Showing posts with label przepis na..... Show all posts
Showing posts with label przepis na..... Show all posts
Amatrice słynie z amatriciany, sosu na podgardlu, czosnku i peperoncino (wtedy mamy sos zwany amatriciana bianca lub griscia, lub gricia), doprawianego pomidorami by uzyskać amatricianę czerwoną. Choć bardzo czerwona ona nie jest - przypomina bardziej dobrze polaną śmietaną zupę pomidorową., choć l'amatriciana rossa śmietany nie zawiera, a jedynie duże ilości świeżo startego pecorino. Amatricianę cały świat podaje z dziurawym spaghetti, czyli z bucatini, a Amatrice robi amatricianę ze spaghetti. Nawet nie próbowałam dochodzić dlaczego tak jest i kto odpowiada za tę decyzję. Tak jest i koniec.

kluski dla hipsterów

O ile czerwona amatriciana należy do ścisłej czołówki najbardziej znanych sosów do makaronów (obok putaneschi - pozwalam sobie wpisać h by wymowa pozostała niezmieniona,  normy, carbonary, ragu i pesto), to mało kto wie, że Amatrice słynie z gnocchi ricci. I tu aż się prosi by dopisać h by powstało słowo ricchi, gdyż gnocchi ricci (w loki) były potrawą ricchi (czyli bogatych). Robiono je z dwóch ciast - jednego zaparzanego wrzątkiem, odmierzanym skorupką jajka, drugiego z 10 jajek na pół kilo mąki, a więc jest oczywiste, że biedota nie marnowała całych 10 jaj by sobie zagnieść świąteczne kluski (tu wypada dopisać, że Oretta Zanini de Vita określa gnochi ricci jako świąteczną potrawę, zaś miejscowa producentka mówiła mi o ich jako tradycji coniedzielnej). Wracając do przepisu: obydwa ciasta łączono razem, zawijając ciasto jajeczne w ciasto parzone. Zagniatano dokładnie, a z gotowego rwano kawałki, ściskając je między palcami i wrzucając na wodę. Gotowe gnocchi ricci podawano się z gęstym sosem mięsnym, najlepiej z wykastrowanego barana.

Jeszcze kilkanaście lat temu, gnocchi ricci były prawie na wymarciu. Metodę ich robienia znały dwie kobiety. I pewnie przepis na kluski dla bogatych poszedłby z nimi do grobu, gdyby nie inicjatywa urzędu miasta. W 2004 roku urządzono szkołę lepienia gnocchi ricci. Dyplom uzyskało 30 osób i gnocchi ricci wróciły na stoły. Co więcej, można je kupić w miejscowych sklepach, na przykład w sklepie z makaronami na via Umberto I (niedaleko ratusza)

Przy via Umberto I nr. 17 jest sklep z miejscowymi produktami, a więc i z pecorino, i z guanciale, podgardlem, którego nikt nie potrafi zrobić jak miejscowi. Spaghetti all'amatriciana na chrupiącym miejscowym guanciale, podawane w lekko obszarpanej pizzerii w pobliżu S. Agostino smakowało bosko. Ani nie za pomidorowo, ani za tłusto, ani nie za serowo. No ale spaghetti zawsze jest lepsze od bucatini :)

A o Amatrice będzie więcej....
Wbić jajka
Makaron do agliaty trzeba zagnieść samemu. Trudne nie jest. Wystarczy jedynie pamiętać, że zapominamy o zasadzie jedno jajko do 10 dag mąki


  • Do kaldery usypanego z mąki wulkanu wbijamy jajka, licząc po jednym jajku na osobę plus jedno jajko na wszelki wypadek, gdyby mąka okazała się wyjątkowo sucha. 
  • Roztrzepujemy je widelcem, zahaczając przy okazji o mąkę. 
  • Gdy jajka przestają się rozlewać, odsuwamy na bok mąkę i zaczynamy zagniatać ciasto, od czasu do czasu podsypując mąką. 
  • Po 10 min. zagniatania i podsypywania ciasto jest gładkie, lśniące i elastyczne. 
  • Odkładamy je pod miseczkę na pół godziny, a potem kroimy na kawałki, rozwałkowywujemy, pamiętając że im mniej składania i wałkowania, tym makaron lepszy. 
  • Rozwałkowane płaty ciasta odkładamy na pół godziny aby trochę przeschnęły. 
  • Pokrojony makaron znów podsuszamy. 
  • Więcej o robieniu makaronu powie podkuchenna z makaronem
reflektorem w makaron
Agliata najlepiej wychodzi ze świeżych okruchów. I nawet jeśli nie wchłonęły one całej szklanki mleka, nie znaczy to, że trzeba dosypać bułki tartej! Wierzcie mi na słowo. Mleko z moczenia też wlać. Agliata (przepis tu) w miarę stygnięcia zmienia się w gips, a więc warto zrobić rzadkawy (ale nie płynny) sos. Sprawdziłam.

Telefon komórkowy największym przyjacielem człowieka we Włoszech jest. Przede wszystkim po to, by opowiadać rodzinie i przyjaciołom, że się idzie lub siedzi, ogląda lub je. I by sprawdzić czy restauracja istnieje (na Sycylii okazało się że polecaną rok wcześniej restaurację zamknięto 11 miesięcy temu , zaś kolację można zjeść w pizzerii serwującej najgorsze spaghetti alla carbonara na Sycylii), a jeśli istnieją, to czy są otwarci tego akurat dnia?

I jeśli istnieją, są otwarci, to czy mają dla nas stolik? Nie raz, nie dwa, a nawet i nie trzy, w trattorii nie było dla nas wolnego stolika, mimo że wtorek, trattoria zdala nie tylko od miasta, ale też kilometry od najbliższych zabudowań, a stolika nie ma. I nie ma po co czekać, bo stolika dzisiaj i jutro nie będzie....

Ale ja do polecanej trattorii w Abruzji nie zadzwoniłam. Zasłużyliśmy więc na zamknięte drzwi i  pustkę kulinarną w okolicy. Na obiad, zamiast planowanej jagnięciny - a  trzeba wam wiedzieć, że najlepszą jagnięcinę dostaje się właśnie w trattoriach leżących na terenie i w pobliżu Parco Nazionale del Abruzzo, Molise e Lazio, ba, wiadomo, tratturi i tak dalej (czym się tratturo je?) - jedliśmy ryby. Do trattorii Vecchia Marina dzwoniłam zza kierownicy. Otwarci? Będziemy między 13:30 a 14.  Trzymajcie dla nas stolik i nie zamykajcie kuchni!

Warto było gnać z wywieszonym językiem. Naprawdę warto. Maccheroni z owocami morza? Świetny. Fritto misto? Jeszcze lepsze. Ryby i owoce morza z grilla? Objawienie. I nawet brak butelki wina na stoliku (JC, dochodzący do siebie po usunięciu woreczka żółciowego, nie pił, a ja, kierowca docelowy, nie mogłam) nie popsuł nastroju....


Wbrew obawom, roboty w San Salvatore Maggiore postępują. Zdjęto stalowe plomby z wieży, wnętrze można obejrzeć i przekonać się, że barokowa fasada kryje średniowieczne sklepienia. Nie powinno to w sumie dziwić: okres świetności klasztoru przypadał na na wiek VI - VIII, a po najeździe Saracenów nigdy nie odzyskał swojej świetności. Barokowa fasada była jedynie malowaniem zwłok do trumny.

I jeśli o zwłokach mowa, to jesień jest. Liście umierają, Wasserburg zakłada ciepłe skarpetki. Może mniej pasiaste niż te z rury w Alkmaar, ale za to lepiej komponujące się z otoczeniem:



=====
Vecchia Marina
Lungomare Trento 37, 64026 Roseto degli Abruzzi (TE)
tel: 085.8931170
można płacić kartami kredytowymi
otwarci na obiady i kolacje
a do tego Barbera, Lub Nebbiolo.
gdybym kiedykolwiek miała napisać książkę kucharską na wzór tej o trzech dobrych rzeczach na talerzu (Three Good Things...on a plate) Hugh Fearnley - Whittingstall (btw: polecam bardzo!) to trafiłyby do niej dwie potrawy, obydwie z Piemontu, a jeszcze konkretniej - z okolic Alessandrii, kwalifikujące się do określenia bieda-kuchnii w jej skrajnej formie, może jeszcze nie w wersji typu zupa na kołku od kiełbasy, ale bardzo, bardzo do niej zbliżone.

