Showing posts with label literatura włoska. Show all posts
Showing posts with label literatura włoska. Show all posts
Moje dwa ulubione miasta - Wenecja i Amsterdam, zanim doszły do okresu wpływów i bogactwa, zaczynały jako wiochy, z chatami z błota i trzciny, przetykanych  pastwiskami i ze świniami na ulicach. Wenecja zaczęła jednak dużo wcześniej, i w XI wieku wznosiła bazylikę św. Marka, szczytowym osiągnięciem architektury Amsterdamu było budowanie piętra i komina. Ale gdy potęga Wenecji zaczynała być wspomnieniem, Amsterdam zdążył wyautować Hanzę, handlować z całym światem i stracić zmysły dla tulipana.

Wenecja papieży i arcybiskupów trzymała na dystans, przy okazji zapracowywując na kilka konfliktów z Państwem Kościelnym. Piętnastowieczny Amsterdam próbował zatrzymać rozwój klasztorów i konwentów, zakazując napraw w klasztorze. Klasztory zajmowały bowiem cenną przestrzeń, każdy z nich musiał mieć własną kaplicę, ogród warzywny, piekarnię, podwórze, stajnie i warsztaty, a w dodatku zakony mogły wykupować okoliczne tereny. Trudno jednak udawać, że rozkwit w drugiej połowie XIV wieku zawdzięczał Amsterdam tylko i wyłącznie komercji. I choć trudno w to dzisiaj uwierzyć, Amsterdam był celem pielgrzymek (jeden z 8 późnośredniowiecznych must see) do tego stopnia, że miasto wprowadziło specjalne zasady, które miały pomóc w okiełznaniu żywiołu w dni święte. Zaś obydwa drukowały zakazane dzieła Piero Aretino

Z tego okresu zostały nam nazwy ulic: Gebed zonder end (modlitwa bez końca), Monnikenstraat (ulica mnisia), Bloedstraat (świętej krwi), Bethanienstraat (tu proszę o wyrozumiałość i cierpliwość, Geert Mak nie precyzuje, a mnie nie udało się znaleźć informacji o średniowiecznych betankach), gdzie rzeczone Betanki pasły krowy.




Wenecja ma się nieszczególnie dobrze, w każdym razie nie ma pomysłu co ze sobą zrobić, Amsterdamowi idzie lepiej, a nawet bardzo dobrze, choć - jeśli wierzyć Geertowi Makowi - rodowitych Amsterdamczyków w Amsterdamie - tak jak Wenecjan w Wenecji -  jest jak na lekarstwo.


Obydwa miasta doczekały się współczesnych monografii. W przypadku Wenecji niezastąpiona jest książka Juliusa Norwicha Historia Wenecji (książka jest z 1982, w tym roku polski przekład wydało W.A.B) i prawie równie dobra  Wenecja Biografia  Petera Ackroyda (z 2009 roku, w kwietniu b.r. wydana przez ZYSK I S.KA).

O historii Amsterdamu czytałam w książce Geerta Maka, jak na razie nie przetłumaczonej na j. polski. I to z jego książki pochodzi adresy piętnastowiecznych targów, historia o klasztorach, oraz niewymienione w tekscie notki  informacje o zakazie gry w piłkę w Nes (by hałas nie przeszkadzał w konptemplacji) oraz o możliwości kupna całego żywego słonia na targu.

=====
wszystkie zdjęcia są z Rijksmuseum

=====
trochę się o Wenecji już napisało:
A o Amsterdamie nic ;D



to ja sobie stanę
Już tak mamy, my ludzie, że każdego kręci coś innego. Na przykład taki Leopardi; nie mógł się doczekać by uciec z domu rodzinnego w Recanati, a ja do jego domu mogłabym się wprowadzić choćby od jutra. A jeszcze lepiej do domu w centrum Osimo, które trochę bardziej mi się podobało i miało dodatkowy plusik za położenie bliżej Ostra Vetere, w której Bucci rozlewa do butelek jedno z najlepszych białych win - verdicchio. Oczywiście nie chciałabym się wprowadzać do rodziny Leopardiego: ojciec był uzależniony od hazardu, matka - od religii i żądzy odbudowania finansowej pozycji rodu. I według wszystkich źródeł, słonecznie tam nie było :)  

frunęły do nieba bez grzechu i uwolniły rodziców od niewygody odpowiedzialności za ich utrzymanie...

