Showing posts with label Liguria. Show all posts
Showing posts with label Liguria. Show all posts

Na początku było słowo. Wypowiedział je głośno niebiański Ciocca, czyli Celestino Ciocca, rejestrując domenę Eataly. Słowo stało się ciałem gdy Oscar Farinetti, współpracując z Coopem (co za wspaniała zbieżność słów!) otworzył pierwszy luksusowy supermarket. Był rok 2007. A miejscem Turyn.

I choć chciałoby się powiedzieć, że reszta jest milczeniem, to napisać wypada, że reszta jest nieustającym hałasem. Głównie medialnym. Eataly w prasie, określane jako skrzyżowanie supermarketu z europejskim targiem. Eataly w telewizji. Eataly we Florencji nawiązuje do Renesansu, pieje gazeta, i zaraz dodaje, że Eataly w Rzymie poświęcony jest pięknu. Dziewicza biel. Kryształ. Jak od Swarovsky-ego. Te dwa określenia ode mnie: Eataly Roma Ostiense jest bowiem biała. I szklana. Z białymi opakowaniami. Zapachem kawy w jednym rogu i wonią wody morskiej piętro wyżej.


Tygodnik IO zastanawia się czy Eataly to rodzaj męski czy też żeński. Ostatecznie 64% pracowników to kobiety. Ilu z nich jest dyrektorami? Artykuł już nie podaje. Ale w sondażach opinii publicznej wychodzi, że Włosi odbierają Eataly jako kobietę. A więc L'Eataly, jak La Eataly, a nie jak Lo Eataly. Dobre i to.

Mogło być gorzej. Na przykład ktoś z ministerstwa mógł zamknąć pierwszą Eataly, gdyż Oscar Farinetti nie miał odpowiednich certyfikatów zezwalających na otwarcie sklepu spożywczego. Mieli więc podstawy, by zamknąć. Nie zamknęli. Dobre to, czy niekoniecznie?

Eataly może (ale nie musi) zaszkodzić małym sklepom. Albo producentom, gdy zmonopolizuje rynek luksusowych towarów spożywczych. No ale za Eataly stoi Slow Food, więc może jednak monopolu nie będzie? Na razie jest szum w mediach. I zachwyty znajomych.

Przyznaję, sałatka z oliwkami taggiasca była świetna i niedroga. Chleb też nam smakował. Podobały papierowe woreczki na chleb. Kawa Illy miała gęstą crema.  Degustacja oliw była poprawna, lekcje gotowania przyzwoite, choć wolałabym trafić do grupy zaawansowanej, ale i tak nie żałuję wydanych pieniędzy.


Jako posiadaczka Mastercard w okresie świątecznym zakupy mogę zacząć godzinę przed otwarciem sklepu. Chyba się wybiorę, bo po dobrą polentę mieloną tradycyjnymi metodami łatwiej jest pojechać do Rzymu niż do Mediolanu, a w sprzedaży internetowej Eataly ma tylko jeden gatunek polenty. Przy okazji sprawdziłam wina Barolo z mojego rocznika, z 1961 roku, kosztuje jedyne 600 euro. Wiedziałam, że jestem dobrym rocznikiem. Ale aż tak dobrym?

==
Eataly jest w Turynie, Mediolanie, Genui, Florencji, Bolonii, Rzymie i Bari. W każdej z nich można iść na obiad lub kolację, zrobić zakupy (także książkowe), nauczyć się gotować, posłuchać prelekcji. Na lekcje warto zapisywać się wcześniej: klasy są małe, chętnych wielu. Wszystko na oficjalnej stronie www.eataly.it
farinatę, jedną z najlepszych rzeczy, które można jeść na ulicy, piecze się w wielkich metalowych rondlach przypomijących hiszpańską paellerę, ale można też w niskiej foremce ceramicznej. Zamiast oliwy liguryjskiej można użyć oliwy z Sabiny, a liguryjską farinę di ceci zastąpić mąką gram kupioną w indyjskim sklepiku. Farinatę można przyprawić igiełkami rozmarynu lub drobno posiekaną dymką. Natomiast nie można na skróty z czasem (zarobione ciasto na farinatę musi odstać swoje 4 do 6 godzin) i z oliwą. Tej musi być dużo. Nienaoliwiona farinata smakuje jak podeszwa.

