Showing posts with label informacja turystyczna. Show all posts
Showing posts with label informacja turystyczna. Show all posts
Strada Provinciale 578 (zwana Salto - Cicolana od nazwy regionu w którym się zaczyna i od jeziora wzdłuż którego przebiega) to, przynajmniej w naszym przypadku, najwygodniejszy sposób dojazdu do A24/E80, a więc autostrady na Chieti i Teramo.

I choć historia drogi, która kiedyś łączyła państwo Burbonów z państwem kościelnym, jest interesująca, to opowiedzieć chcę o tym co kryje się za ścianą gór po lewej stronie SP578 (po prawej stronie mamy jezioro Salto).  A jest tam Płaskowyż Rascino (Altopiano di Rascino to oficjalna nazwa, choć spotkałam się też z określeniem Piana, Pian lub Pani di Rascino).

Z drogi do Fiamignano, stanowiącego bramę wjazdową na płaskowyż, rozciąga się widok na góry Sabiny, które - poprzetykane poranną mgłą - kojarzą się z dekoracją w teatrze lalek lub ilustracją w książce tłumaczącej unione - technikę malarską Renesansu. Lasy na zboczach w ochrach, cynobrach i karmazynach, by pozostać przy malarstwie, zaś w zagłębieniach skał kwitną jeszcze amarantowe cyklameny.




Sam płaskowyż jest w sepii.

Wszędzie osty; nie te sterczące w niebo , ale rozłożone na kamieniach jak ośmiornice. Pobocza tu i ówdzie porośnięte kolczastymi krzewami o twardych owocach, obciągniętych czarną skórką, co upodobnia je do główek mikroskopijnych mumii, w których z racji rozmiaru  nie można dopatrzeć się ani wyszczerzonych ząbków ani struktury czaszki. Zarys gór w oddali (Altopiano di Rascino ma, podaje włoska Wikipedia, 5 km szerokości i 7 km długości), któraś z nich to Monte Nuria, ale która to, nie umiałam wtedy powiedzieć. No i ścieżka dźwiękowa: szelest ostów, skrzeczenie jakiegoś ptaka i szuranie podeszw po kamieniach.

Szukałam miejsca w którym dawno temu ukrywało się czterech neofaszystów. Nie podaję nazwy ich organizacji gdyż jedne źródła mówią o Squadre d'Azione Mussolini czyli SAM, inne zaś o Avangardia Nazionale, a jeszcze inne o Ordine Nero. Niewiele też znalazłam o jednym z nich, zabitym na Altipiano Giancarlu Espostim , choć podobno miał uczestniczyć w ataku na Piazza della Loggia (Brescia), gdzie w podłożona w koszu na śmieci bomba zabiła 8 i raniła 100 uczestników protestu antyfaszystowskiego.


Gdybyśmy żyli w czasach mitów to można by było napisać, że bogowie za karę zamienili Giancarla Esposti w kamyk, oset lub w grudę zaoranego pola. A tak wypada jedynie napisać, że zginął 30. maja 1974 roku przy próbie ucieczki i nie znalazłam poświęconej mu tablicy pamiątkowej.

Tyle po ciemnej stronie opowieści.


Po jasnej  jest samochód ciągnący za sobą tumany kurzu, stado kóz przechodzących przez drogę, domy z kamienia i grube grudy ziemi na zaoranych polach. To pod soczewicę, którą znów zaczyna się w Rascino kultywować. Nigdy nie widziałam pól soczewicy, nie wiem jak kwitną, nie wiem czy pachną i czy lubią je pszczoły, ale drobniutka jak żwir soczewica z Rascino ma kolor płaskowyżu  i nadaje się na zimową zupę, do której w Ginestrze wrzucają kawał szperki, kilka pomidorów, gałązkę rozmarynu i liście laurowe. A tuż  podaniem polewa gęstą zupę młodą mętną oliwą.

Na Altipiano di Rascino zamierzam wrócić. Jeśli wierzyć filmowi, wiosną i latem zmienia paletę



Włoskie linki, polskich brak:

Altopiano di Rascino
Monte Nuria 
Giancarlo Esposti
SlowFood o soczewicy z Rascino

kamiennie
się lubi Castelmezzano, do którego się jeszcze bardziej przekonało po fakcie, gdy w sieci się znalazło więcej informacji niż podawał przewodnik po Apulii i Bazylikacie. Dodam, że przewodnik po Bazylikacie tylko z nazwy, bo niewiele informacji o rzeczonej Bazylikacie zawierał. Ale, jak się rzekło, w siecie informacje się znalazło, i teraz już wiadomo, że przypadkowo się trafiło na perełkę z widokami, historią i kulinariami.

już wiosennie

W Castelmezzano się było w maju, a się zachciało wrócić do wspomnień gdy w czasie niedzielnego spaceru po lesie padło pytanie zasadnicze: jak teraz wygląda Castelmezzano?
bawarsko i jesiennie
 No i się okazało, że pogoda w nim bawarska: 13 stopni w ciągu dnia, 4 w nocy. Co niespodzianką nie było, gdyż w połowie maja też zimno było i rękawiczki bardzo by się przydały, ale tylko na dwa dni; dnia trzeciego niespodziewanie się zrobiła wiosna i Dolina Basento wymieniła dywan z szarozielonego na soczyście zielony, mieniący się w słońcu - jak na prawdziwy jedwabny dywan przystało - czerwienią miejscowej koniczyny.

O zimie przypominały informacje, że do Pietrapertosy nie dojdziemy - górski trakt dla owiec, osłów i turystów zamknięto z powodu osuniętego zimą zbocza - i przypominały grube łańcuchy przymocowane do ścian domów stojących wzdłuż najostrzejszego podejścia via Regina Margherita, a służące do podciągania się w miesiącach jesienno-zimowych, gdy w Castelmezzano leży śnieg.

zimowo

Się pamięta: stroma Via Regina Margherita, przesmyki uliczek, które są jednocześnie schodami łączącymi tarasy wioski. Długie podejście do punktu widokowego (tylko się nie wie czy to via Marconi czy też inna ulica, której nazwy na mapie wioski nie zaznaczono, bo chyba nie jest to via Margherita?). Pionowe schodki wyryte w wielkiej skale, wiszącej nad domkami poniżej. Domki wryte w skałę, wąski ogródek na półce skalnej.

Później się wyczytało, że schodki należały do zamku normańskiego, sama nazwa wioski pochodzi od Castrum Medianum, zamku średniego, który razem z zamkiem w Pietrapertosa i Brindisi di Montagna pilnował Doliny Basento, oraz że początków Castelmezzano trzeba szukać w Bizancjum i w historii Templariuszy. Nie znalazłam wiarygodnej informacji o powiązaniach tego zakonu z Castelmezzano, ale w kościele Chiesa Madre di S. Maria można obejrzeć wyryty w skale krzyż templariuszy, o czym się dowiedziałam już po powrocie z Castelmezzano. Herb wioska ściągnęła z pieczęci zakonu: dwóch siedzących na jednym koniu rycerzy (co z prawami autorkimi, znakiem zastrzeżonym i tak dalej?)

W Chiesa Madre di S. Maria stoi figurka madonny, w koralowej sukni z błękitnym fartuchem w gwiazdy malowanym. Sama madonna siedzi sztywno jak na królową przystało, długa gruba szyjaprosta jak słup, twarz nieruchoma, z przenikliwym spojrzeniem ciemnych oczu i chyba obietnicą uśmiechu na zaciśniętych wargach. Na kolanach trzyma Jezusa z dojrzałą twarzą zmęczonego mężczyny, ale o dziecięcych stopkach, jedną z których otula dłoń madonny, ale jakby od niechcenia lub jakby madonna wstydziła się tego matczynego gestu.

