Showing posts with label gdzie przenocowac?. Show all posts
Showing posts with label gdzie przenocowac?. Show all posts
kamiennie
się lubi Castelmezzano, do którego się jeszcze bardziej przekonało po fakcie, gdy w sieci się znalazło więcej informacji niż podawał przewodnik po Apulii i Bazylikacie. Dodam, że przewodnik po Bazylikacie tylko z nazwy, bo niewiele informacji o rzeczonej Bazylikacie zawierał. Ale, jak się rzekło, w siecie informacje się znalazło, i teraz już wiadomo, że przypadkowo się trafiło na perełkę z widokami, historią i kulinariami.

już wiosennie

W Castelmezzano się było w maju, a się zachciało wrócić do wspomnień gdy w czasie niedzielnego spaceru po lesie padło pytanie zasadnicze: jak teraz wygląda Castelmezzano?
bawarsko i jesiennie
 No i się okazało, że pogoda w nim bawarska: 13 stopni w ciągu dnia, 4 w nocy. Co niespodzianką nie było, gdyż w połowie maja też zimno było i rękawiczki bardzo by się przydały, ale tylko na dwa dni; dnia trzeciego niespodziewanie się zrobiła wiosna i Dolina Basento wymieniła dywan z szarozielonego na soczyście zielony, mieniący się w słońcu - jak na prawdziwy jedwabny dywan przystało - czerwienią miejscowej koniczyny.

O zimie przypominały informacje, że do Pietrapertosy nie dojdziemy - górski trakt dla owiec, osłów i turystów zamknięto z powodu osuniętego zimą zbocza - i przypominały grube łańcuchy przymocowane do ścian domów stojących wzdłuż najostrzejszego podejścia via Regina Margherita, a służące do podciągania się w miesiącach jesienno-zimowych, gdy w Castelmezzano leży śnieg.

zimowo

Się pamięta: stroma Via Regina Margherita, przesmyki uliczek, które są jednocześnie schodami łączącymi tarasy wioski. Długie podejście do punktu widokowego (tylko się nie wie czy to via Marconi czy też inna ulica, której nazwy na mapie wioski nie zaznaczono, bo chyba nie jest to via Margherita?). Pionowe schodki wyryte w wielkiej skale, wiszącej nad domkami poniżej. Domki wryte w skałę, wąski ogródek na półce skalnej.

Później się wyczytało, że schodki należały do zamku normańskiego, sama nazwa wioski pochodzi od Castrum Medianum, zamku średniego, który razem z zamkiem w Pietrapertosa i Brindisi di Montagna pilnował Doliny Basento, oraz że początków Castelmezzano trzeba szukać w Bizancjum i w historii Templariuszy. Nie znalazłam wiarygodnej informacji o powiązaniach tego zakonu z Castelmezzano, ale w kościele Chiesa Madre di S. Maria można obejrzeć wyryty w skale krzyż templariuszy, o czym się dowiedziałam już po powrocie z Castelmezzano. Herb wioska ściągnęła z pieczęci zakonu: dwóch siedzących na jednym koniu rycerzy (co z prawami autorkimi, znakiem zastrzeżonym i tak dalej?)

W Chiesa Madre di S. Maria stoi figurka madonny, w koralowej sukni z błękitnym fartuchem w gwiazdy malowanym. Sama madonna siedzi sztywno jak na królową przystało, długa gruba szyjaprosta jak słup, twarz nieruchoma, z przenikliwym spojrzeniem ciemnych oczu i chyba obietnicą uśmiechu na zaciśniętych wargach. Na kolanach trzyma Jezusa z dojrzałą twarzą zmęczonego mężczyny, ale o dziecięcych stopkach, jedną z których otula dłoń madonny, ale jakby od niechcenia lub jakby madonna wstydziła się tego matczynego gestu.

Czy jest to Madonna dell'Olmo, madonna od wiązów? Chyba tak, choć w sieci znajduję zdjęcia dwóch różnych madonn o tej samej nazwie.

Się rzekło, że do Pietrapertosa nie można było dojść. Więc nie miało się okazji zobaczyć zamku, najstarszej dzielnicy zwanej L'Arabata, w średniowieczu zamieszkałej przez Arabów. Się nie było w Brindisi di Montagna, nie zeszło się do rzeki Basento, ale usłyszało to i owo, chociażby o tym, jak po zjednoczeniu Włoch, gdy rozsypał się jeden system, a jeszcze nie wykształcił drugi, okolice Castelmezzano stały się siedzibą band, miejscowa arystokracja (bo i takowa w Castelmezzano była) albo się przenosiła w inne, bardziej bezpieczne miejsca, albo sprawiała sobie ciężkie bramy i grubsze mury. W dwudziestym wieku ruszyła emigracja, potem zesłania przeciwników faszyzmu do wiosek na południe od Eboli, a jeszcze później akwedukt i kanalizacja i turystyka. Tę ostatnią reprezentują gospodarstwa agroturystyczne i kilka B&B oraz dobra restauracja Al Becco della Civetta, w dziobie sowy, w samym Castelmezzano. Że można tam dobrze zjeść, pisać nie muszę. Dodam jedynie, że pieczoną jagnięcinę uznaliśmy za najsmaczniejszą jaką nam kiedykolwiek podano. A mnie zachwyciły suszone papryki, cudownie chrupiące w zębach i smak krwistego steka. Oczywiście z miejscowych krów...rasy podolskiej ;)

====
Castelmezzano w wiki, w Discover Basilicata, oraz w Slow Europe
Castelmezzano jako jedna z najpiękniejszych wiosek Włoch: i Borghi piu belli d'Italia
O templariuszach w wersji audio  i wideo


Ristorante Al Becco della Civetta
Vico 1° Maglietta, 7 85010 Castelmezzano (PZ)
Tel.: +39 0971 986249

a jako niedrogą noclegownię z miłą obsługą i widokiem na Dolomity polecam Al balcone delle dolomiti, do której wspinaliśmy się via Regina Margherita  wracając z Al Becco della Civetta.




marzyłam by pójść do Canosy. Właśnie do Canosy a nie do Canossy, gdyż do tej ostatniej idzie się by wyrazić skruchę. Ja Henrykiem IV nie jestem, władzy papieskiej nie uznaję, pojęcie skruchy i grzechów znam jedynie z literatury, więc do Canosy idę tylko i wyłącznie w celach turystycznych.