Liguria
wypieczona mąka
  • 15 dag maki z ciecierzycy, najlepiej ją przesiać, bo lubi się zbijać
  • 400 ml ciepłej wody
  • 1/2 łyżeczki soli
  • igiełki rozmarynowe
  • oliwa (przepisy podają 4 lyżki stołowe, ale - moim zdaniem - nalać trzeba tyle, by dobrze pokryła dno foremki w której farinata będzie pieczona)
  • świeżo zmieniony pieprz

Przesianą mąkę wymieszać z solą. Wlać wodę i dobrze wymieszać mikserem. Ostawić na 6 godzin

6 godzin później:
rozgrzać piekarnik do 250°C. Ciasto jeszcze raz dobrze wymieszać, powstałą pianę zebrać łyżką cedzakową. Dodać do ciasta rozmaryn lub posiekaną dymkę. Do foremki wlać oliwę, tak by pokryła kilkumilimetrową warstwą dno i na oliwę włać ciasto. Wstawić do piekarnika i natychmiast zredukować temperaturę do 220°. Piec farinatę ok. 20 minut, aż się 'zsiądzie' i zarumieni. Po wyjęciu z piekarnika odstawić na 10 minut. Przed podaniem posypać zmielonym pieprzem. 


Farinatę piekę prawie codziennie, bo smakuje nam jako dodatek do sałaty, ale lubię ją drugiego dnia, w temperaturze pokojowej, gdy wyraźnie czuć smak mąki z ciecierzycy.

I jeszcze o naczyniu: te 15 dag mąki wystarcza na kółko o średnicy 30 cm lub na prostokątną foremkę 30x20 cm. Zrobienie grubej farinaty z podwójnej porcji to niewypał. Robi się wtedy budyń a nie farinata. Sprawdziłam :D
Livio potwierdził: powodzie w Ligurii zmyły winnicę Buranco. Dwie butelki wina stamtąd przywiezione  muszą nam wystarczyć na następne 20 lat, bo podobno tyle zajmie odtworzenie winnicy, jeśli w ogóle taka decyzja zostanie podjęta.

Buranco: non c'e

Tak więc jakoś mi źle na sercu, choć zapewne wątroba oddycha z ulgą: nareszcie urlop...., bo miałam nadzieję, wbrew logice, że dolina w której posadzono bosco, vermentino i albarolę ocalała. Livio pisze, że nie: do gospodarstwa nawet nie ma czym zejść. Zniknęła polna droga, którą szliśmy, nie ma gajów oliwnych i nie ma rzędów winorośli. Nie będzie sciacchetrà, jednego z najlepszych win deserowych jakie znam. 

Sciacchetrà robione jest z podsuszonych winogron, z których sok wyciskano ręcznie, zgniatając grono między palcami. Wytłoczyny służyły do pędzenia grappy, a w soku zaczynały buszować miejscowe drożdże, co dawało wino o posmaku dojrzałych moreli i śliwek, pachnącego kwiatami czarnego bzu i figami,  morską wodą i skórką cytrynową. Czyli Ligurią.

Jeśli ktoś sądzi, że nie wiem o czym piszę, to znaczy, że nigdy nie pił sciacchetry robionej tradycyjnymi metodami, bowiem sciacchetrà bardzo często (a właściwie głównie), to masówka dosładzana cukrem, podrasowywana syropem i lana w atrakcyjne butelki z ładną etykietką. Prawdziwą sciacchetrà produkują nieliczni, na palcach jednej ręki można ich zliczyć, a ja, oprócz Buranco znam jedynie Cantinę Cinqueterre z località Groppo (fraz. Manarola, Riomaggiore). Nie mam odwagi pytać, czy przetrwali, bo jeśli nie, to mogę się załamać psychicznie, a na leczenia na oddziale zamkniętym ubezpieczalnia nie pokrywa :D





nasi w liguryjskim Monterosso. I obwieścili coś światu. I jak tu nie być dumną z rodaków?

między przedwczorajszą notką o kulinarach Ligurii a dzisiejszym tekstem o urodzinach, przyroda rozprawiła się i z Monterosso, gdzie jedliśmy ryby, i z kolorową Vernazzą.  Jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, sierpniowe zdjęcia z Vernazzy i z Monteroso mają w tej chwili wartość historyczną.
nie przyznawajcie się, że wiecie to ode mnie, ale Liguria leży nad morzem :-) . Patrząc bowiem na listę tradycyjnych potraw liguryjskich trudno się tych dwustu iluśtam kilometrów wybrzeża morskiego dopatrzeć. Podobno dlatego, że wody liguryjskie są ubogie w ryby (tak twierdzi Anna del Conte). Ja tam ryb w morzu nie liczyłam, ale nawet jeśli ryb jest dużo, to nie znaczy, że przeciętnego liguryjczyka było na nie stać.