Czy jest to Madonna dell'Olmo, madonna od wiązów? Chyba tak, choć w sieci znajduję zdjęcia dwóch różnych madonn o tej samej nazwie.

Się rzekło, że do Pietrapertosa nie można było dojść. Więc nie miało się okazji zobaczyć zamku, najstarszej dzielnicy zwanej L'Arabata, w średniowieczu zamieszkałej przez Arabów. Się nie było w Brindisi di Montagna, nie zeszło się do rzeki Basento, ale usłyszało to i owo, chociażby o tym, jak po zjednoczeniu Włoch, gdy rozsypał się jeden system, a jeszcze nie wykształcił drugi, okolice Castelmezzano stały się siedzibą band, miejscowa arystokracja (bo i takowa w Castelmezzano była) albo się przenosiła w inne, bardziej bezpieczne miejsca, albo sprawiała sobie ciężkie bramy i grubsze mury. W dwudziestym wieku ruszyła emigracja, potem zesłania przeciwników faszyzmu do wiosek na południe od Eboli, a jeszcze później akwedukt i kanalizacja i turystyka. Tę ostatnią reprezentują gospodarstwa agroturystyczne i kilka B&B oraz dobra restauracja Al Becco della Civetta, w dziobie sowy, w samym Castelmezzano. Że można tam dobrze zjeść, pisać nie muszę. Dodam jedynie, że pieczoną jagnięcinę uznaliśmy za najsmaczniejszą jaką nam kiedykolwiek podano. A mnie zachwyciły suszone papryki, cudownie chrupiące w zębach i smak krwistego steka. Oczywiście z miejscowych krów...rasy podolskiej ;)

====
Castelmezzano w wiki, w Discover Basilicata, oraz w Slow Europe
Castelmezzano jako jedna z najpiękniejszych wiosek Włoch: i Borghi piu belli d'Italia
O templariuszach w wersji audio  i wideo


Ristorante Al Becco della Civetta
Vico 1° Maglietta, 7 85010 Castelmezzano (PZ)
Tel.: +39 0971 986249

a jako niedrogą noclegownię z miłą obsługą i widokiem na Dolomity polecam Al balcone delle dolomiti, do której wspinaliśmy się via Regina Margherita  wracając z Al Becco della Civetta.




Ciekawe czy jeśli Holendrzy mieliby wybierać nowy herb to czy przypadkiem nie byłby to Nijntje (od koNIJTJE, króliczek) Dicka Bruny? I czy Nijntje podobałaby się H. Matisse? Skąd Matisse i kreskówka? Otóż Dick Bruna, zafascynowany kreską Matissa, postanowił naśladować styl Francuza. Niezbyt mu to dobrze szło (na wystawie w Rijksmuseum pokazano martwą naturę Matissa i wysiłek Bruny. Niestety, porównania nie ma), więc sięgnął po kreskówkę. W roku 1955 pojawiła się pierwsza Nijntje, która miała być chłopcem, ale spodenki nie wyglądały na niej dobrze (pewnie za dużo kresek), więc ubrano ją w sukienkę. Od początku była biała, choć pierwsza Nijntje, ta z lat 50. przypominała zabawkę z lekko rozchodzącymi się na boki uszami. Dopiero wersja z 1965 roku zgubiła pluszowatość ciałą i dostała wyprostowane słuchy.


Nijntje jest znana; doczekała się nawet japońskiej podróbki - Cathy z Hello Kitty, świeci (lampa Nijntje, którą chciałabym mieć na biurku), gra w filmie i ma swoją ulicę, a właściwie skwer w Utrechcie - Nijntjepleintje (króliczkowy skwerek), ale to nie przy Nijntjepleintje stoi muzeum jej poświęcone, a przy Agnietenstraat 1. Na razie jednak jest to jedynie Dick Brunahuis, ale od grudnia nazywać się będzie tak jak powinien, a więc Nijntje Museum Utrecht.

Z okazji 60. urodzin Nijntje Holandia porozstawiała figurki Nijntje (tu informacja i adresy). Jest Nijntje przebrana za żółtką kaczuszkę (czyli Neentje), Nijntje Made in Holland w żółtych trepkach, w różowym skafandrze i kasku oraz w seledynowym ubranku z gałązkami na uszach, zaś w hali głównej Schipol wita Nijntje w Royal Delft. Jest też tam jeszcze inna, ale jej nie widziałam. O szóstej rano kiepsko widzę, interesuje mnie głównie filiżanka mocnej holenderskiej kawy a nie figurka 60. letniej baby, nawet jeśli jest sławna :D

Ciekawa jestem kogo lub co ustawiliby Włosi? Dawida? Fiata 500? A może Calimero, najsławniejszego włoskiego kurczaczka z bloku reklamowego Carosello (tu notka na temat), który, tak jak Nijntje, zrobił międzynarodową karierę i jest w wieku nowej Nijntje, tej z wyprostowanymi uszami :D



We Włoszech, tak jak w Polsce, Nijntje znana jest jest jako Miffy. coniglietta Miffy.

Gdy chcemy zaskoczyć gości wieziemy ich do Trydentu, pierwszego większego miasta zaraz za granicą Tyrolu z Włochami, które zgrabnie łączy zgrzebne z wyrafinowanym, delikatne  polichromie zestawia z drewnianymi balkonami, ochrę z beżem, zieleń z cynobrem. Tak więc i tym razem pojechaliśmy do Trydentu by uczcić 43, urodziny A.

I.
Gdyby nie cappuccino pite na pierwszej włoskiej stacji benzynowej, roboty drogowe tuż przy granicy, mercedes z domem kempnigowym na autostradzie i dochodzenie czy na Piazza Piedicastello można parkować czy też nie, zdążylibyśmy na widowisko roku. A tak mogliśmy obejrzeć tylko rekwizyty: barierki, porzucony  kask strażacki i sterę popalonych desek. No i pokryte szarym nalotem, jak w kominku, ściany dzwonnicy.

II.

III.
Brodziło się po mieście jak w gęstej zupie. Pot spływał wzdłuż kręgosłupa i między pośladkami, łaskocząc nieprzyjemnie. Słońce świeciło mętnie zza szarawej mgiełki, a góry przypominały analogowe niewyraźne zdjęcia.


IV.
W Il Libertino (Il Libertino, Piazza Piedicastello 4/6, Trydent) było gorąco. Odlepianie się od krzesła bolało. Wychodzenie na zewnątrz nie pomagało: wiało, co prawda, od rzeki, ale nie bryza, a gorące powietrze z termoobiegu.

V.
Chłodna zupa pomidorowa i tartar z wyczuwalną nutką kaparową i cytrynową pasowały i do kolorytu krajobrazu i do termoobiegu. Wino jednak powinniśmy zamówić białe, a nie czerwone. Nie po raz pierwszy (i zapewne nie po raz ostatni) doszliśmy do wniosku, że Trydent można lubić za wiele rzeczy, ale nie za wina.

VI.
Strangolapretti w Trento to nie makaron nitki, makaron - grube sznurki, makaron - zacierki, a kredelki, grube kluchy kładzione. Grube kluchy ze szpinakiem, lekkie jak pierogi leniwe z pianą z białek.

VII.


VIII.
Pennserjoch zimny jak rozklekotana lodówka, jak rozregulowana klimatyzacja w samochodzie. W dodatku z włączonym na maksa wiatrakiem, z ulewą na horyzoncie i obietnicą burzy. W tle pobrzękiwania dzwonków krów. Łaciatych jak na opakowaniu Milki.

IX.



