Showing posts with label Umbria. Show all posts
Showing posts with label Umbria. Show all posts
Kilka(naście) sekund wystarczyło by położyć blisko dziewięćsetletnią bazylikę (zaczęto ją budować w XII. skończono w XVII wieku, więc możliwości do manipulowania datami dla większego wrażenia, spore). Jak modny ostatnio snapchat: zdjęcie jest, zdjęcia nie ma. Taka właśnie snapchatowa była Nursja. Wydawało się nam że mamy mnóstwo czasu. Wybieraliśmy się od niej, święty Benedykt i kiełbasa to dobra kombinacja, ale niemrawo. Bo przecież blisko. Bo w każdej chwili można wyskoczyć.

I już nie wyskoczymy, w na pewno nie jutro i chyba nie w przyszłym roku.

Nie ma też Arquaty del Tronto. Przejeżdżaliśmy obok niej w tym roku dwukrotnie, w drodze do Ascoli, patrząc na skalne zbocze i miasteczko wiszące nad Salarią. Do Arquaty nie zajeżdżaliśmy, przegrywała w naszych oczach z atrakcyjniejszym, mniej klaustrofobicznym Amatrice, zwłaszcza że Amatrice ofiarowywało spaghetti z kremowym sosem pomidorowym, pełnym chrupiącego podgardla i pecorino. Właśnie w maju i czerwcu byliśmy na amatricianie. Ulica przy której była nasza ulubiona osteria nie istnieje; sklep z gnocchi ricci też się posypał, być może ocałała osteria przy zjeździe z Salarii, ale tam też nie dojedziemy - Salarię między Accumoli a Amatrice zamknięto.

Mówi się o odbudowie. Nursja - prawdopodobnie, zwłaszcza bazylika, ma szanse, Amatrice pewnie też, choć jeszcze niedawno Amatrice walczyło o to by pozostać gminą. Właśnie w maju miałam okazję zamienić kilka zdań z Sergio Pirozzim, wójtem (a może burmistrzem?) Amatrice,  o inicjatywie małych społeczności by tzw. centrum zaczęło dostrzegać ich istnienie. Teraz o Amatrice jest głośno. Ale czy nadal będzie się o nim mówić za lat pięć? Gdy mieszkańców ubędzie, a roboty związane z odbudową przejmie firma z Rzymu, Mediolanu lub Palermo? I gdy być może wplącze się to mafia, tak jak w 1980 roku Irpinię pomagała odbudowywać Camorra, a w L'Aquilę -'Ndrangheta. W tym ostatnim przypadku trzech miejscowym przedsiębiorców oddających kontrakty 'Ndranghetcie, ma wytoczone procesy. Jednego już skazano na trzy lata.


Tymczasem nam, sierotom po Amatrice, pozostaje gotowanie amatriciany w domu, raczej na boczku niż wonnym podgardlu, ale nadal ze spaghetti, a nie jak jak to się robi w Rzymie - z bucattini. A dobrą kiełbasę zawsze można kupić w norcerii, sklepie z wędlinami, którego nazwa pochodzi od Nursji (Norcia), miasta znanego od zawsze ze świetnych kiełbas i doskonałych rzeźników, których ręka nigdy nie zadrżała gdy obrabiali tuszę świńską, i gdy kastrowali chłopców o pięknych głosach. Ale to zupełnie inna historia.

=====
włoszczyzna o gnocchi ricci,  amatricianie i kastrowaniu w Nursji
większość zdjęć moja z wyjątkiem zdjęć zniszczeń: Amatrice - rsi.ch
i Arquata: tuttoperlei.it

Pan powiedział, że porchetta z Ariccii ma się tak do innych porchett jak ma się Mercedes do Opla. A potem obrazowo przedstawił robienie porchetty di Ariccia: lochę niezbyt dużą, ale też i nie wielkości prosięcia, wyluzowaną, a więc pozbawioną kości, nadziewał mieszanką aromatyzującą wymieszaną z drobno posiekanymi podrobami i ciasno osznurowaną piekł na rożnie. Oczywiście dokładny skład mieszanki pominął milczeniem, ale i tak udało mi się dowiedzieć że jedni dodają fenkuł, inni szałwię, a jeszcze inni wolą rozmaryn, a jeszcze inni dodają nie czarnego pieprzu a ostrej papryczki.  I choć porchetta z Ariccii jest najsławniejsza, to Slow Food podaje, że potrawa - znana z całej centralnej Italli - najprawdopodobniej pochodzi z Umbrii. Zaś różnice regionalne dotyczą nie tylko składu zestawu aromatyzującego ale również i marynaty. Takie Abruzzo skrapia pieczeń vincotto, a Marche polewa  się ją białym winem.


Prawdziwą porchettę trudno zrobić w domu, ale jej namiastkę - jak najbardziej. I choć może nie jest to prawdziwy mercedes, to jednak mamy zupełnie przyjemny samochód zastępczy:

  • 3 -4 kg karkówki ze skórą (lub łopatki, czy coś od szynki, ważne jest by była skóra, a ta ma być miękka, jasna o białym tłuszczu)
  • 1 1/2 łyżki  nasion fenkułu
  • 3 porządne ząbki czosnku
  • pół łyżki soli gruboziarnistej
  • 1 -2 suszone ostre papryczki
  • oliwa
  • gałązka rozmarynu, a właściwie igiełki oskubane z gałązki rozmarynu

W moździerzu rozetrzeć wszystkie stałe składniki z wyjątkiem karkówki. Wlać do nich tyle oliwy by powstała gęstawa pasta.

Skórę karkówki naciąć w romby zgrabniejsze niż moje, uważając by nie naciąć mięsa. W nacięcia skóry i w samo mięso wetrzeć pastę, odłożyć na godzinę, ale niekoniecznie do lodówki.

Przełożyć mięso na blaszkę i wstawić do rozgrzanego do 220 stopni piekarnika. Piec przez 1 - 1,5 godziny, skórą do góry, aż wytopi się tłuszcz, a skórka nabierze koloru miodu gryczanego.