Pierwsza z nich, przypominająca kolorem i konsystencją rozgotowaną burą ścierkę, jest bardzo syta. Trudno żeby nie była: polenta, kapusta włoska i fasola klei się żeber, izoluje od lodowatego wiatru i jest nadspodziewanie smaczna. Trzeba jedynie pamiętać, że z liści kapusty trzeba odkroić łykowe zgrubienia na grzbiecie. W innych potrawach nie przeszkadzają, ale w TEJ,  gdy są prawie rozgotowane, łykowate grzbiety liści ujawniają swą obecność i nieprzyjemnie kojarzą się z polentą uzdatnioną nitką dentystyczną. 

Polenta z fasolą i kapustą
3 składniki: polenta, kapusta włoska, fasola (na przykład borlotti)
Opcjonalne dodatki: kartofle i parmezan

porcja dla 6 głodnych osób wracających prosto z wykopków


300 g fasoli
1 główka kapusty włoskiej
1 dojrzały pomidor lub pomidor z puszki
250 g polenty
4 ząbki czosnku
kilka listków szałwi
sól, pieprz, oliwa, strączek peperoncino

Fasolę namoczyć. Następnego dnia odcedzoną ugotować z dodatkiem listków szałwi. Można też użyć fasoli z puszki, trzeba ją jedynie opłukać i podgrzać w odrobinie wody. Ugotowaną fasolę przetrzeć przez sito. Wodę od gotowania zachować.

Główkę kapusty obrać z twardych zewnętrznych liści, wykroić głąb, a liście pokroić. Wrzucić do gara z wrzącą osoloną wodą i gotować przez 5 -10 min, aż liście zrobią się miękkie. Odcedzić, zachowując płyn z gotowania. Ugotowaną kapustę posiekać.

W dużym garnku rozgrzać łyżkę, dwie, oliwy (w podanym mi przepisie podany jest smalec) zrumienić na niej drobno posiekany czosnek. Dodać grubo posiekanego pomidora, szałwię, peperoncino, puree fasolowe, kapustę, wlać płyn od gotowania fasoli, gotować przez kilka minut.

Cienkim strumieniem wsypać polentę, ciągle mieszając by nie powstały grudy. Gotować na wolnym ogniu, często mieszając, przez 40-60 min (w zależności od polenty), w razie potrzeby rozcieńczając wodą pozostałą z gotowania kapusty.

Gotową polentę wylać do ceramicznego naczynia i albo posypać ją parmezanem po czym wstawić do nagrzanego piekarnika na 30 min, albo poczekać aż wystygnie,  pokroić w grube plastry i zrumienić je na rozgrzanej oliwie.

Polentę da się wzbogacić dodatkiem pokrojonych surowych kartofli, które dodaje się na początku, razem z puree fasolowym i posiekaną kapustą.

Potrawę można też polać roztopionym masłem w którym wcześniej podsmażyliśmy listki szałwii (szałwia jest jak najbardziej do zjedzenia!)

Agliata do makaronu

3 składniki: czosnek, orzechy, bułka namoczona w mleku
opcjonalnych składników brak

porcja na pół kilo suchego tagliatelle

uwagi:  nie redukować ilości czosnku. Jak sama nazwa wskazuje jes to sos czosnkowy, choć smak czosnku nie jest dominujący



500 g orzechów włoskich w łupinach, czyli jakieś 200 g łuskanych
70 g wczorajszej pokruszonej bułki, zalanej szklaną mleka i odstawionej na 20 min.
6 małych ząbków czosnku
czubata łyżka masła

Orzechy wyłuskać, zmiksować z czosnkiem.

Dodać bułkę (bez odciskania!).

Ponownie zmiksować.

Osolić wedle uznania.

Ugotować tagliatelle, omaścić masłem.

Dodać sos.

Dobrze wymieszać.

Podawać natychmiast (sos bardzo gęstnieje)

W książce Three good things potrawy fotografował jeden z najlepszych, Simon Wheeler. Pewnie on poradziłby sobie z makaronem w bezbarwnym sosie i z porcją burej polenty nakrapianej czerwonym pomidorem.

Umówmy się, że mnie udały się jedynie zdjęcia niektórych składników :D

Jeśli masz w pobliżu stragan z marchwią, selerem naciowym, cebulą i czosnkiem, a Jeśli w dodatku na balkonie wyrósł ci las bazyliowy, szałwia przejęła kontrolę nad przestrzenią, a do zbiorów natki potrzebujesz kosiarki, to sięgaj po słoiki. Z zestawu warzywno-ziołowego da się z tego zrobić coś, co zachowa i aromat i chrupkość przez długie miesiące. I jak twierdzi Annamaria, lepszej bazy do zup, sosów i gulaszu kupić nie można. Wystarczy jedynie pamiętać, że soli do potraw już nie dodajemy.


A więc
  • posiekać warzywa
  • posiekać zioła
  • (posiekać skórkę cytrynową - opcjonalnie)
  • wszystko posypać sołą gruboziarnistą
  • wymieszać
  • napchać do słoików
  • zalać oliwą lub olejem z tzw. czubem, a więc nic ma nie wystawać ponad poziom oliwy.
  • zakręcić

Proporcje marchwi do cebuli, a czosnku do selera to sprawa indywidualna. Siekanie też wedle uznania: Ja lubię kostkę z dużą ilością bazylii i pietruszki lub pietruszki z oregano, i zalewam oliwą. Annamaria sieka drobniej, prawie na papkę i przyprawia ziołami które akurat wybujały w ogrodzie: bazylią, oregano, szałwią i pietruszką. Zalewa olejem rzepakowym. Czasami mieszankę podsmaża by dała się przechowywać w spiżarni. Ja słój litrowy z surowizną wstawiam do lodówki.

słońca mi brak. Koloru żółtego. A tego miałam dużo w Ginestrze. W maju pojawiły się pierwsze kwiaty cukinii i dyni. Robiłam z nimi różne rzeczy: rzucałam na pizzę, nadziewałam sardelami i mozzarellą, otaczałam w cieście i smażyłam na oliwie, panierowałam jak kotlety schabowe. I w końcu robiłam z nimi risotto. I choć ugotowane kwiaty cukinii przypominają wymięte żółte szmaty, to samo risotto smakuje bosko. Jak lato :D


Tak więc przepis, a właściwie kilka sugestii, gdyż - jak to przy risotto - gotowanie to kwestia wyczucia proporcji. A że kwiaty cukinii/dynii delikatne są, więc smak potrawy wymaga podrasowania drobno pokrojoną młodą cukinią, garścią świeżo wyłuskanego zielonego groszku, drobnolistną miętą lub odrobiną tymianku. Zamiast parmezanu lubię dodać pokruszone taleggio, a masło, które tradycyjnie dodaje risotto wykończenia, w tym przypadku zastępuję łyżką śmietany kremówki.

Na łyżeczce roztopionego masła podsmażyć drobno posiekaną cebulę do momentu aż zrobi się szklista. Wsypać dwie garście ryżu do risotto (lubię vialone lub carnaroli), smażyć przez kilka minut, ciągle mieszając. Dodać drobno pokrojone warzywa. Wlać kilka łyżek białego wina, a gdy wyparuje, dolewać chochelką odrobinę gorącego bulionu warzywnego, ciągle mieszając. Gdy ryż zrobi się suchy, dodać następną chochelkę płynu...i tak dalej..i tak dalej. Gdy ryż będzie prawie gotowy, wrzucić kwiaty i pokruszony ser. Gdy ryż jest al dente, a ser roztopiony, dodać śmietanę.
Annamaria robi to risotto na oliwie choć dodaje odrobinę masła i czubatą łyżkę parmezanu na zakończenie.


Pan powiedział, że porchetta z Ariccii ma się tak do innych porchett jak ma się Mercedes do Opla. A potem obrazowo przedstawił robienie porchetty di Ariccia: lochę niezbyt dużą, ale też i nie wielkości prosięcia, wyluzowaną, a więc pozbawioną kości, nadziewał mieszanką aromatyzującą wymieszaną z drobno posiekanymi podrobami i ciasno osznurowaną piekł na rożnie. Oczywiście dokładny skład mieszanki pominął milczeniem, ale i tak udało mi się dowiedzieć że jedni dodają fenkuł, inni szałwię, a jeszcze inni wolą rozmaryn, a jeszcze inni dodają nie czarnego pieprzu a ostrej papryczki.  I choć porchetta z Ariccii jest najsławniejsza, to Slow Food podaje, że potrawa - znana z całej centralnej Italli - najprawdopodobniej pochodzi z Umbrii. Zaś różnice regionalne dotyczą nie tylko składu zestawu aromatyzującego ale również i marynaty. Takie Abruzzo skrapia pieczeń vincotto, a Marche polewa  się ją białym winem.


