Showing posts with label Basilicata. Show all posts
Showing posts with label Basilicata. Show all posts
Po zwiedzaniu Matery z książką Czai w ręku, powiedziałam: nigdy więcej. Rozczarowałam się bardzo. Nie Materą, a książką i jej autorem:
przemilczanie faktu, że jest kilka hipotez pochodzenia nazwy miasta, można wytłumaczyć: autor ma prawo do wyboru tej interpretacji, która mu pasuje.  Że mylił tuf (po włosku tufa - skała pochodzenia wulkanicznego) i tufo, które jest lokalnym określeniem wapienia (calcarenite), to już gorzej. Ale najgorsze, moim zdaniem, były opowieści o nieistniejącej topografii miasta. Szukałam wąwozu, który miał oddzielać Barisano od Caveoso. Ten wąwóz istnieje jedynie w wyobraźni autora: w rzeczywistości Sassi dzieli grzbiet, na którym stoi katedra. Sassi Caveoso są wykute w ścianie wąwozu. Barisano też, ale o ile Caveoso ciągnie się jak wstążka wzdłuż ściany, to część Barisano udrapowana jest we wgnieceniu, które można uznać za nieckę lub odnogę głównego wąwozu (choć znajdującą się wyżej niż jego dno).  Nie ma też możliwości by patrzeć na obydwa Sassi z miasta po drugiej stronie wąwozu. Po drugiej stronie miasta nie ma. Jest park widokowy, pastwiska i urwiska.


Zdanie zmieniłam gdy (15. sierpnia br.) skończyłam czytać Legendę żeglujących gór Paolo Rumiza. I wybieram się w podróż. Co prawda nie rowerem, bo tym to ja jedynie pod niewysoką górkę podjadę (Rumiz przemierzył Alpy rowerem), zaś na Topolino, którym autor przejechał Apeniny, nie mam widoków, ale zamierzam pojechać trasą Rumiza. Chociażby z Amatrice do San Stefano di Sessanio:

Przykryte świeżym śniegiem dzikie góry della Laga wyglądają jak egipskie piramidy. Doskonałe graniastosłupy, pod którymi rządzi anarchia: teren między Amatrice a Campo Imperatore wygląda jak Atlantyk, gdy zmienia się wiatr, a Topolino gubi się w morzu dziwnych fal, które wydają się prowadzić donikąd. Na drodze nie ma nikogo, w ciągu półgodziny zaledwie dziesięć samochodów. Niebo zamknęło się ostatecznie i nad brzegami jeziona nawet piękna miejscowość Campotosto wydaje się niespodziewanie ponura, pusta jak Mongolia. Tak zaczyna się Abruzja.

Tylko krowa nie zmienia zdania. Ja zdanie zmieniłam, więc krową nie jestem. Trochę szkoda. Historię rodziny mogłabym wywodzić od Longobardów i nosić śliczne kremowe futerko :)
Wokoło na łąkach, przy wodopojach białe krowy. Mówią na nie 'podolskie', zostały sprowadzone przed wiekami przez Longobardów.

Na niebie pełno gwiazd, w oddali słychać ujadanie psów. Dzwony, wiatr, łąki, lasy, jasne chmury, stada i i kiście rozświetlonych wiosek. Naprawdę trudno zrozumieć, czemu Alpy tak się nazywają - od alpeggio, która to nazwa odnosi się do pastwisk i górskich zagród. Prawdziwe alpeggio jest tutaj, na książycowej ziemi Południa. Podczas całej tej podróży tylko na południe od Marche napotykałem pasące się zwierzęta. Statda w Montefeltro, te w Górach Sybillińskich, trzody świń ryjące w ziemi pod Monti della Laga, znów stada na Gran Sasso, teraz kolejne w Molise. 

Obraziłam się na książkę Dariusza Czai Gdzieś dalej, gdzie indziej. I zachwyciłam Legendą żeglującyh gór Paolo Rumiza. Obie książki wydało Wydawnictwo Czarne w serii Sulina.

