Showing posts with label sąsiedzi. Show all posts
Showing posts with label sąsiedzi. Show all posts
Z  letargu wybudziła Ginestrę walka o utrzymanie szkoły, którą - w ramach szukania oszczędności - wójt zamierzał zamknąć, w zamian ofiarując zespół szkół, z siedzibą w Monteleone. Ginestra argumentowała, że to ona ma największą szkołę w okolicy, wybudowaną społecznie i o 5 lat wcześniej niż ta w Monteleone. I Ginestra walkę wygrała. To do szkoły w Ginestrze dowozi się dzieci z okolicznych wiosek.

Obudzona z letargu Ginestra zdecydowała, że wydarzenia kulturalne, a więc obchody świąt różnych, powinny zostać odmłodzone. Nie obyło się bez ostrej wymiany zdań, bo niektórzy chcieli powolnej ewolucji, czyli zostawiamy tak jak jest a zmieni się samo. Druga strona argumentowała, że zmiany potrzebne są teraz, gdy jest szansa na zatrzymanie w Ginestrze młodych.

I tak kultura w Ginestrze przechodzi facelift. Folklorystyczna nuta nabrała międzynarodowego sznytu, czasami będącego porażką bo do bluesa Ginestra jeszcze nie dojrzała ;) i chyba nie dojrzeje. Raz że muzyka trudna, a dwa, że serce nie podskakuje radośnie do bluesowej liryki śpiewanej po angielsku z ciężkim włoskim akcentem.


Nowy był też konkurs na najlepszą szopkę. Szopki były różne: szydełkowa stajenka, święta rodzina z żarówek, otoczenie stajenki z kabli, recyklinowa szopka z buteleczek po actimelach, Jezusik z herbatników, Beltejem z kloców Lego. A więc i pomysłowo i nowocześnie. Głosy oddawane wyświetlano na ścianie domu koło poczty. I tylko samo oddawanie głosów okazało się radośnie staroświeckie: dwa rodzaje kartek wyborczych i ostry przedwyborczy lobbying: niektórym wyborcom wręczano wypełnione kartki do głosowania :)

Jako cudzoziemcy nie wpłacamy składek, nie uczestniczymy w walnych zebraniach i nie decydujemy o kierunku zmian. Ale możemy partycypować. I tak w sierpniu na rynku zawisną fotografie: Ginestra z okien Casa di Giuseppe (dosłownie i w przenośni)
Nie będziemy razem drobić cynaderków na coratellę. Nie posiedziemy na progu skubiąc zielsko na przystawkę. I nie pogadamy o tym jak to było na służbie u hrabiny. I już się nie dowiem czy wiedziała, że Annamaria i Piera, jej dwie córki, biegały do kamieniołomów by patrzeć odstrzał trawertynu, co było zajęciem niebezpiecznym, a więc zakazanym. Nie ma już Babci Nicoliny.

Jeśli masz w pobliżu stragan z marchwią, selerem naciowym, cebulą i czosnkiem, a Jeśli w dodatku na balkonie wyrósł ci las bazyliowy, szałwia przejęła kontrolę nad przestrzenią, a do zbiorów natki potrzebujesz kosiarki, to sięgaj po słoiki. Z zestawu warzywno-ziołowego da się z tego zrobić coś, co zachowa i aromat i chrupkość przez długie miesiące. I jak twierdzi Annamaria, lepszej bazy do zup, sosów i gulaszu kupić nie można. Wystarczy jedynie pamiętać, że soli do potraw już nie dodajemy.


A więc
  • posiekać warzywa
  • posiekać zioła
  • (posiekać skórkę cytrynową - opcjonalnie)
  • wszystko posypać sołą gruboziarnistą
  • wymieszać
  • napchać do słoików
  • zalać oliwą lub olejem z tzw. czubem, a więc nic ma nie wystawać ponad poziom oliwy.
  • zakręcić

Proporcje marchwi do cebuli, a czosnku do selera to sprawa indywidualna. Siekanie też wedle uznania: Ja lubię kostkę z dużą ilością bazylii i pietruszki lub pietruszki z oregano, i zalewam oliwą. Annamaria sieka drobniej, prawie na papkę i przyprawia ziołami które akurat wybujały w ogrodzie: bazylią, oregano, szałwią i pietruszką. Zalewa olejem rzepakowym. Czasami mieszankę podsmaża by dała się przechowywać w spiżarni. Ja słój litrowy z surowizną wstawiam do lodówki.
baci singeri

Wioski było na dwa autokary.


W pierwszym pojechała orkiestra i flaga związku kombatantów, w drugim - reszta wioski, głównie kobiety. Oczywiście, nie wszystkie. Nie było, na przykład, Emilii i Gio nie lubiących tłoku, Antonii i Giovanny, nowych w wiosce, w dodatku z mężami cudzoziemcami.

Z Ginestry mieliśmy wyjechać o 14:50. Prawie by się nam udało gdyby nie Gino. Twierdził, że kartka z planem dnia wprowadziła go w błąd. Odczytał godzinę przyjazdu do Rzymu jako godzinę wyjazdu z Ginestry i miał o to pretensje do wszystkich i każdego z osobna.