Prawdziwą porchettę trudno zrobić w domu, ale jej namiastkę - jak najbardziej. I choć może nie jest to prawdziwy mercedes, to jednak mamy zupełnie przyjemny samochód zastępczy:

  • 3 -4 kg karkówki ze skórą (lub łopatki, czy coś od szynki, ważne jest by była skóra, a ta ma być miękka, jasna o białym tłuszczu)
  • 1 1/2 łyżki  nasion fenkułu
  • 3 porządne ząbki czosnku
  • pół łyżki soli gruboziarnistej
  • 1 -2 suszone ostre papryczki
  • oliwa
  • gałązka rozmarynu, a właściwie igiełki oskubane z gałązki rozmarynu

W moździerzu rozetrzeć wszystkie stałe składniki z wyjątkiem karkówki. Wlać do nich tyle oliwy by powstała gęstawa pasta.

Skórę karkówki naciąć w romby zgrabniejsze niż moje, uważając by nie naciąć mięsa. W nacięcia skóry i w samo mięso wetrzeć pastę, odłożyć na godzinę, ale niekoniecznie do lodówki.

Przełożyć mięso na blaszkę i wstawić do rozgrzanego do 220 stopni piekarnika. Piec przez 1 - 1,5 godziny, skórą do góry, aż wytopi się tłuszcz, a skórka nabierze koloru miodu gryczanego.

Zredukować temperaturę do 150 stopni, odlać większość wytopionego tłuszczu i do naczynia dodać 2-3 cebule pokrojone w ćwiartki oraz pokrojony w grube plastry fenkuł (opcjonalny, ale mile widziany jako następny element aromatyzujący).

Ułożyć na tym wszystkim mięso, skropić jakąś grappą, vincotto, białym winem i wstawić do piekarnika na 3- 4 godziny.

Upieczone mięso odstawić do wystygnięcia. Ciepławe jeszcze, kroić w grube plastry, posypać odrobiną soli grubioziarnistej i jeść w bułce. Domową porchettę można też jeść na ciepło,  z dodatkiem warzyw lub surówek (ciekawe surówki i Oliwerową wersję porchetty podaje na blogu Karolina)

====
Porchetta była wcześniej opisywana w czerwcu 2010 i w listopadzie 2008
w przyszłym tygodniu rozterkoczącą się Ginestrze młynki i zadówięczą moździerze. Wiadomo, trzeba robić wigilijne pampepato*. A pampepato, jak sama nazwa wskazuje, zawiera pieprz. Dużo pieprzu. Świeżo zmielonego. Lub utłuczonego.

zdj:pieprz -  Mario Spann, figi - Francesca Minonne,  orzechy -  Marco Polo, skórka pomarańczowa - Jodimichelle, młynek - Scott Ashkenaz, czekolada - Lee McCoy

Co do tego, ile pieprzu i czy z młynka, czy z moździerza, zgody w Ginestrze nie ma. Tak jak nie jedności co do proporcji składników: jedni wolą przewagę daktyli, inni fig, a jeszcze inni dodają rodzynki namoczone w grappie. A zia Laura daje wszystko: i rodzynki, i figi, i daktyle. I właśnie jej pampepato jest najlepszy: pieprzny i aromatyczny, pachnący czekoladą, kandyzowanym cytronem i skórką pomarańczową. W dodatku pełen orzechów i migdałów.

Gdyby nie czekolada (koniecznie gorzka!) i kształt bardziej przypominający pieczeń rzymską niż placek świąteczny, to smak pampepato możnaby porównać do sienejskiego panforte.  I słusznie, gdyż tak pan papato (zwane też panpepato, pampepato) i panforte są blisko skoligaceni*. Legenda głosi, że pochodzą z XIII wieku, a za ich twórcę przyjmuje się niejakiego Niccolo dei Salimbeni. Materiały źródłowe mówią jednak , że ciasto z bakaliami i orzechami, słodzone miodem i przyprawiane korzeniami znano dużo wcześniej. Ba, melatello, panforte z jabłkami, brał udział w krucjatach.

W późnym Średniowieczu i wczesnym Renesansie drogi panforte i panpepato się rozeszły na stałe. I choć obydwa reprezentowały wszystko co najcenniejsze w kuchni, a więc przyprawy korzenne, to panforte nabrało wymiaru niemalże metafizycznego. Nie dosyć, że siedemnaście składników miało symbolizować liczbę kontrad biorących udział w Palio, to panforte - wraz jego legendarnym twórcą  Salimbenim - wpisało się w historię języka włoskiego. I trafiło do ósmego kręgu Piekła:
Oraz Niccolo, po którym praktyka
Nastała -- w kuchnię wprowadzić bogatą
Nieznany dotąd aromat gwoździka
Dante, Piekło, Pieśń XXIX, w. 127-29 (tłum. E. Porębowicz) http://boskakomedia.korona-pl.com/index.html

Za klasyfikację panpepato wziął się dopiero Francesco Redi. I to on podzielił gatunek na trzy odmiany: wysublimowaną, czyli sopraffina, z białym cukrem, kolorową polewą i przybraną ozdobami marcepanowymi, poślednią  - tańszą wersją sopraffina, a więc z miodem zamiast cukru, oraz plebejską z mąki rasowej, otręb, fig, orzechów włoskich, miodu i pieprzu.

Do której kategorii należy współczesny pampepato z Ginestry? Trudno powiedzieć. I chyba nikogo w Ginestrze to interesuje. Najważniejsze jest indywidualne podejście do składników, gdyż proporcje to sprawa umowna:

  • grubo posiekać orzechy, oraz sparzone, obrane ze skórki migdały
  • Rodzynki zalać grappą (rumem, ciepłą wodą) i odstawić na kilka godzin. W przypadku rumu lub grappy lepiej odstawić na kilka dni
  • Drobno posiekać kandyzowane owoce, suszone figi i daktyle. 
  • Na grubej tarce zetrzeć gorzką czekoladę. 
  • Czekoladę wymieszać z orzechami, kandyzowanymi owocami i odsączonymi rodzynkami. 
  • Dodać szczyptę soli, dużo zmielonego czarnego pieprzu i dobrze wymieszać. 
  • Do rozpuszczonego (ale nie gorącego) miodu, wsypać startą czekoladę, owoce i orzechy z przyprawami.
  • wbić zółtko lub dwa  (zależy od ilości składników podstawowych)
  • wsypać mąkę (razową lub białą, w takiej ilości by ciasto dało się formować), przyprawić wedle uznania cynamonem, goździkami i gałką muszkatułową. 
  • Na posmarowanej oliwą blaszce uformować ciasto (ma przypominać bochenek chleba). 
  • Piec w temp. 200 stopni. 
  • Jak długo? To też sprawa umowna: zia Laura twierdzi, że 20 min. Gina mówi, że pampepato piecze się do zrumienienia.
* Pampepato to nazwa używana w Sabinie, choć sabiński pampepato to nic innego jak panpepato znany z Toskanii i południowej Umbrii.
** Z pampepato skoligacano są pierniki, m.in. Elisenlebkuchen i Rhumschnitte.


do podjęcia tematu ricotty zmotywowała mnie Buruuberii blogująca na Makagigi i 55 Pierników, pisząc o starym białym serze, a podany przez nią przepis pasuje, jak w mordę strzelił, do przepisu na soloną ricottę, choć ricottę warzy by się z tego, co zostałoby po zrobieniu białego sera, czyli z serwatki.


3 razy ta sama pieczona ricotta
 1.
Oczywiście najlepszą ricottę robi Lacjum. I choć oficjalnie mówi się o ricottie rzymskiej, to najlepsza pochodzi z Sabiny i Ciociarii (górzyste okolice Fucci i Piglio), czyli regiony w których nadal wypasa się owce. Gdyż wszystkim wiadomo, że jak ricotta to tylko z mleka owczego.