Tak więc na przysłowiowym liguryjskim stole stawiano gar zupy rybnej (czasami był to ciuppin, a czasami buridda), być może jakieś kalamary nadziewane, pastę z dorsza, marynowane sardynki (z których najsławniejsze są te z Monterosso), ale raczej niewiele więcej. Mięso też jedzono od święta, bo Liguria pastwiskami nie stoi. Eli mówiła mi, że jej babcia pochodząca z okolic La Spezia, pierwszy raz w życiu jadła masło i ser z mleka krowiego gdy poszła na służbę do bogatej rodziny w Piemoncie. Babcia Eli w liguryjskim epizodzie swojego życia krasiła potrawy oliwą, zbierała zioła w górach, hodowała króliki na mięso, gotowała troffie z ziemniakami i fasolką szparagową, lasagnę układała z płatów makaronu i pesto, a makaron zagniatała z mąki i wody


Troffie z pyrami i fasolką ugotował nam kolację Livio. Fabrizia podała marynowane sardynki z Monterosso. Ryb spróbowaliśmy w Monterosso al Mare: obryzaliśmy smażone na głębokiej oliwie sardynki, dzieliliśmy się filetami ryby zwanej w miejscowym dialekie lama, a gdzie indziej we Włoszech nazywanej spatola ligura (czytaj: pałasz ogoniasty), zaś tradycyjne potrawy liguryjskie jedliśmy w  restauracji Amici w Varese Ligure, do której zaprosili nas Livio i Fabrizia, rodzice Eli.

Spróbowaliśmy więc nadziewanego chlebem i ziołami żołądka jagnięcego, czyli jedliśmy cima ripiena. Cimę robi się też z podbrzusza jagnięcego lub cielęcego. A podaje się z marynowanymi warzywami lub wytrawną owocową konfiturą. Oprócz cimy były jeszcze krokiety z podrobów - stecchi, do których dodaje się podobno również jądra kogucie; minestrone z pesto, królika z oliwkami i orzeszkami piniowymi, kilka rodzajów torte di verdure, a więc tart z warzywami, grzanki z kawałkami dojrzałej słoniny, croxetti z sosem piniowym, troffie z kwiatami cukinii.

Nie udało się nam jednak sprobować najbardziej znanej liguryjskiej potrawy czyli cappon magro. Zimą musimy wrócić na krupnik zwany mesciuà (pisana tez mesc-ciuà ).


Ristorante Amici, via Garibaldi 80, 19028 Varese Ligure (SP), wwww.albergoamici.com

Przepisy kuchni liguryjskiej oraz etymologię co barwniejszych nazw potraw można znaleźć w:
  • Classic Food of Northern Italy, Anna del Conte, wyd. Pavilion, 2004
  • La grande cucina regionale: Liguria. Corriere  della Sera, 2005
  • Il Cucciaio d'Argento: Cucina Regionale; Editoriale Domus, 2008
  • oraz na stronie: http://www.moldrek.com/liguria.htm


facciamo turisti odpowiedziała zagadnięta babcia w welurowych kapciach, wracając z porannego spaceru. Wracała z koleżanką, stąd liczba mnoga w niegramatycznym skądinąd stwierdzeniu.



My też facciamo turisti, gdyż jedziemy na tydzień do Ginestry.  Samochód spakowany po dach, winieta przyklejona do szyby. Teraz tylko laptop pod pachę i wio. JC rozpoczął już polowanie na futrzaki, które przeczuwając nadchodzące nieszczęście, pochowały się po kątach.
Na forum podróżniczym napisano, że Wenecja to najromantyczniejsze miejsce na świecie. I ja się z tym zgadzam. Też uważam, że mieszkanie w mieście, w którym warunki dyktuje woda jest bardzo romantyczne. Bardzo dobrze na uduchowienie wpływa świadomość, że kamienica stoi na palach wbitych w dno laguny.



