian del Rascino kwitły jeziorka i krokusy, brzęczały traktory i uwijające się wśród baź trzmiele. Było ich tyle, że cały krzew zdawał się być w ruchu.


Widziałam też furczaka gołąbka (Macroglossum stellatarum), wielkości porządnego kolibra, śmigającego między trzmielami. Niestety, furczak ograł mnie z kretesem i nie zdążyłam zrobić mu zdjęcia.

Nie powiem, że jeśli wiosna to tylko we Włoszech; ale jeśli mają być Włochy to niech będą na wiosnę.
Matera jest taka, że idziesz, idziesz i idziesz po stepie szerokim, stepie pachnącym tymiankiem, stepie wysypanym kamieniami różnymi (nawet takimi z muszelką na nim odbitą) i dochodzisz do cięcia w ziemi. Do wyrwy głębokiej, w której pognieździły się świątynie jaskiniowe, z polichromiami i wykwitem saletry na ścianach. A po drugiej stronie wyrwy leży miasto jak z opowieści biblijnych. Białe, lub - jak kto woli - czasami biało-szare, a czasami złote.

Stoisz na Golgocie i patrzysz na Jerozolimę z filmu Mela Gibsona. I choć Mela nie lubisz za antysemityzm, a podziwiasz za kształtne pośladki, i masz po uszy informacji, gdzie co Mel kręcił, to jednak zgadzasz się, że coś z klimatów biblijnych w tej wyrwie w ziemi i szaro-białym miasteczku jest. I zastanawiasz się, czy jeśli w Materze nakręcą filmową wersję Jaskiniowców, to na menu w ulubionej restauracji pojawi się, zamiast spaghetti Mela Gibsona, żeberko Freda F.
Craco wybudowano na terenach na których nie powinno się budować. A jak się już chciało budować, to trzeba było zostawić drzewa. A jak się sprzedało drzewa i wybudowało miasto, to trzeba było słuchać specjalistów radzących by porobić tarasy i posadzić drzewa. Oczywiście tarasy i zalesienie wymagało czasu, zaś czasy były takie że miało być szybko i nowocześnie, czyli betonowo. Więc postanowiono zrobić betonowe ściany zapory.

Wiara, jak to wiara miewa, zawiodła. Cud betonowy się nie sprawdził i Craco zjechało w dół. Tak na oko biorąc, o jakieś 5 metrów. Widzieliście kiedyś osypującą się kupę piachu? Tak właśnie zjeżdżało Craco w latach 60. Proces (koniec XIX wieku), rozpoczęty wycinaniem drzew trzymających mieszkankę gliny i piachu w miejscu, przyspieszyło wrzynanie nowej drogi w stok wzgórza i kopanie nowego stadionu i basenu miejskiego u podnóża góry. Potem przyszły deszcze i poszła lawina błota, a z nią ściany i ulice.

Pojechały z błotem domy najbogatszych (Palazzo Grossi) i tych mniej zamożnych, kościoły i zwykłe domy. Najlepiej, co nie oznacza wcale - dobrze, wygląda stara wieża normańska i squaty biedoty, ciągnące się wzdłuż głównej ulicy: małe ciemne pomieszczenia bardziej przypominające jaskinie, gdzie na 10, może 15 metrach kwadratowych, gnieździła się 10 osobowa rodzina plus zwierzęta domowe (i nie mówię tu o psach albo kotkach, lub kanarkach w klatce).
O życiu w wiosce opowiadał nam przewodnik, którego rodzina miała w Craco 3 lub 4 domy i gdy mówił, że tam odbywał się targ, a tu chodziło się po mydło, to głos mu jakoś tak dziwnie brzmiał, choć nie powinien, gdyż tę samą historię opowiada przynajmniej 2 razy dziennie, więc wydawałoby się, że powinien być przyzwyczajony do prowadzenia i narracji i do pokazywania  ciekawskim grobu rodzinnego zwanego Craco.