Po nieudanej próbie ucieczki (czy była to jedyna czy jedna z wielu, nie wiem) Leopardiemu w końcu udało się wyjechać do Rzymu. A że nie było autostrad i superstrad, więc i jechał Colfiorito, Foligno, Clitunno, Spoleto, Terni, Narni, Otricoli i Civita Castellana.

Osimo
Podróż opisał w listach do rodzeństwa, z którymi później dzielił się wrażeniami z Rzymu, miasta które go rozczarowało swoją przygnębiającą atmosferą i wszechobecną korupcją. On, językoznawca, nie czuł rytmu dialektu rzymskiego, który tak bardzo fascynował innego rówieśnika - Gioachino Belli, i czuł że zamienił więzienie domu rodzinnego w Recanati na więzienie domu wujostwa w Rzymie. O ile w Recanati miał jeszcze nadzieję, że trawa jest zieleńsza po drugiej stronie gór, to w Rzymie pozbył się złudzeń. Postanowił wrócić do Recanati i w liście do przyjaciela - Pietra Giordaniego pisał

temu światu na nic się już nie przydam

Szkoda, że urodził się tak wcześnie. Jakieś 100 lat z kawałkiem później mógłby do Rzymu jechać przez Monte Giberto, położonego 45 km (+/-) od Recanati, na spotkanie z Massimo Fagiolim, jednym z najważniejszych - i za razem jeden z bardziej kontrowersyjnych -  psychiatrów włoskich. Być może Fagioli powiedziałby mu o biologicznym uwarunkowaniu ego, powstającego w momencie narodzin, a nie - jak postulował Freud - wyssanego z mlekiem matki. I czy terapia pomogłaby Leopardiemu w stanach depresyjnych? A może nie terapia, a rozmowa o wykluczeniu? Massimo Fagioli miałby o czym opowiadać.

moimi niedowidzącymi oczami widziałem kopułę

W 1975 roku włoskie stowarzyszenie psychologiczne wyrzuciło go ze swoich szeregów za krytykę freudowskich teorii i metodologii badań. I tak jak w przypadku Leopardiego, którego depresja i bezsilność mówiły językiem włoskiego romantyzmu, tak Fagioli stał się nie tylko psychologiem włoskiej lewicy ale też został muzą sztuki. To uczestnictwo w jego seansach zbiorowej psychoanalizy wpłynęły na grupę młodych rzymskich architektów. A na Paolę Rossi, jak twierdzi Vittorio Sgarbi, szczególnie.  Tak sale seminaryjne przy Via Roma Libera jak i Palazzetto Bianco (via San Fabiano) są dowodem na udaną kolaborację między architektem (w obydwu przypadkach - Paolą Rossi) a psychiatrą (oczywiście Massimo Fagioli) twierdzącym, że to kolektyw, a nie wyalienowanie, budzi w nas kreatywność.

[intelektualiści] zdają się twierdzić, że najwyższym osiągnięciem ludziego umysłu jest studiowanie antyku

Jak wyglądał więc kolektywny proces projektowania Palazzetto Bianco? Nie wiem. Projekt opiera się na łuku , który wykorzystał tak pałac którego fasada jest obecnie fragmentem muru otaczającego Ogrody Farnezyjskie, jak i La Palazzina Ruspoli zaprojektowana przez Ugo Luccichientiego. A jeśli doda się do tego zabawę prześwitami, oknami i pustą ścianą, odniesienia do renesansu, moderny, futuryzmu i postmodernizmu to możemy mówić o perełce architektury nowoczesnej.