Bardzo romantyczna jest też Liguria; weźmy na przykład takie wioski Cinque Terre. Dostać się do nich można było (do niedawna) tylko od strony morza, wąskimi przesmykami. Więc żyli sobie ludzie spokojnie i romantycznie, o wielkim świecie nie wiedząc. Najromantyczniej było chyba kobietom: jak chłop był na morzu, to ona - oczywiście romantycznie - sobie z dzieciakami gospodarowała na kamiennych zboczach. A to ziół nazbierała, przyniosła kilka wiader wody, a to poprzeganiała owce (jeśli je miała) z jednej góry na drugą, oliwki popielęgnowała. Przy okazji była wysportowana (to latanie po schodach!) i opalona. No i jeszcze mieszkała w kolorowej wiosce, w dodatku z widokiem i na góry i na morze. A że przy okazji przestrzeń życiową dzieliła z gęsią, kurą, owcą i kozłem? No to bliżej przyrody była. Czyli nadal romans pełną gębą miała. Tylko pozazdrościć i pojechać w odwiedziny. A po powrocie ponarzekać, że za dużo turystów do tego romansu nad morzem się nazjeżdżało. I że tubylcy zdzierają kasę, a nie powinni bo romans to jednak dobro publiczne.
il pidocchio (l.mn. pidocchi) wsza lub skąpiec;
pidocchioso skąpy, zawszony
pidocchiosamente skąpo, oszczędnie


do wszej plaży idzie się prawie wzdłuż wybrzeża, czyli przez dawny tunel kolejowy przerobiony na ścieżkę rowerową i przejście dla pieszych łącące dolne tarasy Anzo z zachodnimi rubieżami Cinque Terre. Za dawnym domem dróżnika schodzi się milionem schodków na kamienną plażę, zwaną il Pidocchio. Nie wiem ja, nie wie Fabrizia i Livio (z Anzo związani od 1972),skąd wzięła się ta pchla nazwa.

Z plaży Pidocchio można do Anzo wracać ścieżką. Ścieżka, tak jak kuchnia liguryjska, jest bardzo oszczędna. Z pół metra szerokości, przyklejona do skały z prawej strony i zawieszona nad morzem po lewej. Trochę ciasno, trochę stromo i mocno straszno, zwłaszcza gdy dochodzą doń odgłosy wzburzonego morza. A jak ma się lęk wysokości i nadaktywną wyobraźnię przypominającą o trzęsieniach ziemi (dawno ich w Ligurii nie było, więc może akurat jest teraz pora na ustawienie płyt tektonicznych w okolicach Framury?), pożarach (czy iskra z pożaru pod Aula może dolecieć do tego suchego konara wiszącego mi nad głową?) i lawinach kamiennych (czy rozmowa z JC może spowodować osunięcie głazów?), to jest mocno niewesoło mimo pięknych widoków.


Ścieżką przeganiano kiedyś owce, a z nimi pewnie wędrował retyk pcheł i wszy. Więc po powrocie do mieszkania w Anzo, na wszelki wypadek bo nie lubię ani wszy ani pcheł i nawet myślenie o nich powoduje u mnie świąd, przezornie weszłam pod prysznic. I albo wszy wytopiłam, albo nic się do mnie nie przyczepiło. Nawet komary sobie odpuściły i wolały gryźć JC.


Jak masz czas i ochotę, to możesz podjechać do Varese Ligure i kupić sobie stempelek do robienia wzorzystego makaronu zwanego (w Varese i we Framura) croxetti. Po drugiej stronie rzeki, a więc na obrzeżach dzielnicy bizantyjskiej, mieszka pan strugający stempelki do croxetti. Można opracować swój własny, czyli rodowy, wzór a można też i zapożyczyć z niezagospodorowanych tradycyjnych. Jak już sobie kupisz stempelek to możesz wrócić do domu i zająć się chałupniczą produkcją krążków. Masz do wyboru: albo robisz croxetti po liguryjsku czyli z mąki, wody i jajek, albo po piemoncku i zwiesz je croset. Jeśli do ciasta dodasz mleko i bułkę tartą to masz crosit, również z Piemontu.


Zagniatasz ciasto (mąka, jaja, woda), rozwałkowywujesz niezbyt cienko, wkładasz w praskę ze stempelkiem. I tak produkujesz, produkujesz i produkujesz. Jak ci się w końcu skończy ciasto (lub cierpliwość), gotujesz gotowe krążki. Jeśli ugotowałeś/aś croxetti to podajesz je z pesto,  sosem z pinioli (bez bazylii) lub jakimkolwiek innym bezpomidorowym sosem aromatyzowanym majerankiem. Jeśli zaś wystemplowałeś/aś croset to podajesz je z sosem serowym, najlepiej na bazie tomy. A jeśli masz michę crosit (tego z bułką tartą i mlekiem dodanym do ciasta) to przyprawiasz je jedynie masłem.