Dobrze żee flaga związku kombatantów pojechała pierwszym autobusem. Pewnie by się poczuła urażona językiem Gino, który zaczął od cazzo a skończył na culo, wzywając przy okazji porca madonna i odwoływał się do aktów płciowych. Zanim jednak dojechaliśmy do Rzymu, Gino spadło ciśnienie i ładnie machał flagą czerwono-biało-zieloną. Biel była mocno przyżółkła, jak stare kości.

Dwa autokary jechały do Rzymu na wystawę poświęconą I. Wojnie Światowej w Ginestrze


cara sorella vengo con cuesta cartolina


Od roku, dwudziestolatki Ginestry, w tym Leonardo, zbierały pamiątki z I. Wojny Światowej: dziadek z dumnym uśmiechem na twarzy, w której można zobaczyć rysy jego potomka - Stefano; dwóch żołnierzy w maskach gazowych, a między nimi smutny osiołek w masce gazowej.

Menażka, plecak, strzelba. Maska gazowa. Chlebak.

Kartki z frontu pisane niesprawną ręką Ugo Silvestriego: droga siostro przychodzę z tom kartką...i dalej;  piszcie częściej. I powiedzcie rodzicom Antonio, że syn się jeszcze odnajdzie. Widziałem Antonio dzień po wypisaniu go ze szpitala. Potem zamilkł, ale to się zdarza. Serdecznie sie pod pisuje wasz brat i syn Silvestri Ugo pozdrów babcię i dziadka wujka Peppe z rodziną. Wszystko pisane bez znaków przystankowych.

A fraza gli ho spiegato (wytłumaczyłem mu) na kartce Ugo Silvestriego wygląda tak:

Io glio s Piegato


Na wystawie w niewielkim muzeum u podnóża Janiculum wisi też zdjęcie Ginestry z roku 1900. Tak jakby z 1900, dokładniejszej daty nie daje się określić. Domów po drugiej stronie naszej ulicy, od strony doliny, jeszcze nie ma. Wieża kościelna stoi w innym miejscu (przesunięto ją pod koniec lat 50.), ale nasz dom jest. Dwupiętrowy, z dwoma oknami na drugim piętrze i małym okienkiem pomiędzy. Czyli twierdzenie Giny, że Gino dobudował ostatnie piętro nie jest prawdą. Jeśli już to Gino jedynie przebudował istniejące wcześniej piętro.

Następna fotografia Ginestry, z roku 1954. Wieża kościelna nadal w starym miejscu, ale naszego domu nie widać, gdyż zasłaniają go nowe wysokie domy wybudowane po drugiej stronie ulicy. Krótko musiały stać skoro na następnym zdjęciu, z połowy lat 60., domy są o piętro niższe, widać więc okna Casa di Giuseppe z jaskrawoczerwonymi zasłonami w oknach.

Ostatnie zdjęcie: zbiorowe. Rodziny chłopskie w czasie przerwy obiadowej. Pięć kobiet i sześciu mężczyzn. Jeden z nich w jasnym garniturze i ze strzelbą. Nadzorca?
Kobiety złożyły grube dłonie na pokrytych ciemnymi spódnicami kolanach. Na ramiona zarzuciła białe chusty z frędzlami. Jedna w czepku, druga w ciemnej chusteczce w groszki lub drobne kwiatki. Patrzą uważnie w obiektyw. Twarze mężczyzn nieczytelne - za ciemne, za bardzo zasłonięte opadającymi na czoło daszkami czapek lub rondem niekształtnych kapeluszy.

state trancuilli
Po koncercie orkiestry dętej aktorka czyta wspomnienia kogoś pamiętającego wojnę;
na drodze prowadzącej do krzyża na rozdrożu ustawiono kapliczki ze zdjęciami osób na froncie. Codziennie szły do nich procesje modlące się o szczęśliwy powrót walczących do domu.

suo figlio e usito da lo spedale

z wojny do Ginestry nie wróciło 18 mężczyzn, z których 6 zaginęło bez wieści. Po traktacie wersalskim zaprzestano procesji, na cmentarzu wmurowano marmurową tablicę z nazwiskami poległych.

Dziadek Stefano wrócił z wojny jako kapral, a w okopach nauczył się pisać i czytać.

Obecny wójt gminy rozpoczął swoje kilka słów: w wojnie nie ma zwycięzców. A Gino powiewał flagą



======
Wszystkie wygrubione podtytuły pochodzą z pocztówek wojennych. Zachowałam oryginalną, niegramatyczną i nieortograficzną pisownię oryginałów. Tytuł postu jest próbą oddania ich pisowni.