Włoszczyzna o Amatrice: gnocchi tylko dla bogatych i prawdziwe spaghetti bolognese
Włoszczyzna o San Stefano di Sessanio: kot inżyniera Karwowskiego, wizjoner czy oszołom to (chyba) sprawa gustu
kamiennie
się lubi Castelmezzano, do którego się jeszcze bardziej przekonało po fakcie, gdy w sieci się znalazło więcej informacji niż podawał przewodnik po Apulii i Bazylikacie. Dodam, że przewodnik po Bazylikacie tylko z nazwy, bo niewiele informacji o rzeczonej Bazylikacie zawierał. Ale, jak się rzekło, w siecie informacje się znalazło, i teraz już wiadomo, że przypadkowo się trafiło na perełkę z widokami, historią i kulinariami.

już wiosennie

W Castelmezzano się było w maju, a się zachciało wrócić do wspomnień gdy w czasie niedzielnego spaceru po lesie padło pytanie zasadnicze: jak teraz wygląda Castelmezzano?
bawarsko i jesiennie
 No i się okazało, że pogoda w nim bawarska: 13 stopni w ciągu dnia, 4 w nocy. Co niespodzianką nie było, gdyż w połowie maja też zimno było i rękawiczki bardzo by się przydały, ale tylko na dwa dni; dnia trzeciego niespodziewanie się zrobiła wiosna i Dolina Basento wymieniła dywan z szarozielonego na soczyście zielony, mieniący się w słońcu - jak na prawdziwy jedwabny dywan przystało - czerwienią miejscowej koniczyny.

O zimie przypominały informacje, że do Pietrapertosy nie dojdziemy - górski trakt dla owiec, osłów i turystów zamknięto z powodu osuniętego zimą zbocza - i przypominały grube łańcuchy przymocowane do ścian domów stojących wzdłuż najostrzejszego podejścia via Regina Margherita, a służące do podciągania się w miesiącach jesienno-zimowych, gdy w Castelmezzano leży śnieg.

zimowo

Się pamięta: stroma Via Regina Margherita, przesmyki uliczek, które są jednocześnie schodami łączącymi tarasy wioski. Długie podejście do punktu widokowego (tylko się nie wie czy to via Marconi czy też inna ulica, której nazwy na mapie wioski nie zaznaczono, bo chyba nie jest to via Margherita?). Pionowe schodki wyryte w wielkiej skale, wiszącej nad domkami poniżej. Domki wryte w skałę, wąski ogródek na półce skalnej.

Później się wyczytało, że schodki należały do zamku normańskiego, sama nazwa wioski pochodzi od Castrum Medianum, zamku średniego, który razem z zamkiem w Pietrapertosa i Brindisi di Montagna pilnował Doliny Basento, oraz że początków Castelmezzano trzeba szukać w Bizancjum i w historii Templariuszy. Nie znalazłam wiarygodnej informacji o powiązaniach tego zakonu z Castelmezzano, ale w kościele Chiesa Madre di S. Maria można obejrzeć wyryty w skale krzyż templariuszy, o czym się dowiedziałam już po powrocie z Castelmezzano. Herb wioska ściągnęła z pieczęci zakonu: dwóch siedzących na jednym koniu rycerzy (co z prawami autorkimi, znakiem zastrzeżonym i tak dalej?)

W Chiesa Madre di S. Maria stoi figurka madonny, w koralowej sukni z błękitnym fartuchem w gwiazdy malowanym. Sama madonna siedzi sztywno jak na królową przystało, długa gruba szyjaprosta jak słup, twarz nieruchoma, z przenikliwym spojrzeniem ciemnych oczu i chyba obietnicą uśmiechu na zaciśniętych wargach. Na kolanach trzyma Jezusa z dojrzałą twarzą zmęczonego mężczyny, ale o dziecięcych stopkach, jedną z których otula dłoń madonny, ale jakby od niechcenia lub jakby madonna wstydziła się tego matczynego gestu.

Czy jest to Madonna dell'Olmo, madonna od wiązów? Chyba tak, choć w sieci znajduję zdjęcia dwóch różnych madonn o tej samej nazwie.