Zredukować temperaturę do 150 stopni, odlać większość wytopionego tłuszczu i do naczynia dodać 2-3 cebule pokrojone w ćwiartki oraz pokrojony w grube plastry fenkuł (opcjonalny, ale mile widziany jako następny element aromatyzujący).

Ułożyć na tym wszystkim mięso, skropić jakąś grappą, vincotto, białym winem i wstawić do piekarnika na 3- 4 godziny.

Upieczone mięso odstawić do wystygnięcia. Ciepławe jeszcze, kroić w grube plastry, posypać odrobiną soli grubioziarnistej i jeść w bułce. Domową porchettę można też jeść na ciepło,  z dodatkiem warzyw lub surówek (ciekawe surówki i Oliwerową wersję porchetty podaje na blogu Karolina)

====
Porchetta była wcześniej opisywana w czerwcu 2010 i w listopadzie 2008
w przyszłym tygodniu rozterkoczącą się Ginestrze młynki i zadówięczą moździerze. Wiadomo, trzeba robić wigilijne pampepato*. A pampepato, jak sama nazwa wskazuje, zawiera pieprz. Dużo pieprzu. Świeżo zmielonego. Lub utłuczonego.

zdj:pieprz -  Mario Spann, figi - Francesca Minonne,  orzechy -  Marco Polo, skórka pomarańczowa - Jodimichelle, młynek - Scott Ashkenaz, czekolada - Lee McCoy

Co do tego, ile pieprzu i czy z młynka, czy z moździerza, zgody w Ginestrze nie ma. Tak jak nie jedności co do proporcji składników: jedni wolą przewagę daktyli, inni fig, a jeszcze inni dodają rodzynki namoczone w grappie. A zia Laura daje wszystko: i rodzynki, i figi, i daktyle. I właśnie jej pampepato jest najlepszy: pieprzny i aromatyczny, pachnący czekoladą, kandyzowanym cytronem i skórką pomarańczową. W dodatku pełen orzechów i migdałów.

Gdyby nie czekolada (koniecznie gorzka!) i kształt bardziej przypominający pieczeń rzymską niż placek świąteczny, to smak pampepato możnaby porównać do sienejskiego panforte.  I słusznie, gdyż tak pan papato (zwane też panpepato, pampepato) i panforte są blisko skoligaceni*. Legenda głosi, że pochodzą z XIII wieku, a za ich twórcę przyjmuje się niejakiego Niccolo dei Salimbeni. Materiały źródłowe mówią jednak , że ciasto z bakaliami i orzechami, słodzone miodem i przyprawiane korzeniami znano dużo wcześniej. Ba, melatello, panforte z jabłkami, brał udział w krucjatach.

W późnym Średniowieczu i wczesnym Renesansie drogi panforte i panpepato się rozeszły na stałe. I choć obydwa reprezentowały wszystko co najcenniejsze w kuchni, a więc przyprawy korzenne, to panforte nabrało wymiaru niemalże metafizycznego. Nie dosyć, że siedemnaście składników miało symbolizować liczbę kontrad biorących udział w Palio, to panforte - wraz jego legendarnym twórcą  Salimbenim - wpisało się w historię języka włoskiego. I trafiło do ósmego kręgu Piekła:
Oraz Niccolo, po którym praktyka
Nastała -- w kuchnię wprowadzić bogatą
Nieznany dotąd aromat gwoździka
Dante, Piekło, Pieśń XXIX, w. 127-29 (tłum. E. Porębowicz) http://boskakomedia.korona-pl.com/index.html

Za klasyfikację panpepato wziął się dopiero Francesco Redi. I to on podzielił gatunek na trzy odmiany: wysublimowaną, czyli sopraffina, z białym cukrem, kolorową polewą i przybraną ozdobami marcepanowymi, poślednią  - tańszą wersją sopraffina, a więc z miodem zamiast cukru, oraz plebejską z mąki rasowej, otręb, fig, orzechów włoskich, miodu i pieprzu.

Do której kategorii należy współczesny pampepato z Ginestry? Trudno powiedzieć. I chyba nikogo w Ginestrze to interesuje. Najważniejsze jest indywidualne podejście do składników, gdyż proporcje to sprawa umowna:

  • grubo posiekać orzechy, oraz sparzone, obrane ze skórki migdały
  • Rodzynki zalać grappą (rumem, ciepłą wodą) i odstawić na kilka godzin. W przypadku rumu lub grappy lepiej odstawić na kilka dni
  • Drobno posiekać kandyzowane owoce, suszone figi i daktyle. 
  • Na grubej tarce zetrzeć gorzką czekoladę. 
  • Czekoladę wymieszać z orzechami, kandyzowanymi owocami i odsączonymi rodzynkami. 
  • Dodać szczyptę soli, dużo zmielonego czarnego pieprzu i dobrze wymieszać. 
  • Do rozpuszczonego (ale nie gorącego) miodu, wsypać startą czekoladę, owoce i orzechy z przyprawami.
  • wbić zółtko lub dwa  (zależy od ilości składników podstawowych)
  • wsypać mąkę (razową lub białą, w takiej ilości by ciasto dało się formować), przyprawić wedle uznania cynamonem, goździkami i gałką muszkatułową. 
  • Na posmarowanej oliwą blaszce uformować ciasto (ma przypominać bochenek chleba). 
  • Piec w temp. 200 stopni. 
  • Jak długo? To też sprawa umowna: zia Laura twierdzi, że 20 min. Gina mówi, że pampepato piecze się do zrumienienia.
* Pampepato to nazwa używana w Sabinie, choć sabiński pampepato to nic innego jak panpepato znany z Toskanii i południowej Umbrii.
** Z pampepato skoligacano są pierniki, m.in. Elisenlebkuchen i Rhumschnitte.


vintage i Trydent
Wasserbug, oliwa i zdechły bażant

Ginestra i wyszarpany królik
zatłoczone Murge

tak jakby komentarz (Rzym, Monachium, Norymberga)

wypłowiałe (Landshut, Oberschleissheim, Norymberga)
vintage, wysypisko, recycling



Todi


Od 1. do 5. maja Orvieto świętowało nieumiarkowanie w jedzeniu (ale nie w piciu).