Zdjęcia pochodzą z koncertu i wystawy, a większość (choć nie wszystkie) portretów to zdjęcia mieszkańców Ginestry



dach nam się ugina. Nie, nie od śniegu. Sam z siebie się ugina, jakby chciał się złożyć w połowie. Wygląda na to, że winna jest pozioma belka nośna. Korniki może ją dopadły. Albo coś. Tak więc po pięciu latach spokoju wracamy do sprawy dachu. Wioska podsuwa pomysły. Robie cementowy? Będzie się trzymał na wieki.  A może stalowy? Też dobry. Dom się zawali, a dach będzie stał. Czy też chcecie melanż stali i cementu? Ta ostatnia, to sugestia Fabrizio. Stefano twierdzi, że lepszy będzie dach z drewna. Lżejszy, tańszy i kilka osób w Ginestrze nie tylko taki ma, ale są też z niego zadowoleni. Prawda jest jednak taka, że ja z cementu i stali robiona. Z kamienia i plastiku też. Ale nie z drewna. Ono kojarzy mi się  z warkoczami czosnku i miedzianymi rondlami dyndającymi nad stołem, ciepełkiem, choinką i światełkami.  Nie lubię gotyku, skosy mnie nie kręcą. I dodatkowe pytania utrudniające: jak rustykalny charakter skosów, belek, surowego drewna pożenić z marmurem, wysokimi drzwiami i oknami? I meblami, wesołej konfiguracji stylów i materiałów, od Ludwika Filipa poczynając na Mario Belllinim kończąc, robiąc krótki objazd przez włoski styl rustykalny okresu międzywojennego, francuską secesję i czyjś garaż?

Tak więc moglibyśmy ten drewniany dach mieć, skosy również, pod warunkiem że ktoś dałby mi gwarancję na piśmie, że nie zepsuję tego co mam, a więc nie przerobię Casa di Giuseppe na dom bawarski :)

co ZAA zrobili

I znalazłam inspiracje, domy ze strony Zanon Architetti Associati*. Wyswatano w nich drewno z cementem, terakotowymi podłogami, surową cegłą i stalowymi oknami. I to w domach, które ani rustykalne ani romantyczne nie są. Więc spróbuję i ja, gdy tylko zdecydujemy czy drewno ma być bielone czy raczej au naturel. I czy sztukujemy ściany cegłą czy może dajemy szkło? Na szczęście czasu na podjęcie decyzji mamy dużo. Na szczęście nie musimy zastanawiać się co z dachówkami. Te stare zostają....

* ZAA tworzą Mariano Zanon (1965), Alessio Bolgan (1976) i Bruno Ferretti (1974). Ich realizacje mieszkalne pochodzą z okolic Treviso, a więc niekoniecznie w stylu ginestrowym. Ale też Casa di Giuseppe leży bliżej Treviso niżby wynikało to z mapy.....


Krótka historia remontu:
  • materiał
  • pierwsze podejście
  • Kargul, dach i reszta, w porządku chronologicznym: 1, 2, 3, 4, 5, 67
  • jak to trzeba uważać co się wypisuje. W 2008 roku twierdziłam, że katedry w sypialni mieć nie będę :)


1.
Mróz byl taki, że lepiej było nie wychodzić. A zaczęło się w świętego Szczepana. Przy wigilii rozmawialiśmy, co prawda, o potrzebie przymrozków które wybiłyby pasożyty drzew oliwnych, ale nie sądziliśmy że będzie aż tak zimno. W kościele, na koncercie świątecznym miejscowej orkiestry, klaskaliśmy mocniej niż zazwyczaj. I przedeptywaliśmy z nogi na nogę.

W nocy termometr wskazywał 6 poniżej zera.

Następnego dnia spadł śnieg. U nas w ilościach śladowych. W Orvinio, położonym o prawie 300 metrów wyżej niż Ginestra, pracowały już pługi śnieżne. I miały co robić. Dokładne zwiedzanie Licenzy ograniczyło się do baru na rynku (kawa niezbyt mi smakowała, ciut zbyt kwaskowa była) i sklepu w którym ręcznie kroją miejscowe prosciutto.

Ascoli Piceno obskoczyliśmy w godzinę. A do Matery i na spotkanie z Eleną Fucci nie pojechaliśmy, wybierając ciepłe mieszkanie i kota na kolanach. Wina kupiliśmy nie wychodząc z domu. Do domu dostarczono nam również pełnoziarnistą polentę do której musieliśmy podać pieczonego królika a nie zamówioną jagnięcinę. Z powodu śniegu jagnięcina nie dojechała.

Orvinio w białym futerku


Z powodu mrozu nie odwiedziliśmy Leonilde, nie poszłam też na plotki do Stefanii. Powspominaliśmy za to nasze pierwsze święta w Ginestrze. Wtedy było gorzej. Nie mieliśmy ogrzewania, ciepłej wody, kafelków w kuchni. Ale byli z nami Pepper i Muscat, dwa koty których nadal nam brakuje.

2.
Ja tylko tak sobie miauczę, w celu stworzenia klimatu :)  Inni mieli gorzej. Na przykład ci, którzy zaprosili sobie gości. On polentę jadłby z cukrem i mlekiem, a zapijał musującym winem truskawkowym. Jej nie smakowało nic. Ani polenta, ani sos pomidorowy, ani gnocchi, ani pieczony kurczak, ani pikantne kiełbaski (polskie byłyby lepsze, twierdził jej mąż), ani ciasteczka domowej roboty. W restauracji rozpruła zamówione calzone, powymachiwała nim tak, że wyleciały z niego wszelkie bebechy, w tym roztopiona mozzarella, i próbowała nam odebrać apetyt twierdząc, że calzone jest surowe. I nie wiem czy bardziej nie lubiłam jej za to calzone i miłość do McDonald'sa do którego poleciała jeszcze na rzymskim lotnisku,  czy jego za nalanie sobie pełnego kieliszka wina of Bolgheri, po to tylko by umoczyć w nim usta i wylać resztę do zlewu.