Oczywiście możesz olać domową produkcję i pójść na croxetti do restauracji, chociażby do Amici w Varese Ligure, gdzie podają croxetti z sosem orzechowym i parmezanem. Idąc gdzieś indziej do restauracji (na przykład w Bieli, Alexandrii, jakimkolwiek mieści Emilii-Romagnii) ryzykujesz,że na menu croxetti nie będzie. Będą zaś corzetti tiae co-e-die, torsellini, crosetti, croset lub crosit :-)

nazwy podawane za encyklopedią, czyli Encyclopedia of Pasta (aut.Oretta Zanini de Vita, wyd. University of California Press)
a my z Wasserburga do Framury. W górach wyświetlono napis coda na rozjeździe Aula. A nad górami pojawiły się dwa słupy dymu. I nie była to włoska próba obejścia cen za rozmowy telefoniczne poprzez nadawanie znaków dymnych. W Auli palił się las.


W Niemczech zamknięto by całą autostradę. We Włoszech zamknięto prawy pas. Ciągnęliśmy sobie wzdłuż pożaru, wędząc się jak speck przy kominie. Dymiła ziemia, sosny jeszcze skwierczały; pewnie w ogniu piekły się orzeszki piniowe. Na plaży w Anzo patrzeliśmy jak samolot straży pożarnej nabiera wody do zbiorników. Pewnie na gotowanie troffie :-), które - z ziemniakami i fasolką szparagową - idealnie pasują do pesto. Tego z dodatkiem prażonych orzeszków piniowych.
na pamiątkę daniny dostarczanej rodowi Fieschi przez wdzięczne miasto, piekarnia di Germano stworzyła amaretti dei Fieschi, czyli ciasteczka o smaku migdałów i konsystencji najdelikatniejszych bez. Pani w sklepie wytłumaczyła, że do masy marcepanowej dodaje się białka i zmielone gorzkie migdały. Na kartce przyczepionej do opakowania podano skład:
  • albume d'uovo, 
  • mardorle, 
  • zucchero, 
  • mandorle amare, 
  • nocciole, 
  • zucchero a velo.

Trochę się tymi orzechami laskowymi zdziwiłam, bo za żadne skarby nie mogłam ich wyczuć. No ale wierzę Il Forno na słowo. Niech im będzie, że orzechy w ciasteczkach są.

Amaretti smakowały mi na tyle by zmusić mnie do pojęcia prób stworzenia ich namiastki. Zacznę niezwłocznie, pewnie gdzieś w okolicach przyszłego lata :-), gdy w końcu uda mi się spotkać gorzkie migdały.

Tak w ogóle, to oprócz amaretti z Varese próbowałam też liguryjskich amaretti z pestek moreli  (oczywiście obranych z łupiny). Były też miękkie amaretti z Novary. Wszystkie smakowały mi bardziej niż te najsławniejsze, czyli di Saronno.

A tak w ogóle to do Varese Ligure wrócimy i nie tylko po amaretti dei Fieschi. Mam do zwiedzania ogród poklasztorny i do zjedzenia resztę pozycji z menu w restauracji Amici. O kolacji w Amici opowiem przy innej okazji :-)

Il Forno di Germano
Piazza Vittorio Emanuele 5
Varese Ligure (SP)
Wziął cyrkiel i zakreślił koło na mapie. Szpic wbił tam gdzie miał stanąć zamek rodowy, promień wyznaczały brzegi rzeki Crovana. Rysował miasto idealne, obrazujące porządek świata doczesnego. W roku 1161 już stało. W największe koło, którego obwód był jednocześnie murem warownym, wpisano następne koła: łuki podcieni, wybrukowane uliczki, ściany domów. Cięciwy nie było. Od zamku, czyli środka koła, odchodziły promienie tras przelotowych zakończonych bramą. Cudowny kamienny krąg miał zapewnić kontynuację dobrobytu, który ciągnął od wybrzeży Zatoki Genueńskiej, przed Dolinę Vara, aż do samej Parmy. Magiczny krąg wyniósł dwóch z rodu na tron papieski, drugiego z nich na bardzo krótko, ale zaszczyt - a nie jego trwałość - się liczy. Razem z bogactwem pojawili się w kole Varese Ligure złotnicy bizantyjscy. Przywieźli ze sobą nie tylko umiejętności ale też i obcą wiarę. Na wszelki wypadek nie pozwolo im zamieszkać w obrębie magicznego koła. Na stokach wzgórza po drugiej stronie rzeki wybudowano im dzielnicę, którą w 1515 połączono z miastem kamiennym mostem, przypominającym - tak jak inne kamienne mosty - most zwodzony: o stromych podejściach, z wyraźnie zaznaczonym szczytem. 