Do apulijskiej Canosy jedzie się turystycznie by zobaczyć pozostałości po greckim akropolu, zwanym z niewiadomych powodów zamkiem, ruiny po kościele przedromańskimi i grobowiec Boamundusa (więcej tutaj), albo by zobaczyć procesje wielkanocne.

piątek z Krzyżem
 A z tych Canosa di Puglia słynie na całe Włochy: Najpierw jest piątkowa, z Drogą Krzyżową i Matką Bolesną całą w czarnych koronkach, niesionymi przez ciemne już stare miasto. A potem jest sobotnia Desolata, Processione della Desolata, wielka, głośna i dech zapierająca.

korowód

I choć podobno tradycja procesji w Canosie sięga średniowiecza to najbardziej widoczna jest barokowa dosłowność kontrreformacji: Jezus wśród gałęzi oliwnych, aniołek w różowej szacie niosący gąbkę na włóczni, dziewice w fioletowych szatach i fioletowych welonach z pejczami. Barokowa jest też oprawa muzyczna, gdyż Desolata znana jest przede wszystkim z chóralnego Stabat Mater, której słowa napisał w Renesansie Jacopone da Todi, muzykę skomponował wenecjanin (?, miejsce urodzin nie potwierdzone) Antonio Lotti w XVIII wieku.

Canosa di Puglia: burka

Dziewic w fioletach było mniej niż czterdzieści (policzyłam), pejcze zrobiono ze sznurka, gąbkę z plasteliny, aniołkowe skrzydła z tektury, a ksiądz wydawał się być duchem gdzieś indziej. Ale przede wszystkim była muzyka: zawodzona pieśń na trzysta ileś głosów (nie znalazłam oficjalnych danych, jedne źródło podaje ponad 250, inne 350, a jeszcze inne ponad 400) kobiet ubranych na czarno, z czarnymi chustkami przykrywającymi twarze, kobiet trzymających się pod ręce.
kolor

Przyznaję, że na Desolatę pojechałabym jeszcze raz, właśnie dla Stabat Mater i dla widocznej kobiecej solidarności. Nie mniej jednak mam świadomość, że jest też inna strona tej samej opowieści: dzieci niosące narzędzia tortur i spryskane krwią serwetki, kobiety w burkach, znające swoje miejsce w orszaku prowadzonym przez mężczyzn: jednego w ornacie podtrzymywanym na rogach przez dwóch ministrantów, innych w poczesnym miejscu, czyli tuż przy statui Matki Boskiej. Taka procesja dla kobiet, w której miejsce kobiet wyznaczane jest przez mężczyzn.

=====
Więcej:
Anna Pianura Fotografie
Giacomo Rosato Fotografie
artykuł w Fame di Sud
i u Salvatore Piciutto.it

====
informacja turystyczna:
  • przyszłoroczny plan procesji w regionie można będzie znaleźć na tej stronie
  • nocowaliśmy w hotelu Altavilla, ekstazy nie było, ale udręki też nie: miła obsługa, dobre śniadanie, duża łazienka, przystępna cena i parking strzeżony, co - według recepcjonisty - jest dodatkowym walorem, gdyż włamania do pozostawionych na ulicy samochodów zdarzają się coraz częściej, zwłaszcza nocą.
  • w Canosie jest kilka dobrych restauracji, a w odległości 10 km - doskonałe Antichi Sapori i Osteria dei Massari, my wybraliśmy  Osterię Vinalia, którą mogę polecić wszystkim miłośnikom prostego jedzenia i domowej atmosfery.  Nie dosyć, że smacznie, to i karta win porządna i przyjemne dla kieszeni ceny. Za posiłek 'pełen wypas', zestaw miejscowych zantipasti i półmisek jagnięciny z grilla oraz butelkę bardzo porządnego Trentangeli od Tormaresca, zapłaciliśmy 55 euro i jeszcze wyszliśmy z prezentem w ręku i adresem dobrej miejscowej piekarni.

dom poetów (zdj. Ghetti)
Niedawno czytałam w Corriere, że włoska mafia inwestuje w branżę turystyczną. Podobno wypasione hotele i co lepsze B&B to świetna pralnia nie tylko pościeli ale też i pieniędzy. Nie wiem czy za coraz lepiej wyglądające wnętrza odpowiedzialny jest jakiś don Corleone czy też dobrzy architek wnętrz, ale trudno nie zauważyć, że Południe wygląda designersko coraz lepiej. Do wydłużającej się  listy miejsc wartych zobaczenia dopisuję B&B MareSole w Ginostrze. I nawet nie wiem, czy bardziej podobają cementowe (?) kafelki na posadzkach czy biało-błękitna kuchnia? A może wolę widok na błękitne (a jakże morze) i dymiący Stromboli? W każdym razie, chciałabym tam pojechać choćby jutro.

na zdj. Casa dei Poeti, B&B MareSole
Ginostra, Isola di Stromboli (Isole Eolie),
98050 Messina(ME)
info@ginostra-bb.com
Tel 090 981 1787 lub +39 338 717 2110
jako w niebie tak i na ziemi: design Made in the South
 
a więc tygryski lubią to co robią ostatnio Włosi: wnętrza bez kartono-gipsu, firaneczek, kwiatuszków tudzież ziółek pod sufitem i wokół komina. Bez sielskich durnostrojek, wydruków roślinek, ozdóbek, za to z umiejętnym wkomponowaniem pierwotnego stanu wnętrza. I wiecie kto w tym przoduje? Ano Południe. nie Toskania, nie Umbria, a Sycylia, Apulia, Basilicata. Tak więc, jeśli jechać na urlop z designem, to tylko na Południe.