2 i pół
Czujemy się u siebie. Znamy miejsca, znamy obyczaje, Znamy ludzi: Giovanni odkłada dla mnie dodatek do Corriere della Sera. Znamy piekarza robiącego najlepsze panettone w okolicy, właściciela sklepu z butami w Rieti, masarza oprawiającego królika, mechanika samochodowego, pana ze stoiska rybnego.  A ja dodatkowo mogę się pochwalić, że czytam najnowszą książkę  Alberto Capatti, Storia della cucina italiana. Po włosku, ma się rozumieć.
w przyszłym tygodniu rozterkoczącą się Ginestrze młynki i zadówięczą moździerze. Wiadomo, trzeba robić wigilijne pampepato*. A pampepato, jak sama nazwa wskazuje, zawiera pieprz. Dużo pieprzu. Świeżo zmielonego. Lub utłuczonego.

zdj:pieprz -  Mario Spann, figi - Francesca Minonne,  orzechy -  Marco Polo, skórka pomarańczowa - Jodimichelle, młynek - Scott Ashkenaz, czekolada - Lee McCoy

Co do tego, ile pieprzu i czy z młynka, czy z moździerza, zgody w Ginestrze nie ma. Tak jak nie jedności co do proporcji składników: jedni wolą przewagę daktyli, inni fig, a jeszcze inni dodają rodzynki namoczone w grappie. A zia Laura daje wszystko: i rodzynki, i figi, i daktyle. I właśnie jej pampepato jest najlepszy: pieprzny i aromatyczny, pachnący czekoladą, kandyzowanym cytronem i skórką pomarańczową. W dodatku pełen orzechów i migdałów.

Gdyby nie czekolada (koniecznie gorzka!) i kształt bardziej przypominający pieczeń rzymską niż placek świąteczny, to smak pampepato możnaby porównać do sienejskiego panforte.  I słusznie, gdyż tak pan papato (zwane też panpepato, pampepato) i panforte są blisko skoligaceni*. Legenda głosi, że pochodzą z XIII wieku, a za ich twórcę przyjmuje się niejakiego Niccolo dei Salimbeni. Materiały źródłowe mówią jednak , że ciasto z bakaliami i orzechami, słodzone miodem i przyprawiane korzeniami znano dużo wcześniej. Ba, melatello, panforte z jabłkami, brał udział w krucjatach.

W późnym Średniowieczu i wczesnym Renesansie drogi panforte i panpepato się rozeszły na stałe. I choć obydwa reprezentowały wszystko co najcenniejsze w kuchni, a więc przyprawy korzenne, to panforte nabrało wymiaru niemalże metafizycznego. Nie dosyć, że siedemnaście składników miało symbolizować liczbę kontrad biorących udział w Palio, to panforte - wraz jego legendarnym twórcą  Salimbenim - wpisało się w historię języka włoskiego. I trafiło do ósmego kręgu Piekła:
Oraz Niccolo, po którym praktyka
Nastała -- w kuchnię wprowadzić bogatą
Nieznany dotąd aromat gwoździka
Dante, Piekło, Pieśń XXIX, w. 127-29 (tłum. E. Porębowicz) http://boskakomedia.korona-pl.com/index.html

Za klasyfikację panpepato wziął się dopiero Francesco Redi. I to on podzielił gatunek na trzy odmiany: wysublimowaną, czyli sopraffina, z białym cukrem, kolorową polewą i przybraną ozdobami marcepanowymi, poślednią  - tańszą wersją sopraffina, a więc z miodem zamiast cukru, oraz plebejską z mąki rasowej, otręb, fig, orzechów włoskich, miodu i pieprzu.

Do której kategorii należy współczesny pampepato z Ginestry? Trudno powiedzieć. I chyba nikogo w Ginestrze to interesuje. Najważniejsze jest indywidualne podejście do składników, gdyż proporcje to sprawa umowna:

  • grubo posiekać orzechy, oraz sparzone, obrane ze skórki migdały
  • Rodzynki zalać grappą (rumem, ciepłą wodą) i odstawić na kilka godzin. W przypadku rumu lub grappy lepiej odstawić na kilka dni
  • Drobno posiekać kandyzowane owoce, suszone figi i daktyle. 
  • Na grubej tarce zetrzeć gorzką czekoladę. 
  • Czekoladę wymieszać z orzechami, kandyzowanymi owocami i odsączonymi rodzynkami. 
  • Dodać szczyptę soli, dużo zmielonego czarnego pieprzu i dobrze wymieszać. 
  • Do rozpuszczonego (ale nie gorącego) miodu, wsypać startą czekoladę, owoce i orzechy z przyprawami.
  • wbić zółtko lub dwa  (zależy od ilości składników podstawowych)
  • wsypać mąkę (razową lub białą, w takiej ilości by ciasto dało się formować), przyprawić wedle uznania cynamonem, goździkami i gałką muszkatułową. 
  • Na posmarowanej oliwą blaszce uformować ciasto (ma przypominać bochenek chleba). 
  • Piec w temp. 200 stopni. 
  • Jak długo? To też sprawa umowna: zia Laura twierdzi, że 20 min. Gina mówi, że pampepato piecze się do zrumienienia.
* Pampepato to nazwa używana w Sabinie, choć sabiński pampepato to nic innego jak panpepato znany z Toskanii i południowej Umbrii.
** Z pampepato skoligacano są pierniki, m.in. Elisenlebkuchen i Rhumschnitte.