X.
I żeby nie było wszystko ładnie i piękne jak w reklamie rzeczonej Milki, to atmosferę zepsuł supermarket pod Merano, w którym, jeszcze rok bodajże temu, kupowałam miejscowe sery i dynie, a półki uginały się od lokalnych specjałów, teraz w ofercie ma cytryny z Argentyny, czosnek z Chin, sery - głównie standard międzynarodowy  - czyli holenderskie i niemieckie, oraz tradycyjne wypieki z dodatkiem tłuszczu palmowego (sprawdzałam etykiety). Przez supermarket przewalały się tłumy, pod delikatesami o 200 metrów pusto....

Najpierw było pytanie iść czy nie na via Lungotevere. Niby sławny ołtarz, ale pogański; niby pracowicie poskładany przez Giuseppe Morettiego i Giuglielmo Gattiego z wygrzebanych kawałków, ale postawiony  w nowym miejscu, wybranym z powodów, że tak powiem, ideologicznych lub, jak kto woli, prestiżowych.


Stał  bowiem dawnymi czasy Ołtarz Pokoju, Ara Pacis Augustae, na Polach Marsowych, polach wojennych, ale od czasu gdy Moretti wygrzebał wszystkie brakujące kawałki (pierwsze fragmenty Ara Pacis znaleziono już w Renesansie) spod tybrowego szlamu, wiadomo było że Ołtarz gdzieś trzeba z powrotem postawić. Brano pod uwagę pierwotne miejsce - Campus Martius; zastanawiano się również nad Via dell'Impero, obecnie Via dei Fori Imperiali. W końcu jednak Mussolini zadecydował, że Ołtarz Pokoju najlepiej odnajdzie się na Piazza Augusto Imperatore i doda cesarskiego sznytu planowanemu mauzoleum, w którym miał spocząć Benito Amilcare Andrea Mussolini.



W roku 1937 i 1938, gdy Moretti i Gatti otrzepywali ze szlamu wygrzebane kawałki i sklejali z nich Ołtarz Pokoju, budowlę wokół niego projektował Vittorio Ballio Morpurgo, z ojca Morpurgo i Żyd, z matki Ballio i chrześcijanin.

Te 50% żydowskiego pochodzenia sprawiły, że zrezygnowano z planów Morpurgi i projekt poprowadził ktoś inny. Kto? Trudno dzisiaj powiedzieć, ale zarzucono pierwotny pomysł na arkady (miały być trzy), zaś trawertyn zastąpiono odpowiednio pomalowanym cementem, położono szklany dach i wstawiono wielkie okna. Nie wyglądało to źle, choć w czasie bombardowań Rzymu okna zasłonięto czterometrowym murem. Mur zniknął na początku lat 70., a faszystowskie opakowanie Ara Pacis w 2006 roku całkowicie rozebrano. Powodem (lub, jak kto woli, pretekstem) do wyburzenia pamiątki po Mussolinim był cieknący dach i miserny stan cementowej konstrukcji. Rozpisano konkurs.

Wygrał Richard Meier, ten od siedziby urzędu miasta w Hadze i wioski Lido di Jesolo. I jak to u Meiera, nowe ubranko dla Ara Pacis uszył bardzo białe, bardzo szklane i, jak się wkrótce okazało, bardzo kontrowersyjne. Nie podobało się Vittorio Sgarbiemu, który porównał obiekt to stacji benzynowej lub innego autogrilla; nie podobało Nicolai Ouroussoffowi z NYT. Stwierdził, że nowa Ara Pacis jest  tak samo bezsensowna jak jej faszystowska poprzedniczka, stanowiąca oderwany od stylu i atmosfery miasta przykład architektury, której głównym założeniem jest autopromocja jej twórcy.


Nowa Ara Pacis tak się nie podobała Alemanno, że obiecał  ją zburzyć gdy tylko znów zostanie burmistrzem Rzymu. Dziwne to trochę, gdyż Ara Pacis Meiera nawiązywała do projektu Morpurgo, a wiadomo że Alemanno miał powiązania z neofaszystami (z Berlusconim również :)) więc architektura racjonalistyczna nie powinna mu być ideologicznie obca (jakby nie było, stała się kanonem we wczesnym faszyźmie i komuniźmie), zwłaszcza że Meier zachował travertynowy piedestał z projektu Morpurgi i  nawet zaprojektował długą ścianę, być może na wzór i podobieństwo tej chroniącej ołtarz przed szrapnelami; potem ją usunął, twierdząc że zmiana otworzy plac na Tybr. Argument ciut na wyrost, gdyż na Tybr Ara Pacis się otworzy, gdy w końcu powstanie zaprojektowany przez Meiera taras. Na razie jedyną namiastką rzeki jest woda w fontannie i cienka firanka wody lecąca po trawertynowej ścianie.

Przeczytałam kilka wypowiedzi Meiera o projekcie Ara Pacis. W żadnej z nich nie powiedział o nawiązywaniu do projektu Morpurgi i nigdzie nie wytłumaczył o co z tą wodą chodzi. Czy ma być to poetycka aluzja do akweduktów, czy też raczej do rzeki, która ukryła ołtarz? A może zwyczajnie chodzi o przypominanie, że lepiej iść się wysikać w muzeum.....

================
  1. Nam się linearność Ara Pacis podobała. Nie nawiązywała co prawda do architektury otoczenia, co miał budynkowi za złe wspomniany Ouroussoff z NYT, ale inteligentnie interpretowała historię budynku, a sam projekt, zgodnie z zaleceniami i Rybczyńskiego i Rassmussena, okazał się czytelny i przyjazny użytnikowi, czyli mnie.
  2. O ile Ara Pacis nadal budzi kontrowersje, to nie trafiłam jeszcze na niepochlebne opinie o innej rzymskiej realizacji Meiera - kościele jubileuszowym zwanym również  Chiesa di Dio Padre Misericordioso.

Museo dell' Ara Pacis
Lungotevere in Augusta (angolo via Tomacelli) 
00186 Roma

godziny otwarcia:  cały tydzień 9.30-19.30
24 i 31 grudnia od 9.30 do 14.00; zamknięte w Nowy Rok, 1. maja 25. grudnia. 

Bilety: 10,50 i 8,50 (tylko Ołtarz, więcej za inne wystawy)
Craco wybudowano na terenach na których nie powinno się budować. A jak się już chciało budować, to trzeba było zostawić drzewa. A jak się sprzedało drzewa i wybudowało miasto, to trzeba było słuchać specjalistów radzących by porobić tarasy i posadzić drzewa. Oczywiście tarasy i zalesienie wymagało czasu, zaś czasy były takie że miało być szybko i nowocześnie, czyli betonowo. Więc postanowiono zrobić betonowe ściany zapory.

Wiara, jak to wiara miewa, zawiodła. Cud betonowy się nie sprawdził i Craco zjechało w dół. Tak na oko biorąc, o jakieś 5 metrów. Widzieliście kiedyś osypującą się kupę piachu? Tak właśnie zjeżdżało Craco w latach 60. Proces (koniec XIX wieku), rozpoczęty wycinaniem drzew trzymających mieszkankę gliny i piachu w miejscu, przyspieszyło wrzynanie nowej drogi w stok wzgórza i kopanie nowego stadionu i basenu miejskiego u podnóża góry. Potem przyszły deszcze i poszła lawina błota, a z nią ściany i ulice.