Ale po cholerę to oglądać, skoro w Rzymie jest tyle innych monumentów z potwierdzonym rodowodem?




Adresy z mapy:

Casa Leopardi w Recanati: via Giacomo Leopardi 14, Recanati
Palazzina Ruspoli, via fratelli Ruspoli 10, Rzym
Palazzetto Bianco, via San Fabiano, Rzym
Mur Ogrodów Farnezyjskich i Ręka Cicerona: via dei Cerchi, Rzym

Verdicchio di Jesi: Villa Bucci, Via Cona 30, 60010 Ostra Vetere (AN)

I jeszcze:
tytuły podrozdziałów pochodzą z listów Leopardiego i z Zibaldone
korzystałam również z: Le Meraviglie di Roma dal Rinascimento ai Giorni Nostri, autor Vittorio Sgarbi (wyd. Bompani) i The Secrets of Italy, autor Corrado Augias (wyd. Rizzoli exlibris)



Na kalendarzu jeszcze marzec, a już w czerwcu siedzę. Marzę o Sycylii, na którą jedziemy z Annamarią i Stefano. Będzie to nasza podróż dziewicza, gdyż nigdy nie byliśmy razem na urlopie. Niie wiemy jak się będziemy dogadywać (nie tylko od strony językowej) i jak pójdzie wspólne zwiedzenia. Zwłaszcza że nie wypracowałam w sobie wspólnotowego podejścia do zwiedzania. No więc trochę się martwię. Ale tylko trochę, bo na martwienie się nie mam zbytnio czasu. Do 10 czerwca zostało tylko jakieś 70 dni, a do przeczytania dwie przyczepy książek. Choć część lektur wymaga jedynie odkurzenia, ewentualnie doczytania sycylijskich detali, tak wiele z nich to pozycje nowe. Więc też się martwię, bo jeśli cesarstwo z braku gwóździa upadło, to tym bardziej podróż na Sycylię może źle się skończyć z braku wiedzy o strattu* czy też o tym co wydarzyło się w Portella della Ginestra**



  • Sweet Honey Bitter Lemons. Travels in Sicily (o tej książce jeszcze napiszę, a jeszcze konkretniej - przetłumaczę fascynujące mnie fragmenty), Matthew Fort
  • In Sicily (też fragmenty do przetłumaczenia), Norman Lewis
  • Honoured Society, The Sicilian Mafia Observed. Norman Lewis
  • Mafia Republic, John Dickie
  • Cosa Nostra, John Dickie
  • Midnight in Sicily, Peter Robb (wydana w Polsce jako Sycylijski Mrok)
  • Between Salt Water and Holy Water, a History of Southern Italy, Tommaso Astarita
  • Last Leopard, David Gilmour (tytuł polski Ostatni Lampart)
  • Lampart, Giuseppe Tomasi di Lampedusa
  • Włoska Podróż, J. Goethe
  • Italian Ways, T. Parks
  • Italy and Its Discontent: from 1980 to 2001. Family, Civil Society, State, Paul Ginsborg
  • Made in Sicily, Giorgio Locatelli (przy okazji obejrzeć Sicily Unpacked, kulinarną i kulturalną podróż Giorgio i Andrew Graham-Dixona po Sycylii)
  • 10 odcinków Il Commisario Montalbano. filmowanego w Modice, do której nie pojedziemy, ale którą mamy na osobistej liście miast do zwiedzenia, więc odwiedzimy ją w przyszłym roku.
Na szczęście dla mnie i moich planów czytelniczych, do Ginestry jedziemy już 12. kwietnia. Bez dostępu do telefonu i internetu powinnam mieć czas na przeczytanie większości książek z listy, nawet jeśli pojedziemy do Canosy di Puglia na wielkopiątkową procesję. Procesja w Canosie zaplanowana jest na 17:30, więc może jeszcze procesja w Molfetcie? Ta zaczyna się o 15:30. Tylko, że wrócić musimy jeszcze w sobotę, bo trzeba wielkanocną pizzę odebrać w Castelnuovo di Farfa i przygotować się na niedzielny obiad albo w Da Alvero, albo u Annamarii.