W przerwie między prosciutto z figami a bruschettą Viktor dziękował wiosce za dziesięć lat. A ponieważ jest prokuratorem, więc mówił tak pięknie, że i mężczyznom zaszkliły się oczy. Kobiety już wtedy chlipały, gdyż niezależnie od umiejętności oratorskich, Wiktor jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną. I w dodatku doskonale ubranym. Jak Włoch, powiedziała Marcella wyciągając chusteczkę do nosa z vuittona.

Jeszcze nie zebrano talerzy z resztkami sosu grzybowego, gdy odezwał się Gino. Mówił pięknie, choć jest murarzem, dziękował Viji i Patrikowi za dziesięć lat i wznosząc toast za przyjaźń włosko-szwedzką, przypomniał że Szwedzi mecz piłki nożnej wygrali tylko dzięki obecności Leonardo, syna Annamarii i Stefano, który grał w szwedzkim ataku. Vittorio, którego nie należy mylić z Viktorem, podziękował za opiekę nad domem, który kiedyś należał do jego rodziców.

dachowe cztery pory roku

Po tiramisu Gino zaproponował zaoranie Monteleone. Pewnie byśmy i poszli z pługami, gdyby nie to, że parno było i za daleko. Więc miast wyrównywania rachunków z siedzibą gminy, dyskutowałam z Vittorio o wartościach rodzinnych, a za moimi plecami Gino próbował nucić Lily Marleen, choć jego niemiecki jest na poziomie włoskiego prezentowanego przez JC ;)

Wieczór zakończyliśmy na patio domu Viji i Patrika. Sącząc cesanese, dyskutując o prawie i sprawiedliwości z Viktorem i wirtualnie gotując ossobucco idealne. Gdyż trzeba wam wiedzieć, że Viktor jest również świetnym kucharzem. Jak Włoch :)

=====
do zaorania (zdaniem Gino)

Tamtej lipcowej soboty dom Viji i Patrika nie był już ich domem. Od tygodnia należał do innych Szwedów, tych mówiących po polsku. Którzy pewnie mili są. Więc w grudniu pewnie wypijemy razem butelkę wina, może zaprosimy się na kolację. I pewnie przez cały wieczór będziemy patrzeć pod stół, sprawdzając  jak wyglądają w butach po Viji i Patriku.

W butach po Viji i Patriku człapać będziemy i my, cudzoziemcy z najdłuższym stażem w Ginestrze. 

quest’anno non ci sono olive, la stagione è già finita, sugli alberi non ci sono frutti , il mulino non apre perché nessuno ha olive da portare, pisze mi Annamaria.

A ja mam w domu ostatnie trzy litry oliwy. NIe wystarczy na 365 dni gotowania. W grudniu przywdzieję tragiczną maskę pójdę po prośbie: Gina, Leonilde, Renato...Jeśli nie, to całą nadzieję pokładam w Apulii i Campanii, ewentualnie w Sycylii. Wezmę każdą oliwę, nawet z ubiegłego roku. Sezon się kończy, a na na drzewach nie ma owoców.Szkoda, że Annamaria nie pisze jak Dante :)

nieobecni mają rację
Czy określeśnie tragedia dantejska może odnosić się do oliwek? I czy plaga egipska jest plagą dantejską? A plagę mamy: niemieckie radio sugeruje, że za brak oliwek odpowiada bliżej nieokreślony pasożyt, zaś La Stampa obwinia pogodę. Annamaria dopisuje forse anche noi dovremmo comprare l’olio al supermercato. Chyba i my będziemy musieli kupować oliwę w markecie. Czy się psychicznie z tego podniesiemy? Mówię wam, jak nie Dante to przynajmniej Joanna Bator ;)
my, z Ginestry, z Monteleone koty drzemy nie wiadomo o co. Może chodzi o pryncypia, a może o różnice językowe (my mówimy gwarą sabińską, oni - jej odmianą, niekoniecznie rozumianą w Ginestrze), a może o sprawy administracyjne, gdyż wolelibyśmy należeć do gminy Poggio Moiano. Z kolei Poggio Moiano drze koty z Monteleone o świętą Wiktorię, leżącą na terenach przygranicznych. I gdy pod koniec lat 70. Monteleone najęło biegłych w piśmie i wykazało, że  kamienie Wiktorii należą do Monteleone, Poggio Moiano rozpoczęło wojnę. A to ktoś zaorał graniczną miedzę, a to uprowadzono koguta z Monteleone, znów innym razem owce z Poggio Moiano zeżarły trawę hodowaną dla owiec z Monteleone.

Nie mniej jednak, pomijając kilka podpodcinanych winorośli i koguta oskubanego w potyczce między Poggio Moiano a Monteleone, nigdy w naszych wojnach partyzanckich nie mieliśmy ofiar w ludziach. Pewnie dlatego, że jesteśmy mądrzejsi od Belmonte. O ile bowiem mieszkańców Ginestry nazywa się łazęgami i cyganami, Monteleone - paskudnymi ryjami, a Poggio Moiano - zapitymi mordami, to prowincjonalnym idiotą jest Belmonte. Pieprzysz jakbyś był z Belmonte, powie Gino do Arturo i wszyscy wiemy o co chodzi. 