==========
najlepszy spis zabytków Craco jaki udało mi się znaleźć opublikowało Craco Society i strona Craco Vecchia. Ja jeśli kogoś interesuje aspekt geologiczny, to proszę, tu jest praca naukowa na temat: Integrated approach for landslide risk assessment of Craco village. Całą pracę można też znaleźć na google books. Przyjemnej lektury :D
wschód w Erice, zasłona św. Katalda w Palermo i sycylijskie kolory
Saliny w Trapani, białe kwiatki na Etnie, duomo w Erice, XIX wiek w Catanii, Tindari, okolice San Vito lo Capo, no i oczywiście Palermo. Ale są też dwa zdjęcia z Neapolu. Zgadnijcie które?






w końcu zapanował porządek: książki o Sycylii wróciły na półkę, 1500 zdjęć zmieniło format, walizki schowały się w szafie, wakacyjna odzież już wyschła. Jedynie wrażenie pozostały do uporządkowania.
kolory Palermo i Monreale
 Dwa tygodnie minęły od powrotu z Sycylii, a ja nadal nie wiem o czym opowiadać. Czy o malarzu wózków sycylijskich czy może o producencie konfitury cytrynowej?A może o mozaikach Monreale i Villa Romana del Casale? O prawniku, który jest właścicielem winnicy w Passopisciaro czy raczej o prawniku - gospodarzu gospodarstwa agroturystycznego w Agrygencie? A może o smakach granity, arancini i milzy (tchawicy) w bułce posmarowanej ricottą?

katedra w Palermo i Etna
W oczekiwaniu na uporządkowanie wrażeń i przypływ weny, napiszę jedynie o wyciągniętych wnioskach.

Palermo i Neapol
A więc wracamy na Sycylię w przyszłym roku. Wiemy też, że Cefalu, Taormina i Erice to miejsca, do których wracać nie chcemy.

Całą czwórkę zachwyciło Palermo, choć Neapol pozostaje ulubionym miastem JC, natomiast my, to znaczy JC i ja, chcemy wrócić do Catanii, Annamaria i Stefano - niekoniecznie, choć wszyscy zgodnie chwaliliśmy makarony i owoce morza z 'U Fucularu (Piazza Ogninella 6).

Choć podobało się nam wszędzie, największą niespodzianką okazała się Piazza Armerina. Oczekiwaliśmy czegoś bardzo turystycznego na wzór i podobieństwo Cefalu i Taorminy, a trafiliśmy na miasteczko z żółtego kamienia, z kilkoma barokowymi kościołami, monumentalnym duomo i pomnikiem barona Marco Trigoni, doskonałą kawą i arancini nadziewanymi szpinakiem.
La Scala dei Turchi (Agrigento), Scopello i morze w Cefalu

A tak wgole to
  • Objazdowe wakacje męczą. 
  • Plaże bywają przyjemne. 
  • Etna robi wrażenie, zwłaszcza, gdy budzi się do życia. 
  • Dwa tygodnie rozmówek włoskich dobrze robi na poprawienie dykcji i umiejętność formułowania w miarę poprawnych zdań złożonych.
  • Dobrą formą wyżywienia są sklepy spożywcze, które na żądanie robią kanapki. Najtańszy obiad: 4 euro za dwie duże kanapki z bakłażanem, suszonymi pomidorami i ostrą papryczką z oliwy.
  • Moje psychozy mają się świetnie: w bardzo atrakcyjnym gospodarstwie agroturystycznym z powodu ciemnych podłóg i ciemnego sufitu bałam się zasnąć. Noc spędziłam na środku łóżka, bojąc się odwrócić w stronę ściany, choć ciemną i nierówną podłogę pokryłam dywanikami i ręcznikami z łazienki. Gdyby nie komary, które gryzły na potęgę noc spędziłabym na hamaku w ogrodzie lub z pawiem na dachu
  • Niepotrzebnie wiezione swetry i kurtki okazały się przydatne w Erice (bardzo zimne poranki) i na Etnie
  • Francuzi okazali się najbardziej upierdliwą grupą turystów
  • nadal nie rozumiemy jak to jest możliwe, że homo sapiens, gatunek który na górę wysokości 3400 metrów nad poziomem morza wybiera się w strojach plażowych, a na stok krateru o nachyleniu 45 stopni, w dodatku pokrytego sypkim pyłem wulkanicznym, wchodzi w klapkach na obcasie, odniósł sukces ewolucyjny