Orvieto
Orvieto świętowało lody. Najlepsi zamrozili smak i zapach regionu, a Orvieto sprzedawało karnety. Pięć euro za pięć gałek i kolorowy sznurek, na którym wieszało się karnet.

Lody śmietankowe z Emilii, lody orzechowe z Lacjum, lody anyżkowe z Sycylii, lody gruszkowo-winne z Val d'Aosta i lody o smaku oliwy taggiasca z Ligurii.  Na wszystko patrzyły dusze potępione z ze ściany duomo. Lody o smaku torrone z Abruzji, lody polane syropem winnym z Molise, lody z nutellą z Apulii i sorbet cytrusowy z Calabrii. Dusze potępione patrzyły na nas ostrzegawczo.

nogi w Orvieto i Sienie

Ginestra też świętowała. Rano po wiosce przeszedł Jan Ewangelista, a potem jego konterfekt przenosił się z domu Giovanniego do domu najstarszego muzykanta wioski, a na ustawionych pod pocztą stołach świątowano nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Na parkingach Ginestry zabrakło dla nas miejsca, więc JC zaparkował na brzegu pola, a ja wyszłam popatrzeć czy nie zablokował alfy na mediolańskich rejestracjach. Stanęłam na trawie i jak na sądzie ostatecznym otworzyły się czeluście: pod lewą nogą zarwała się ziemia. Z odchłani wyciągnął mnie i moje spuchnięte kolano JC.

Od tego momentu wspinanie po schodach zajmowało 5 min: po pół minuty na każdy stopień. Potem było lepiej, więc kuśtyłałam sobie po Sienie i po schodach na dach duomo. 90 stopni w górę i 90 stopni w dół, a za mną ciągnęła grupa zwiedzających. Kuśtyk, kuśtyk, przepraszam, że tak wolno, ale....

W Paestum kuśtykałam w kurzu od świątyni Posejdona do świątyni Ateny. W Velii wdrapałam się na wzgórze dawnego akropolu. Ale schodzić pomagał mi JC.

21. maja doktor odesłał mnie do ortopedy. Rentgen pokazał cienką nitkę pęknięcia kłykcia przyśrodkowego kości piszczelowej i kuśtykanie zmieniło się w kicanie: dwie kule ze światełkami odblaskowymi w niebieskich uchwytach oraz zakaz wstawania z łóżka lewą nogą. Wczoraj pokicałam po Monachium. I tak się nakicałam, że teraz bolą mnie ręce.

Informacja o 1.święcie lodów w Orvieto jest tu. Warto sprawdzać, kiedy będzie obchodzone  w przyszłym roku. Przy okazji dodaję, że ja głosowałam na anżykowe sycylijskie, a JC na apulijskie z nutellą. Najmniej nam smakowały lody z oliwą, choć doceniliśmy pomysł.

A jakby ktoś chciał przypomnieć sobie anatomię kolana, to proszę bardzo: polska wikipedia na temat i z ilustracjami

orvieto wyprane z kolorytu lokalnego

wyjeżdżając do Ginestry koty do samochodu pakujemy o 6 rano. Rezygnujemy też ze śniadania, bo w takie dni lubimy cappuccino i rogalik z konfiturą morelową. Śniadanie jemy więc już po stronie włoskiej, na pierwszej stacji na wjazdem na autostradę Brennero, choć jest to jeden z droższych autostradowych barów jakie znam. Wracając do domu lubimy zatrzymać się w barze na stacji IP przy via Salaria (SS4) za zjazdem na Ornaro Basso. Cappuccino mają gęste, a rogaliki nadziewają konfiturą jagodową, moją ulubioną. W Ginestrze na cappuccino idzie się gdy za barem stoi Luca. Rogaliki może są  jakby mniej wypieczone, ale kawa napewno jest wtedy lepsza. Dobre cappuccino robią też w barze w Osteria Nuova, ale tylko około 10, gdy ekspres jest dobrze rozgrzany. O 10 na ogół brakuje już najlepszych rogalików i czasami trzeba czekać w kolejce i, co gorsza, czasami trzeba wracać do baru by szukać kolesia od Alfy, który zaparkował tak, że nie możesz ruszyć auta.

Najlepsze autostradowe espresso piliśmy w Sarni w okolicach Neapolu (tak w jedną, jak i w drugą stronę). Filiżanki były jak z gliny ulepione, grube i niezgrabne, ale espresso miało cremę tak gęstą, że możnaby na niej, jak na tylnych drzwiach naszego samochodu, narysować serduszko przebite strzałą lub napisać prowokacyjnie ac milan.


Wracając w Nowy Rok z Ginestry do bawarskiego domu nudziliśmy się bardzo: na drodze pustki, nie ma na kogo trąbić i kogo przeklinać; nawet przez Terni przejechaliśmy na zielonej fali. Co prawda śniadanie wypiliśmy już na E45 gdzieś w okolicach Todi, gdyż wszystkie bary były zamknięte, ale cappuccino podali bardzo dobre. Gorzej z rogalikiem, bo ten nadziany był waniliowym budyniem, a nie cytrynowym kremem. A ja waniliowego budyniu nie lubię, zwłaszcza w TAKICH ilościach.

Jak już pisałam, nudziliśmy się bardzo, więc gdy wyczerpaliśmy zasoby tematu dyżurnego czyli wyboru fotela do ginestrowej czytelni, zaczęliśmy robić zestawienie ulubionych barów i restauracji autostradowych. I tak zdecydowanie kulinarnie wolimy Fini od Autogrilla i chyba maryginalnie lepszy od tego ostatniego jest również Sarni, choć nie Siro. Najbardziej, oprócz espresso z Sarni pod Neapolem, smakuje nam kawa na w barze-restauracji RiBox przy SS45. JC twierdzi, że mają też dobre obiady. Rogalików tam nie próbowaliśmy, ale - podejrzewam - że są takie wszędzie w Umbrii, czyli z dużą ilością nadzienia.