2
Nadzienie do ravioli to obgotowane liście buraka, dziki majeranek i owcza ricotta. Liście buraka można zastąpić szpinakiem lub innym zielskiem znalezionym na łące, zamiast majeranku dodać oregano lub mentuccii, ale nigdy przenigdy nie wolno zastąpić ricotty owczej tą robioną z krowiego mleka.

Więc ravioli robimy od listopada do czerwca.  Latem ricotty owczej nie ma.

3.
Pewnie z tego samego powodu sycylijskie cannoli to deser, który je się przez 9 miesięcy w roku, ale nigdy latem.  I najlepsze cannoli nadziewane są ricottą owczą. Lub kozią. Gdyż najlepsza ricotta, wbrew temu co opowiadają w Lacjum, może też być z koziej serwatki.


4.
Robiłam ricottę z sąsiadką. Podgrzewałyśmy serwatkę, z której wytrącały się grudki białych szumowin. Ktoś na forum napisał, że pewnie sąsiadka dodawała podpuszczkę.

Wyczytałam, że ricotta robiona jest bez podpuszczki. Czasami dolewana jest odrobina mleka lub trochę soku cytrynowego w celu przyspieszania koagulacji.

5.
Montalbano i cannoli (z odcinka Il campo del vasaio)


W Palermo, w barze tuż przy porcie, starszy pan zamówił nie cannolo. gdyż mieliśmy drugą połowę czerwca i na cannolo było już za późno, a małą casatę. Wgryzł się w nią, a potem oblizał palce. Widąc, że się mu przyglądam z zainteresowaniem, spytał skąd pochodzę. Na odpowiedź, że z Polski i Ameryki via Holandia, powiedział że to dobra kombinacja i zaprosił na granitę kawową. Koniecznie z bitą śmietaną.

6.
Świeża ricotta przypomina smakiem bitą śmietanę. I nie pomaga dodawanie soku cytrynowego, kandyzowanych owoców lub posypywanie kawą. Dla mnie jest ricotta jest bez smaku, co mój znajomy od granity kawowej podsumował: ma pani niewyrobione kubki smakowe.

7.
Może i tak, choć ze wszystkich ricott których nie lubiłam, najbardziej smakowała mi ricotta z Posta. Posta leży wysoko w górach, na granicy z Abruzją, ma masę pastwisk i owiec.

Ricottę z Posta kupuje się po znajomości od zaprzyjaźnionych pasterzy. Albo od przyjaciół, którzy mają zaprzyjaźnionych pasterzy. I wtedy sos z ricotty do makaronu, specjalność Sabiny, smakuje jak nektar. Ricotta z Posty smakuje też, gdy poleje się ją aromatycznym miodem. Gryczany byłby dobry, ale kasztanowy jest lepszy.

8.
Gotowe grudki ricotty wkładałyśmy do plastikowych koszyczków, które zastąpiły koszyczki wiklinowe. Reszta narzędzi potrzebnych do produkcji była jak kiedyś: cedzak z długą rączką, gar nad paleniskiem, koszyczki na stole. Wszystko tak jak na miniaturze z roku 1460.

Pierwsza ilustracja z produkcji ricotty pochodzi właśnie z roku 1460. Książka nazywa się Tacuina (lub Tacuinum) Sanitatis i jest przedrukiem (jeśli tak można nazwać ręczne kopie) najpopularniejszej księgi średniowiecza traktującej o zdrowym odżywianiu.

Trudno powiedzieć, która z miniatur z wielu Tacuinum Sanitatis uznawama jest za pierwszą ilustrację produkcji ricotty: czy ta w ciepłych odcieniach ochry czy może ta malowana błękitami i szarościami?

9.
Zresztą, nie jest to w tej chwili istotne. Na wspomnianych miniaturach w lewym dolnym rogu siedzi mężczyzna, w miseczką w jednej ręce i chochelką w drugiej. Pewnie je ciepłą jeszcze ricottę. Czyli je coś, co na Sycylii nazywają ricotta ccu sieru. Ricotta w sosie własnym :)


10.
Dizionario delle Cucine Italiane zna ricottę alla fuscella, czyli prosto z wiklinowego koszyczka, kremową i o delikatnym smaku, ricottę forte, kwaskową jak nasz polski biały ser, i ricottę marzotica, marcową ricottę owczą. Ricotta forte i marzotica to specjalność Apulii.

11.
Umbryjskie Gubbio odsącza ricottę, otacza w mące i rozmąconym jajku a potem smaży na gorącej oliwie. Jak kotlet.

12.
W Novara di Sicilia kupiłyśmy z Annamarią ricotta infornata, pieczoną w piecu. Starta na tarce nadaje się do posypywania makaronów. Idealnie komponuje się z warzywnym risotto, a jeszcze lepiej z polentą.

13.
Do kolekcji ricott tego świata brakuje mi jedynie ricotty z Abruzji. Aromatyzowanej dymem z jałowca,  ricotta al fumo di ginepro. Z okolic Anversa d'Abruzzo.

14.
Ricotta infornata pieczona jest przez 30 minut w piecu chlebowym przez 30 minut. Nadaje się do spożycia po 24 godzinach. Nie trzeba jej przechowywać w lodówce, można ją trzymać na zewnątrz, pod warunkiem że jest w woreczku lnianym, a nie w folii plastikowej.
Z Sycylii, oprócz zdjęć i przekonania, że na wyspę musimy wrócić, przywieźliśmy pół kilo suszonych pomidorów. Takich, co to na długich stołach, pod sycylijskim słońcem, zmienią się z ciemnoczerwone plastry, a które stają się rzemieniem po kilku miesiącach  przechowywania w słoiku. Nadają się wtedy jedynie na dodatek do sosu lub pieczeni.  Ja jednak chciałam jeść je same, tak jak podawano je nam na Sycylii, aromatyzowane kaparami i oregano, ociekające oliwą.

klejnoty rodzinne (sycylijskie oregano i kapary)

Annamaria i Rita (z delikatesów u podnóża Etny) podały przepis:
  • suszone pomidory
  • garść solonych kaparów opłukanych z soli
  • suszone oregano (oczywiście najlepsze jest to sycylijskie)
  • ząbki czosnku, ostra suszona papryczka
  • olej lub oliwa (choć Annamaria twierdzi, że lepiej olej, gdyż lepiej się przechowuje)
  • białe wino plus kilka łyżek białego octu winnego

Zagotować wino z octem. Gotować w nim pomidory, ale tylko przez minutę-dwie, gdyż mają jedynie złapać winny posmak. Wyjąć, osączyć, poukładać na ściereczkach, przykryć ściereczką i dobrze osuszyć, czyli potrzymać je tak przez 24 godziny. Osuszone pomidory układać w słoiczkach, dodać trochę kaparów, ząbek lub dwa czosnku, wsypać oregano (lub inne suche zioła), zalać olejem lub oliwą. I to wszystko.

Nasze sycylijskie pomidory z kaparami i oregano nie doczekały jesieni. Zjedliśmy je jeszcze w sierpniu. Co prawda dwa małe słoiczki powędrowały w dobre ręce, ale resztę zjedliśmy w domu. Same, jako antipasto, popijając czerwonym winem.

do ostatniego słoika
Oczywiście opowieść o sycylijskich pomidorach na tym się nie kończy, gdyż mięsiste pomidory można ususzyć w warunkach domowych. Ja robiłam to w piekarniku w temperaturze 50 stopni, na termoobiegu, przez 48 godzin. Reszta czynności jak w przepisie powyżej. Pomidory prezentują się dobrze. Jak smakują? Proszę mnie zapytać za dwa tygodnie, gdy marynata uczyni cuda :) Zapach i wygląd wskazują jednak, że Sycylia prosto z piekarnika się udała.

pomidory z termoobiegu

Z Sycylii przywieźliśmy wina od Passopisciaro. Ale pomidory najlepiej komponowały się, naszym zdaniem, z Aglianico del Vulture. Proszę jednak o tym nie mówić Sycylijczykom, bo nas w przyszłym roku na wyspę nie wpuszczą :)
czyli układanka z  literek pod zdjęciami, które mi się podobały


Caponata komponowana z zasobów lodówki i szuflady; 
mieszana nie według litery a ducha przepisu.