Na zdjęciach wnętrza Monaci delle terre nere na Sycylii (górny rząd) i pokazywane wcześniej albergo diffuso w San Stefano di Sessanio. Czy tygryski nie mają racji? Te wnętrza powalają na kolana. I tygryski powinny dodać, że też by tak chciały urządzić sobie chatkę....
miało być o czymśtam, jest o hotelach. A raczej o ich nowym gatunku. I powiem wam szczerze: oglądając zdjęcia, wymiękłam. Nie żebym od razu uważała, że przerabianie fortecy  w Apeninach czy  zaludnianie wcześniej siłą wysiedlonych Sassi w  Materze, jest cudem pod każdym względem, ale......

Jeśli forteca ma popaść w ruinę, a Sassi mają służyć jako składowisko śmieci, to może jednak hotel jest niezłą alternatywą, nawet jeśli dostarcza on zblazowanym i nie-wiedzącym-na-czym-im-dupa-jeździ mieszczuchom poczucia, że są tacy kompletnie niekonwencjonalni i tak mocno alternatywni? Zwłaszcza gdy mogą być alternatywni w komfortowych warunkach. Ale gdy tworząc miejsce pracy zapobiega się wyludnianiu regionu i gdy odrestaurowywanie odbywa się pod kontrolą archeologów, architektów i innych specjalistów, to jest to jednak inicjatywa raczej godna pochwały. Zobaczymy za lat kilka jak wyglądają miejscowe społeczności, na razie podziwiam wnętrza. Ingerencję ograniczono do mininum. Nikt nie poprostował krzywych ścian, nie porobił półek z kartongipsu i nie wykuwał dodatkowych okien.Nie robił z szałasu pałacu, a z pałacu chałupy na wsi.
Sextantio; Le Grotta della Civita; za http://www.desiretoinspire.net

Wracając do myśli przewodniej: nie pozostaje nic innego jak jechać i podziwiać. Jak na razie Sextantio ma dwa obiekty; jeden w Abruzji, okolice Gran Sasso, w Santo Stefano di Sassanio, a drugi w Materze. Forteca jest bardziej pałacowa, Sassi grotowe. A więc tak jak powinno być.

Zdjęcia są z Le Grotte della Civita (czyli z Sassi w Materze), więcej na stronie http://www.legrottedellacivita.com/, na którą nie udało mi się jeszcze wejść (problemy techniczne? Niekompatybilność systemów?). Albergo Diffuso w Santo Stefano do zwiedzenia na stronie http://www.sextantio.it

I to by było na tyle.
nie przyznawajcie się, że wiecie to ode mnie, ale Liguria leży nad morzem :-) . Patrząc bowiem na listę tradycyjnych potraw liguryjskich trudno się tych dwustu iluśtam kilometrów wybrzeża morskiego dopatrzeć. Podobno dlatego, że wody liguryjskie są ubogie w ryby (tak twierdzi Anna del Conte). Ja tam ryb w morzu nie liczyłam, ale nawet jeśli ryb jest dużo, to nie znaczy, że przeciętnego liguryjczyka było na nie stać.

Tak więc na przysłowiowym liguryjskim stole stawiano gar zupy rybnej (czasami był to ciuppin, a czasami buridda), być może jakieś kalamary nadziewane, pastę z dorsza, marynowane sardynki (z których najsławniejsze są te z Monterosso), ale raczej niewiele więcej. Mięso też jedzono od święta, bo Liguria pastwiskami nie stoi. Eli mówiła mi, że jej babcia pochodząca z okolic La Spezia, pierwszy raz w życiu jadła masło i ser z mleka krowiego gdy poszła na służbę do bogatej rodziny w Piemoncie. Babcia Eli w liguryjskim epizodzie swojego życia krasiła potrawy oliwą, zbierała zioła w górach, hodowała króliki na mięso, gotowała troffie z ziemniakami i fasolką szparagową, lasagnę układała z płatów makaronu i pesto, a makaron zagniatała z mąki i wody


Troffie z pyrami i fasolką ugotował nam kolację Livio. Fabrizia podała marynowane sardynki z Monterosso. Ryb spróbowaliśmy w Monterosso al Mare: obryzaliśmy smażone na głębokiej oliwie sardynki, dzieliliśmy się filetami ryby zwanej w miejscowym dialekie lama, a gdzie indziej we Włoszech nazywanej spatola ligura (czytaj: pałasz ogoniasty), zaś tradycyjne potrawy liguryjskie jedliśmy w  restauracji Amici w Varese Ligure, do której zaprosili nas Livio i Fabrizia, rodzice Eli.

Spróbowaliśmy więc nadziewanego chlebem i ziołami żołądka jagnięcego, czyli jedliśmy cima ripiena. Cimę robi się też z podbrzusza jagnięcego lub cielęcego. A podaje się z marynowanymi warzywami lub wytrawną owocową konfiturą. Oprócz cimy były jeszcze krokiety z podrobów - stecchi, do których dodaje się podobno również jądra kogucie; minestrone z pesto, królika z oliwkami i orzeszkami piniowymi, kilka rodzajów torte di verdure, a więc tart z warzywami, grzanki z kawałkami dojrzałej słoniny, croxetti z sosem piniowym, troffie z kwiatami cukinii.