Się rzekło, że do Pietrapertosa nie można było dojść. Więc nie miało się okazji zobaczyć zamku, najstarszej dzielnicy zwanej L'Arabata, w średniowieczu zamieszkałej przez Arabów. Się nie było w Brindisi di Montagna, nie zeszło się do rzeki Basento, ale usłyszało to i owo, chociażby o tym, jak po zjednoczeniu Włoch, gdy rozsypał się jeden system, a jeszcze nie wykształcił drugi, okolice Castelmezzano stały się siedzibą band, miejscowa arystokracja (bo i takowa w Castelmezzano była) albo się przenosiła w inne, bardziej bezpieczne miejsca, albo sprawiała sobie ciężkie bramy i grubsze mury. W dwudziestym wieku ruszyła emigracja, potem zesłania przeciwników faszyzmu do wiosek na południe od Eboli, a jeszcze później akwedukt i kanalizacja i turystyka. Tę ostatnią reprezentują gospodarstwa agroturystyczne i kilka B&B oraz dobra restauracja Al Becco della Civetta, w dziobie sowy, w samym Castelmezzano. Że można tam dobrze zjeść, pisać nie muszę. Dodam jedynie, że pieczoną jagnięcinę uznaliśmy za najsmaczniejszą jaką nam kiedykolwiek podano. A mnie zachwyciły suszone papryki, cudownie chrupiące w zębach i smak krwistego steka. Oczywiście z miejscowych krów...rasy podolskiej ;)

====
Castelmezzano w wiki, w Discover Basilicata, oraz w Slow Europe
Castelmezzano jako jedna z najpiękniejszych wiosek Włoch: i Borghi piu belli d'Italia
O templariuszach w wersji audio  i wideo


Ristorante Al Becco della Civetta
Vico 1° Maglietta, 7 85010 Castelmezzano (PZ)
Tel.: +39 0971 986249

a jako niedrogą noclegownię z miłą obsługą i widokiem na Dolomity polecam Al balcone delle dolomiti, do której wspinaliśmy się via Regina Margherita  wracając z Al Becco della Civetta.




Matera jest taka, że idziesz, idziesz i idziesz po stepie szerokim, stepie pachnącym tymiankiem, stepie wysypanym kamieniami różnymi (nawet takimi z muszelką na nim odbitą) i dochodzisz do cięcia w ziemi. Do wyrwy głębokiej, w której pognieździły się świątynie jaskiniowe, z polichromiami i wykwitem saletry na ścianach. A po drugiej stronie wyrwy leży miasto jak z opowieści biblijnych. Białe, lub - jak kto woli - czasami biało-szare, a czasami złote.

Stoisz na Golgocie i patrzysz na Jerozolimę z filmu Mela Gibsona. I choć Mela nie lubisz za antysemityzm, a podziwiasz za kształtne pośladki, i masz po uszy informacji, gdzie co Mel kręcił, to jednak zgadzasz się, że coś z klimatów biblijnych w tej wyrwie w ziemi i szaro-białym miasteczku jest. I zastanawiasz się, czy jeśli w Materze nakręcą filmową wersję Jaskiniowców, to na menu w ulubionej restauracji pojawi się, zamiast spaghetti Mela Gibsona, żeberko Freda F.

Jeśli masz czas na jedną wizytę południowych Włoch, to niech to będzie spacer po jednym z miast urwisk Murgii. A więc Gravina in Puglia, Massafra, Grottaglie, Mottola i przede wszystkim Matera, gdyż właśnie Matera ma wszystkiego najwięcej: największe (i najszersze) urwisko, najwięcej kościołów, największą cysternę na wodę, a przede wszystkim ma Sassi di Matera.


Sassi, czyli kamienne dzielnice, są dwie, Barisano i Caveoso, przedzielone wzgórzem na którym stoi katedra. Barisano jest nowsza, bardziej luksusowa i podobno większa. Tu też znajdują się hotele i restauracje. Caveoso, nie do końca jeszcze posprzątane, przypomina  amfiteatr, gdzie proscenium to mieszkalne jaskinie, z ulicami ciągnącymi się po dachach jaskiń położonych niżej, a thymele stanowi kościół św. Piotra. A dokładniej S. Pietro Caveoso, gdyż i Barisano ma swojego św. Piotra, choć nie tak atrakcyjnie położonego.
Craco wybudowano na terenach na których nie powinno się budować. A jak się już chciało budować, to trzeba było zostawić drzewa. A jak się sprzedało drzewa i wybudowało miasto, to trzeba było słuchać specjalistów radzących by porobić tarasy i posadzić drzewa. Oczywiście tarasy i zalesienie wymagało czasu, zaś czasy były takie że miało być szybko i nowocześnie, czyli betonowo. Więc postanowiono zrobić betonowe ściany zapory.