A tak w ogóle to przydałoby się zrobić mapkę dobrych autostradowych barów. Jakby nie było, kawa jednak kawie nierówna. Tak jak i rogalik, a więc - w zależności od regionu - cornetto (nie mylić z cornuto, za które można w ryja dostać) lub brioche, z konfiturą morelową lub jagodową, kremem waniliowym lub cytrynowym, nutellą lub czekoladą. A cornetto z konfiturą czereśniową podano nam do porannego cappuccino w barze na Starym Mieście.
postanowiliśmy działać z zaskoczenia. Uderzyć na nich od tyłu, od strony gór. Wiedzieliśmy, że tylko wtedy mamy szansę. Gdybyśmy zdecydowali pociągnąć doliną, miasteczko na wzgórzu znałoby nasze pozycje i nie mielibyśmy żadnych szans, gdyż dysponowaliśmy jedynie 211 koniami.

Ruszyć mieliśmy o 8 rano, ale nastąpiły opóźnienia. Najpierw nie było prądu, potem zabrakło cornetti w barze i musieliśmy czekać na świeże, a jeszcze potem zaciął się satelita i mapa nie funkcjonowała tak jak należy.

Granicę przekraczaliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem.

Na pierwszym postoju sprawdziliśmy przeciwnika.: kawę mają bardzo dobrą, cornetti przyzwoite, może tylko za dużo w nich konfitury. Podejmujemy decyzję, by - rezygnując tym samym z sugestii nawigacji satelitarnej - pojechać doliną rzeki Nery i w Sant'Anatolia di Narco odbić w lewo, na Monte di Patrico.

skarbiec
Nic nie wskazywało na to, że przeciwnik spodziewał się naszego ataku. W barze przy SS209 rozmawiano z nami przyjemnie, pytano o urlop i plany. Wskazano właściwą drogę i wytłumaczono gdzie ustawiono radary prędkości. Jechaliśmy pewni zwycięstwa. Czuliśmy je w ustach. Tak więc rzucona na drogę kolczatka w postaci starego drogowskazu Abbazzia di San Pietro in Valle zaskoczała nas zupełnie. Zarzuciło sprzętem ciężkim, 211 koni zawyło, zaśmierdziało palącą się gumą. Stare schody prowadzące z parkingu do klasztoru zmieniły wojowników w kupców:

Dwa bilety
Dwa euro. Nie mam wydać z pięciu
Rozmowa z dziewczyną, która siedziała na trawie, oparta o ścianę przy drzwiach.
To w takim razie płacimy pięć, ale ty mi pozwalasz na fotografowanie wszystkiego.

Trzy euro kosztował mnie 'wynajem' odpowiednich reflektorów, doświetlających ołtarze rzymskie i lombardzkie, podświetlające sarkofagi, kolumny, schody, sklepienia. Po prawej stronie widziałam freski przedstawiające sceny z Nowego Testamentu, po lewej ze Starego. Do wglądu mieliśmy wydruki z inwentaryzacji świątyni: a więc opis podłóg, każdego fresku, kamieni ułożonych pod ścianą.

W zabudowaniach klasztornych zrobiono hotel. Krużganek stanowi część sali jadalnej.

farbką i dłutem

Nie skręciliśmy już w lewo w kierunku Monte di Patrico. Nie dojechaliśmy do Spoleto. Miało być atrakcyjnie i według przewodników, a było tak jak zwykle: spacer po nieznanym, choć pełnym skarbów. I nie po raz pierwszy upewniliśmy się, że negocjowanie cen idzie nam lepiej niż podbijanie terytoriów. A Umbria,  widziana z odpowiedniej perspektywy potrafi być tak piękna jak Lacjum :D

Abbazzia di San Pietro in Valle włoska wiki
dodatkowe informacje ze strony Bella Umbria
http://www.cistercensi.info/abbazie/abbazie.asp?ab=2030&lin=pl
i na blogu Trusia w Umbrii, pod datą 8 października 2009, jest opowieść o podróży Valnerina, czyli Doliną Czarnej Rzeki.
Casa Talia, Capri Suite, Moravola i Casa Olivi
jak to miło popatrzeć na ładne wnętrzarsko wnętrza. Zwłaszcza we Włoszech, bo tam często panoszy się styl pseudotoskański, propagowany przez Frances Mayes. Nie żeby wysiłki Frances były powodem nagromadzenia przecierek, firaneczek, baldachimów, foteli w białych pokrowcach. Ten styl był znany od lat, zdjęcia z Bramasole go jedynie rozpowszechniły do tego stopnia, że można go uznać za parodię. Dlatego też z przyjemnością patrzę na wnętrza z nowoczesnymi krzesłami zamiast ikei robionej na italię, włoskimi lampami bez kretonowych abażurków i umiejętnie zachowanymi elementami dawnego wnętrza.

Na zdjęciach wnętrza z Casa Talia (Sycylia), Capri Suite (Kampania), Moravola (Umbria) i Casa Olivi (Marche). Chyba zacznę grać w lotka :D
sovramagnificentissimamente, które z niezrozumiałych powodów wypadło z obiegu, po raz pierwszy użył Dante, ale nie w Boskiej Komedii, a w De Vulgari Eloquentia i znaczyło w przybliżeniu coś absolutnie kompletnie cudownego, czyli mówiąc krótko: rzecz zajebiście najzajebistszą.

św. Salvatore w Spoleto, czyli Bazyli i Ka

W moim osobistym zestawieniu rzeczy sovramagnificentissimamente gdzieś w pierwszej piątce  klasyfikuje się kościół San Salvatore w Spoleto. Można nie lubić sztuki lombardzkiej, mieć uczulenie na pozostałości po Rzymianach, irytować się bazylikami, ale San Salvatore to więcej niż suma jego składników. Kolor kamienia, światło, prostota formy i szlachetny rozkład zapierają dech. Aż dziwne, że w przewodnikach po Spoleto, San Salvatore pojawia się gdzieś w tyle za nudną katedrą i za Sant'Eufemią.