Magię czarodziejskiego kręgu przerwała waśń. Fieschi z Varese Ligure zadarli z genueńskim rodem Doriów. Nie pomogły kamienne koła: Fieschi przestali się liczyć. Co prawda ród dotrwał do wieku XIX, ale to nie oni a Brigitta Caranza ufundowali klasztor Augustynów, wyrywając tym samym fragment kamiennego koła.


Tyle  o historii Varese Ligure, po trosze zmyślonej, gdyż warowny zamek będący środkiem koła istniał już przed rokiem 1161, czyli rokiem rozpoczęcia budowy miasta. Nie wiadomo też kiedy do Varese Ligure przyjechali bizantyjczycy, choć Grecki Most wybudowano na pewno w roku 1515. Fragment miasta na planie koła nadal nadal istnieje; przechodząc przez współczesny już most na drugą stronę Crovany dochodzi się do dzielnicy greckiej (il Quartiere Grexino) i do greckiego mostu. Klasztor Augustynów to obecnie kościół parafialny pod wezwaniem św. Filipa Neri i Teresy z Avilli. Podobno można podziwiać piękny klasztorny ogród, do którego ja nie dotarłam, zajęta wędrówkami po magicznych kręgach uliczek średniowiecznego miasta i próbowaniem amaretti dei Fieschi, o których opowiem przy innej okazji.


jest od stacji kolejowej we Framura do sklepu kolonialnego Anna Rosa w Setta. Ze stopniem 238. krzyżuje się główna (i jedyna ulica) Anzo, będącego - obok Setta, Costa i Ravecca - częścią aglomeracji wiejskiej zwanej Framurą, którą trudno znaleźć na mapach Ligurii. Z Anzo do Setty jest 329 stopni. I tyle samo zapewne wskazywał termometr gdy wdrapywaliśmy się po 238 stopniach od stacji Framura do Anzo, znacząc drogę potem.

W cztery dni poszły nam dwa dezodoranty cytrynowe, 24 bawełnianki i butelka preparatu antysłonecznego 40. Wieczory spędzaliśmy oganiając się od komarów i wąchając tymianek, rozmaryn i bazylię. W nocy spaliśmy na prześcieradle. Towarzyszył nam łomot morza i odgłosy pociągów przejeżdżających przez stację Framura w kierunku miejsc, do których w tej podróży nie dotarliśmy




Jedziemy wąchać bazylię, patrzeć na morze i wspinać się po 300 stopniach wiodących do jedynej piekarni we wsi.

Na zdj.majowe zioła z Sabiny
wlaliśmy zgromadzone próbki nowej oliwy do miseczek i zabraliśmy się do badań kawałkiem chleba.



Bardzo lubimy oliwę z Sabiny, bardziej od Annymarii niż od Giny, ale oliwa z Ligurii była piękna. Może nie kolorystycznie, bo nie mogła się zdecydować czy jest zielona czy złocista, ale smakowo była genialna. Piszę ’była’ bo dostaliśmy jej setę, czyli zdecydowanie jak na lekarstwo. Łagodnawa, migdałowa, z nutą słodyczy. Nektar.

Ta najbardziej zielona to oliwa z DOP Canino. Kupowaliśmy, co prawda, prosto z frantoio, ale było to frantoio dużego producenta, więc oliwa już przefiltrowana; zabrakło jej gęstości którą tak lubię w nowej oliwie.
W przyszłym roku, obiecujemy sobie, pojedziemy do Canino po oliwę do miejscowego cooperativo.
podała Eli, polecając Cooperativa di Levanto, oczywiście w Levanto :-) Sprzedają oliwę DOP Riviere Ligure Riviera di Levante i dobre sery.
od 1996 Orietta Boncompagni Ludovisi wydaje przewodnik po najlepszych pizzeriach półwyspu. Miesięcznik Dove przedrukował jej listę 5 najlepszych pizzerii, za Dove podał ją Alex Roe na Blogu from Italy. A ja przekazuję dalej.