Pojechały z błotem domy najbogatszych (Palazzo Grossi) i tych mniej zamożnych, kościoły i zwykłe domy. Najlepiej, co nie oznacza wcale - dobrze, wygląda stara wieża normańska i squaty biedoty, ciągnące się wzdłuż głównej ulicy: małe ciemne pomieszczenia bardziej przypominające jaskinie, gdzie na 10, może 15 metrach kwadratowych, gnieździła się 10 osobowa rodzina plus zwierzęta domowe (i nie mówię tu o psach albo kotkach, lub kanarkach w klatce).
O życiu w wiosce opowiadał nam przewodnik, którego rodzina miała w Craco 3 lub 4 domy i gdy mówił, że tam odbywał się targ, a tu chodziło się po mydło, to głos mu jakoś tak dziwnie brzmiał, choć nie powinien, gdyż tę samą historię opowiada przynajmniej 2 razy dziennie, więc wydawałoby się, że powinien być przyzwyczajony do prowadzenia i narracji i do pokazywania  ciekawskim grobu rodzinnego zwanego Craco.

==========
najlepszy spis zabytków Craco jaki udało mi się znaleźć opublikowało Craco Society i strona Craco Vecchia. Ja jeśli kogoś interesuje aspekt geologiczny, to proszę, tu jest praca naukowa na temat: Integrated approach for landslide risk assessment of Craco village. Całą pracę można też znaleźć na google books. Przyjemnej lektury :D
Choć Craco wielkością dorównuje innemu sławnemu trupowi - Civita di Bagnoregio - to  niewiele się o nim pisze i niewiele pokazuje, choć zasługuje na wystawienie w gablocie, jak święty kościotrup, ofiara przyrody i ludzkiej głupoty.


A Craco, choć przewodniki turystyczne jeszcze tego nie złapały, zaczyna przyciągać turystów, pewnie za sprawą Mela G., któremu i Craco i pobliska Matera, skojarzyły się z Jerozolimą sprzed 2000 tysięcy lat.Patrząc na zbierające się grupy zwiedzających, powiedziałabym nawet że zaczyna być tak modne jak Matera, choć Craco, w przeciwieństwie do Matery, drugiego wiatru w żagle już nie złapie, bo żagli osunęły się wzdłuż południowego stoku, zabierając ze sobą ściany domów i pałaców, ulice i place. A czego nie zrobiła przyroda, dokończyły stada owiec i kóz, które ktoś trzymał w opuszczonych domach i pałacach, a które - łażąc po dachach - niszczyły dachówki i strukturę tego co ocalało. Inne stada - poszukiwaczy bogactw i zabytków - powywoziły marmurowe ołtarze z kościołów, odrywały gzymsy, szabrowały kafelkowe posadzki i framugi okien.



Przy wjeździe do Craco wręczono nam kartkę z historią miasta i poinformowano, że bilety są do kupienia po drugiej stronie wzgórza. A więc drogą pod górkę (miasto po prawej stronie), przez garb drogi wprost do nowej części miasta (zabytkowe Craco za plecami), jeśli nowym miastem można nazwać betonowe klepisko i cztery szare betonowe klocki. Na jednym z nich wymalowano białą farbą wielkie ponumerowane prostokąty przygotowane na wybory, ale ani jednego plakatu wyborczego. W budynku przypominającym PRLowskie rozlewnie mleka stoi już kolejka po bilety. Płacimy 20 euro i potwierdzamy, że idziemy do Craco na własne ryzyko. Ja skrobię nieczytelnym podpisem, a JC krzyżykami. JC zawsze miał dziwne poczucie humoru :)


Potem przenosimy się w pobliże budy z kiełbaskami. Tu dołącza do nas przewodnik, a my zakładamy białe siatki na włosy i na nie wciskamy żółte kaski. Przewodnik sprawdza jeszcze nasze obuwie i sugeruje by jedna z kobiet zamieniła klapki na obuwie sportowe. Gdy ona drepcze do auta, poślizgując się na bruku, ja przyglądam się młodemu mężczyźnie z brodą. Do Craco przyjechał z mamą i tatą. Na jakieś 25-30 lat, twarz zarośniętą brodą na drwala. Gdy mama pracowicie poprawia mu kask i instruuje jak ma się zachować na niebezpiecznym terenie, a on z nieruchomą twarzą wpatruje się w nastolatkę z bardzo krótkich szortach i przeźroczystej koszulce. I to że mu się podoba sygnalizuje nie uśmiech, a wyraźna erekcja pod spodenkami. Mama wciska mu ostatnie pasemko ciemnych włosów pod siatkę, kobieta wraca w adidasach pokrytych cekinami, a przewodnik mówi 'andiamo'....

Ruszamy na  trupa Craco. Przed nami dwie godziny w prosektorium.
i znów jesteśmy sławni. Tak w ogóle. A więc, po raz kolejny Michelin uznał La Pergola z Rzymu za wspaniałą restaurację. W La Pergoli jeszcze mnie nie oglądano i pewnie nieprędko  -jeśli kiedykolwiek - mnie  zobaczą, ale do La Troty, bliższej i geograficznie i finansowo, pewnie się wkrótce wybiorę by pogratulować im nie tylko dwóch Michelinów ale też trzeciego widelca od Gambero Rosso. O tym widelcu rozmawialiśmy bodajże dwa lata temu, że niby ma być przyznany, ale jakoś nie był. Więc sprawiedliwości stało się zadość.

I tak oto rok 2015 ma być nie tylko rokiem dachu na Casa di Giuseppe, ale też i rokiem w którym La Trotę uznano za jedną z 19 najlepszych restauracji we Włoszech.  Nie żeby na pytanie jak żyć panie prezydencie od razu odpowiadać tylko według gwiazdek i widelców, ale miło, że naszych tak uhonorowano, a gdy się osobiście zna właścicieli to czuję się tak jakby mi ktoś nowe dachówki podarował....

I jeśli już o honorach mówimy, to najdroższą restauracją we Włoszech (zdaniem CNN) nie jest ani Osteria Francescana (z Modeny) ani La Pergola, w której płaci się 220 euro (bez win) od osoby za konstrukcje jadalne i widok na Rzym, a restauracja położona rzut beretem od Ginestry, w Viacone. Solo per Due, bo tak się nazywa owa restauracja, jest najmniejszą restauracją na świecie - jeden stół, dwa krzesła. Imprezy z przyjaciółmi tam nie zrobisz.

Do Solo per Due też się nie wybieram, w ostatecznym rozrachunku bliższy memu sercu dach niż romans wśród świec i jedwabiów, ale podziwiam pomysł. Podobno jedzenie w Solo per Due jest doskonałe, a obsługa jeszcze lepsza :) i za to miejscowej sabińskiej inicjatywie cześć i chwała, bo skoro ludzie chcą tyle kasy wywalać za wieczór trzymania się za ręce i dziubania ravioli w kształcie serca, to lepiej żeby to robili u nas, w Górach Sabińskich, niż u obcych, we Florencji.

Bowiem niezależnie od tego co prawi podlinkowany artykuł CNN, na geografii się nie znający. Viacone bowiem leży w Lacjum a nie w Umbrii jak tego chce CNN, Enoteca Pinchiorri pozostaje najdroższą restauracją we Włoszech. 300 euro od osoby, bez wina i pewnie bez wody mineralnej. Czyli o suchym pysku. Kilka lat temu Gambero Rosso zabrało Pinchiorri jeden widelec ale nadal rezerwacje trzeba w Pinchiorri robić z dużym wyprzedzeniem. Więc może nie o nagrody i laury chodzi, a o coś innego? Tylko ja nie wiem co to coś innego jest.