Belmonte

O armacie z Belmonte usłyszałam od rzeźnika:
Belmonte bardzo nie lubiło się z Magnalardo, leżącym na sąsiednim wzgórzu, i postanowiło rozprawić się z przeciwnikiem raz na zawsze.
Najlepsi w Belmonte  zrobili armatę z największego drzewa znalezionego w lesie. Wydrążony pień napchano prochem, a w lufę napakowano kamieni, gwoździ i podków. 

W niedzielę, po mszy, wszyscy zebrali się na placu. Burmistrz odpalił lont. Wybuch był straszny, a gdy dymy opadły, wokół armaty leżeli w kałużach krwi porażeni kamieniami i gwoździami. 

Baby zaczynały już lamentować, gdy ktoś rzucił w tłum: jeśli u nas jest tylu rannych, to pomyślcie co się musi dziać w Magnalargo!

Choć pytałam, nikt nie potwierdził historii z armatą. Nad skrzynką cykorii,  poinformowano mnie, że rzeźnik nie jest miejscowy, być może nawet pochodzi z Magnalargo, sugerując tym samym, że mówimy tu o pomówieniach i wojnie propagandowej.

Wskazano mi jednak dom rodzinny Giancarlo. I tak, pamiętając armatę i patrząc na osypujący się tynk, zapuszczony ogród z widokiem na Magnalargo, kłódkę spiętą drutem i cenę wystawionego na sprzedaż domu, zrozumieliśmy dlaczego dach na casa di Giuseppe, remontowany przez Giancarlo sześć lat temu, musiał zacząć przeciekać. Giancarlo może i mieszka w Poggio San Lorenzo, ale miejsce urodzenia zobowiązuje :)

A my? No cóż, my czujemy się jak ten oskubany kogut z wojny podjazdowej Poggio Moiano - Monteleone. I zbieramy pieniądze na nowy dach. Fabrizio z Ginestry ma nam przysłać wycenę.
gdy Wojownik z Capestrano szedł na wojnę pewnie miał w plecaku suchary.  Albo takie w dużych kartach jak pane carasau, albo Schüttelbrot, który przypomina kartki z notatnika.

Chociaż pewnie nie, bo pane carasau to chleb z Sardynii, a Schüttelbrot pieczony jest Górnej Adydze. A może suchary wojownika z Abruzji miały kształt małych obwarzanków, czyli taralli (l. poj. tarallo), które - zdaniem Dizionario delle Cucine Regionali Italiane - jadają całe Włochy centralne i południowe? U nas, na wsi w Sabinie, taralli to nie suchary, a prawie kruche ciasteczka, robione z mąki i czerwonego wina, przyprawiane anyżkiem lub skórką pomarańczową, co czyni nas kulinarnymi kuzynami Sycylii, która też piecze słodkie taralli.


Taralli wytrawne, czyli suchary z Południa, można kupić wszędzie, nawet w niewielkim supermarkecie w Poggio Nativo. Ale tym produkowanym przemysłowo daleko smakowo do tych najlepszych, kupionych w piekarni w Canosa di Puglia.


Jak poinformowano mnie w kolejce, chleb Canosa ma dobry, choć lepszy jest ten z Altamura, ale taralli z Canosy to ho, ho...nikt im nie dorówna. Dlaczego? Nie wiem. Usłyszałam co prawda argumenty o jakości mąki, wody, piecu opalanym drewnem, duchu i wyczuciu, ale żaden nie był wystarczająco przekonywujący. Faktem natomiast jest, że taralli z małej piekarni w Canosie były bardzo smaczne. Smakowały te pikatne i te przyprawione nasionami dzikiego fenkułu, który porasta rowy. Moje ulubione to taralli z cebulą, JC wolał taralli robione z palonej pszenicy, która ostatnimi laty wróciła do łask koneserów.

Taralli lub trallucci, bo i taka nazwa jest znana, robi się  z resztek ciasta chlebowego. W zależności od regionu kółka, ewentualnie warkoczyki (Benevento), wkłada się natychmiast do pieca lub obgotowywuje. Te ostatnie są więc kuzynem polskich obwarzanków i żydowskich bajgli. Tarallucci lessi z Teramano, zagniate z ciasta z dodatkiem oliwy, cukru i anyżu, mogłyby być w plecaku Wojownika z Capestrano, gdyby Teramano leżało gdzieś w pobliżu Teramo. A Google nie wie, gdzie leży Teramano.....

ciekawa jestem co na przekreśloną swastykę powiedziałby Roberto, zwolennik Mussoliniego, przypalający papierosa zapalniczką z wizerukiem Duce, w niedzielę wypinający klatę opiętą t-shirtem z profilem Benito? Roberto szanuje też Merkel i lubi Stany Zjednoczone, choć nie przepada za Obamą, gdyż ten nie ma wystarczająco mocnej ręki. Roberto w boga wierzy, do kościoła nie chodzi i ma nadzieję wygrać w totolotka. Najlepiej kumulację. I wtedy kupi sobie dom w Ginestrze i wyposaży cztery córki, te z małżeństwa i te z pierwszego związku.
Chętni na dom Viji i Patrika są Polakami z pochodzenia. Zaliczka podobno wpłacona. A więc na wigilię przemówimy do nowych sąsiadów po polsku?
to, że w Ginestrze jest inny teatr niż, na przykład w Turynie, to oczywiste. Nie mniej jednak przedstawienie jest tak samo interesujące. Wielkanoc grano w kantynie domu Szwedów, rekwizyty były regionalne; domowe fettuccine, a więc węższe do bolońskich, podane z sosem pomidorowym na żeberkach, baranina z grilla, cykoria zerwana w polu. Regionalne były teżi dialogi.