Dużo tego? Tak jakby. Ale chyba przetrwamy tę próbę. Nie raz przerabialiśmy już przyspieszenie wiosenne :)

======
*strattu to sycylijski koncentrant pomidorowy, słodkawy i aromatyczny koncetrowany na słońcu raczej niż w gotowaniu  i, jak twierdzi Giorgio L. w Sicily Unpacked, nieodzowny składnik udanej caponaty.
** masakra miejscowych chłopów (11 zabitych, 27 ciężko rannych) udających się na wybory. Masakry dokonał w 1947 roku rozbójnik Salvatore Giuliano. Po odtajnieniu dokumentów 50. lat po masakrze okazało się, że Giuliano działał na zlecenie właścicieli ziemskich, mafii i chadecji, obawiającej się wygranej socjalistów. Resztę dopowiem po przeczytaniu książek.


W roku 1960 anonimowy redaktor pisał:

Chłędowski, mimo że nie reprezentował poglądów reakcyjnych, nie potrafił dostrzec i zrozumieć wielu zjawisk społecznych. Nie zdając sobie sprawy z istoty współczesnych ruchów społecznych w Galicji, nie zdołał przyłożyć miary właściwej do analogicznych zjawisk w wiekach minionych. Nie wolny od obciążeń burżuazyjno-liberalnych traktował niejednokrotnie walki ludu o władzę jako “ruchawki”, “anarchię”, sama zaś władza w rękach ludu oznaczała dla niego “tyranię pospólstwa”. Opisując dążenia plebejskie stosował kryteria środowiska, do którego należał. (Kazimierz Chłędowski Siena, Od redakcji; Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1960)

Trzy lata później, to samo wydawnictw wydrukowało notę biograficzną Giuseppe Tomasiego di Lampedusa. Nota zawierała informacje o krytyce Lamparta, ale - zapewne ze względów ideologicznych - przemilczała powody krytyki. A te związane były właśnie z ideologią.

Otóż po 2. WŚ radykalne zaangażowanie intelektualistów było we Włoszech prawie wymagane. Artyści mieli tworzyć społecznie odpowiedzialne dzieła sztuki, co -notabene - dało nam neorealizm w filmie i fotografii, a eksperyment i nowe spojrzenie na literaturę były nakazem dnia. I właśnie w imię postępu i tworzenia nowych wartości, Ellio Vittorini, jeden z najbardziej wpływowych pisarzy tego okresu, zrobił chyba wszystko by książka Lampedusy nie ujrzała dnia dziennego: najpierw wystawił jej niepochlebne świadectwo w wydawnictwie Mondadori  potem odrzucił rękopis w wydawnictwie Einaudi, w którym zajmował stanowisko dyrektora, zaś w okresie bezpośrednio po publikacji książki przez Feltrinelliego (książkę wydano z rekomendacji Bassaniego, pisarza nie związanego z marksistami) nakłonił wielu pisarzy do krytykowania książki jako 'reakcyjnej'.  Jak napisała Jadwiga Gałuszka w nocie biograficznej do polskiego wydania książki, krytykowano Lampedusę za staroświeckość języka i wtórność formy. Posądzano go o przyjęcie języka Vitaliano Bracatiego (notabene jednego z ideologicznie zaangażowanych pisarzy) oraz plagiat. Miał Lampedusa posłużyć się książką przyjaciela - Giuseppe Maggiore - Sette i mezzo, w której pojawia się don Fabrizio z siostrzeńcem przypominającego Tancreda. Zarzuty plagiatu były mocno nadciągnięte, gdyż na zbieżności imienia i okresie akcji kończy się podobieństwo obydwu powieści.