CIĄG DALSZY ilustracji JUTRO
i wsiada do samochodu

w Chieti

nie ma to jak doskonale dobrane elementy: kształt wzgórza podkreślony zwartą formą baterii słonecznych, ulotność materiału wpisana w abstrakcyjną formę drzewa. Tylko stać i podziwiać.

w okolicach Atri wzgórza pokryte są bruzdami, zwanymi calanchi, dramatyczniejszymi niż te w okolicy Civita di Bagnoreggio, choć trudniejszymi do sfotografowania.

Rośnie tam dziki bez w przemysłowych niemalże ilościach. Nazbieraliśmy kilka wiaderek, część przerobiliśmy na kwiatowy syrop, ulubiony napój na lato - z limonką, miętą, rozcieńczane prosecco lub wodą mineralną, a resztę zalałam grappą. Pewnie mi z tego wyjdzie likier sambucopodobny. Jedyne co nam nie smakowało, to kwiatu bzu w cieście. Albo ciasto było zbyt ciastowe, albo sambuca na deser to nie nasza bajka.....


fenkuł włoski odmiany dzikiej, finocchio selvatico, foeniculum vulgare, zioło bez którego nie ma się prawa udać spaghetti con le sarde (zdaniem Giorgio Locatelli) i apulijskie taralli z Canosy,  lubi towarzystwo, a że przy okazji rośnie wysoko, więc stoi przy drodze las fekułowy, w dodatku udekorowany jaskrawożółtymi kwiatami. Gdybym w kwietniu miała ze sobą piłę albo chociaż siekierkę.....to mogłabym napisać apulijską Rozmowę przy wycinaniu lasu.

BTW: o taralli wkrótce...
zwykła Abruzja i pospolite Marche

Ile razy można wracać? Ano ze sto razy. Stać na tym samym polu, patrzeć na tę samą górę, przejechać tę samą trasę, bo wzgórze tam ładne? Zaklinowana wyobraźnia? Przyzwyczajenie? A może natręctwo?

ta sama Sabina

Albo Sabina. Jest codziennie, a ja po raz tysięczny zatrzymuję się i patrzę. A więc nawyk. Od ilu razy zaczyna się uzależnienie?
 
===
na zdjęciach: góry Abruzji z płaskowyżu Marsica, Marche w okolicach Osimo i Sabina między Orvinio a Carsoli.
Kiedyś, przed Mussolinim, ten kawałek Lacjum  należał do bogów i komarów. Od czasów wielkiego osuszania, malarii jak na lekarstwo homeopatyczne, ale wpływy bogów nadal widać: w Terracinie rządzi Jowisz, w grocie pod Itri, Mitra, a stronę żeńską mitologii reprezentuje boginii magii, uwodzicielka Odyseusza, czarodziejka zmieniająca mężczyzn w świnie, czyli Kirke, która, choć na przylądku  Circeo nie mieszkała, znana była w okolicy dzięki Grekom z Pitecusy (Ischia). Imieniem Kirke nazwano przylądek i udekorowaną akropolem górę, jak na Lacjum niewysoką, bo sterczącą jedynie 541 metrów nad Błotami Pontyjskimi.

pozdrowienia od Kirke

Akropol budowali nie Grecy, a Wolskowie. Nie ma więc co szukać pozostałości po antach, przewróconych kolumn, kawałków fryzu, Są jedynie fragmenty murów cyklopowych, których długości do tej pory nie udało się precyjnie zmierzyć, gdyż przeszkadza w tym roślinność i ukształtowanie szczytu Monte Circeo.

Kolory Kampanii, ulice Ligurii

Gdy Rzymianie podbijali plemiona Wolsków, region Circeo miał już swoją prehistorię, choć odkryto ją dwa tysiące lat po ostatniej bitwie wojny rzymsko-wolskowej.