Z warzywami (seler naciowy, papryka, cukinia, bakłażan, fenkuł) smażonymi, jak boski Giorgio przykazał, w głębokiej oliwie dziewiczej. Wymieszanych później z białym octem winnym, pietruszką, drobno posiekaną dymką, łyżką syropu z agawy (to zamiast cukru), kaparami, rodzynkami, kilkoma pomidorkami koktailowymi i sporą łyżką przecieru pomidorowego. Giorgio w Made in Sicily pisał, że w restauracji robi odchudzoną caponatę, z grillowanymi warzywami. Ale dodaje, że woli wersję dobrze naoliwioną. I ja mu wierzę, choć pewnie tę dietetyczną też kiedyś zrobię. Niie gwarantuję jednak, że nie dodam do niej startej gorzkiej czekolady, bo dieta dietą, ale czekolada nigdy nikomu nie zaszkodziła.

Ponieważ autorska caponata komponowała się smakowo z Etna Rosso i w dodatku nikt nie trafił do szpitala po konsumpcji, więc skromnie twierdzę, że coś z całej tej tradycji caponaty rozumiem. Ale i tak .  A ponieważ po konsumpcji autorskiej caponaty nikt nie trafił do szpitala i pięknie komponowała się smakowo Etna Rosso, więc uważam, że egzamin wstępny zaliczyłam. Ale na wszelki wypadek zapisałam się na korepetycje: dwa tygodnie intensywnej nauki na Sycylii :)
jak się za dużo ciasta na ravioli zrobi, to można albo makaron pokroić, ułożyć go na tackach po makaronie sklepowym i zamrozić, albo najpierw pokroić fettucine, a potem je na quadrucci przerobić. Gotowe quadrucci przesypać do płaskiego naczynia, ustawić w przewiewnym miejscu, potrząsać codziennie przez tydzień aż się quadrucci zrobią suche i twarde. I takie suche wrzucać do wrzącego rosołu.

Suche, czyli po naszemu  -  mączyste, mają też być kartofle.  W markecie powiedziano mi, że suche są te z czerwoną skórką, te drugie nadają się na sałatki i do minestry.



Kartofle z czerwoną skórką umyć, ugotować, obrać i jeszcze ciepłe przecisnąć przez praskę. Dodać jajko lub dwa, dosypać mąki tyle, by powstało gładkie ciasto. Potem turlać wałeczki, kroić je na kawałki, gotować do momentu aż wypłynią na wierzch, polać sosem pomidorowym, najlepiej takim w którym wcześniej ugotowało się żeberka wieprzowe. W szklance nowe czerwone wino rozcieńczone wodą mineralną. Rosół z quadrucci dla babci Nicoliny, żeberka z sosu dla nas. Na stole cerata, na niej kromki chleba i mandarynki, a nad głowami program kulinarny o formowaniu zgrabnych gnocchi na grzbiecie widelca.


Choć w Angiolinie byliśmy w październiku, na zamknięcie sezonu, to nie zamierzałam o tym pisać, bo ile można o makaronie z flądrą, risotto z krewetkami, sercówkach w sosie paprykowo-migdałowym i zapiekance z sardeli? Zwłaszcza, że temat nienośny: obsługa dobra, jedzenie smaczne, rachunek nie bolał. Czyli tak jak zawsze....

Z przyjemnego letargu poobiedniego wybudziła mnie w Angiolinie ulotka leżąca obok przewodników i broszur: jak zachować się w przypadku trzęsienia dna morskiego - maremotto. Nie pomyślałam wcześniej o tym, a przecież powinnam - trzęsienie ziemi od strony lądu i wzgórza nad Marina di Pisciotta sypią się na głowę. Trzęsie pod morzem i fale nie muszą wdzierać się w głąb lądu: Marina di Pisciotta jest szerokości wąskiej plaży, wciśnięta między wodę a skałę, wystarczy niewielkie tsunami i robimy za okręty podwodne z namiarem na Gibraltar.


I choć na następny obiad w Angiolinie najchętniej założyłabym skafander płetfonurka a zamiast perfum do torebki schowałabym butlę z tlenem, to do Mariny di Pisciotta wrócimy. Pojedziemy, bo bardziej niż tsunami boję się, że nie spróbuję ich zuppa alla marinara, czyli zupę z owoców morza, przyprawianą nasionami dzikiego fenkułu.

Napisałam 'zupa rybna' choć zuppa w zuppa di pesce nie znaczy zupy, a raczej rozmoczone w zupie kromki chleba. Trochę to trudno się tłumaczy, bo są minestry, czyli zupy warzywne i są zupy typu pancotto, acquacotta czy też znana ribollita, zuppa w czystej postaci, gdyż podawane z dużymi kawałami chleba. No i jest jeszcze brodo, które - jak rosół w Polsce - jest osobną kategorią, nie pasującą ani do zuppy ani do minestry, chyba, że brodo wleje się na zrumienione kawałki chleba i wtedy ma się pancotto, czyli zuppę.

Święta w Ginestrze obchodziliśmy nad zuppą di pesce, właśnie z dodatkiem nasion fenkułu. Kilogram drobnicy rybnej na długo gotowany w kamionkowym garnku wywar, sercówki, kalmary, kałamarnice mątwy, krewetki, panocchie no i, oczywiście, rombo.

Dużo tego do wywaru wrzuciłam i łyżki nie były potrzebne: zuppę jedliśmy palcami, od czasu do czasu sięgając po widelec. Ubrudzeni po łokcie (wtedy jeszcze nie wiedziałam jak przygotować panocchie do konsumpcji, więc oskubywaliśmy umazane w sosie pomidorowym twarte i kłujące pancerzyki próbując dostać się do mięsa), mazaliśmy kieliszki do wina brudnymi paluchami, ale z przyjemnością wznosiliśmy toast za piąte święta w Ginestrze. I choć zamówione wcześniej montevetrano i aglianico del vulture nie dotarły na czas, to montepulciano d'abruzzo od Dino Illuminanti i Masciarelli złe nie były :) I w przeciwieństwie do pierwszego świątecznego obiadu w casa di giuseppe, tym razem siedzieliśmy w ciepłej kuchni, idąc do łazienki nie musieliśmy zakładać kurtek zimowych i nie szukaliśmy szmat by wysuszyć podłogę zalaną deszczem lejącym się przez nieszczelne okna.


Na zuppa di pesce nadaje się prawie wszystko z wyjątkiem najdelikatniejszych ryb, gdyż ich smak ginie w pomidorach, a mięso rozpada. Stąd w mojej zupie znalazło się rombo, nagład, z rodziny flądrowatych, ryba o zdecydowanej konsystencji i smaku. Do zuppa di pesce trafiły teżi panocchie, czyli rawki wieszczki - squilla mantis, zwane też cannocchie, cicale di mare, sparnocchie oraz cambere di fangu, którym na ogonkach ewolucja namalowała wielkie czarne oczy, by straszyły chętnych na delikatne, prawie słodkie mięso. Już wiem, że następnym razem muszę poobcinać ostre końcówki pancerzyków panocchie, dodać mule i przed wysłaniem zamówienia sprawdzić, czy nie przestawiłam cyferek w kodzie pocztowym. Ale o problemach z winem opowiem przy innej okazji :)
 
wcześniejszy przepis na zuppa di pesce

Wyznanie: gdyby nie zdjęcia panocchie na emaliowanym talerzu (wyprodukowanym przez Bassano), notki by nie było.
Zima, proszę Państwa, zima. W nocy przymrozki, w dzień szaro i ponuro. Szale, kapy, narzuty, rękawiczki wełniane, skórzane, pobijane barankiem lub polarem, kurtka pikowana z oskubaną gęsią w środku przygotowane. Kożuch wytrzepany. I książki kucharskie odkurzone. Zaczyna się wyszukiwanie przepisów, które są kulinarnym odpowiednikiem szufelki soli na oblodzonym chodniku, oponą zimową na zasypanej śniegiem drodze przez wieś, walnięciem sety grappy do filiżanki espresso, a więc pora na tzw. comfort food, a przede wszystkim pora na polentę.

I o ile kawy z grappą, napoju mocno rozgrzewającego, specjalnie reklamować nie trzeba, to polenta jest bardziej kontrowersyjna. Sama w sobie, choć radośnie żółta, jest żałośnie bezbarwna smakowo. Nuda, proszę Państwa, nuda. Chyba że do polenty doda się łyżkę masła, garść parmezanu, kawałek gorgonzoli. Lub gdy poleje się ją aromatycznym sosem pomidorowym i ułoży wokół kawałki pikantnej salsiccii. Albo poda z królikiem w sosie winnym.  I wtedy polenta, jak nudna mała czarna skomponowana z glanami od Prady, nabiera zupełnie innego wyrazu.