W tle Elvis śpiewa In the Ghetto, choć mamy wielkanoc a nie boże narodzenie
- wino, prawdziwe bio, bez konserwantów
- naprawdę? Mocno owocowe jest
- bo to autentyczne montepulciano
- ale montepulciano które znam jest mniej owocowe
- bo z konserwantami
- trochę mocne też jest
- 15% dobry rok mieliśmy
- to ja z wodą mineralną poproszę
- takie dobre wino będziesz rozcieńczać?

Gdy Julio Iglesias zajął miejsce Elvisa, a wino ustąpiło pola grappie domowej roboty, uciekliśmy do domu by z trudem wnieść obolałe głowy na piętro, Mieliśmy ze sobą baniak z pięcioma literami montepulciano bez konserwantów, które niedawno zmieniło się w ocet. Taka ginestrowa wersja cudu w Kanie Galilejskiej. Ocet będzie potrzebny, gdyż na Boże Narodzenie: zamierzamy ugotować miejscowy specjał: pollo alla cacciatora. Teraz trzeba jedynie znaleźć dostawcę kwintala udek drobionych i kupić szpaler krzewów laurowych.
kompletnie, assolutamente, niewłoski cmentarz. Cały w koronach, mchu i zieleni. Z wyrytym imieniem Ignaza, o nazwisku Maron, a więc nazwisku mojego dziadka, którego rodzina przyjechała do Polski z Alzacji. Ignaz Maron chyba nie miał się czym chwalić, gdyż na tablicy nie podano ani zawodu, ani koligacji rodzinnych, tak jak w przypadku Anny Sturm, z domu Bäumler, żony kolejarza kolei państwowych. Ignaz jednak żył długo, Anna krótko (26. lat), choć o trzy lata dłużej niż dzielący z nią nagrobek Josef Sturm, Lehrerseminarist, zmarły w 1892 roku, a więc w roku urodzin Silvano, dziadka Annamarii, który popłynął do Nowego Jorku i został zarejestrowany na Ellis Island razem z 15. chłopakami z Poggio Moiano. Dziadka Annamarii znalazłam w zasobach Ellis Island, w których figuruje też babcia Annamarii,która do Ameryki przypłynęła z Ancony.  Przez Ellis Island przewinęło się 383 Maronów, jeden nawet pochodził z Północnych Włoch. sporo o żydowskich imionach, głównie z Rosji, a żaden z Monachium. A więc amerykańskich koligacji po mieczu Ignaz Maron z monachijskiego Starego Cmentarza Północnego chyba nie miał.
obcinają nam imiona. Moje, niby krótkie,skracają do Ma'. Tak jak Stefania i Stefano to Ste', Clarissa - Clari', Leonardo - Leona', Massimo - Ma'. Jedynie JC, którego imienia sąsiedzi nie mogą zapamiętać, a jeśli pamiętają to i tak nie umieją wymówić, więc JC zwą Giovanni, czyli Giova' .

Robbi, Alfi, Gio i Giova'

Dobrze, że mieszkamy w Gine'. W Poggio Moiano mielibyśmy gorzej. Poggio Moiano bowiem, zdaniem Ste', to czarna dziura w galaktyce Sabina. Lingwistyczny i kulturowy ewenement na skalę światową, bowiem Poggio Moiano mówi własnym, niezrozumiałym dla sąsiadów dialektem,  Jezus zmartwychwstaje tam w piątek, a sąsiadów zna się z ksywy. Na przykład Maurizio w Poggio Moiano nie istnieje, choć ma pizzerię przy głównej ulicy, a jego imię wypisano wielkimi czarnymi literami na szyldzie. Poggio Moiano szyldów jednak nie czyta, więc Maurizio to dla niego Muru Pizzu, Krzywa Góra. I o Krzywą Górę trzeba pytać, chcąc znaleźć dom Mauri'.

Ginestra się bawi

Od strony kultury Poggio też pizzu, czyli skrzywione. Bary po prawej stronie ulicy należą do chłopów, te po lewej - do kobiet i mężczyzn uważających się za inteligentów. Baby do  baru nie chodzą. Nie piją kawy z inteligentami i nie żłopią piwa z chłopami.