Nie udało się nam jednak sprobować najbardziej znanej liguryjskiej potrawy czyli cappon magro. Zimą musimy wrócić na krupnik zwany mesciuà (pisana tez mesc-ciuà ).


Ristorante Amici, via Garibaldi 80, 19028 Varese Ligure (SP), wwww.albergoamici.com

Przepisy kuchni liguryjskiej oraz etymologię co barwniejszych nazw potraw można znaleźć w:
  • Classic Food of Northern Italy, Anna del Conte, wyd. Pavilion, 2004
  • La grande cucina regionale: Liguria. Corriere  della Sera, 2005
  • Il Cucciaio d'Argento: Cucina Regionale; Editoriale Domus, 2008
  • oraz na stronie: http://www.moldrek.com/liguria.htm


jeśli nie chce się zmywać naczyń to w niedzielę szuka się podwykonawcy, czyli kogoś kto postawi talerz przed nosem a potem go zabierze i umyje za nas. Czyli idzie się na obiad. 


Najczęściej idziemy do Da Alvero na niedzielną jagnięcinę, ale czasami decydujemy się na podróż: jedziemy całe 10 km do Torricella in Sabina. W Torricella jest La Ginestra, która, oprócz zabójczych widoków na góry i doliny Sabiny, ma najlepsze lody w okolicy (sprowadzają je z lodziarni w Antrodoco), przyzwoitą pizzę oraz doskonałe kiełbaski z grilla (miejscowej produkcji). W niedzielę zaś podają zestawy obiadowe. Albo bierze się ziemię albo morze, czyli albo mięso albo owoce morza. My zawsze idziemy do La Ginestra na to drugie, bo mój owocowo-morski tudzież rybny repertuar jest ograniczony, a La Ginestra zawsze podaje coś, czego nigdy wcześniej nie jadłam. Lub po prostu robi to lepiej niż ja. Ostatnio, na przykład przyniesiono marynowane sercówki i ośmiorniczki, mule z cieciorką i peperoncino oraz fritto misto. Oczywiście zamiast fritto mogliśmy zamówić rybę, ale fritto misto smażone na tutejszej oliwie to poezja. A poezję kulinarną obydwoje bardzo lubimy.

Można też w niedzielę pojechać w góry. A  konkretnie do Forca Canapine. A jeszcze konkretniej do schroniska górskiego, w którym można zjeść potrawy górali z Marche lub Umbrii. Oczywiście menu nie ma; je się to co mają. Dla nas mieli domowe fettucine z miejscowymi grzybami (można jeszcze było dostać ragu), zakąski (marynowany bakłażan, wędliny, bruschette z oliwą rodem z Marche). A na deser dali najlepszą panna cottę jaką kiedykolwiek jadłam, a jadłam wiele razy bowiem panna cotta, oprócz creme brulee i creme caramel, to mój najukochańszy deser. Zamawiam go przy każdej okazji, nie zrażają mnie nawet sosy z butelki którymi na ogół deser jest polewany.  W Al Kapriol sos był z miejscowych jeżyn, a panna cotta była delikatna, rozpływała się na języku i nie miała żelatynowatej konsystencji tak często spotykanej gdzie indziej (na przykład w Da Alvero. Nie żebym nie lubiła galaretki śmietankowej :-))

Dodatkową atrakcją Al Kapriol są szmaciane kwiatki,  kraciaste zasłonki, przerośnięte pelargonie, złote serwetki  i sosnowa (a może świerkowa?) boazeria. Z resztą La Ginestra, choć ma widoki i położenie, urodą dekoracji też nie grzeszy. Bardziej przypomina świetlicę niż przytulną restaurację, a najfajniejsze stoliki są na zadaszonym tarasie.
 
===============
Kilka konkretów:

Al Kapriol (adres znaleziony w Gambero Rosso); otwarci cały tydzień, choć robią sobie urlop późną jesienią (lub wczesną zimą :-) czyli od 5. listopada do 7. grudnia. Adres: Arquata del Tronto, loc. Forca Canapine, 4; tel. 0736808119.

La Ginestra: Ornaro Basso, fraz. Torricella in Sabina tel. 347.0305380 lub 347.3570544. Jak dojechać tłumaczy strona internetowa http://www.laginestrarieti.altervista.org/chisiamo.html , choć przy drodze (jadąc od Ornaro Basso) są drogowskazy. I nie panikować: w pewnym momencie jedzie się prawie polną drogą. W dodatku bardzo wąską i pełną dziur.



Obydwa miejsca oferują noclegi
 
Na zdjęciu: Al Kapriol
Ferrara to miasto ludzkiego rozmiaru. Ani nie za duże, żeby się w nim zgubić, ani nie za małe żeby się w nim nudzić. No i nie jest to miasto na jeden dzień zwiedzania jeśli chce się zobaczyć co jest warte zobaczenia i przy okazji poczuć atmosferę miasta. a jest co poczuć bo miasto podzielone między renesans a średniowiecze



Część średniowieczna z labiryntami uliczek, kładkami przerzuconymi nad głową, zaczyna sie przy wałach wzdłuż kanału Burana i kończy na zamku rodu d'Este. Od tego miejsca mamy renesans, z szerszymi ulicami, inną proporcją zabudowy. Czerwoną cegłę zastępują pastelowe tynki, ogrody i parki.