We Włoszech rządził wtedy Benito Mussolini, który odwoływał się chwały orędzia rzymskiego, osuszał Błota Pontyjskie oraz budował miasta na chwałę faszyzmu. I gdy Il Duce próbował wykuć zjednoczony naród rozmawiający językiem włoskim, w jaskini Guattari na przylądku Circeo, Alberto Carlo Blanc, Włoch urodzony we Francji, odkrył czaszkę neandertalczyka, wieńcząc tym odkryciem serię badań prowadzonych w południowo-zachodnim Lacjum.

Neandertalczyka z Guattari można odwiedzić w muzeum. Muzeum znajduje się w wieży templariuszy. A wieża stoi w San Felice Circeo, miasteczku którego założenia urbanistyczne pamiętają czasy rzymskie: decumani, cardi, porta romana. Ta ostatnia bramą jest jedynie z nazwy, gdyż zamurowano ją dawno, dawno temu i wkomponowano w ścianę domu mieszkalnego będącego jednocześnie resztkami murów otaczających miasto.


Wieżę, tę w której można odwiedzić neandertalczyka, dostali w prezencie templariusze. Po templariuszach została jedynie nazwa, natomiast wieżę wraz z miasteczkiem, kupił książę Stanisław Poniatowski od papieża (czyżby Piusa VII?). Nie, nie ostatni król, a jego bratanek, który na krótko był właścielem San Felice Circeo, miasteczka bardziej kojarzącego się z Kampanią, którą dobrze widać z podestu, do którego idzie się wzdłuż murów cyklopowych. A na podeście stoi krzyż, widoczny i z San Felice i z drogi łączącej via Appia Antica z wybrzeżem w okolicach Sabaudii. Tak więc bogowie bogami, ale i tak chrześcijańskiego boga najlepiej widać :)


=======
 Więcej zdjęć w niedzielę


Linki:
Parco Nazionale del Circeo, Park Narodowy Circeo,   
Commune di San Felice Circeo, w tym informacje o jaskiniach neandertalczyków
stare zdjęcia z San Felice
Kirke
Stanisław Poniatowski, podskarbi litewski lub warto przeczytać książkę Mariana Brandysa 'Nieznany Książe Poniatowski'. Mnie osobiście najbardziej zainteresowały końcowe rozdziały, te o romansie księcia i żony włoskiego rzemieślnika. No ale ja wszędzie szukam włoszczyzny....

Słoneczniki
Słońce świeci mi przez godzinę: między 11 a 12. Potem robi się szaro, a jeszcze potem ciemno. Pisać się nie chce, myślenie jest wysiłkiem, a najnowszym błyskiem okazała się świadomość, że mam przed sobą jeszcze trzydzieści listopadów (zakładając, że żyć będę statystycznie wyliczonym życiem). Trochę dużo. Zdaję sobie jednak sprawę, że z racji dnia moich urodzin trzydziestopierwszego listopada nie powinnam dożyć.  I to mnie pociesza, gdy patrzę na szare chmury i na cienką warstwę śniegu pokrywającą dach dawnego (średniowiecznego) szpitala.

Z braku pogody i nastroju porządkuję. Na razie porządkuję zdjęcia. Znalazłam kilka ze słonecznikami: jedne z Ginestry, drugie z Wasserburga, a jeszcze inne z pola. I przypomniał mi się film, którym inaugurowano otwarcie kina w moim rodzinnym miasteczku. Otóż w listopadzie, ponad 30 lat temu, wyświetlono nam Słoneczniki. Pamiętam dobrze, gdyż pozwolono mi pójść na film z racji tego, że nikt w gminie o tym filmie nic nie wiedział. Moja mama uznała jednak, że to może być filmowa wersja Słoneczników dla podlotków.

Z filmu zapamiętałam pole słoneczników i Marcello Mastroianniego. Oczywiście zapamiętałam też pierwszego bana: tak się wczułam w film, takie zwidy miałam, że rodzice zabronili mi chodzić do kina. Tymczasem to nie była moja wyobraźnia, a włoski neorealizm i Vittorio de Sica opowiadający o wojnie, poszukiwaniu zaginionego na rosyjskim froncie męża oraz o tym, że życia czasami nie można posklejać tak, by było tak jak dawniej.