św. Eufemizm: S. Eufemia a Spoleto
I nawet jeśli wizyta będzie precipitevolissimevolente, czyli najszybsza z możliwych, czyli  zajebiście krótka,  to do San Salvatore trzeba pojechać, na przykład w drodze z Perugii do Ginestry. Albo jadąc  z Orvieto nad Adriatyk, po wino do Montefalco, do Terni na zakupy, Nursii po kiełbasę i trufle, Baschi na obiad lub kolację. 

I tak  jak dziwi mnie, że San Salvatore jest prawie marginalizowany, tak nie rozumiem twierdzenia, że pewnych słów nie da się z włoskiego przetłumaczyć. Jak to nie da? Przecież to zajebiście proste :D
było tak: robiono porządki w Rzymie i, przypadkowo, robotnicy wykopali popiersie. Ładne nie było, bo poobijane, bez rąk i bez nosa, ale przypadło do gustu kardynałowi Carafie. Wystawił je na widok publiczny i, dla większej powagi, kazał je togą przyodziać do której tu i ówdzie przyczepił karteluszki z dowcipami słownymi. Tak narodził się pierwszy brukowiec, bowiem Pasquino, bo takim imieniem ochrzczono statuę, przypadł rzymskiej ulicy do gustu. Co raz pojawiały się na nim nowe cięte dowcipy, zwyczajne ploty i ostre komentarze polityczne. Ot, ulica rzymska wietrzyła poglądy :D

Pasquino na bruku (Terracina i Spoleto.Zdj. Pasquino: C. Corsini)

A gdy w 1517 roku dla Pasquino zaczął pisać Pietro Aretino, w mieście zawrzało, bowiem Pietro znany był z jadowitego języka. Leciał po wszystkim i wszystkich (no, prawie wszystkich, bo niektórzy płaci Pietro za pominięcie ich nazwiska), nie było takiej świętości, której Pietro by nie trącił. Już wcześniej, w 1514 roku, napisał paszkwil Ostatni testament słonia Hanno, upamiętniający śmierć ulubieńca papieża Leona X, przy okazji dowalając politykom i klerowi. Gdy conclave nie było w stanie wybrać papieża, Pietro kąśliwie twierdził, że go to wcale nie dziwi: jeden kardynał ma żonę, drugi nie może trzymać pióra w ręku, obmacując chłopców, a reszta to złodzieje, heretycy, oszuści, szpiedzy i zdrajcy. I przy okazji wymienił nazwiska, m.in. twierdząc że Aleksander Farnese sprzedał usługi seksualne siostry papieżowi Aleksandrowi Borgii w zamian za purpurę kardynalską. W końcu jednak Pietro przegiął: napisał nieprzyzwoite sonety do jeszcze bardziej nieprzyzwoitych rycin. W Europie zawrzało i Aretino trafił do aresztu. Gdy się wykręcił, ktoś na niego napadł, co prawie przypłacił życiem. A że stracił przy okazji patronat papieski, więc przeniósł się do Wenecji, gdzie - jak twierdził - atmosfera bardziej sprzyjała jego talentowi literackiemu. W Wenecji Pietro mieszkał ponad 30 lat,  będąc na utrzymaniu Gonzagów, korespondując z krółami i pisząc paszkwile na zamówienie.

Sulmona: nazwa której nie powstydziłby się Pietro Aretino

Pietro miał szczęście, zmarł zanim do Wenecji dotarła św. Inkwizycja i zanim wszystkie jego dzieła trafiły na Index. Jego sekretarz Niccolo Franco został skazany na śmierć, choć, twierdzi się, że nie bez powodu: teksty Franco były ostrzejsze niż paszkwile Aretino.

Informacje:
Adres: Piazza (a jakże) Pasquino w Rzymie, leżąca tuż przy via Pasquino (mapka)
historia Pasquino
biografia Pietro Aretino
więcej o Aretino można też przeczytać w książce Dianne Hales La Bella Lingua. My love affair with Italian, the world's most enchanting language
i przypis do zdjęcia z Sulmony (Abruzja): mona w dialekcie weneckim to kobiece narządy płciowe. Su znaczy na. Reszty nie muszę tłumaczyć.

Leżącym jest Amelia, miasteczko w południowej Umbrii. Znamy je z podróży poprzedzających zauroczenie Lacjum i kupno casa di giuseppe; nadal jest śliczne: gładkie, eleganckie, odpowiednio oznakowane. Czyli takie jak śliczne miasteczko powinno wyglądać. Jest brama rzymska, atrakcyjne kościoły, winda z parkingu, biblioteka w odrestaurowanym pięknie budynku, kilka kamieni drogi rzymskiej umiejętnie ogrodzonych, a  muzeum z atrakcyjnymi rzeźbami i też ślicznym turkusowo-atramentowym kolorem drzwi stało otworem dla zwiedzających. Przerwy obiadowej nawet nie było. Ładnie. Powiem nawet, bardzo ładnie. Tylko, że myśmy do Amelii trafili po wycieczce do Terraciny (o Terracina będzie w przyszłym tygodniu) i gdyby w Terracinie ogrodzić każdy kawałek rzymskiego bruku i czy muru to by nie było w Terracinie gdzie nogi postawić :-), więc Amelia przegrała natychmiast. Miałam nawet o zamian nnapisać post porównujący obydwa miasta ale nie napisałam. Nad przegranym się nie znęcam.


Co w Amelii było bez zarzutu to trattoria. Do sławnej Vissani w Baschi nie mogliśmy pojechać z racji bycia tydzień wcześniej w La Trota a więc brakiem niezbędnych środków, zaś La Misticanza, położona tuż w pobliżu parkingu przy bramie rzymskiej, była interesującą finansowo alternatywą. Otwarta na okrągło, z ciekawym wystrojem, okazała się strzałem w dziesiątkę. Robią własne makarony (warto poprosić o info. co dzisiaj do zjedzenia), leją wina na kieliszki (i to fajne wina, nie tylko toskańskie) i wszystko jest bardzo smaczne. Myśmy jedli bruschettę, kwiatki cukinii nadziewane ricottą z ziołami (wolę anchovies i mozzarellę lub tylko bułkę tartą, ale i ta wersja była smaczna), a na danie główne sałatę z ruccoli i wołowiny. Wołowinę można było kroić widelcem, sos był  boski. W ogóle La Misticanzę bardzo sobie chwalimy. Do Amelii raczej się nie wybieramy, ale do La Misticanza i owszem. Zwłaszcza, że będziemy tamte strony odwiedzać z powodu winnicy Falesco.