Do polenty, drodzy Państwo, trzeba dorosnąć. Czyli zrozumieć, że polenta pronta jest w porządku, ale lepsza jest taka gotowana długo i cierpliwie. Czyli przyjąć do wiadomości, że polenta to slow- a nie fastfood. i że polenta to potrawa stadna: nie ma dzielenia między talerze. Je się własną, co prawda, łyżką, ale ze wspólnej michy, a konkretnie z deski lub kamiennej płyty ustawionej na środku stołu, wokół którego siedzi cała wioska.

W końcu, proszę Państwa, warto zacząć polentową turystykę, bo rodzajów polenty jest wiele. Mamy więc:
  • polentę di farro (z płaskurki lub orkiszu), znaną w centralnych Włoszech,
  • appenińską polentę di patate (opowiednik kartoflanej prażuchy), zwaną też polenta mata
  • polentę carbonara. Ta z Trydentu to  mieszanka kukurydzy, serów, masła, gotowanej fasoli lub kasztanów, podawana z kiełbasą lucanina trentina. Do polenty carbonara z okolic Werony dodaje się sery ostre i łagodne, a przyprawia miejscową oliwą
  • Jest polenta di zucca, którą gotuje Friuli z dyni i grubomielonej kukurydzy
  • Jest polenta concia, z północnych Włoch, z dodatkiem miejscowych serów i masła,
  • odmiana polenty concia to polenta con montasio, na mleku, z cynamonem i cukrem (Friuli, Wenecja Julijska)
  • polenta e ciccioli, czyli polenta ze skwarkami
  • polenta incatenata, gotowana w rosole z dodatkiem czarnej kapusty i kartofli (Toskania)
No i jest czarna polenta: polenta nera, polenta mugna, polenta taragna, z dodatkiem (lub z samej) gryki. I jest to, proszę Państwa, jedynie kilka wybranych haseł z 59 podanych w słowniku kulinariów włoskich*.

Do polenty jedni dodają sery, inni szpaki (polenta e osei z Brescii), a jeszcze inni polewają ją zawiesistym sosem pomidorowym, w którym ugotowano żeberka i kiełbaski (to z mojej okolicy w Lacjum), a jeszcze inni robią polentę concię z gorgonzolą. Tę ostatnią bardzo lubimy, zwłaszcza z dodatkiem skarmelizowanych na miodzie gruszek, przyprawionych grubo zmielonym pieprzem i rozmarynem.

Do prawie ugotowanej polenty (przepis poniżej) dodać łyżkę masła i pokruszoną gorgonzolę, dolce lub piccante. Osobno przygotować gruszki: obrane i pokrojone w ćwiartki lub ósemki gruszki podsmażyć na patelni z dodatkiem aromatycznego miodu i igiełek rozmarynu, a pod koniec smażenia dosypać grubo zmielonego czarnego pieprzu. Gruszki położyć na polencie, dodatkowo posypać pokruszoną gorgonzolą (opcjonalnie) i otworzyć butelkę wina. Barbaresco i Barbera bardzo pasują, ale Vino Nobile di Montepulciano czy Montiano też nie szkodzi.

Jak ugotować polentę? Anna del Conte** sugeruje wypiekanie jej w piekarniku lub gotowanie w szybkowarze. Ja w szybkowarze polentę przypaliłam, więc podpisywać się pod tą metodą nie będę. Wypiekanie w piekarniku daje dobrą polentę, ale najlepsza jest ta z gara. Nie jest ją trudno zrobić:
zagotować wodę: 5-6 razy więcej niż polenty (a więc na szklankę polenty potrzeba 5-6 szklanek wody, od ilości wody zależy konsytencja gotowego produktu), dodać sól. Do wrzącej wody sypać polentę cienkim strumieniem, ciągle mieszając. Ja sypię przez lejek :). Gotować na małym ogniu, mieszająś przez kilka minut, aż polenta zacznie gęstnieć. Wtedy można sobie darować ciągłe mieszanie i mieszać od czasu do czasu by polenta nie przywarła do dna garnka. Istotną rzeczą jest rozmiar garnka: powinien mieć grube dno i być wysoki, bowiem polenta lubi pryskać. Annamaria powiedziała mi, że polentę robi bardzo rzadką, a więc w proporcjach 6:1, a tuż przed końcem gotowania zagęszcza ją, dosypując łyżkę lub dwie polenty instant. Polenta jest gotowa, gdy zaczyna odchodzić od brzegów garnka.

Polenta z piekarnika Anny del Conte:
wodę (5x objętość polenty) zagotować, wsypać do niej polentę (patrz powyżej), zredukować ogień, gotować przez 10 minut, ciągle mieszając, aż polenta zacznie gęstnieć, po czym przelać ją do naczynia do zapiekania, wysmarowanego masłem, przykryć folią lub posmarowanym masłem pergaminem i wstawić do nagrzanego do 190 stopni piekarnika i piec przez godzinę.


=======
I jeszcze:
nieudana próba bycia wieśniakiem, to o gotowaniu polenty z kasztanów
kobieta upadła, czyli historia polenty oraz czego można (nie)dowiedzieć się o polencie

* Dizionario delle Cucine Regionali Italiane, Slow Food Editore
** Anna del Conte: Amaretto, Apple Cake and Artichokes. The Best of Anna Del Conte

jeśli się ma poprawne ciasto na fettucine, to można zrobić ravioli. Oczywiście najlepsze ravioli z ricottą są z naszych okolic, gdyż robimy prawdziwą ricottę na najprawdziwszego mleka owczego :)

pasta w toku

Nadzienie do ravioli, czyli 'mpesa, wymaga właśnie takiej najprawdziwszej owczej ricotty, liści buraków, listków majeranku, zwanego z miejscowym dialekcie persa, oraz parmezanu lub startego pecorino. W Ginestrze, i nigdzie indziej w okolicy, do 'mpesa dosypuje się cukru.

Annamaria opowiadała mi o swojej reakcji na słodkie ravioli z sosem pomidorowym, którym pewnej niedzieli uraczyła ją przyszła teściowa. Annamaria, choć pochodzi z Poggio Moiano, a w Ginestrze mieszka od lat prawie trzydziestu, do słodkich ravioli jeszcze się nie przekonała. Stefano za ravioli, tak słodkimi jak i słonymi, w ogóle nie przepada. tak więc na kulinarne oświecenie w gębie nie mogę na nich liczyć. Ale mogę liczyć na innych. Na przykład na zię Laurę, siostrę mamy Stefano, która lubi kontrast między słodkimi ravioli i kwaskowym sosem pomidorowym. Mam obiecane: na następne ravioli alla ginestra idę do zii Laury.
Jedno jajko na 100 g mąki. Kenwood do zagniatania, maszynka do rozwałkowania, Tak uczono nas w Eataly na zajęciach z makaronów, ale była to dla mnie żadna nowość. Wiedziałam to już z książek. W praktyce jednak pasta wychodziła albo za twarda, albo za miękka. Tę ostatnio poprawiałam, dosypując mąki i wtedy pasta robiła się bardzo twarda. Radziła sobie z nią maszynka,  która rozwałkowywała nawet najtwardsze ciasto, ale makaron z płatów przepuszczanych dziewięciokrotnie (tyle ma ustawień moja maszynka) był gładki i śliski. Jedwab to my lubimy, ale na łóżku, a nie na talerzu polany sosem pomidorowym. No i takie twarde ciasto nie nadawało się na robienie ravioli, a przecież powinno.


Poszłam po nauki.

Od Annamarii dowiedziałam się, że mieszanie mikserem nie ma sensu, nie ma się wyczucia ile mąki powinno się dosypać, bo mąka mące nierówna, jedna sucha, druga wilgotna, jajko większe, mniejsze, średnie. Lepiej robić ręcznie, na stolnicy.  Licząc po jednym jajku na osobę. A mąki tyle, ile wchłoną jajka. 



Anna, nowa sąsiadka, pokazała mi, jak się to robi: kopiec mąki, jajka wbite do krateru i powoli rozbełtywane widelcem przy jednoczesnym dosypywaniu mąki.  Łatwe.