Ale ja w ogóle burak jestem, a moją ulubioną restauracją jest ostatnio La Fiaccola w Anversa degli Abruzzi, gdzie kilka dni temu podkradałam z talerza JC troffie w sosie z ricotty, pecorino i szafranu, obrabiając drugą ręką ravioli nadziewane burratą i polane sosem pomidorowym przecudownej świeżości. I jakby tego było mało,  mięso z grilla, specjalność regionu, też nam bardzo smakowało. I jeszcze sałatka z cytrusów, cima di rape (liście rzepy) z fasolą jako dodatki. I do tego przyjemne wino, może niekoniecznie z wyższej półki, ale w stylu włoskiej trattorii - niedrogie i w dzbanku :)


 A że czworo nas było, to podzieliliśmy się cima di rapa gotowaną z fasolą, grillowanym mięsem i jeszcze pozostało miejsca w żołądkach i na tortę z figami i na herbatniki regionalne. Było dobrze, było tanio, czyli w cenie kilku dachówek oraz na luzie i atmosferycznie. A że przy okazji La Fiaccola okazała się być nagrodzona jedną krewetką przez Gambero Rosso? No cóż, czasami nasze zdanie pokrywa się ze zdaniem przewodników kulinarnych ;)

Sama Anversa degli Abruzzi okazała się przyjemnym miasteczkiem, ustawionym na urwisku, z widokami na góry i drogę prowadzącą do Scanno, ale, w przeciwieństwie do Scanno, Anversa ma mniej zabytków. Ponieważ zbudowano ją z kamienia w kolorze beżowym i nie trzeba się do niej przedzierać przez drogi wyryte w skałach, wydaje się przyjaźniejsza od jej sławniejszego sąsiada. W dodatku leży blisko autostrady z której musicie zjechać jadąc z własnym wężem do Cocullo, na majową procesję.

==
La Fiaccola
corso Raynaldo d'Anversa7/9
Anversa degli Abruzzi (AQ)
tel 08 644 9474
otwarci 7 dni w tygodniu, 12:30 - 14:00 i 19:30 - 22:00
parkować w okolicy rynku lub ulicę niżej, restauracja nie ma własnego parkingu

na zdjęciach: Anversa i jej okolice

Mit
A więc początek. Ten związany jest z Saturnem, który - z bliżej nieokreślonych powodów - założył miasto i w herbie, jak na boga nasienia (double entendre jak najbardziej zamierzone)  przystało, jedzie na białym koniu a ręku trzyma grube sterczące kłosy (nadal double entendre). Saturn - król, w koronie, w szkarłatnej pelerynie, na białym rumaku. Saturn jako Karol Wielki. I słusznie.

Karol Wielki, w drodze na spotkanie z papieżem, zatrzymał się w Sutri. Spróbował wtedy miejscowej fasoli, gotowanej od czasów niepamiętnych w kamionkowych garnkach zakopanych w gorącym popiele. Czy właśnie podczas tej fasolowej uczty poznał Karol Wielki swojego siostrzeńca - Orlanda? I czy w ogóle prawdą jest, że Orlando przyszedł na świat w grocie pod miastem? Legenda głosi, że Berta, siostra Karola Wielkiego, zakochała się w chłopaku bez herbu i nazwiska. Wydziedziczona i ostracyzowana,  udała się do Rzymu by błagać papieża o wstawiennictwo. Do Rzymu jednak nie dojechała, podróż nieoczekiwanie skończyła się porodem w grocie. Czyli wracamy do punktu wyjścia, wiążąc w ten sposób wątek Saturna jako boga podziemi i jako tego siejącego nasienie oraz zbierającego plony.

O ukochanym Berty, ojcu dziecka, legenda sutryjska milczy. Ale tłumaczy, że mieszkającą w grocie Bertę rozpoznał jeden z orszaku Wielkiego Karola. Orlando poznał się z Wielkim wujem wkradając się na ucztę i upijając przyszłego cesarza, zaś Berta wróciła do łask.


Grota Berty znajduje się tufowym urwisku, ciągnącym wzdłuż drogi wysadzonej piniami. Po jednej stronie urwisko, po drugiej wzgórze otoczone szarym murem. Droga to via Cassia. A tufa to etruska nekropolia, która jeszcze w średniowieczu - choć ogołocona z posągów i szkieletów etruskich - służyła jako cmentarz. Berta mieszkała więc na cmentarzu. Jej grotę łatwo znaleźć: to ta z jedną kamienną kolumną dzielącą szerokie wejście. W pobliżu -  wejście  do mirteum, które przez wiele lat, by nie powiedzieć wieków, służyło jako kościół. Pozostała po nim nazwa i fresk z cztenastego wieku: pielgrzymka do Rzymu...pod górkę lub z górki, ilustracja do opisu Sutri z listu Petrarki do kardynała Colonny:
Cingono d'ogni parte il paese colline senza numero, né troppo alte, né di malagevole salita e di nessuno impedimento allo spaziar della vista....otoczone pagórkami, nie za wysokimi, i niezbyt trudnymi do podejścia, ale też nie zasłaniającymi widoków...
Pielgrzymi z fresku patrzą w kierunku Via Francigena, która w Lacjum biegnie trasą Aquapendente -  Bolsena - Montefiascone - Viterbo - Vetralla - Sutri - Campagnano di Roma - La Storta.

Mitreum, znajduje się, jak na kult chtoniczny przystało, w jednej z grot tufowych. Trudno naturę posądzać o grotę trójnawową, z kolumnami odzielającymi nawę główną od bocznych,  komory z apsydą i połączonego korytarzem z mniejszym pomieszczeniem w którym kapłan przebierał się w szaty rytualne. Nie trzeba być religioznawcą by zauważyć podobieństwa z częścią obrzędową katolicyzmu.  Jednak symbolika miejsca sięgają głębiej niż katolicyzm: otóż najwyższy stopień wtajemniczenia kapłańskiego w mitraiźmie to Pater, a jego symbolem, oprócz czapki frygijskiej, był sierp. Symbol Saturna.

I jeśli herb Sutri przedstawia symboliczne powiązania miasta z Saturnem, tak kościół w dawnym mitreum łączy starożytność z legendą Berty. Znany jest Madonna del Parto. Parto znaczy poród.

Historia
Jak na miasto prowincjalne, liczące jakieś pięć tysiący mieszkańców, ma się czym Sutri chwalić. Najpierw te historyczne początki, a więc jedno z plemion pelagijskich, następnie rządy etruskie, a po nich rzymskie. Po Etruskach została nekropolia i fragmenty murów, po Rzymianach amfiteatr i mitreum.

W czasach chrześcijańskich jest donacja Sutri, w której król longobardzki Liutprand przekazał miasto papieżowi Grzegorzowi II.  Z okresu longobardzkiego pochodzi tzw. skarb sutryjski.

Następnym ważnym wydarzeniem z Sutri w nazwie był synod sadzający cesarskiego protegowanego na tronie piotrowym (czytaj Suppengrün, czyli niemiecka włoszczyzna). Potem długo spokój aż do roku 1433, gdy Niccolo Fortebraccio, kondotier, puścił miasto z dymem.

Z dymem poszło też znaczenie Sutri. Wpływy, dzięki protekcji rodu Farnese, powędrowały do sąsiedniego Ronciglione, a Sutri wegetowało jako drugorzędne miasteczko Państwa Kościelnego. Krótki okres napoleoński niczego nie zmienił. Po kongresie wiedeńskim  miasto wróciło do roli podrzędnego prowincjonalnego miasta w pobliżu większego, ale też drugorzędnego Viterbo.