Wiara, jak to wiara miewa, zawiodła. Cud betonowy się nie sprawdził i Craco zjechało w dół. Tak na oko biorąc, o jakieś 5 metrów. Widzieliście kiedyś osypującą się kupę piachu? Tak właśnie zjeżdżało Craco w latach 60. Proces (koniec XIX wieku), rozpoczęty wycinaniem drzew trzymających mieszkankę gliny i piachu w miejscu, przyspieszyło wrzynanie nowej drogi w stok wzgórza i kopanie nowego stadionu i basenu miejskiego u podnóża góry. Potem przyszły deszcze i poszła lawina błota, a z nią ściany i ulice.

Pojechały z błotem domy najbogatszych (Palazzo Grossi) i tych mniej zamożnych, kościoły i zwykłe domy. Najlepiej, co nie oznacza wcale - dobrze, wygląda stara wieża normańska i squaty biedoty, ciągnące się wzdłuż głównej ulicy: małe ciemne pomieszczenia bardziej przypominające jaskinie, gdzie na 10, może 15 metrach kwadratowych, gnieździła się 10 osobowa rodzina plus zwierzęta domowe (i nie mówię tu o psach albo kotkach, lub kanarkach w klatce).
O życiu w wiosce opowiadał nam przewodnik, którego rodzina miała w Craco 3 lub 4 domy i gdy mówił, że tam odbywał się targ, a tu chodziło się po mydło, to głos mu jakoś tak dziwnie brzmiał, choć nie powinien, gdyż tę samą historię opowiada przynajmniej 2 razy dziennie, więc wydawałoby się, że powinien być przyzwyczajony do prowadzenia i narracji i do pokazywania  ciekawskim grobu rodzinnego zwanego Craco.

==========
najlepszy spis zabytków Craco jaki udało mi się znaleźć opublikowało Craco Society i strona Craco Vecchia. Ja jeśli kogoś interesuje aspekt geologiczny, to proszę, tu jest praca naukowa na temat: Integrated approach for landslide risk assessment of Craco village. Całą pracę można też znaleźć na google books. Przyjemnej lektury :D
Choć Craco wielkością dorównuje innemu sławnemu trupowi - Civita di Bagnoregio - to  niewiele się o nim pisze i niewiele pokazuje, choć zasługuje na wystawienie w gablocie, jak święty kościotrup, ofiara przyrody i ludzkiej głupoty.


A Craco, choć przewodniki turystyczne jeszcze tego nie złapały, zaczyna przyciągać turystów, pewnie za sprawą Mela G., któremu i Craco i pobliska Matera, skojarzyły się z Jerozolimą sprzed 2000 tysięcy lat.Patrząc na zbierające się grupy zwiedzających, powiedziałabym nawet że zaczyna być tak modne jak Matera, choć Craco, w przeciwieństwie do Matery, drugiego wiatru w żagle już nie złapie, bo żagli osunęły się wzdłuż południowego stoku, zabierając ze sobą ściany domów i pałaców, ulice i place. A czego nie zrobiła przyroda, dokończyły stada owiec i kóz, które ktoś trzymał w opuszczonych domach i pałacach, a które - łażąc po dachach - niszczyły dachówki i strukturę tego co ocalało. Inne stada - poszukiwaczy bogactw i zabytków - powywoziły marmurowe ołtarze z kościołów, odrywały gzymsy, szabrowały kafelkowe posadzki i framugi okien.



Przy wjeździe do Craco wręczono nam kartkę z historią miasta i poinformowano, że bilety są do kupienia po drugiej stronie wzgórza. A więc drogą pod górkę (miasto po prawej stronie), przez garb drogi wprost do nowej części miasta (zabytkowe Craco za plecami), jeśli nowym miastem można nazwać betonowe klepisko i cztery szare betonowe klocki. Na jednym z nich wymalowano białą farbą wielkie ponumerowane prostokąty przygotowane na wybory, ale ani jednego plakatu wyborczego. W budynku przypominającym PRLowskie rozlewnie mleka stoi już kolejka po bilety. Płacimy 20 euro i potwierdzamy, że idziemy do Craco na własne ryzyko. Ja skrobię nieczytelnym podpisem, a JC krzyżykami. JC zawsze miał dziwne poczucie humoru :)