W średniowiecznej części miasta do zwiedzenia jest getto (schowane za katedrą--architektoniczną mieszkanką średniowiecza i renesansu) oraz Palazzo Schiffanoia z jego przepięknymi renesansowymi freskami (Miesiące, Znaki Zodiaku). Na północ osi Viale Cavour-Corso della Giovecca, czyli w renesansowej części Ferrary, warto zajść do Parco Massari, w jego pobliżu jest położony bodajże najpiękniejszy z pałaców d'Este: Palazzo dei Diamanti (od diamentowego boniowania fasady) w którym obecnie znajduje się Pinacoteka Nazionale. Do listy obiektów godnych zwiedzania można jeszcze dodać Muzeum Sztuki Współczesnej na Corso Porta Mare 9, katedrę i jej skarbiec, komnaty książęce w Castello Estense oraz Casa Romei, siedzibę Lukrecji Borgii (na rogu via Praisolo i via Savonarola).

Tyle Ferrara turystyczna.

Ferrara praktyczna ma świetne B&B. Ostatnio, będąc na koncercie naszego boga, Fabio Biondi (w teatrze Estense, a jakże :-)), nocowaliśmy w prześlicznym B&B Dolcemela na via Sacca 35 (www.dolcemela.it). Nie dosyć, że miejsce pięknie odrestaurowane, to jeszcze wnętrza dobrze zrobione, w stylu lekko rystykalnym, z pięknymi kratkami vichy i drewnem. Łazienki duże, łóżka wygodne.. A sama uliczka Sacca jest nastrojowa i cicha. Trochę było problemu z wjazdem na parking (parking mają strzeżony, położony jakieś 200m od hotelu), ale via Sacca jest jednokierunkowa, więc trzeba było się wracać na parking tyłem. Via Sacca jest również bardzo, ale to bardzo wąska. Wjazd na parking o szerokości bramki był drogą przez mękę. JC nakołował się mocno i naklął jeszcze więcej. Tak więc Dolcemela jak najbardziej, ale samochodem wielkości Fiata 500 :-) Kilka ładnych lat temu, gdy zwiedzaliśmy Emilia-Romagna, nocowaliśmy w hotelu Ripagrande. Było ładnie (jakby nie było, gotycka kamienica), ale jakoś zachwycona nie byłam. I nawet o ceny nie chodzi, bo byliśmy tam gdy płaciło się jeszcze w lirach, czyli mniej.

Kulinarnie Ferrara prezentuje się okazale, choć problemem było dla nas znalezienie restauracji, która przyjęłaby nas po koncercie (ok 23) lub przed nim (ok 18). W końcu zrezygnowaliśmy z szukania i zaopatrzyliśmy się w sałatki, wędliny i chleb z delikatesów (okolice getto i katedry). Generalnie, w Ferrarze je się smacznie.

Po drugiej stronie ulicy Riagrande, zaraz naprzeciwko hotelu o tej samej nazwie, jest restauracja (nazwy nie pamiętam) w której dane mi było spróbować maialino di latte, czyli młodą i chrupiącą wieprzowinę. Godną polecenia jest też restauracja figurująca w przewodniku Slow Food: L'Oca Giuliva (via Boccacanale di Santo Stefano 38). Jedliśmy tam kilkakrotnie tak w czasie pierwszego jak i drugiego pobytu. Zawsze było smacznie i przyjemnie. Próbowaliśmy wędlin z mięsa gołębiego, sławnego rosołu z cappeletti nadziewanych mięsem z kapłona. JC próbował królika i, przy innej okazji, węgorza z zalewie słodko-kwaśnej (pewnie wpływy weneckie, bo Wenecja-bless Her heart-kiedyś tu rządziła). Królik był smaczny, węgorza nawet nie skubnęłam bo mam zasadę, że ryb przypominających węże nie biorę do ust, ale JC był wniebowzięty. W L'Oca Giuliva nie podają espresso; parzą za to boską la moka.

Jedliśmy jeszcze w kilku innych restauracjach w renesansowej części miasta, ale-niestety-nie pamiętam ani nazw restauracji ani ulicy przy której były. Mogę jedynie potwierdzić, że wszędzie było i smacznie i miejscowo.
dwutygodniowa opowieść z dialogiem :-)


Najbardziej nie przysłużyła się Cortonie Frances Mayes. I choć nie lubię pisaniny tej baby, to trudno ją oskarżać o premedytację. Napisała co wiedziała, a popularność i PR zrobiły resztę: ludzie mają potrzebę podglądania innych, zwłaszcza tych na topie. Na tym się robi kasę. I tak jak hordy miłośników czatowały na Petera Mayle'a w Prowansji, tak wycieczki autokarowe pełne amerykanów pielgrzymowały do Bramasole. Bramasole do Mayes już nie należy. Autorka przeprowadziła się gdzie indziej i przekonana o własnej wiedzy na każdy temat, płodzi następne tomy. Ostatnio odkryłam, że wyprodukowała się w książce o dekorowaniu wnętrz w stylu toskańskim. I żeby nie być gołosłowną: Year in the World: Journey of a Passionate Traveller (2007); Greek Expectations: The Adventures of Fearless Fran in the Land of the Gods (2008); Bringing Tuscany Home: Sensuous Style From the Heart of Italy (2004) i i w marcu przyszłego roku ma się ukazać Every Day in Tuscany: Seasons of an Italian Life. Zaczynam się bać, że weźmie się za Lacjum.