Pozornie. Dwanaście jajek i dwa kilogramy mąki znalazły się w koszu z odpadami organicznymi zanim załapałam technikę: dosypuje się mąki do krateru z jajkami dopóki jajka nie zrobią się na tyle gęste, że nie rozpłyną się na stolnicy, gdy odgarnie się kopiec mąki. Od tego momentu mąką podsypuje się jedynie pod zagniatane ciasto. I to w małych ilościach. A rezygnuje z podsypywania, gdy ciasto przestaje kleić się do dłoni. Wtedy zagniatamy i zagniatamy, Zwijając ciasto w rulonik, rozpłaszczając dłonią, odwracamy o 90 stopni, zwijamy w rulonik...i tak dalej.


Moje pierwsze udane impasto na fettucine rozwałkowała ręcznie Anna. Ale tak jak Annamaria, Anna powtarza, że maszynka to świetny wynalazek. Trzeba jedynie pamiętać, że im mniej przepuszczania przez maszynkę, tym lepiej dla konsystencji ciasta. A więc najpierw na jedynce, potem na trójce lub czwórce, a z nich prosto na siódemkę. Rozwałkowane ciasto odkładamy do podeschnięcia, ale nie do wyschnięcia, bo wtedy będzie się kruszyło.

Opowiedziałam Annamarii o tych dwóch kilogramach mąki i dwunastu jajach. Mąki i jajek nigdy się nie wyrzuca! Są metody ratowania nieudanego ciasta, powiedziała. I obiecała pokazać jak to wygląda w praktyce. Jak tak dalej pójdzie, to za rok, za dwa, powinnam dostać pozwolenie na ślub. Gina opowiadała, że nikt nie chciał panny, która nie umiała zrobić dobrego fettucine.
idzie zima, na budę za stary, bo po maturze, na gosposię nie stać, więc za fartuch nie chwyci*, a zapasy na zimę by się przydały. Zwłaszcza, że burek zrobił się wybredny: sklepowych dżemów nie jada, przymysłowymi sosami ze słoika gardzi,  tych w proszku burek do pyszczka z własnej inicjatywy nigdy nie weźmie, a jak raz wziął bo mu ją w lazanii z ananasem podano, to wyżygał po drodze do domu. Więc co roku burek robi dżemy, warzy sosy, wysmaża powidła i, w miarę udoskonalania warsztatu, poprawia receptury.

burkowe warzenie

W tym roku burek zracjonalizował przepis na sos z pieczonych pomidorów. Zamiast pieczenia bóg-wie-ile-godzin w niskiej temperaturze, udoskonalony sos robi się w ~180° z termoobiegiem, w 1-2 godziny (w zależności od wybranej temperatury i osobistej definicji słowa 'zrumieniony') .

Połówki (jeśli małe→średnie) lub ćwiartki (jeśli duże) pomidorów ułożyć jednowarstwowo w naczyniu do pieczenia.  Powtykać między pomidory pokrojone w ćwiartki cebule, dorzucić nieobrane ząbki czosnku. Pomidory posypać odrobiną soli i ciemnego cukru. Wstawić do piekarnika i piec, aż cebula będzie miękka i zrumieniona,  a na pomidorach pojawi się brązowa skórka na wierzchu, a brzegi będą ciemnobrązowe (pomidory powinny być b. miękkie, odwodnione). Wszystko - łącznie z sosem z dna naczynia - przetrzeć przez sito, dodać ulubione zioła, czyli rozmaryn :), wlać do rondla, posmażyć kilka minut (w zależności od upodobania), dodać soli, jeśli sosowi jej brakuje, wlewać do wyparzonych słoików.

Burek robi też sos pomidorowy z odori. I wtedy dodaje ostrą papryczkę lub dwie. Lub trzy. Bo burki już tak mają, że lubią ostro. I to nie koniecznie jedynie do makaronu :D

===
wątek zbiorczy o pomidorach i przepisach pomidorowych
* Kłopoty Burka z podwórka Lucyny Krzemienieckiej


tak jak omawiane wcześniej domowe cavatelli można nazwać kluskami, albo jeszcze precyzyjniej: zacierką  cavatelli należą do grupy makaronów zwanych strascinati, zacierki), tak gnocchi di semolina to pieczona prażucha. I choć znana jest i Sardynii i Trentino, gdzie ci pierwsi zwą ją pillas, a zapiekają z sosem mięsnym i pecorino, zaś ci drudzy podają  - jako canederli di gries - w rosole, to gnocchi  z Rzymu są najbardziej znane.

(prawie) srebrna łyżka w gipsie

Gnocchi alla romana - prażucha po rzymsku - to dowód, że można bezczelnie postawić przed gośćmi blachę z mąką, mlekiem, serem oraz masłem i zostać okrzykniętą cudowną kucharką.  A co najważniejsze: zachwyceni, nawet się nie zorientują, że jedzą mało pracochłonny bieda-obiad, bowiem zrobienie gnocchi to dosypanie mąki do mleka, wykrojenie kółek i wstawienie do piekarnika.

Trzeba jedynie pamiętać, że mąkę sypie się cienką strużką (korzystam z lejka) na wrzące mleko, miesza ciągle przed dwie minuty, aż zrobi się coś przypominające gips. Do lekko ostudzonego - ale nie zimnego -  gipsu trzeba dodać żółtka, choć nie są one konieczne, bowiem gnocchi są równie dobre w wersji bezjajecznej, trochę soli. gałki muszkatułowej lub pieprzu,  i łyżkę startego parmezanu. Zamieszać, wylać na mokry blat. Łyżką lub mokrymi dłoniami rozprowadzić ciasto, uformować prostokątny placek o grubości 1 cm i pozostawić do wystygnięcia. Na koniec wykrawać kółka lub inne kształty, ułożyć w naczyniu wysmarowanym masłem, polać roztopionym masłem (zapomnijmy tu o oliwie, gnocchi bez jajek da się zrobić, ale bez masła już nie), posypać startym parmezanem i piec w 200 stopniach, aż z parmezanu zrobi się chrupiąca skórka.

Pozdrawiam serdecznie, prawie sława kulinarna i prawie Guerani :D

PS: dawniej, za czasów Ady Boni, gnocchi alla romana układało się w piramidkę. Współczesność o dawnych metodach zapomniała i robi jednowarstwową zapiekankę z krążkami zachodzącymi na siebie. A ja, niezorientowana i niedouczona, układałam moją postmodernistyczną zapiekankę, nie przypuszczając nawet, że kiedyś było inaczej.

============
Składniki (na gnocchi dla 4 osób): 250 g semoliny lub semoli (grysiku), litr mleka (może być pełnotłuste lub odchudzone), 2-3 łyżki masła, sól, pieprz lub gałka muszkatułowa, starty parmezan, dwa żółtka (opcjonalnie)
portret rodzinny Psiankowatych
świąteczny bakłażan
Najdziwniejszy przepis jaki znalazłam w tradycyjnej kuchni włoskiej to bakłażan (psianka podłużna, solanum melongena, melanzana) w czekoladzie. Nie zrobiłam go jeszcze, trochę z obawy, a trochę dlatego, że jest to deser sierpniowy.  Kalabria przygotowuje go na 15. sierpnia, a więc - według moich danych - na Matki Boskiej Zielnej.  

Obrany ze skórki bakłażan i pokrojony w plastry, smażony jest na gorącej oliwie. Na zrumienione plastry kładzie się odrobinę konfitury czereśniowej, kawałek czekolady i trochę kandyzowanej skórki cytronu, zwija w ruloniki, które otaczane są potem z rozmąconym jajku a następnie w mące, i ponownie smażone na oliwie. Zrumienione bałażanowe 'zrazy' odstawia się do wystygnięcia. Przed podaniem polewa sosem czekoladowym robionym z 40 g kakao, 200 g gorzkiej czekolady,  50 g cukru, łyżki wermutu i odrobiny wody potrzebnej by rozpuścić w niej kakao. Gotowy sos odstawiany jest na godzinę do lodówki.

Podane proporcje wystarczą na pół kilograma bakłażanów, które z kolei nakarmią 6 osób.