Potem przenosimy się w pobliże budy z kiełbaskami. Tu dołącza do nas przewodnik, a my zakładamy białe siatki na włosy i na nie wciskamy żółte kaski. Przewodnik sprawdza jeszcze nasze obuwie i sugeruje by jedna z kobiet zamieniła klapki na obuwie sportowe. Gdy ona drepcze do auta, poślizgując się na bruku, ja przyglądam się młodemu mężczyźnie z brodą. Do Craco przyjechał z mamą i tatą. Na jakieś 25-30 lat, twarz zarośniętą brodą na drwala. Gdy mama pracowicie poprawia mu kask i instruuje jak ma się zachować na niebezpiecznym terenie, a on z nieruchomą twarzą wpatruje się w nastolatkę z bardzo krótkich szortach i przeźroczystej koszulce. I to że mu się podoba sygnalizuje nie uśmiech, a wyraźna erekcja pod spodenkami. Mama wciska mu ostatnie pasemko ciemnych włosów pod siatkę, kobieta wraca w adidasach pokrytych cekinami, a przewodnik mówi 'andiamo'....

Ruszamy na  trupa Craco. Przed nami dwie godziny w prosektorium.
Wrócił mi głos, może jeszcze niezbyt mocny, ale jednak zanucić mogę. Chociażby balladę o Craco w Basilicacie, czyli jednym z tych miejsc, które trudno zapomnieć, gdyż są piękne, jak piękne bywają resztki szkieletów w muzeach archeologicznych.

Zaczynamy więc dzisiaj od zdjęć. Potem będą słowa.




Z Sycylii, oprócz zdjęć i przekonania, że na wyspę musimy wrócić, przywieźliśmy pół kilo suszonych pomidorów. Takich, co to na długich stołach, pod sycylijskim słońcem, zmienią się z ciemnoczerwone plastry, a które stają się rzemieniem po kilku miesiącach  przechowywania w słoiku. Nadają się wtedy jedynie na dodatek do sosu lub pieczeni.  Ja jednak chciałam jeść je same, tak jak podawano je nam na Sycylii, aromatyzowane kaparami i oregano, ociekające oliwą.

klejnoty rodzinne (sycylijskie oregano i kapary)

Annamaria i Rita (z delikatesów u podnóża Etny) podały przepis:
  • suszone pomidory
  • garść solonych kaparów opłukanych z soli
  • suszone oregano (oczywiście najlepsze jest to sycylijskie)
  • ząbki czosnku, ostra suszona papryczka
  • olej lub oliwa (choć Annamaria twierdzi, że lepiej olej, gdyż lepiej się przechowuje)
  • białe wino plus kilka łyżek białego octu winnego

Zagotować wino z octem. Gotować w nim pomidory, ale tylko przez minutę-dwie, gdyż mają jedynie złapać winny posmak. Wyjąć, osączyć, poukładać na ściereczkach, przykryć ściereczką i dobrze osuszyć, czyli potrzymać je tak przez 24 godziny. Osuszone pomidory układać w słoiczkach, dodać trochę kaparów, ząbek lub dwa czosnku, wsypać oregano (lub inne suche zioła), zalać olejem lub oliwą. I to wszystko.

Nasze sycylijskie pomidory z kaparami i oregano nie doczekały jesieni. Zjedliśmy je jeszcze w sierpniu. Co prawda dwa małe słoiczki powędrowały w dobre ręce, ale resztę zjedliśmy w domu. Same, jako antipasto, popijając czerwonym winem.

do ostatniego słoika
Oczywiście opowieść o sycylijskich pomidorach na tym się nie kończy, gdyż mięsiste pomidory można ususzyć w warunkach domowych. Ja robiłam to w piekarniku w temperaturze 50 stopni, na termoobiegu, przez 48 godzin. Reszta czynności jak w przepisie powyżej. Pomidory prezentują się dobrze. Jak smakują? Proszę mnie zapytać za dwa tygodnie, gdy marynata uczyni cuda :) Zapach i wygląd wskazują jednak, że Sycylia prosto z piekarnika się udała.

pomidory z termoobiegu

Z Sycylii przywieźliśmy wina od Passopisciaro. Ale pomidory najlepiej komponowały się, naszym zdaniem, z Aglianico del Vulture. Proszę jednak o tym nie mówić Sycylijczykom, bo nas w przyszłym roku na wyspę nie wpuszczą :)
Jeśli kupujesz makaron w sklepie to wiesz, że cavatelli przypominają krótkie ruloniki w prążki. Maszyny i dział sprzedaży gwarantują precyzję wykonania i jednolitość oznakowania.

szwajcarska precyzja
Gorzej gdy zechcesz zrobić cavatelli w domu. Szukając przepisu dowiesz się, że cavatelli mogą, ale nie muszą, być w prążki. Mogą być w kształcie ruloników, Lub naparstków. Lub łódeczek. Z cienkimi brzegami. Lub grubymi.