La Misticanza
via della Rimembranza 4
www.lamisticanza.it
zawsze otwarte, urlop w sierpniu; warto zadzwonić i sprawdzić kiedy.
tel. 0744982888

za opisany przeze mnie posiłek i 6 (!) lampek wina zapłaciliśmy 70 euro. Jak na Umbrię to tanio.
po czerwone Montiano, robione - o dziwo z Merlot - które, jak wiemy z podręczników - do typowych gron włoskich nie należy. Pewnie dlatego też nie ma nawet znaczka DOC, co w sumie dowodzi, że oznakowanie DOC i DOCG niekoniecznie warto się kierować wybierając wina. Siedziba Falesco znajduje się w Umbrii, administracyjnie w Montecchio, w rzeczywistości na trasie z Amelii do Baschi. Winnice mają na terenie Lacjum i dlatego przewodnik Italian Wines 2010, umieścił Falesco w Lacjum, co daje mojej prowincji laurkę za posiadanie jednego z najlepszych win włoskich. Nie mogę ustosunkować się do twierdzenia, że Montiano jest jednym z najlepszych win włoskich, gdyż za mało wiem o najlepszych winach, ale jest to jedno z najlepszych win jakie kiedykolwiek piliśmy (a my Merlot to nawet niezbyt lubimy): czuć czarną jagodę i pieprz; gdzieś ciągnie się posmak konfitury wiśniowej i goryczka pestek. Gambero Rosso pisze też o zaroślach śródziemnomorskich, ale muszę im wierzyć na słowo: krzaków nie czułam.


Smakowało nam też białe Ferentano, które wypiliśmy wczoraj pod makaron: bukiet szafranu i kwiatów akacji lub ginestry, lekko słonawy posmak lukrecji, dużo minerałów i odpowiednia ilość dębu to jest to co lubimy w winach nieczerwonych :-) Żałujemy, że z Falesco przywieźliśmy tylko jedną butelkę Ferentano.

Montiano też się prawie skończyło. Podarowaliśmy Beacie i Peterowi jedną butelkę, drugą wypiliśmy i jakoś tak szkoda, że nie ma więcej, choć Montiano kosztuje sporo. Za butelkę płaciliśmy 26 euro, co uważamy za cenę wysoką. Zdaję sobie jednak sprawę, że w Polsce to cena przeciętnego wina w przeciętnym sklepie. Nie po raz pierwszy jestem szczęśliwa, że nie mieszkam w Polsce, gdyż albo bym zbankrutowała albo uschła z pragnienia :-)


PS: i żeby nie było zbyt różowo to dopowiem, że nie smakował nam Tellus (czysty Shiraz), choć nalepkę miał najładniejszą ze wszystkich.

Falesco
loc. San Pietro
05020 Montecchio (TR)
tel. 07449556

jeśli nie chce się zmywać naczyń to w niedzielę szuka się podwykonawcy, czyli kogoś kto postawi talerz przed nosem a potem go zabierze i umyje za nas. Czyli idzie się na obiad. 


Najczęściej idziemy do Da Alvero na niedzielną jagnięcinę, ale czasami decydujemy się na podróż: jedziemy całe 10 km do Torricella in Sabina. W Torricella jest La Ginestra, która, oprócz zabójczych widoków na góry i doliny Sabiny, ma najlepsze lody w okolicy (sprowadzają je z lodziarni w Antrodoco), przyzwoitą pizzę oraz doskonałe kiełbaski z grilla (miejscowej produkcji). W niedzielę zaś podają zestawy obiadowe. Albo bierze się ziemię albo morze, czyli albo mięso albo owoce morza. My zawsze idziemy do La Ginestra na to drugie, bo mój owocowo-morski tudzież rybny repertuar jest ograniczony, a La Ginestra zawsze podaje coś, czego nigdy wcześniej nie jadłam. Lub po prostu robi to lepiej niż ja. Ostatnio, na przykład przyniesiono marynowane sercówki i ośmiorniczki, mule z cieciorką i peperoncino oraz fritto misto. Oczywiście zamiast fritto mogliśmy zamówić rybę, ale fritto misto smażone na tutejszej oliwie to poezja. A poezję kulinarną obydwoje bardzo lubimy.

Można też w niedzielę pojechać w góry. A  konkretnie do Forca Canapine. A jeszcze konkretniej do schroniska górskiego, w którym można zjeść potrawy górali z Marche lub Umbrii. Oczywiście menu nie ma; je się to co mają. Dla nas mieli domowe fettucine z miejscowymi grzybami (można jeszcze było dostać ragu), zakąski (marynowany bakłażan, wędliny, bruschette z oliwą rodem z Marche). A na deser dali najlepszą panna cottę jaką kiedykolwiek jadłam, a jadłam wiele razy bowiem panna cotta, oprócz creme brulee i creme caramel, to mój najukochańszy deser. Zamawiam go przy każdej okazji, nie zrażają mnie nawet sosy z butelki którymi na ogół deser jest polewany.  W Al Kapriol sos był z miejscowych jeżyn, a panna cotta była delikatna, rozpływała się na języku i nie miała żelatynowatej konsystencji tak często spotykanej gdzie indziej (na przykład w Da Alvero. Nie żebym nie lubiła galaretki śmietankowej :-))

Dodatkową atrakcją Al Kapriol są szmaciane kwiatki,  kraciaste zasłonki, przerośnięte pelargonie, złote serwetki  i sosnowa (a może świerkowa?) boazeria. Z resztą La Ginestra, choć ma widoki i położenie, urodą dekoracji też nie grzeszy. Bardziej przypomina świetlicę niż przytulną restaurację, a najfajniejsze stoliki są na zadaszonym tarasie.
 