I bogini
We wspomnianym wcześniej liście (Lettere di Francesco Petrarca delle cose familiari, lettera XXIII), do kardynała Colonny pisze Petrarka : 

A due sole miglia sta Sutri, sede diletta a Cerere, e antica colonia, secondo che dicono, di Saturno....
Dla Petrarki Sutri należy do Ceres, choć - jak sam pisze - niektórzy sądzą, że do Saturna
 infra le quali s'aprono sui convessi fianchi ombrose e fresche caverne, ocienione wklęśnięcia terenu otwierające się na chłodne groty...Qui d'acque dolcissime ne' bassi fondi il mormorio, qui cervi, damme, cavrioli, e tutto il selvaggio gregge de' boschi errante ne' colli aperti, e schiera infinita d'augelli che lambe le onde o su pei rami saltellando sussurra...Słodkie wody, szum potoków, zwierzyna, szczebiotanie ptaków
Jak to w ogrodzie bogini. Tej od plonów. I powiązanej miłością matczyną z Podziemiem.

========

  • Mitreum, czyli Madonna del Parto, można zwiedzać z przewodnikiem, który otwiera bramę co godzina. Więcej dowiedzieć się można w budce przy wejściu do amfiteatru. Mile widziane są napiwki, zwłaszcza że przewodniczka z napiwków kupuje karmę dla kota pilnującego bramy do amfiteatru.
  •  Michael Rips napisał książkę o Sutri, Pasquale's Nose. Nie została chyba przetłumaczona. A szkoda. Opowieść o producencie fasoli i dwóch kobietach mieszkających u podnóża miasta pamięta się długo. Pasquale's Nose leży u mnie na wyższej półce niż klasyka gatunku, Pod słońcem Toskanii, między innymi dlatego, że nie ma pretensji do bycia niczym innym niż przyjemną książką urlopową.
  • Longobardowie we Włoszech
  • oficjalna strona miasta i po polsku
  • teatr jednego kota


Powiedzenie że to droga a nie cel się liczy, wymyślił to ktoś, kto nigdy nie spieszył się do Ginestry, nie klął na ciągnące pod górę auta z domkami kampingowymi na smyczy i nie rzucał kurwami przy zjeździe z autostrady, gdy jeden z drugim po 20 minutach stania w kolejce już przy kasie zaczynał szukać porfela po całym samochodzie. Oczywiście jeśli się jest mistrzem zen to podchodzi i dziękuje bliźniemu, że dzięki niemu można dłużej podziwiać zachód słońca nad Apenninami.

Ale nawet jeśli się nie jest mistrzem zen, a limit kurw i alfonsów wyczerpał się gdzieś w okolicach Modeny i w dodatku po 6 godzinach za kierownicą nienawidzi się ludzkości, a tej z kamperami w szczególności, to Alto Savio jest potrzebne. Alto Savio poprawia samopoczucie. Raz, że jest tuż przy zjeździe z SS4bis.  Dwa, że chyba nikt w okolicy nie podaje lepszych prawdziwków. Te z Alto Savio otoczono w delikatnym cieście i wrzucono na głęboką oliwę. Czy jedliście cielęcinę z grilla? Taką lekko przerośniętą tłuszczykiem, chrupiącą, aromatyczną, posypaną solą gruboziarnistą? A do niej pieczone pomidory ze 'skórką' bułki tartej. I jeszcze cebulki pieczone, podlane balsamico? Do pełni szczęścia brakuje jedynie możliwości wypicia całej butelki a nie jedynie pół litra miejscowego sangiovese (czy wiesz, że Romagna robi bardzo dobre wina?), ale my specjalnie narzekaliśmy. To znaczy nie narzekałam ja, bo JC pić nie mógł. Przegrał rzucanie monetą i na niego padł dyżur za kierownicą.

Alto Savio poleciła nam właścicielka Locandy Gambero Rosso, gdy zmęczeni drogą, kamperami, niedzielnymi, sobotnimi i piątkowymi kierowcami na austriackich, niemieckich i szwajcarskich papierach, postanowiliśmy zatrzymać się na kolację w Bagno di Romagna, właśnie w Gambero Rosso. Ale oni tego sobotniego wieczora podawali menu degustazione, więc przeesemesowano mi a numer telefonu do Alto Savio: tradycyjna kuchnia, warto do nich pojechać.  I tak jadąc na Viji i Patrika ostatnią wieczerzę w Ginestrze, poznaliśmy nie tylko źródła Tybru kapiące z Monte Fumaiolo, ale też doskonałe miejsce na piątkową kolację i niedzielny obiad. W niedzielę, choć restauracja pękała w szwach i przygotowano nam tymczasowy stolik w barze, wgryzaliśmy się w królika pieczonego z ziemniakami oraz siorbaliśmy flaki na modę florencką. Wszystko aromatyczne, akuratnie przyprawione, podlane dodatkowo następnym półliterkiem miejscowego sangiovese. Do domu, kompletnie zen, dojechaliśmy na luzie. Nie wiem jedynie czy to zasługa obiadu w Alto Savio czy braku kamperów na niemieckich, austriackich lub szwajcarskich blachach na Brennero.


Trattoria Alto Savio
Via Battistini 74
loc. S. Piero in Bagno
47026 Bagno in Romagna
tel. 0543/903397
otwarci również w niedzielę na obiad

to ja sobie stanę
Już tak mamy, my ludzie, że każdego kręci coś innego. Na przykład taki Leopardi; nie mógł się doczekać by uciec z domu rodzinnego w Recanati, a ja do jego domu mogłabym się wprowadzić choćby od jutra. A jeszcze lepiej do domu w centrum Osimo, które trochę bardziej mi się podobało i miało dodatkowy plusik za położenie bliżej Ostra Vetere, w której Bucci rozlewa do butelek jedno z najlepszych białych win - verdicchio. Oczywiście nie chciałabym się wprowadzać do rodziny Leopardiego: ojciec był uzależniony od hazardu, matka - od religii i żądzy odbudowania finansowej pozycji rodu. I według wszystkich źródeł, słonecznie tam nie było :)  

frunęły do nieba bez grzechu i uwolniły rodziców od niewygody odpowiedzialności za ich utrzymanie...

Po nieudanej próbie ucieczki (czy była to jedyna czy jedna z wielu, nie wiem) Leopardiemu w końcu udało się wyjechać do Rzymu. A że nie było autostrad i superstrad, więc i jechał Colfiorito, Foligno, Clitunno, Spoleto, Terni, Narni, Otricoli i Civita Castellana.

Osimo
Podróż opisał w listach do rodzeństwa, z którymi później dzielił się wrażeniami z Rzymu, miasta które go rozczarowało swoją przygnębiającą atmosferą i wszechobecną korupcją. On, językoznawca, nie czuł rytmu dialektu rzymskiego, który tak bardzo fascynował innego rówieśnika - Gioachino Belli, i czuł że zamienił więzienie domu rodzinnego w Recanati na więzienie domu wujostwa w Rzymie. O ile w Recanati miał jeszcze nadzieję, że trawa jest zieleńsza po drugiej stronie gór, to w Rzymie pozbył się złudzeń. Postanowił wrócić do Recanati i w liście do przyjaciela - Pietra Giordaniego pisał

temu światu na nic się już nie przydam

Szkoda, że urodził się tak wcześnie. Jakieś 100 lat z kawałkiem później mógłby do Rzymu jechać przez Monte Giberto, położonego 45 km (+/-) od Recanati, na spotkanie z Massimo Fagiolim, jednym z najważniejszych - i za razem jeden z bardziej kontrowersyjnych -  psychiatrów włoskich. Być może Fagioli powiedziałby mu o biologicznym uwarunkowaniu ego, powstającego w momencie narodzin, a nie - jak postulował Freud - wyssanego z mlekiem matki. I czy terapia pomogłaby Leopardiemu w stanach depresyjnych? A może nie terapia, a rozmowa o wykluczeniu? Massimo Fagioli miałby o czym opowiadać.

moimi niedowidzącymi oczami widziałem kopułę

W 1975 roku włoskie stowarzyszenie psychologiczne wyrzuciło go ze swoich szeregów za krytykę freudowskich teorii i metodologii badań. I tak jak w przypadku Leopardiego, którego depresja i bezsilność mówiły językiem włoskiego romantyzmu, tak Fagioli stał się nie tylko psychologiem włoskiej lewicy ale też został muzą sztuki. To uczestnictwo w jego seansach zbiorowej psychoanalizy wpłynęły na grupę młodych rzymskich architektów. A na Paolę Rossi, jak twierdzi Vittorio Sgarbi, szczególnie.  Tak sale seminaryjne przy Via Roma Libera jak i Palazzetto Bianco (via San Fabiano) są dowodem na udaną kolaborację między architektem (w obydwu przypadkach - Paolą Rossi) a psychiatrą (oczywiście Massimo Fagioli) twierdzącym, że to kolektyw, a nie wyalienowanie, budzi w nas kreatywność.