Do zrobienia cavatelli możesz użyć czubka zwykłego noża, apulijskiej la sferre, lub po prostu opuszków dwóch/trzech/czterech palców, rozcierając ciasto na zwykłej stolnicy lub na desce w wyrytym wzorem (na przykład rombami). Albo możesz ciasto rozcierać w dłoni.

Przy okazji zrozumiesz, że cavatelli to określenie mocno nieprecyzyjne, gdyż rozcierając ciasto jednym palcem robisz cavatelli (patrz zdjęcie w prawym górnym rogu), a dwoma - cecatelli, a czterema cortecce.

A tak w ogóle to powinno się mówić, że robi się strascinati, szurane kluski, do których należą również orecchiette. Nazwa strascinati pochodzi od czasownika strascinare, szurać lub rozwlekać, zaś samo strascinare okazuje się być precyzyjniejszą wersją innego czasownika - trascinare, który znaczy również ociąganie się lub wyciągnięcie kogoś (na przykład do teatru). Lub porwanie na fali entuzjazmu.  I choć precyzyjniejsze jest strascinare, to sam proces robienia klusek zwie się trascinamento.

Tak więc, porwana na fali etuzjazmu dla kluskowo-makaronowych historii, szuram palcami po desce, nie wiedząc sama co robię, bo nie tylko technika się liczy, ale również i region. Kluska o tej samej nazwie będzie wyglądała inaczej w Campanii a inaczej w Apulii. Ale, jak twierdzi Oretta Zanini de Vita: praktycznie niemożliwe jest zrozumienie różnorodności strascinati z Południowych Włoch.

I tego się trzeba trzymać :D

cavatelli, cecatelli, strascinati?

Przepis: do semoliny dodać szczyptę soli i dodawać letnią (niektórzy leją gorącą) wodę, cały czas wyrabiając, do momentu aż ciasto zacznie się zbijać w kulę. Precyzyjnych proporcji nie jestem w stanie podać. Wszystko zależy od mąki i wilgotności powietrza. Zagniatać długo i dokładnie, aż ciasto zrobi się gładkie i lśniące. Gotowe, przykryć ściereczką lub miską i odstawić na 30 min. Ciasto pokroić na kawałki mniej więcej tej samej wielkości i z każdego formować b. cienki wałek. Gotowe wałki kroić na kawałki 3-5 cm. Dobrze oprószyć mąką i naciskając ciasto opuszkami palców ciągnąć po desce do momentu w którym ciasto zacznie się zwijać w rulonik. 
za pomysłem na hotele rozrzucone (alberghi diffusi) w San Stefano di Sessanio i w Sassi Matery stoi Daniele Kihlgren, spadkobierca fortuny zrobionej na cemencie, będący jednocześnie przeciwnikiem cementowania krajobrazu i orędownikiem nowego podejścia do tradycji. I to nie tradycji mieszczańskiej, czy jak kto woli - miejskiej, ale tradycji najprostszej, najbliższej środowisku, czyli tradycji wiejskiej.

W przypadku Kihlgrena nie jest to powrót pozorny, oparty na przenoszeniu elementów  stylu do nowoczesnego wnętrza. Jest to zdecydowany powrót do korzeni, z uwzględnieniem historii miejsca i to nie zawsze tej najbardziej atrakcyjnej wizualnie. Na przykład: ślady po dawnym pożarze stają się częscią koncepcji wnętrza. Dziwne? Niekoniecznie. Choć być może miłośnikom przecierek, dekupażu i romantycznych wianków pod sufitem podobać się nie będzie.

Kihlgren, do którego dołączyła sława architektury David Chipperfield, próbuje odwrócić proces rozkładu. Wykupując rozsypujące się i prawie wyludnione wioski, dekorując wnętrza tradycyjnymi tkaninami i przedmiotami, walczy o zachowanie architektury i rzemiosła. W swoich restauracjach serwuje tradycyjne potrawy. Podobno chciałby wykupić 30 wiosek w południowych Włoszech. Powiada, że to wystarczy by zachować część tradycji. Napewno ma jakiś pomysł. Pytanie tylko czy jest to próba zatrzymania niekorzystnych przemian lokalnych społeczeństw czy też jest to raczej tworzenie swoistego rodzaju skansenów, wysepek tradycji zatrzymanych w czasie. I czy nie staną się one z czasem parodią pierwotnego pomysłu? Zobaczymy. Ja trzymam za niego kciuki.