===============
Kilka konkretów:

Al Kapriol (adres znaleziony w Gambero Rosso); otwarci cały tydzień, choć robią sobie urlop późną jesienią (lub wczesną zimą :-) czyli od 5. listopada do 7. grudnia. Adres: Arquata del Tronto, loc. Forca Canapine, 4; tel. 0736808119.

La Ginestra: Ornaro Basso, fraz. Torricella in Sabina tel. 347.0305380 lub 347.3570544. Jak dojechać tłumaczy strona internetowa http://www.laginestrarieti.altervista.org/chisiamo.html , choć przy drodze (jadąc od Ornaro Basso) są drogowskazy. I nie panikować: w pewnym momencie jedzie się prawie polną drogą. W dodatku bardzo wąską i pełną dziur.



Obydwa miejsca oferują noclegi
 
Na zdjęciu: Al Kapriol

z polecenia zaznajomiłam się z prozą Marleny de Blasi, tej od trzech tysiący dni w Wenecji, Toskanii i Orvieto i od opowieści miłosnej z Sycylią w tle. O ile o Orvieto jeszcze czytałam z przyjemnością (od niej zaczęłam) to już 1000 dni w Wenecji prawie mnie zmogło. Co prawda de Blasi wydaje się być mniej zmanierowana, a więc i mniej grafomańska, niż Frances Pod Słońcem Toskanii Mayes, ale to akurat specjalnym komplementem nie jest.

U de Blasi irytuje ciągłe poszukiwanie głębszego znaczenia, tak jakby przypadek w życiu nie wystarczał. Każda rozmowa przytaczana w książkach to rozmowa głęboka, z podtekstami na wielu poziomach, zaś filozoficzne dywagacje na temat Losu, Przeznaczenia i Miłości wydają się być chlebem codziennym. Nie wiem jak wam, ale mnie rozmowy „głębokie” zdarzają się raz na jakiś czas,  więc do filozoficznych rozmów nad kotletem podchodziłam początkowo z niedowierzaniem, a później z niechęcią.  Czekałam, i w końcu nie doczekałam się, normalnego dialogu o gwoździach i młotku, o dupie Maryny i o pogodzie na jutro. Oczywiście jest prawdopodobne, że to ja nie staję na wysokości dyskursu i nie umiem czytać podtekstów. Mam coś takiego, że z niechęcią podchodzę do wielkich stwierdzeń o sprawach ostatecznych. Wolę łuskanie fasoli i dupę Maryny.

Po za tym jak tu wierzyć autorce, dla której każde wypowiedziane słowo jest słowem istotnym, gdy język zna  na poziomie menu w restauracji (do czego sama się przyznaje)? Oczywiście, znaczenie słów można zozumieć z perspektywy czasu, ale z to kolei to nie pasuje w książce która z założenia jest literaturą pamiętnikowo-podróżniczą z kulinariami w tle. Nie dowierzam też opowieści o dyskusjach ze słownikiem w ręku, bo pewnych niuansów słownik nie ogarnia.

No i ten przeraźliwy brak poczucia humoru. Tu nie tylko nie ma się z czego śmiać; tu nawet nie ma do czego się uśmiechać. Autorka nie umie nie puścić oka do czytelnika, błysnąć ironią...zaśmiać się z samej siebie. Nie tylko ona z resztą: Frances Mayes jest chyba jeszcze gorsza. Przynajmniej de Blasi stać na umiejętność dostrzeżenia różnic między perspektywą włoską a amerykańską.

Tak więc: książki de Blasi miejscami czyta się przyjemnawo; można zgodzić się z wieloma opisami społeczności, może podobać się gorzkawy komentarz, można być też zachwyconym brakiem zachwytów, ale są to książki na raz: do nich się nie wraca, bo nie ma do czego. Chyba, że chce się z nich korzystać jako książek kucharskich.

PS: 1000 dni w Orvieto jest dobrze przetłumaczone na j. polski (resztę czytałam w oryginale), co jest ostatnio wartością samą w sobie.
 
Na zdjęciach: Monte Terminillo i Forca Canapine w łańcuchu Monti Sibillini, do której można dojechać jadąc SS4 (Salaria) z Rieti na Ascoli Piceno. Forca Canapine leży na terenie Parku Narodowego Monti Sibillini, siedzącego okrakiem na granicy Lacjum, Umbrii i Marche.
Trzy tysiące kilometrów -  a dokładnie 3.100 - głównych dróg i dojść do nich przecina Apeniny, łącząc w tajemniczy sposób południową Umbrię, Lacjum, Abruzję, Molise, Bazylikatę, Apulię i Campanię. Owe drogi to tratturi (tractus; od łacińskiego trahere), a ich odnogi - tratturelli i bracci. Bywają bardzo ruchliwe, ale próżno ich szukać na oficjalnych mapach sieci drogowych, bowiem tratturi naniesione są na inne mapy: jedne mapy należą do zarządu regionu, drugie zakodowane są w głowach ich użytkowników, czyli nomadów-pasterzy, przeprowadzających wiosną stada owiec z nizin na hale, zaś jesienią w odwrotnym kierunku.

Transumanza czyli retyk
W ubiegłym roku późną jesienią widziałam stada owiec schodzące z gór polnymi drogami. Podziwiałam inteligencję owczarków (sprawdzały czy któraś z owiec nie schowała się za stojącymi samochodami), wielkość stada i zatykałam nos, bo od owiec ciągnęło owcą :-). Niezorientowana, nie wiedziałam, że oglądam godziny szczytu na tratturo.

Tratturi są dla wtajemniczonych, czyli tych z  dobrym motocyklem, odpowiednim sprzętem i kondycją  bowiem tratturi do pokonania łatwe nie są, a do krótkich nie należą . Przykładowo, najpopularniejsze tratturi to : Magno - z L’Aquillii do Foggii (jakieś 200 km z kawałkiem), Pescasseroli - Candela (211 km), Castel di Sangro - Lucera (127 km) i Centurelle - Montesecco (120). Czasami organizowane są wycieczki.

W 2006 roku rozpoczęto starania by sieć tratturi wpisać na listę Unesco, a same retyki są uznane za świętą, czyli nietykalną, tradycję.