neo neorealismo z Ginestry

Pewnie krytycy szaleliby dłużej i więcej gdyby nie zimna kąpiel zgotowana im przez jednego z czołowych marksistowskich intelektualistów. Otóż Louis Aragon nazwał Lamparta jedną z najważniejszych powieści stulecia, dodając jednocześnie, że Lampart to prawdopodobnie jedyna włoska powieść. Z Aragonem Vittorini nie odważył się dyskutować i krytyka w końcu przycichła.....A że Historia jest muzą złośliwą, więc i ta opowieść ma swą paskudną puentę: jeszcze za życia Vittoriniego na ekrany wchodzi film Lucchino Viscontiego, jednego z twórców włoskiego neorealizmu, oparty na powieści Lampedusy. Film uznany jest za jeden z najlepszych filmów Viscontiego :D Dzisiaj Vittorini jest pisarzem  prawie zapomnianym, natomiast Il Gattopardo sprzedaje się nadal (New York Times podaje liczbę 3,s miliona sprzedanych książek), a w roku 1985 Włosi uznali Lamparta za najwspanialszą powieść XX wieku.

symbolizm czy neorealizm?


 -------------------------
Lampart  Giuseppe Tomasi di Lampedusa, tłum. Zofia Ernstowa, Państwowy Instytut Wydawniczy. wyd. 2, 1963
The Last Leopard, A Life of Giuseppe di Tomasi di Lampedusa, David Gilmour, eLand London, 2007 (w Polsce ukazała się jako Ostatni Lampart. Tłumaczenie Anna Wójcicka. wydawnictwo Sic!, 2009)

 Na czele jest Bóg, Pan Niebios. Każdy to wie. Potem jest Książe Torlonia, Pan Ziemi. Potem jest straż księcia Torlonii. Potem są psy straży księcia Torlonii. Potem nic. Potem nic. Potem nic. A potem są są cafoni. I to jest wszystko. (Ignazio Silone, Fontamara)

Gdyby nie wieniec z gór to czułabym się jak w Holandii. Pocięte rowami pola, tłusta glina i rządek topoli. Tylko historia typowo włoska: ród książęcy, który dorobił się majątku świadcząc usługi finansowe dla kolejnych papieży, ryzykuje wszystko i postanawia osuszyć jezioro, będące największym jeziorem w centralnych Włoszech. Nie jest to pierwsza próba: jezioro próbowano oszuszać już za czasów Klaudiusza, potem pałeczkę przejął Fryderyk II, a po śmierci Fryderyka - Alfons Aragoński.

W XIX wieku za jezioro bierze się Alessandro Torlonia. Twierdzi, że albo Torlonia osuszy jezioro, albo jezioro osuszy Torlonię. Do pomocy ma nadwornych inżynierów: najpierw Franza Mayora de Montricher, potem Enrica Bermont i Alessandra Brisse. Osuszając jezioro, wykopali 285 km rowów i kanałów i pobudowali drogi 282 km dróg. Najdłuższa z nich, 52. kilometrowa, otaczała posiadłości Torlonii, bowiem do niego należała większość uzyskanych gruntów, a więc jakieś 14 tysięcy arów.

Osuszenie jeziora Fucino znaczył koniec problemów z malarią, ale też koniec miejscowej ekonomii. Torlonia niewątpliwie się wzbogacił, a miejscowi rybacy zasili szeregi chłopów bez ziemi. Osuszanie jeziora znaczyło zmianę koryt miejscowych rzek, a co za tym idzie niejedna gmina narzekała na braki wody. Rozpoczęły się procesy sądowe. Torlonia oddał gminom trochę gruntów, ale  - jak to zwykle w takich przypadkach bywa - grunty trafiły w ręce urzędników oraz krewnych i znajomych królika. Według oficjalnych danych z 1930 roku, na 27% uzyskanego gruntu gospodarzyło się ponad 11 tysięcy rodzin, każda z nich posiadająca mniej niż 3 hektary ziemi. 