Najnowszym projektem Sextantio jest wioska Musellaro. Prawda, że piękna?

Więcej informacji:
artykuł w The Independent i w Vita Europa o D. Kihlgrenie.
O renowacji sassi Matery w New York Times
DesignHotels.com
hotel w San Stefano di Sessanio na YouTube
o projektach Kihlgrena na 90 Meteo
Biografia D. Chipperfielda i David Chipperfield Architects
miało być o czymśtam, jest o hotelach. A raczej o ich nowym gatunku. I powiem wam szczerze: oglądając zdjęcia, wymiękłam. Nie żebym od razu uważała, że przerabianie fortecy  w Apeninach czy  zaludnianie wcześniej siłą wysiedlonych Sassi w  Materze, jest cudem pod każdym względem, ale......

Jeśli forteca ma popaść w ruinę, a Sassi mają służyć jako składowisko śmieci, to może jednak hotel jest niezłą alternatywą, nawet jeśli dostarcza on zblazowanym i nie-wiedzącym-na-czym-im-dupa-jeździ mieszczuchom poczucia, że są tacy kompletnie niekonwencjonalni i tak mocno alternatywni? Zwłaszcza gdy mogą być alternatywni w komfortowych warunkach. Ale gdy tworząc miejsce pracy zapobiega się wyludnianiu regionu i gdy odrestaurowywanie odbywa się pod kontrolą archeologów, architektów i innych specjalistów, to jest to jednak inicjatywa raczej godna pochwały. Zobaczymy za lat kilka jak wyglądają miejscowe społeczności, na razie podziwiam wnętrza. Ingerencję ograniczono do mininum. Nikt nie poprostował krzywych ścian, nie porobił półek z kartongipsu i nie wykuwał dodatkowych okien.Nie robił z szałasu pałacu, a z pałacu chałupy na wsi.
Sextantio; Le Grotta della Civita; za http://www.desiretoinspire.net

Wracając do myśli przewodniej: nie pozostaje nic innego jak jechać i podziwiać. Jak na razie Sextantio ma dwa obiekty; jeden w Abruzji, okolice Gran Sasso, w Santo Stefano di Sassanio, a drugi w Materze. Forteca jest bardziej pałacowa, Sassi grotowe. A więc tak jak powinno być.

Zdjęcia są z Le Grotte della Civita (czyli z Sassi w Materze), więcej na stronie http://www.legrottedellacivita.com/, na którą nie udało mi się jeszcze wejść (problemy techniczne? Niekompatybilność systemów?). Albergo Diffuso w Santo Stefano do zwiedzenia na stronie http://www.sextantio.it

I to by było na tyle.
Trzy tysiące kilometrów -  a dokładnie 3.100 - głównych dróg i dojść do nich przecina Apeniny, łącząc w tajemniczy sposób południową Umbrię, Lacjum, Abruzję, Molise, Bazylikatę, Apulię i Campanię. Owe drogi to tratturi (tractus; od łacińskiego trahere), a ich odnogi - tratturelli i bracci. Bywają bardzo ruchliwe, ale próżno ich szukać na oficjalnych mapach sieci drogowych, bowiem tratturi naniesione są na inne mapy: jedne mapy należą do zarządu regionu, drugie zakodowane są w głowach ich użytkowników, czyli nomadów-pasterzy, przeprowadzających wiosną stada owiec z nizin na hale, zaś jesienią w odwrotnym kierunku.

Transumanza czyli retyk
W ubiegłym roku późną jesienią widziałam stada owiec schodzące z gór polnymi drogami. Podziwiałam inteligencję owczarków (sprawdzały czy któraś z owiec nie schowała się za stojącymi samochodami), wielkość stada i zatykałam nos, bo od owiec ciągnęło owcą :-). Niezorientowana, nie wiedziałam, że oglądam godziny szczytu na tratturo.