[intelektualiści] zdają się twierdzić, że najwyższym osiągnięciem ludziego umysłu jest studiowanie antyku

Jak wyglądał więc kolektywny proces projektowania Palazzetto Bianco? Nie wiem. Projekt opiera się na łuku , który wykorzystał tak pałac którego fasada jest obecnie fragmentem muru otaczającego Ogrody Farnezyjskie, jak i La Palazzina Ruspoli zaprojektowana przez Ugo Luccichientiego. A jeśli doda się do tego zabawę prześwitami, oknami i pustą ścianą, odniesienia do renesansu, moderny, futuryzmu i postmodernizmu to możemy mówić o perełce architektury nowoczesnej.

Ale po cholerę to oglądać, skoro w Rzymie jest tyle innych monumentów z potwierdzonym rodowodem?




Adresy z mapy:

Casa Leopardi w Recanati: via Giacomo Leopardi 14, Recanati
Palazzina Ruspoli, via fratelli Ruspoli 10, Rzym
Palazzetto Bianco, via San Fabiano, Rzym
Mur Ogrodów Farnezyjskich i Ręka Cicerona: via dei Cerchi, Rzym

Verdicchio di Jesi: Villa Bucci, Via Cona 30, 60010 Ostra Vetere (AN)

I jeszcze:
tytuły podrozdziałów pochodzą z listów Leopardiego i z Zibaldone
korzystałam również z: Le Meraviglie di Roma dal Rinascimento ai Giorni Nostri, autor Vittorio Sgarbi (wyd. Bompani) i The Secrets of Italy, autor Corrado Augias (wyd. Rizzoli exlibris)



tu wrócimy by popatrzeć na bawarskie kolory baroku sycylijskiego
Piazza Armerina

a tu nie, nawet jeśli w Bam Barze (via di Giovanni 45, Taormina) podają wspaniałą granitę.
Taormina



w końcu zapanował porządek: książki o Sycylii wróciły na półkę, 1500 zdjęć zmieniło format, walizki schowały się w szafie, wakacyjna odzież już wyschła. Jedynie wrażenie pozostały do uporządkowania.
kolory Palermo i Monreale
 Dwa tygodnie minęły od powrotu z Sycylii, a ja nadal nie wiem o czym opowiadać. Czy o malarzu wózków sycylijskich czy może o producencie konfitury cytrynowej?A może o mozaikach Monreale i Villa Romana del Casale? O prawniku, który jest właścicielem winnicy w Passopisciaro czy raczej o prawniku - gospodarzu gospodarstwa agroturystycznego w Agrygencie? A może o smakach granity, arancini i milzy (tchawicy) w bułce posmarowanej ricottą?

katedra w Palermo i Etna
W oczekiwaniu na uporządkowanie wrażeń i przypływ weny, napiszę jedynie o wyciągniętych wnioskach.

Palermo i Neapol
A więc wracamy na Sycylię w przyszłym roku. Wiemy też, że Cefalu, Taormina i Erice to miejsca, do których wracać nie chcemy.

Całą czwórkę zachwyciło Palermo, choć Neapol pozostaje ulubionym miastem JC, natomiast my, to znaczy JC i ja, chcemy wrócić do Catanii, Annamaria i Stefano - niekoniecznie, choć wszyscy zgodnie chwaliliśmy makarony i owoce morza z 'U Fucularu (Piazza Ogninella 6).

Choć podobało się nam wszędzie, największą niespodzianką okazała się Piazza Armerina. Oczekiwaliśmy czegoś bardzo turystycznego na wzór i podobieństwo Cefalu i Taorminy, a trafiliśmy na miasteczko z żółtego kamienia, z kilkoma barokowymi kościołami, monumentalnym duomo i pomnikiem barona Marco Trigoni, doskonałą kawą i arancini nadziewanymi szpinakiem.
La Scala dei Turchi (Agrigento), Scopello i morze w Cefalu

A tak wgole to
  • Objazdowe wakacje męczą. 
  • Plaże bywają przyjemne. 
  • Etna robi wrażenie, zwłaszcza, gdy budzi się do życia. 
  • Dwa tygodnie rozmówek włoskich dobrze robi na poprawienie dykcji i umiejętność formułowania w miarę poprawnych zdań złożonych.
  • Dobrą formą wyżywienia są sklepy spożywcze, które na żądanie robią kanapki. Najtańszy obiad: 4 euro za dwie duże kanapki z bakłażanem, suszonymi pomidorami i ostrą papryczką z oliwy.
  • Moje psychozy mają się świetnie: w bardzo atrakcyjnym gospodarstwie agroturystycznym z powodu ciemnych podłóg i ciemnego sufitu bałam się zasnąć. Noc spędziłam na środku łóżka, bojąc się odwrócić w stronę ściany, choć ciemną i nierówną podłogę pokryłam dywanikami i ręcznikami z łazienki. Gdyby nie komary, które gryzły na potęgę noc spędziłabym na hamaku w ogrodzie lub z pawiem na dachu
  • Niepotrzebnie wiezione swetry i kurtki okazały się przydatne w Erice (bardzo zimne poranki) i na Etnie
  • Francuzi okazali się najbardziej upierdliwą grupą turystów
  • nadal nie rozumiemy jak to jest możliwe, że homo sapiens, gatunek który na górę wysokości 3400 metrów nad poziomem morza wybiera się w strojach plażowych, a na stok krateru o nachyleniu 45 stopni, w dodatku pokrytego sypkim pyłem wulkanicznym, wchodzi w klapkach na obcasie, odniósł sukces ewolucyjny



CIĄG DALSZY ilustracji JUTRO
Ostatnie dwadzieścia lat wykopalisk archeologicznych w Abruzji i Molise zmieniły mapę półwyspu. Nieaktualny jest już podział na terytorium etruskie od północy, umbryjskie w centrum, rzymskie na zachodzie i hernickie, czyli obejmujące wszystko na południe od Rzymu. Tak, regiony należące do Rzymu, Etrusków, Umbrów i Herników jak najbardziej, ale też i tereny Sabinów (okolice Rieti), Vestinów wzdłuż rzeki Pescara, Peligni nad Sangro, czyli tam gdzie teraz mamy Popoli, Scanno, Sulmonę; Marrucini i Carrici na wschód od łańcucha Maielli, Frentani w południowym Molise, Cismontani w okolicach L'Aquili. Tak więc mieszkając w Ginestrze należę do Sabinów, odwiedzając muzeum w Chieti wędrowałam po terenach Marruccinich. Zaś moje ukochane Atri to teren Vestinów.