Złodziej motoroweru
Gino (i nie tylko Gino) twierdzi, że najgorzej było w Ginestrze zaraz po wyzwoleniu. Partyzanci tłukli się między sobą o wpływy w okolicy, sąsiedzi wyrównywali porachunki między sobą, zaś okolicach Neroli zaginął mężczyzna z motorowerem. Podobnym motorowerem zaczął jeździć miejscowy twardy chłop - Ernesto Picchioni, znany nie tylko z gwałtownego charakteru, ale też z przekonań komunistycznych i zamiłowania do siłowego wyrównywania nierówności społecznych. Picchioniego obciążyły zeznania żony: tak, wiedziała, że Ernesto zamordował Alessandro Daddi, który przyszedł do ich domu z przebitą dętką, ale bała się mówić. I tak, Ernesto zamordował też kilka lat wcześniej prawnika z Rzymu. I też prawdopodobnie dla roweru, którym Monni udał się na wycieczkę. To właśnie na motyw roweru zwrócono uwagę w wielu opisach tragedii na 47 kilometrze Salarii, gdyż rowery miały być obiektem pożądania najbiedniejszych.

A co dalej z Picchionim? Skazano go za morderstwo dwóch osób, choć podobno - już po wyroku - sąsiedzi przekopali teren wokół domu Picchioniego i odnaleźli szczątki 17 osób. Czy były to ofiary Picchioniego? Czy Picchioni rozrzucał gwoździe na Salarii by przebijać opony przejeżdżających rowerów? Twierdzenie, że był ofiarą antykomunistycznej nagonki, wydaje się na wyrost: ostatecznie obciążyły go zeznania i żony i czwórki dzieci.

O samym Ernesto Picchionim dowiedziałam się z tablicy pamiątkowej na ścianie twierdzy w Palombara, bowiem na zamku Savellich, w dawnym więzieniu, siedział Ernesto, Il Mostro di Nerola, o którym opowiada się, że jadł zamordowanych, a z ludzkich wątróbek jego żona, Filomena, robiła pasztet do crostini. A więc nie złodziej rowerów a Hannibal Lecter. Nie Vittorio de Sica a Jonathan Demme.

Gdyby się było Tomaszem Mannem i by się było w Wenecji, to by się pisało. A że Tomaszem Mannem się nie jest i adresu weneckiego brak, więc pisze się na miarę miejsca i umiejętności, czyli tworzy  opowieść o piątej ćwiartce:


Chodził pod nad nasze okno czarny kot. Biegł, gdy słyszał otwieranie okiennic i domagał się swojej porcji chrupek. Lubił royal canin, które jedli na śniadanie lokalesi. I nie pozwalał się dotknąć. Nie lubił ludzi. Kot po przejściach, twierdziła Assunta, która widziała jak pani wynosiła z samochodu na rzymskich rejestracjach karton z kotem.

Tamtego wtorku czarny kot najadł się u nas, pokręcił pod drzwiami Gio. Widziałam go godzinę później  leżącego na boku pod murem, z wyciągniętymi łapkami wygrzewał się w słońcu. Leżał tak do popołudnia. w matowiejącym futerku i sztywnymi łapkami. Sprzątnął go sąsiad. Wziął czarnego kota za ogon i wrzucił do worka na odpady.

sprawy ostateczne

Gołąb uderzył o ścianę naszego domu. Leżał przy drzwiach do caldaii, a ja udawałam, że nie widzę zmierzwionych szarobienieskich piór. Chłopak z parkingu złapał ptaka skrzydła i wrzucił za parkan. W nocy słychać było kocie sprzeczki. Pewnie dzieliły się mięsem.

W trawie tuż przy figurce Jezusa z różowym różańcem na szyi, leżała zamordowana kura. Morderca wyrwał jej serce, wątrobę i zołądek. Zapewne ofiara lisa. bo wataha bezpańskich psów zeżarłaby wszystko.

Nie umiem patrzeć na krew i śmierć, ale zmusiłam się do zrobienia zdjęcia. W pokucie za kota, któremu czasami nie chciałam dać chrupków i za połamanego gołębia pod drzwiami naszej caldaii.
Powered by Blogger.