Więc stoimy na dnie jeziora, na nizinie zwanej Piano del Fucino. Przed nami kreska asfaltu, szpaler topoli i tłuste błoto, w które zapadam się po kostki próbując zrobić zdjęcie tafli wody na polu.

Nie najlepiej to wygląda. Włosi albo w ogóle nie umieją czytać (5% populacji), albo znają literki i cyferki ale nie rozumieją co czytają (razem 66%, z czego 33 jest półanalfabetami oraz 33% którym grozi analfabetyzm z racji braku nawyku czytania lub liczenia). A więc kiepsko: trzydzieści dwa miliony ludzi, którzy biedzą się ze zrozumieniem tekstu i nie potrafią przeprowadzić prostych kalkulacji. Europejska przeciętna to 50%, włoska ponad 70%. Profesor de Mauro twierdzi, że dwie-trzecie Włochów nie czyta książek i gazet, a informacje o świecie czerpie z telewizji. Nasz przyjaciel, Franco uważa, że jest to ukartowane:niby mówi się o internecie. ale nie za bardzo inwestuje się w infrastrukturę, a uniwersytety niedofinansowane, gdyż rządzącym na rękę jest stworzenie stada niedoinformowanych analfabetów, które nie potrafi zrozumieć na co lub kogo głosuje, a o świecie wiele tyle ile chce im powiedzieć najpopularniejszy program rozrywkowy zwany dziennikiem telewizyjnym.

coś lekkiego i niezobowiązującego

Tak wyglądają Włochy: z jednej strony wtórny analfabetyzm, a z drugiej najstarsza europejska akademia języka. Stworzono ją we Florencji, a powstała z nieformalnej grupy humanistów, którzy mieli dość zadartego nosa profesorów uniwersyteckich i ich pedanterii językowej. Nazwali się Brigada dei Crusconi, Brygada Otrębowa, i przyjęli odpowiednie pseudonimy, na przykład Macinato (zmielony) lub Grattugiato (starty), a spotkaniom towarzyszyły młynarskie rytuały. Zabawę w projekt naukowy zmienił Leonardo Salviati czyli L'Infarinato (Omączony), który nadał nieformalnej grupie nowy kształt, a koleżeńskie spotkania zmienił w misję badania wernakularnego języka Florencji.

W roku 1612, już po śmierci Salviatiego  członek brygady Agnolo Monosini wydaje słownik, i nie jest to słownik gwary miejskiej, ale Vocabolario della lingua italiana. Język ulicy florenckiej aspiruje do bycia językiem całego półwyspu, a Brygada krzepnie. Staje się L'Accademia della Crusca, czyli instytucją taką samą jak uniwersytet z którego początkowo się naśmiewała.

L'Accademia della Crusca nadal istnieje. Co prawda nie wydaje już Vocaborario, ale nadal zajmuje się badaniem języka włoskiego. W 2008 roku po raz pierwszy jej prezydentem została wybrana kobieta: Nicoletta Maraschio. Ostatnio na stronie internetowej Akademii znalazłam artykuł o problemach prób feminizacji języka. Istnieje pielęgniarz i pielęgniarka, ale jest tylko inżynier. Więc co z tym zrobić?, pyta Cecilia Robustelli. Pytanie bardzo na czasie, tylko że nie za bardzo dotyczy przeciętnego Włocha. W typowej włoskiej wiosce, Ginestrze, najpopularniejszą gazetą jest gazeta sportowa. A z książką widuję jedynie Annamarię.

Siedziba Akademii znajduje się w Villa Medicea di Castello, via Castello 46.
Zajrzeć do bibliografii książki o społeczeństwie włoskim i prawie pewne, że cytowany będzie Luigi Barzini. Tylko czy Barzini nie jest przestarzałym autorytetem? Czy jego opis społeczeństwa nie trąci naftaliną? Ostatecznie książkę pisał, gdy Chrześcijańska Chrześcijańska Demokracja była przy władzy, nie wyszły na jaw jej powiązania z Mafią, a o prawie do rozwodu dopiero rozmawiano.