Mieszkaliśmy w Cortonie przez 2 tygodnie. Był to rok pierwszego wydania Pod Słońcem Toskanii. Książka była już bestellerem, ale tłumy do Bramasole jeszcze nie dotarły. Mieszkanie mieliśmy wynajęte z centrum miasta, w ślepej uliczce niedaleko ratusza. Do budynku wchodziło się obok zaplecza restauracji i zsypów na śmieci. Sień na parterze ozdabiały resztki wypłowiałych fresków. Mieszkanie było na 3.piętrze.Z przedpokoju wychodziło się do wieży z której mieliśmy widok na Lago Trasimeno i górną Cortonę. Podłogi krzywe, mury grube, w rogu salonu kominek wielkości szafy gdańskiej, do sufitu 4 metry i sypialnia z oknami wychodzącymi na ciasne vicollo Alfieri. Rano budził nas łomot zsypów i dyskusje sąsiadek.



Przez dwa tygodnie łaziliśmy po mieście, próbowaliśmy restauracje, trattorie, osterie i sklep cooperativo. Tu kupowało się prosciutto, oliwę i tanie wino. Po drugiej stronie ulicy sklep z gotowcami: lasagna gotowa do wstawienia do piekarnika (którego nie mieliśmy), papryki faszerowane sardelami i tuńczykiem, karczochy.... A po drugiej stronie rynku mieliśmy warzywniak i sklep z makaronami. Pierwszego wieczora byliśmy na kolacji w Osteria del Teatro.Próbowałam wtedy moje pierwsze prawdziwe ossobucco i Brunello. Jadaliśmy też w trattorii, której nazwy już nie pamiętam. na via Dardano. Pewnego wieczora posadzono nas przy długim stole, po godzinie dołączono do nas grupę Włochów. Wino piło się z szklanek. Podawane było w zielonych butelkach zatkanych rolką szarego papieru. Pamiętam atmosferę tego miejsca i smak duszonej kaczki.

W pizzerii przy via Dardano trafiliśmy na amerykanów. Posadzono ich przy stoliku obok. Na ogół nie próbuję nawiązać rozmowy, nawet jeśli są to moi rodacy, ale tym przypadku czułam się niejako przymuszona. Pani próbowała wymusić na kelnerce wytłumaczenie czego dodano do ravioli. Pani nie mówiła po włosku, a angielski kelnerki nie obejmował nazewnictwa ziół. Wcięłam się, tłumacząc, że salvia to sage. Pani zamówiła więc rozszyfrowane ravioli i rozpoczęła dyskusję:
widzieliście JEJ dom?
A kto jest ta ONA?
Frances

Frances Mayes?

Tak. Czy widzieliście Bramasole?

Nie
Bo myśmy tam byli wczoraj

...

Piękny dom, ale nie udało się wejść do środka. Brama zamknięta
....
Warto było. Zrobiłam zdjęcie palmy
i okiennic
....
Ale może wyście książki nie przeczytali bo nic się nie odzywacie?

Książkę mamy, przywieźliśmy ją nawet ze sobą, ale nie chcemy oglądać Bramasole
?
Do Cortony zajechaliśmy po raz drugi 5 lat później, w drodze do Gubbio. Na via Nazionale nie było już naszego cooperativo. Zniknął też sklep z gotowcami. Na ich miejscu pojawiły się galerie sztuki sprzedające ręcznie robione świece i obrazy olejne z toskańskim widokiem dla turystów: kapliczka, cyprys, górka; górka, obłoczek, słoneczniki; górka, obłoczek, wieża. Po obiedzie w Osteria del Teatro (chianti i bistecca fiorentina) przeszliśmy się w kierunku Piazza Garibaldi. Wszystkie sklepy były otwarte. Tradycja poobiedniej drzemki poszła w niepamięć. W czasach przed-Frances-Mayes w samej Cortonie można było kupić duże mieszkanie w centrum za jakieś 100-150 tys. euro. Spojrzeliśmy na ogłoszenia w oknie agencji nieruchomości: 35 mkw w centro storico, do odrestaurowania, za 270 tys euro.

W czasie pierwszego pobytu po tygodniu codziennego obcowania z mieszkańcami byliśmy rozpoznawalni. Właściel osterii na via del Fontane mówił mi dzień dobry, policjant pozwolił nam wjechać do centrum mimo braku oficjalnej winiety, kawiarnia na Piazza della Repubblica wiedziała, że pijemy cappucino i zagryzamy je cornetto z marmoladą morelową. Czasami, gdy piekarz na piazza Signorelli nie miał reszty, słyszałam "zapłacisz jutro".

Rozumiecie teraz dlaczego do Cortony więcej nie pojadę?

Oczywiście Cortona warta jest zobaczenia. Pięknie położona, ze stromymi uliczkami i masą zabytków zasługuje na dzień zwiedzania. Osteria del Teatro nadal podaje najlepszego steka po florencku i serwuje genialną fondutę z truflami.

Gdzie zjeść?
Osteria del Teatro
via Maffei

tel 0575 630556


La Grotta
Piazetta Baldelli 3

tek0575 630271 znani z doskonałych gnocchi ze szpinaku i ricotty

Trattoria Tacconi

via Dardano 46
tel. 0575 604588 miła, rodzinna atmosfera, doskonała ribolitta

Gdzie tanio przenocować? chociażby w klasztorach:

Casa Betania

via Gino Severini 50

tel 0575 630423
www.casperferiebetania.com


Istituto Santa Caterina

via Santa Margherita

tel 0575 630343


Santa Margherita

viale Cesare Battisti 15
tel575 630336 lub comunitacortona@smr.it

zdj
ęcia: Joepie


tak wyszło, że zaniedbałam część turystyczną, rozpisując się o kulinariach. Niniejszym nadrabiam zaniedbania, choć poprawy nie obiecuję. Dzisiaj chciałabym powiedzieć kilka słów o Ascoli Piceno, choć i tu nie da sie NIE MÓWIĆ o korycie. W Ascoli jedliśmy jeden z najlepszych obiadów złożony z owoców morza i białego wina. No i oliwki all'ascolana--wielkie, z farszem, otoczone w bułce tartej i smażone na głębokiej oliwie....