Chciałby ktoś polatać za owcami? Oto kilka ważnych linków i obrazki:
Umbrię zaczynałam poznawać lata temu. Rachunki płaciliśmy w lirach, a sangrantino od Caprai kosztowało mniej niż obecnie butelka montefalco rosso. Gubbio było wtedy normalnym miastem, a w Narni narzekaliśmy, że dom w centro storico, do częsciowego remontu, za 50 tysięcy guldenów holenderskich to strasznie dużo :-) Tak więc były to dawne czasy; Umbrię dawało się wtedy lubić.

W roku 2000 odkryliśmy La Trattorię w Campello sul Clittuno. Nie trudno do niej trafić: wystarczy podjechać do fonti del Clitunno; La Trattoria jest po drugiej stronie ulicy. Pamiętam, że jadłam tam po raz pierwszy w moim życiu białe figi, podawane z prosciutto domowej roboty. Pamiętam też miłą atmosferę, stoły z surowych desek, dobre czerwone wino i smaczny makaron. La Trattoria jest też opisana w Gambero Rosso, za którym powtarzam podstawowe informacje:
La Trattoria
s.da delle Vene, 7
Campello sul Clitunno
tel 0743255797
zamknięci w czwartki
Gambero Rosso uważa La Trattorię za prawdziwą okazję cenową, a ja potwierdzam.

INNE RESTAURACJE

Foligno. Zaszliśmy do winiarni Il Bacco Felice (via Garibaldi 73, tel. 3356622659; zamknięci w poniedziałki). Je się to co szef wygotował danego dnia, wino podają na kieliszki.

W Villa Roncalli (v.le Roma 25; tel 0742391091; otwarci tylko na kolację, z wyjątkiem świąt. W poniedziałki zamknięci) jedliśmy polentę z karczochami i pancettą, popijaliśmy sangrantino i dobrze nam było. Pamiętam, że ceny były niskie. I Gambero Rosso to potwierdza.

La Cucina del Casale (loc. Fonteneva 9; tel 0743816481; zawsze otwarci) w Norcii. Dobre makarony, potrawy z grilla, a że to i Norcia to i doskonałe wędliny miejscowe. Nawet stronę internetową mają.


NAJLEPSZĄ jadłodajnią w Umbrii (i nadal nie wymagającą złotej American Express)  jest trattoria  L’Asino d’Oro w Orvieto (v.lo del Popolo I, 9; tel. 0763344406; zamknięci w poniedziałki). Gambero Rosso daje im 3 gamberi, ja daję im dodatkową za położenie, obsługę i generalnie za wszystko. Flaki z cytryną warte wycieczki, a na crostini z pastą z bobu i lardo gotowa jestem odwiedzić Orvieto, którego nie lubię. A jak się do tego doda coratella d’agnelo z cima di rape czy gnocchi w sosie jagnięcym, to i pieszo do L’Asino d’Oro pójdę.

Na liście kulinarnych miejsc kultowych jest u mnie Vissani w Baschi (loc. Cannitello, fraz. Civitella del Lago), ale poczekam aż wygram jakąś kumulację w lotka, bowiem Vissani - jedna z najlepszych restauracji w całych Włoszech - do tanich (o ironio!) nie należy. Zainteresowanych informuję, że restauracja otwarta jest jedynie we wtorki, czwartki wieczorem, piątki, soboty i niedzielę obiad; o restauracji można poczytać na ich stronie.

Tyle ode mnie, Marghe. Mam nadzieję, że choć na liście nie ma żadnej pozycji z samego Spoleto, to jednak dasz się skusić i pojedziesz do którejś z moich restauracji. A potem napiszesz mi, że tak dobrze nigdy jeszcze w życiu nie jadłaś :-)
do 6 stycznia 2010



JC skończył projekt, a ja prasowanie i obraz. Lucek i Muscat prawie wypisani ze szpitala. Lucek zaczął jeść sam; Muscat ma założoną sondę. Pepper doszedł sam do siebie. Tak więc w końcu mamy pozwolenie od weterynarza na wyjazd i możemy zacząć nieświętowanie świąt w Ginestra. Ruszamy jutro skoro świt, bo chcemy po drodze zjechać w Umbrii do  Montefalco. Trzeba przecież kupić kilka butelek Sagrantino, najlepiej od A. Capraii :-D

No to siup panowie i panie, za 2010 i zdrowie kotów :-D
nikt za nią nie dostał literackiej nagrody. A powinien.

Oto moja lista najpiękniejszych nazw makaronów włoskich:
abbotta pezziende (nakarm żebraka) z Abruzzo, przypominające krojone po skosie łazanki

chianche
przetłumaczyłabym je jako kocie łby, choć nazwa odnosi się do płyt kamiennych popularnych w Apulii)

ave marie (zdrowaśki), na Sycylii przypominają paciorki różańca, gdzie indziej znów to drobne i krótkie rurki; zawsze z dziurką

bricchetti
(kijki) z Ligurii

cappellacci dei briganti (czapki brygantów) z Molise i Lazio

code di topo, mysie ogonki z Lacjum i Abruzzo

fieno di canepina, siano z Canepina (czyli miejscowości z okolic Viterbo)

fregnacce--w dialekcie Lacjum znaczy to drobnostki, drobne oszustwa. A pierwotna nazwa pochodzi od dialektowego określenia kobiecych narządów płciowych (fregna)

gloria patri i pater noster (ojczenaszki) z Umbrii lub z Lacjum

lenzzolere e cuscenere (prześcieradła i poduszki) z Molise, przypominające bardzo nierówno pokrojone łazanki

occhi di passero (wróble ślepka)

pisarei (małe siusiaki) z Emilia

vipere cieche (ślepe żmije) z Lacjum, ręcznie uformowane spaghetti i zwinięte w kłębek; właśnie jak wylegujące się na słońcu żmije.

zavardouni czyli bałaganiary, z Emilia Romagna


poezję znalazłam w Encyclopedia of Pasta Oretty Zanini de Vita (tu o niej pisałam)
Powered by Blogger.