I pomyśleć, że jeszcze 3 miesiące temu, przed odwiedzinami w muzeum archeologicznym w Chieti, wydawało mi się, że podział administracyjny Włoch mam w małym palcu :)

==
Museo Archeologico Nazionale d'Abruzzo - Villa Frigerj
Via G. Costanzi 2
66100 Chieti

  • otwarci od 9 do 20, od wtorku do niedzieli włącznie
  • nie wpuszczają 30 min. przed zamknięciem
  • Cena biletu 4 euro (zniżkowy 2 euro), 
  • dzieci i młodzież do 18. roku życia wchodzą za darmo. 
  • Za darmo wchodzą też emeryci po 65.

strona muzeum: www.archeoabruzzo.beniculturali.it

zdjęć w muzeum robić nie można. Tak więc aparat fotograficzny wykorzystałam w parku otaczającym Villę Frigerj. Sesja fotograficzna okazała się nadspodziewanie romantyczna, ale nie trudno o romans, gdy znad morza wędruje słona mgła, a kwietniowa zieleń jest nadzwyczaj soczysta...
temat niewyczerpany, gdyż są w Atri jeszcze 4 kościoły godne zwiedzania, palazzo ducale, teatr rzymski(by wymienić tylko najważniejsze obiekty z wikiAtri).

Krzyż po lewej stronie (góra) to wiek XIII. 

Barokowy relikwiarz z tralkami (poniżej), freski i polichromie, cysterna czyli krypta oraz niewidoczny na zdjęciu ołtarz główny pochodzenia rzymskiego oraz fragmenty rzymskiej mozaiki na podłodze
chrzcielnica nazywana bizantyjską, choć jest romańska, wstawiona z resztą do bardzo renesansowej misy. I to można nazwać baldachimem, jest w rzeczywistości częścią tabernaculum, wykonanym z Renesansie przez Paolo de Gerviis z Bissone. Freski i polichromie to przede wszystkim dzieło Renesansu (malował je Andrea Delitio), ale są też polichromie miejscowego artysty (Luca d'Atri znany również jako Maestro di Offida)
głównie okoliczna produkcja, głównie z Bussi, choć dzbany po lewej stronie pochodzą z Terre dei Passeri
kolekcja kamieni w krużganku, w tym zapis nutowy i mój ulubiony korkociąg, choć jest to fragment romańskiego łuku okiennego.
Pogryziona przez korniki madonna pochodzi z XIII wieku, Katarzyna z Aleksandrii (góra, po prawej stronie) jest z Abruzji. Pochodzi z drugiej połowy XVI wieku.

Piękna pani z gaśnicą w tle to rzeźba Tommaso Illuminatiego (1883-1872) rodem z Atri 
prawie Tintoretto to w rzeczywistości obraz Serafino Tamburelli z Atri. Prawie della Robbia to prawdziwy Luca della Robbia, choć - podobno - stuprocentowej pewności nie ma, ale pasuje i kolorystyka i precyzja wykonania.
marzyłam by pójść do Canosy. Właśnie do Canosy a nie do Canossy, gdyż do tej ostatniej idzie się by wyrazić skruchę. Ja Henrykiem IV nie jestem, władzy papieskiej nie uznaję, pojęcie skruchy i grzechów znam jedynie z literatury, więc do Canosy idę tylko i wyłącznie w celach turystycznych.

Do apulijskiej Canosy jedzie się turystycznie by zobaczyć pozostałości po greckim akropolu, zwanym z niewiadomych powodów zamkiem, ruiny po kościele przedromańskimi i grobowiec Boamundusa (więcej tutaj), albo by zobaczyć procesje wielkanocne.

piątek z Krzyżem
 A z tych Canosa di Puglia słynie na całe Włochy: Najpierw jest piątkowa, z Drogą Krzyżową i Matką Bolesną całą w czarnych koronkach, niesionymi przez ciemne już stare miasto. A potem jest sobotnia Desolata, Processione della Desolata, wielka, głośna i dech zapierająca.

korowód

I choć podobno tradycja procesji w Canosie sięga średniowiecza to najbardziej widoczna jest barokowa dosłowność kontrreformacji: Jezus wśród gałęzi oliwnych, aniołek w różowej szacie niosący gąbkę na włóczni, dziewice w fioletowych szatach i fioletowych welonach z pejczami. Barokowa jest też oprawa muzyczna, gdyż Desolata znana jest przede wszystkim z chóralnego Stabat Mater, której słowa napisał w Renesansie Jacopone da Todi, muzykę skomponował wenecjanin (?, miejsce urodzin nie potwierdzone) Antonio Lotti w XVIII wieku.

Canosa di Puglia: burka

Dziewic w fioletach było mniej niż czterdzieści (policzyłam), pejcze zrobiono ze sznurka, gąbkę z plasteliny, aniołkowe skrzydła z tektury, a ksiądz wydawał się być duchem gdzieś indziej. Ale przede wszystkim była muzyka: zawodzona pieśń na trzysta ileś głosów (nie znalazłam oficjalnych danych, jedne źródło podaje ponad 250, inne 350, a jeszcze inne ponad 400) kobiet ubranych na czarno, z czarnymi chustkami przykrywającymi twarze, kobiet trzymających się pod ręce.
kolor

Przyznaję, że na Desolatę pojechałabym jeszcze raz, właśnie dla Stabat Mater i dla widocznej kobiecej solidarności. Nie mniej jednak mam świadomość, że jest też inna strona tej samej opowieści: dzieci niosące narzędzia tortur i spryskane krwią serwetki, kobiety w burkach, znające swoje miejsce w orszaku prowadzonym przez mężczyzn: jednego w ornacie podtrzymywanym na rogach przez dwóch ministrantów, innych w poczesnym miejscu, czyli tuż przy statui Matki Boskiej. Taka procesja dla kobiet, w której miejsce kobiet wyznaczane jest przez mężczyzn.

=====
Więcej:
Anna Pianura Fotografie
Giacomo Rosato Fotografie
artykuł w Fame di Sud
i u Salvatore Piciutto.it

====
informacja turystyczna:
  • przyszłoroczny plan procesji w regionie można będzie znaleźć na tej stronie
  • nocowaliśmy w hotelu Altavilla, ekstazy nie było, ale udręki też nie: miła obsługa, dobre śniadanie, duża łazienka, przystępna cena i parking strzeżony, co - według recepcjonisty - jest dodatkowym walorem, gdyż włamania do pozostawionych na ulicy samochodów zdarzają się coraz częściej, zwłaszcza nocą.
  • w Canosie jest kilka dobrych restauracji, a w odległości 10 km - doskonałe Antichi Sapori i Osteria dei Massari, my wybraliśmy  Osterię Vinalia, którą mogę polecić wszystkim miłośnikom prostego jedzenia i domowej atmosfery.  Nie dosyć, że smacznie, to i karta win porządna i przyjemne dla kieszeni ceny. Za posiłek 'pełen wypas', zestaw miejscowych zantipasti i półmisek jagnięciny z grilla oraz butelkę bardzo porządnego Trentangeli od Tormaresca, zapłaciliśmy 55 euro i jeszcze wyszliśmy z prezentem w ręku i adresem dobrej miejscowej piekarni.

W Mozarteum koncertował Włoch. W składzie Orkiestry 1765 najwięcej było polsko brzmiących imion i nazwisk. Na ulicach Starego Salzburga słychać więcej włoskiego niż niemieckiego. A na moście dla pieszych zagościły kłódki. Rzymska lucchettomania trafiła więc i do Salzburga.


Na placu przed katedrą na złotej planecie stał Mały Książę w wieku przedemerytalnym. Natomiast w restauracji Triangel (polecam tak dania główne jak i desery) rządził slow food. W wersji austriackiej.

====
Restaurant Triangel
strona internetowa,
Wiener Philharmonikerg. 7
A-5020 Salzburg
 tel. +43-662-84 22 29
od wtorku do soboty: 12.00 - 24.00
Powered by Blogger.