Sztuka odkładania na jutro
Ascoli od Asculum, rzymskiej nazwy regionu; Piceno od plemienia Picenów podbitych i ujarzmionych przez Rzymian po wygranej bitwie w 279 roku p.n.e. Po Picenach została nazwa, po Rzymianach też , a samo Ascoli Piceno jest odrobinę lombardzkie, odrobinę watykańskie, odrobinę hohenschtaufenowskie i mocno własne. Zbudowane z trawertynu, z wplecionymi w strukturę miasta pozostałościami średniowiecznych wież, z których onegdaj miasto słynęło. W XIII wieku było ich ponad 200. Obecnie są nadal widoczne, ale nie na taką skalę jak w Gimignano czy Pavia.

Ascoli szczyci się jednym z najpiękniejszych placów we Włoszech: Piazza del Popolo. Z jednej jego strony jest Palazzo dei Capitani, kundel architektoniczy :-) z mieszanką stylów od romańskiego na baroku kończąc; w północnej częsci Piazzy stoi kościół św. Franciszka, budowę którego rozpoczęto w XII wieku żeby ją dokończyć 300 lat później. A dookoła placu podcienia różnej szerokości, gdyż dawno temu rada miejska nakazała kupcom wybudować łuki odpowiadające szerokości sklepu. Tak więc brak wyobraźni pracowników urzędu miejskiego czasami na coś się przydaje. Szkoda że 300 lat później....

Napisało mi się, że po Rzymianach została tylko nazwa. Brzmi to tyle pięknie co nieprawdziwie. Po Rzymianach zostało całkiem sporo: Ponte di Solesta z czasów Augusta (wnętrze mostu można czasami zwiedzać, informacji udziela biuro turystyczne na Piazza Arringo 7), Porta Gemina (wieńcząca via Salaria- trasę solną łączącą Rzym z Adriatykiem); u podnóża wzgórza dell'Annuziata, wzdłuż Via Ricci, znajdują się pozostałości rzymskiego teatru. Kościół San Tommaso wybudowano z elementów rzymskiego amfiteatru; wieża kościoła-nadal niedokończona (skąd my to znamy?)-jest w stanie prawie oryginalnym; kościół San Gregorio to była świątynia rzymska.

Po Lombardach pozostał pałac i wieża Ercolani oraz cmentarz (w Castel Trosino), po papieżach m.in. Fortezza Pia.

Warto jeszcze zobaczyć:
  • Piazzę i kościół San Agostino
  • oraz katedrę pod wezwaniem św. Emigdiusza (Sant'Emidio), pierwszego biskupa Ascoli, z pięknym gotyckim ołtarzem. Kucharzy zaś powinna zainteresować madonna z warzywami o owocami nad głową. Podobno każde z warzyw ma znaczenie symboliczne.
Ascoli od kuchni
I jak już przy kuchni jesteśmy to koniecznie, ale to koniecznie, trzeba pójść na obiad lub kolację do Trattoria Corso na Corso Mazzini 277 (tel. 0736 256760, zamknięci w niedzielę wieczorem i cały poniedziałek). W Corso jada się ryby i owoce morza; tylko i wyłącznie. Warzyw nie widziałam, ale kto zastanawia się nad warzywami gdy na półmisku są marynowane w soku cytrynowym sardynki, ośmiorniczki w sosie pomidorowym, mule i vongole z winem i czosnkiem? Lub spaghetti z owocami morza, smażone calamari, cała ryba z rusztu? A na deser wylizuje się do czysta sorbet cytrynowy? Corso polecam więc z ręką na sercu. Jadaliśmy tak kilkukrotnie. Zawsze było bardzo smacznie.

Z hoteli znam jedynie Palazo Guiderocchi, XV budynek przyzwoicie odrestaurowany, położony na żabi skok od Piazza del Popolo na Via Cesare Battisti 3 (tel. 0736 244011), mają nawet własny parking przed hotelem, co jest ułatwieniem w ciastym Ascoli. Dojazd do hotelu trudny, bo trzeba kluczyć po starym mieście.

niby tak: miasto jest upierdliwe; parkingu nie można znaleźć; w hotelu Canal Grande (ma 4 gwiazdki!) zamiast wieszaków, dwa kanały porno; targ drogi a na ulicach codzienny pokaz mody. Do stacji kolejowej daleko i trzeba leźć przez całe stare miasto, żeby dostać się do hotelu. A jak się zaszalało i zrobiło rezerwację w hotelu San Francesco z kolacją w najlepszej restauracji Fini (lub prawie najlepszej, nie tylko Emilia Romagna, ale całego półwyspu) to jest mu jeszcze dalej. Chociaż jak kogoś stać na kolację za 200 euro (plus wino) od osoby to i za taksówkę sobie zapłaci. Tyle zrzędzenia, i to takiego półgębkiem, bo Modenę lubię i bywałam tam kilka razy w roku z racji uczęszczania na kursy włoskiego. Nauczyłam się czasowników nieregularnych i odmiany zaimków osobowych a przy okazji poznałam Giovannę oraz gnoccho e tigelle.