I tak na pierwszym miejscu jest Brandi – Antica Pizzeria Della Regina D’Italia in Naples, Salita S. Anna di Palazzo, 1-2 w Neapolu. Otwarci od 12:30 do 15:30 i od 19:30 do 24:00
Drugie miejsce: Cantanapoli, Via Chiatamone, 36; Neapol. Otwarci od 12:30 do 15:30 i od 19:30 do 24:00
Trzecia jest pizzeria Don Salvatore a Mergellina, Via Mergellina, 4, znów Neapol; godziny otwarcia 11:30 - 15:30 i 19:30 - 23:30 (zamknięci w środy)

Czwarte miejsce przypadło również Neapolowi: Lombardi a Santa Chiara, Via Benedetto Croce, 59; otwarci od 11:30 - 15:30 i 19:30 - 23:30 (zamknięci w poniedziałki)
Opening hours: 11:30 – 3:30, 7:30 – 11:30 (closed Mondays)


i kompletna niespodzianka! Piąte miejsce zajmuje pizzeria z Ligurii. ak więc, jadąc po DOP Riviere Ligure - Riviera dei Fiori, warto wstąpić do Imperii na pizzę do Frà Diavolo, Corso Garibaldi, 1, Diano Maria, Imperia. Godziny otwarcia: 12:00 - 14:30 i 18:00 - 24:00


Jak by komuś mało było to o pizzy pisałam - bardziej lub mniej treściwie - tu, tu i tu,a najlepsze pizzerie można obejrzeć w sieci (z wyjątkiem Lombardi a Santa Chiara, która strony internetowej jeszcze - lub nadal - nie ma):
odrobiłam Lacjum i Apulię, pora powiedzieć wyważonych słów oliwie z Ligurii: jest inna.

Klasyfikację też mają inną. Jest jedno DOP: Riviere Ligure z tym, że dodatkowo precyzuje się terytoria: zachodnia część prowincji, czyli okolice Imperii, mają DOP Riviere Ligure z oznakowaniem Riviera dei Fiori, okolice Savony - czyli Liguria centralna - to Riviera del Ponente Savonese, a od ± Genui do La Spezia to Riviera di Levante.



Liguria zawdzięcza oliwki taggiasca mnichom benedyktyńskim, którzy udomowili francuskie drzewa oliwne we wczesnym średniowieczu.  Tak przynajmniej twierdzi Consorzio per la Tutela dell’Olio Extra Vergine di Oliva DOP Riviera Ligure. Dostojna nazwa, poważna organizacja, konkretna wiedza. I tak szanowna instytucja informuje nas, że wszystkie oliwy oznakowane DOP Riviere Ligure mają być o owocowym, choć średnio intensywnym, smaku, słodkie i delikatne, prawie bez pieprzowej nuty, choć dozwolona jest odrobina goryczki, tak bliska włoskiemu sercu. Dopuszczalna górna granica kwasowości to 0,5 na 100 g tłuszczu (chyba tak można przetłumaczyć olio oleico). Dodatkowo,  znaczek
  • Riviera dei Fiori zobowiązuje do 90% taggiasca
  • Riviera del Ponente Savonese wymaga do min. 50% taggiasca
  • a Riviera di Levante może tłoczyć oliwę z lavagnina, razzola lub pignola według uznania producenta, pod warunkiem, że 55% mieszkanki daje jeden gatunek oliwek.
Dalej Consorzio informuje, które gminy pod który znaczek podlegają (Framura, w której rodzice Eli mają dom, dostaje znaczek DOP Riviere Ligure Riviera di Levante), precyzuje dozwolone zbiory z hektara, oraz tłumaczy gamę kolorystyczną: od złocistego do złocisto-zielonkawego (R dei Fiori i R di Levante) oraz od złocisto - zielonkawego do złocistego dla oliwy z R del Ponente Savonese. Nigdzie nie jest wytłumaczone dlaczego organizacja prężna, potężna i poważna jak Consorzio per la Tutela dell’Olio Extra Vergine di Oliva DOP Riviera Ligure zajmuje się oceną koloru raz z lewej na prawo a raz z prawej na lewo.
Powered by Blogger.