Poszłam kiedyś z Patrikiem i Bertilem do Poggio Moiano. Zmęczeni wędrówką z góry na dół i znów do góry w pełnym słońcu, wstąpiliśmy do baru. Tego po prawej stronie głównej ulicy. Patrzono na mnie dziwnie, gdy zamawiałam kawę z kroplą mleka, a jeszcze dziwniej, gdy siadałam z filiżanką przy stoliku na zewnątrz. Być może chłopy z piwem by zareagowały, gdyby nie obecność dwóch wysokich Szwedów z butelkami piwa w rękach. Ktoś nawet poklepał Patrika po plecach, widząc jak ten obciąga peroni z gwinta, jak na chłopa przystało. Tylko płaciliśmy za nasze napoje inaczej chłopy, bo gotówką i od ręki. I grzecznie odnieśliśmy puste butelki i pustą filiżankę do baru. Miejscowi puste butelki ustawiają pod ścianą, a płacą gdy w lodówce zabraknie piwa.
nie przesilenie wiosenne, a le primavere na karku, powiedziałaby mi Ginestra. Nie tylko mnie. Przeżytymi wiosnami mierzy się we Włoszech doświadczenie życiowe.


Jednak ileśtam wiosen nie nauczyło mnie jeszcze, że koty i kwiaty to dodatkowa praca. Kropka jadła sałatkę ze świeżych frezji na obiad. A mnie, jako podkuchennej, pozostało wycieranie zalanej podłogi, zbieranie łodyg i potłuczonego weka.
Vija i Patrik wystawili dom na sprzedaż. Zniknie ich nazwisko z plakietki na drzwiach, skończy się krzyczenie przez okno: kupiłam rybę, co mam z nią zrobić?  i zaglądanie z naszego balkonu do ich sypialni.

Przede wszystkim skończą się spotkania z dziwnymi ludźmi. A więc
  • z przedstawicielkami pierwszej i drugiej fali szwedzkiego feminizmu odpowiadające na pytanie dlaczego akurat przyjęło się to w Szwecji? 
  • pielęgniarce, która studiowała włoską rewolucję w psychiatrii
  • psychologiem pomagającym byłym neofaszystom wrócić do społeczeństwa
  • lekarce z akcji humanitarnej w Bośni
  • psycholog prowadzącej w Estonii pilotażowy projekt przeciwdziałania przemocy w rodzinie
  • inżyniera odpowiedzialnego za projektowanie systemów klimatyzacyjnych ambasadach szwedzkich, a prywatnie miłośnika opery. 
Z inżynierem wybieraliśmy dyregenta dwudziestolecia, z jego przyjaciółką roztrząsałyśmy wizualną przewagę Jonasa Kaufmanna nad Rolando Villazonem, a po wspólnie przeprowadzonych badaniach porównawczych vino nobile di Montepulciano uczyliśmy się włoskiego z Jussim Björlingiem rycząc Prendi l'anel ti dono na gaje oliwne.

Wioska o sprzedaży chyba jeszcze nie wie. Nie biły dzwony żałobne, nie pojawiły się klepsydry. A żałoba po Szwedach będzie, bo pomijając operowe wyczyny na tarasie, miejscowi pamiętają mecz sprzed 12 lat. Sędziował Gino, grała Ginestra kontra Szwecja. Dwunastu przyjaciół Patrika latało przez 90 minut za piłką, a potem piło w barze przez pięć godzin. Podobno Szwedzi pobili wszelkie  rekordy. Statystyk nikt nie podaje, ale mówi się, że następnego dnia bar był zamknięty z powodu braku napojów wyskokowych.
zamówione na święta i nowy rok wina nie mogły dojechać do Ginestry przez trzy tygodnie.  Zamówione w ubiegłą niedzielę (czyli 30. marca) wina już są w Ginestrze. Annamaria napisała, że odebrała paczkę tuż po otrzymaniu mojego maila, że przesyłka jest w drodze. Dwie godziny po mailu od Annamarii dostałam email od firmy spedycyjnej. Trasę paczki mogę prześledzić na ich stronie.

Włoska rzeczywistość czasami wydaje się najwspanialszym przejawem ludzkiej wyobraźni. Szkoda, że nie mojej, bo mogłabym zostać wróżką.

04.04.2014: to nie był dowcip primaaprilisowy. Rzeczywiście wina jechały szybciej niż poczta elektroniczna
Ze Stefanią były jedynie due chiacchiere. Ja wjeżdżałam do Ginestry. ona wyjeżdżała z nowym narzeczonym. Więc tylko szybkie zdzwonimy się jeszcze. Buziaczki.  Nawet twarzy narzeczonego nie zauważyłam.

O Enzo, narzeczonym, którego twarzy nie zauważyłam, opowiedziała mi Annamaria przy szybkiej kawce. A więc Enzo jest z Neapolu, chce przeprowadzić się z mamą do Ginestry, ale nie do mieszkania Ste', tylko chce coś wynająć. I tak w sobotnie popołudnie, przy espresso,  ucięłyśmy sobie quattro chiacchiere.




Enzo poznałam tydzień później. Stefania zaprosiła nas na due spaghetti. Czyli spaghetti con aglio, olio e peperoncino o północy. Gotował Enzo. I wtedy Enzo ofiarował się, że będzie naszym Cicerone po Neapolu. A my od razu się zgodziliśmy, gdyż zawsze chcieliśmy zobaczyć Neapol okiem Neapolitańczyka, którego ojciec pracował w barze przy Piazza Dante.

Zapytałam Eli czy due spaghetti to zawsze musi być spaghetti. Spaghetti nie jest obowiązkowe, ale pasta tak. Porządny Włoch nie zrobi due spaghetti z bruschettą lub podgrzaną minestrone.



Powered by Blogger.