Tymczasem, czytając książki cytujące Barziniego jako autorytet, ma się wrażenie, że dla autorów społeczeństwo włoskie zamarło w bezruchu, podjęło świadomą decyzję zatrzymania się w latach 60. w oczekiwaniu na następnego Barziniego, który opowie o wpływie internetu i Unii Europejskiej na przeciętnego obywatela, a niechętne rozwodom komentarze Barziniego przerobi na statystyki rozwodów,  poruszy sprawy aborcji,  ustawę o zapłodnieniu pozaustrojowym,  wspomni wreszcie o opinii społeczeństwa na tematy badań nad komórkami macierzystymi, problemami nauki włoskiej, wpływie Berlusconiego na życie polityczne...Mówiąc krótko: uwspółcześni wiedzę o społeczeństwie.

Włosi
No i sprawa przekonań Barziniego: na ile można ufać w obiektywną ocenę sytuacji w przypadku osoby, która nie kryje swojej niechęci do rozwodów? I czy obecnie można przyjmować w dobrej wierze opinie człowieka, który pisze o świecie mężczyzn, ignorując świat kobiet? Z resztą w pierwszych zdaniach przedmowy sam zaznacza, że nie jest to książka naukowa i że nie jest jego ambicją napisać więcej niż zostało zawarte w XIX-wiecznej powieści. Czy w takim razie powinien być traktowany jako autorytet? Pisze prawdę, czy bawi się z czytelnikiem, zacierając ślady i chowając się za grzecznymi, choć zgrabnymi, formułkami? A więc, czy pisząc po angielsku, nadal pozostaje Włochem? A jeśli tak, to jak angielskojęzyczny czytelnik jest w stanie odróżnić otwartość od pozy? Nie każdy czytelnik musi przecież znać prozę Macchiavellego i Castiglione....

A w końcu życiorys samego Barziniego. Był dziennikarzem, a nie socjologiem, w dodatku początkowo silnie związanym z włoskim faszyzmem. Potem zmienił przekonania i przeszedł na stronę demokracji, a konkretnie chrześcijańskiej demokracji. Czy możemy mu ufać, gdy tłumaczy fenomen Mussoliniego? Czy jest wiarygodny, gdy twierdzi, że faszyzm był jedynie nieprzyjemnym, choć niezbyt bolesnym eksperymentem społecznym?


I przy wszystkich tych zastrzeżeniach nadal twierdzę, że Barziniego powinno się przeczytać, Pisze piękną językiem, miejscami potrafi uwodzić. Mastroiani włoskiej literatury: wiesz, że wczoraj był u kochanki, ale gotowa jesteś pozwolić mu wrócić na ten jeden wieczór. Oczywiście po raz ostatni i żeby mi się to nigdy więcej nie powtórzyło ;)
nie mielibyśmy pistoletów bez  Pistoi, francuskiego savon bez miasta Savona, fajansów bez Faenzy. [...] Włosi odkryli Amerykę dla Amerykanów; uczyli Anglików poezji, dyplomacji i zasad handlu, Niemców uczyli sztuki wojennej, Francuzów gotowania, Rosjan tańca i aktorstwa, a wszystkich  muzyki.

Ale proszę mnie (a zwłaszcza mnie) nie brać na serio. Wystarczy samemu pojechać do Włoch. I wtedy - parafrazując Barziniego - napisze się swoją własną opowieść, bowiem ulica włoska dostarczy materiału. A więc będzie pełna dozwolonych i zakazanych miłości; będzie lekcją sztuki, doświadczeniem patosu i intryg, radości i tragedii, uniesienia i depresji, sielska i wielkomiejska, staroświecka i nowoczesna, lub będzie po prostu dolce.

buziaki
Powered by Blogger.