Oczywiście mogę też zrobić inną wersję melanzane al cioccolato, tę z południowej Kampanii. Bakłażany przekładane są prażonymi migdałami, kandyzowanymi skórkami cytrusów, czereśniami macerowanymi w alkoholu i a sos przyprawiany jest cynamonem. Więc nie zrazy, a przekładaniec. Zupełnie jak w najbardziej znanej potrawie z bakłażanów czyli melanzane alla parmigiana.

bakłażan sycylijski
Na Sycylii, która zna świetne przepisy z bakłażanem w roli wiodącej, nazwa melanzane alla parmigiana nie oznacza bakłażana z parmezanem, a bakłażana zapiekanego z miejscowym caciocavallo, a sama nazwa pochodzi od określenia palmigiana, czyli palmowa, gdyż przypomina zachodzące na siebie dachówki lub deszczółki w okiennicach.

bakłażan historyczny
Nic dziwnego, że Sycylia ma tyle bakłażanowych przepisów; przecież ona wprowadzała arabskie nowości kulinarne, a bakłażan,  choć jest kuzynem ziemniaków, pomidorów i papryki, które dotarły do Włoch po Kolumbie, znano - właśnie dzięki wpływom arabskim - na długo przed podbojem Ameryk.

wiele odcieni oberżyny (zdj. flckr: Pennstate, ThomasWanhoff, IanTurton i Whologwhy)
językowy
Początkowo bakłażan traktowany był jako roślina ozdobna, potem trafił do kuchi, ale tylnymi drzwiami. Gotowano go niechętnie. Dlaczego? Niektórzy twierdzą, że ze względu na popularność bakłażana w kulinariach żydowskich. Trudno jednak orzec, czy bakłażana  nie jedzono, gdyż był żydowski, czy też stał się żydowski, gdyż nikt nie chciał go jeść i dlatego robił karierę wbieda-kuchni...

A może po prostu ciągnęła się za bakłażanem nazwa mela insana? Określeniem  mela lub pom obdarzano wtedy wszystkie egzotyczne i nieznane warzywa lub owoce (melarancia - gorzka pomarańcza, melagrana - granat, melacotogna - pigwa), a dodany przymiotnik insana - zwariowana, oszalała - dopowiada resztę.

polityczny
W La Scienza in Cucina  Artusi pisze, że w roku 1910 stragany florenckie są pełne bakłażanów, gdy  jeszcze 40 lat wcześniej je ignorowano jako żydowskie. Po dojściu do władzy faszystów ten fragment książki Artusiego wycięła cenzura.


 zdjęcia (flckr, Creative Commons): Postbear, KRobison, Kingdesmond1337,Eric Bezine

oraz bakłażan osobisty, z czekoladą
najbardziej lubię bakłażany okrągłe, o jasnofioletowej skórce (patrz zdjęcie w górnym lewym rogu). Obrane, pokrojone w kostkę i podsmażone na oliwie trafiają do sosu alla norma, który powinien znaleźć się na  liscie najważniejszych sosów mojego życia, lub do sycylijskiej caponaty, bez oliwek, za to przyprawianej odrobiną gorzkiej czekolady.


a jutro-pojutrze będzie o restauracji która podała nam ciastko z bakłażanowym musem. I z sosem czekoladowym.

========
*psianka podłużna, czyli bakłażan, solanum melongena

wcześniej było o dziwnym bakłażanie przypominającym pomidora, bakłażanie w żydowskiej kuchni i wytrawnej kofiturze bakłażanowej

dodatkowe informacje o rodzajach bakłażanów i jak wybrać odpowiedniego bakłażana
Opowiadałam jużo biedamakaronie z Apulii, że teraz to smakołyk dla prawdziwych koneserów, których od koneserów pospolitych dzieli wyrafinowany smak, bowiem koneserzy pospolici kupują to  co im poleci prasa, a prawdziwi koneserzy szukają na własną rękę. Ja, co jest sprawą oczywistą, zaliczam siebie (ale nie wiem czy inni się z tym zgodzą) do koneserów prawdziwych. Wiem na przykład, i to od dawna,o makaronach robionych z palonej pszenicy. Ba, pisałam nawet o tym, podając adres do młyna.


Ponieważ jednak brakuje mi środków finansowych właściwych koneserom pospolitym, więc do młyna w Apulli w tym roku raczej nie pojadę, więc w ramach polerowania imidżu prawdziwego koneserstwa, postanowiłam sama zrobić orecchiette di grano arso, rumieniąc na rozgrzanej patelni semolinę. A nie mając pojęcia jak będzie ta palona mąka smakować, wymieszałam ją z semoliną w bezpiecznych proporcjach 1:2.

Reszta jak przy robieniu zwykłych orecchiette: ciepła woda, trochę soli, długie zagniatanie, nóż i deska.


Czym się różnią, oprócz koloru kawy z mlekiem, orecchiette z palonej mąki od orecchiette? Ano różnią się smakiem: są lekko orzechowe, ciut gorzkawe. No i pięknie pachną. Zrobiłam do nich sos z sardeli, czosnku, pietruszki i oliwy wychodząc z założenia, że smaku lepiej nie maskować. Osobno miałam miseczkę z surowymi pomidorami, wymieszanymi z bazylią i czosnkiem. I właśnie z tymi pomidorami orecchiette z palonej pszenicy smakowały najlepiej. Najprawdziwszy koneser pewnie by to wiedział...

Następnym razem zmienię proporcje mąki, tak dla sprawdzenia, bo chyba jednak do najprawdziwszego koneserstwa jest mi bardzo daleko. Na przykład najprawdziwszy koneser miałby swoje poletko z tłącym się rżyskiem. I kamienne żarna. A już na pewno formowanie orecchiette nie zajmowałoby mu całego popołudnia....
Jeśli kupujesz makaron w sklepie to wiesz, że cavatelli przypominają krótkie ruloniki w prążki. Maszyny i dział sprzedaży gwarantują precyzję wykonania i jednolitość oznakowania.

szwajcarska precyzja
Gorzej gdy zechcesz zrobić cavatelli w domu. Szukając przepisu dowiesz się, że cavatelli mogą, ale nie muszą, być w prążki. Mogą być w kształcie ruloników, Lub naparstków. Lub łódeczek. Z cienkimi brzegami. Lub grubymi.

Do zrobienia cavatelli możesz użyć czubka zwykłego noża, apulijskiej la sferre, lub po prostu opuszków dwóch/trzech/czterech palców, rozcierając ciasto na zwykłej stolnicy lub na desce w wyrytym wzorem (na przykład rombami). Albo możesz ciasto rozcierać w dłoni.

Przy okazji zrozumiesz, że cavatelli to określenie mocno nieprecyzyjne, gdyż rozcierając ciasto jednym palcem robisz cavatelli (patrz zdjęcie w prawym górnym rogu), a dwoma - cecatelli, a czterema cortecce.

A tak w ogóle to powinno się mówić, że robi się strascinati, szurane kluski, do których należą również orecchiette. Nazwa strascinati pochodzi od czasownika strascinare, szurać lub rozwlekać, zaś samo strascinare okazuje się być precyzyjniejszą wersją innego czasownika - trascinare, który znaczy również ociąganie się lub wyciągnięcie kogoś (na przykład do teatru). Lub porwanie na fali entuzjazmu.  I choć precyzyjniejsze jest strascinare, to sam proces robienia klusek zwie się trascinamento.

Tak więc, porwana na fali etuzjazmu dla kluskowo-makaronowych historii, szuram palcami po desce, nie wiedząc sama co robię, bo nie tylko technika się liczy, ale również i region. Kluska o tej samej nazwie będzie wyglądała inaczej w Campanii a inaczej w Apulii. Ale, jak twierdzi Oretta Zanini de Vita: praktycznie niemożliwe jest zrozumienie różnorodności strascinati z Południowych Włoch.

I tego się trzeba trzymać :D

cavatelli, cecatelli, strascinati?

Przepis: do semoliny dodać szczyptę soli i dodawać letnią (niektórzy leją gorącą) wodę, cały czas wyrabiając, do momentu aż ciasto zacznie się zbijać w kulę. Precyzyjnych proporcji nie jestem w stanie podać. Wszystko zależy od mąki i wilgotności powietrza. Zagniatać długo i dokładnie, aż ciasto zrobi się gładkie i lśniące. Gotowe, przykryć ściereczką lub miską i odstawić na 30 min. Ciasto pokroić na kawałki mniej więcej tej samej wielkości i z każdego formować b. cienki wałek. Gotowe wałki kroić na kawałki 3-5 cm. Dobrze oprószyć mąką i naciskając ciasto opuszkami palców ciągnąć po desce do momentu w którym ciasto zacznie się zwijać w rulonik. 
Powered by Blogger.