Tratturi są dla wtajemniczonych, czyli tych z  dobrym motocyklem, odpowiednim sprzętem i kondycją  bowiem tratturi do pokonania łatwe nie są, a do krótkich nie należą . Przykładowo, najpopularniejsze tratturi to : Magno - z L’Aquillii do Foggii (jakieś 200 km z kawałkiem), Pescasseroli - Candela (211 km), Castel di Sangro - Lucera (127 km) i Centurelle - Montesecco (120). Czasami organizowane są wycieczki.

W 2006 roku rozpoczęto starania by sieć tratturi wpisać na listę Unesco, a same retyki są uznane za świętą, czyli nietykalną, tradycję.

Chciałby ktoś polatać za owcami? Oto kilka ważnych linków i obrazki:
jeśli spaghetti z resztek ciasta chlebowego jest przykładem biedy, to co powiedzieć o paście z przypalonej pszenicy?

Po żniwach, w celu użyźnienia gleby, podpalano rżysko. Przy okazji w ogniu prażyły się osypane ziarna pszenicy. Te właśnie ziarna zbierali ci, których na dojrzałą pszenicę nie było stać. I robili z niej mąkę. Mieszano ją ze zwykłą i wykorzystywano do robienia pasty.

Takie strascinati z grano arso (znane w Campanii jako cortecce, w Apulii jako capunti, mignuiccchi, minchialeddi, pezzetelli, pizzidieddi, rascakatiedi, sagghiotte, a w Bazylikacie jako cantaroggni, capunti i minuich) dodawano do zup; mescuetille, łazanki z okolic Altamura i Monteparano w Apulii, przyrządzano na św. Józefa 19.marca i podawano z vincotto. Z grano arso robiono też orecchiette. Może będzie mi dane kiedyś ich spróbować? Bo podawane są z cima di rape, moim ulubionym zielskiem.

Kiedyś pasta z grano arso była symbolem nędzy. Teraz jest produktem niszowym, dostępnym dla wytrwałych, którzy gotowi są jej szukać. I zapłacić za luksus jedzenia pasty o dymnym smaku.


Informacje o wykorzystaniu grano arso pochodzą z Encyclopedia of Pasta Oretty Zanini de Vita; więcej autorce i o grano arso na Parlafood. Zdjęcie fettucine pochodzi z bloga la mercante di spezie


a tak na prawdę bakłażan, import afrykański, zadomowiony w Basilicata, adoptowany przez region Rotonda. Ostatnio odznaczony medalem DOP i dokooptowany przez Presidio Slow Food, choć uprawiano go już w XIX wieku; ziarna przywieźli żołnierze powracający z wypraw kolonialnych. Do kupienia w regionach Potenzy (Basilicata) w okolicach parku narodowego Pollino (cena za kg świeżych: 3-4 euro):
  • Cooperativo Valle Mercure,contrada Piano Incoronata
  • Francesco Attadia, contrada Barone
  • Sinergest, contrada Bovine
W wersji marynowanej do kupienia albo na miejscu, od hodowców, albo przez internet (chociażby od De Marco, Inari)

Od bakłażana pospolitego solanum melongena różni go nie tylko kolor. Rotonda jest mały (ok 14 cm średnicy, czyli jabłko/spory pomidor) i pikantny w smaku, choć nie brakuje mu też charakterystycznej goryczki. Jak jego fioletowy lub biały kuzyn, nadaje się do nadziewania lub smażenia na oliwie, choć potrzebuje sporo czasu w sicie, posypany solą, aby pozbyć się gorzkawego soku. Z miąższu czerwonego bakłażana i jabłek robi się również mus polecany jako dodatek do serów (czyli coś w rodzaju mostarda di frutta). Tradycyjnie jednak rotonda jest marynowany w oliwie (lub oleju) z dodatkiem octu i czosnku. Jedni dodają do marynaty miętę i dzikie oregano, inni liść laurowy i pietruszkę, jeszcze inni tymianek i peperoncino.

Jadalne są też jego młode liście. Podobno smakują jak szpinak. Pierwsze zbiory melanzane di rotonda zaczynają się pod koniec sierpnia-początkiem września i trwają nieprzerwanie do pierwszych mrozów.

Chciałabym zobaczyć go w jego środowisku naturalnym, na krzaku, ale chyba nie będzie mi dane. Planuję, co prawda, namówić Zuzannę na wycieczkę do Matera, ale z Matera do Rotonda jedzie się długo, choć chyba pięknie, bo wzdłuż wybrzeża.
Powered by Blogger.