Oprócz niewygody i wysokich cen na pewne artykuły pierwszej potrzeby jak buty od Prady czy Sergio Rossi, Modena oferuje kulturę. Chociażby taki Festiwal Filozofii; impreza wrześniowa, coroczna i dobrze zrobiona.Są seminaria, koncerty, odczyty i wystawy. Przez całe lato ciągnie się festiwal muzyki dawnej, w kościołach odbywają się koncerty (z kilka euro można posłuchać dobrej muzyki). A w lipcu katowali publikę festiwalem orkiestr wojskowych (nie mówiłam, że stuknięte miasto?) Kulinarnie też nie zgorzej. Jest, chociażby, targ balsamico; festiwal filozofii ma swoje filozoficzne menu. dostępne w niektórych restauracjach, a układane 'na temat' przez Tullio Gregory. A jak ktoś nie chce pętać się po festiwalach, targach i sympozjach, to zjeść w Modenie możne dobrze i niekoniecznie od święta. Osobiście polecam trattorię Aldina (tuż obok hali targowej). Otwarci jedynie w porze obiadowej i w ciągu tygodnia, serwują specjały miejscowej kuchni (doskonałe makarony, lasagne i skalopki cielęce podlewane balsamico), w przyzwoitych cenach. Ruch mają, czasami trzeba czekać na stolik. Pozwalają zrobić rezerwację, co jest dodatkowym plusem, bo w takiej Trattorii Ermes czeka się na stolik. I to na zewnątrz; miejsca bowiem mało, a chętnych wielu. Telefonu nie mają (może już się go dorobili?); otwarci jedynie w porze obiadowej od poniedziałku do soboty włącznie. Ermes i Aldina kart kredytowych nie przyjmują.

Adresy:
Trattoria Aldina
Via Albinelli 40 (na 1.pietrze), tel 059 236106 (zamknięci od 10 lipca do 31 sierpnia)

Trattoria Ermes
Via Ganaceto 89-91 (zamknięci cały sierpień)

Jest jeszcze Stallo del Pomodoro na Largo Hannover 63, tel. 059214664, gdzie można popić dobrego wina i zagryźć przednim parmezanem lub innym przyzwoitym serem (zamknięci w niedzielę cały dzień i w soboty na obiad)

Oprócz 3-kapeluszowej restauracji w San Francesco, jest jeszcze dobra (i drogawa) restauracja L'erba del re, prowadzona przez Luca Marchini. Restauracja ma 1 gwiazdkę Michelina, 2 kapelusze od Gambero Rosso. Znajduje się na via Castel Maraldo 45 (tel. 059 218188) i można w niej zjeść specjały z Modeny, chociażby nóżki cielęce. Nie podejmuję się wytłumaczyć smaku, ale z wyglądu przypominają kiełbasę. W L'Erba jadłam ją z soczewicą. Łapki lizać.

W Fini jeszcze nie byłam. Czekam na 12,5 rocznicę ślubu, wygraną w totolotka lub bycie odkrytą przez manszardów nowojorskich. A dla tych, którzy są już sławni i posiadają wystarczającą ilość euro lub czystą kartę kredytową podaję adres: Ristorante Fini, Rua Dei Frati Minori 52, tel. 059 223314. Dziwne jednak, że stronę mają bardzo mizerną. Na więcej ich nie stać czy kontestują globalny konsumeryzm i bojkotują internet?

I jeszcze informacja turystyczna Modeny
cenzuralna część tekstu z dedykacją dla ver_ona0 z forum@gazeta.pl :-D
polecam stronę ENIT, jest to chyba najlepsza lista miejsc noclegowych. Dobre miejsce do szukania festiwali, muzeów, kampingów, parków narodowych. Niestety, ceny hoteli trzeba sprawdzić albo na stronie internetowej hotelu albo telefonicznie.Następne niestety: rezerwacje najlepiej robić telefonicznie lub pisząc na adres e-mailowy podany na stronie hotelu, bo można, tak jak my, znaleźć się w Rieti o 21:00, w okresie świątecznym, i bez noclegu.

Następna lista z noclegami. Tym razem z bed and breakfast. Korzystałam z tej strony szukając niedrogich noclegów w okolicach Lucca i Viterbo. Wyszukiwarka działała bez zastrzeżeń; można sprecyzować jak daleko od celu chcemy nocować, ale i tak warto sprawdzić na mapie czy przypadkiem nocleg nie będzie w trudno dostępnej wsi. Problemem (przynajmniej w moim Firefoxie na Ubuntu) było to, że pytając o jeden nocleg z podanych na stronie nie mogłam już pytać o następne z tej samej strony. Na odpowiedź z B&B czeka się 24 godziny. Otrzymuje się wtedy ofertę, już bezpośrednio od właściciela domu gościnnego. ważną przez kilka dni. Przy robieniu rezerwacji wymagane jest zapłacenie 20-40% depozytu. Rezerwując na dłuższy okres (lub poza sezonem) możesz liczyć na rabat. W naszym przypadku dostaliśmy obniżke 20%. UWAGA: Trzeba dokładnie sprawdzić informacje o unieważnieniu rezerwacji. Niektóre miejsca wymagają jej 14 dni przed planowanym przyjazdem!

koniecznie All Gallo (chyba mają gwiazdkę Michelina, napewno polecany przez Gambero Rosso). Ceny niekoniecznie z najniższej półki, ale warto. Jadłam boskie risotto z kaszy. Desery warte grzechu (wizualnie też), lody robione na miejscu. A i na wnetrze ciekawe: koguty wszędzie i różnych wcieleniach. Obsługa świetna. I mówią po angielsku. Niestety, strona internetowa All Gallo już nie istnieje, więc trudno sprawdzić w jaki dzień restauracja jest zamknięta. Restauracja jest częścią hotelu o tej samej nazwie.

Adres:
All Gallo
Via del Gallo 22
01017 Tuscania
tel. 0695 170 9723

Kredyt za zdjęcie należy się chyba Anielce, która niestrudzenie fotografowała wszystko w restauracji. Niestety, zdjęcia potraw gdzieś zawieruszyłam
Powered by Blogger.