Showing posts with label język. Show all posts
Showing posts with label język. Show all posts

Jest powiedzenie w Holandii: zachowuj się normalnie,  i tak jest to wystarczająco dziwne. Pytanie tylko jak holenderską normę odbiera reszta świata....
Moje dwa ulubione miasta - Wenecja i Amsterdam, zanim doszły do okresu wpływów i bogactwa, zaczynały jako wiochy, z chatami z błota i trzciny, przetykanych  pastwiskami i ze świniami na ulicach. Wenecja zaczęła jednak dużo wcześniej, i w XI wieku wznosiła bazylikę św. Marka, szczytowym osiągnięciem architektury Amsterdamu było budowanie piętra i komina. Ale gdy potęga Wenecji zaczynała być wspomnieniem, Amsterdam zdążył wyautować Hanzę, handlować z całym światem i stracić zmysły dla tulipana.

Wenecja papieży i arcybiskupów trzymała na dystans, przy okazji zapracowywując na kilka konfliktów z Państwem Kościelnym. Piętnastowieczny Amsterdam próbował zatrzymać rozwój klasztorów i konwentów, zakazując napraw w klasztorze. Klasztory zajmowały bowiem cenną przestrzeń, każdy z nich musiał mieć własną kaplicę, ogród warzywny, piekarnię, podwórze, stajnie i warsztaty, a w dodatku zakony mogły wykupować okoliczne tereny. Trudno jednak udawać, że rozkwit w drugiej połowie XIV wieku zawdzięczał Amsterdam tylko i wyłącznie komercji. I choć trudno w to dzisiaj uwierzyć, Amsterdam był celem pielgrzymek (jeden z 8 późnośredniowiecznych must see) do tego stopnia, że miasto wprowadziło specjalne zasady, które miały pomóc w okiełznaniu żywiołu w dni święte. Zaś obydwa drukowały zakazane dzieła Piero Aretino

Z tego okresu zostały nam nazwy ulic: Gebed zonder end (modlitwa bez końca), Monnikenstraat (ulica mnisia), Bloedstraat (świętej krwi), Bethanienstraat (tu proszę o wyrozumiałość i cierpliwość, Geert Mak nie precyzuje, a mnie nie udało się znaleźć informacji o średniowiecznych betankach), gdzie rzeczone Betanki pasły krowy.




Wenecja ma się nieszczególnie dobrze, w każdym razie nie ma pomysłu co ze sobą zrobić, Amsterdamowi idzie lepiej, a nawet bardzo dobrze, choć - jeśli wierzyć Geertowi Makowi - rodowitych Amsterdamczyków w Amsterdamie - tak jak Wenecjan w Wenecji -  jest jak na lekarstwo.


Obydwa miasta doczekały się współczesnych monografii. W przypadku Wenecji niezastąpiona jest książka Juliusa Norwicha Historia Wenecji (książka jest z 1982, w tym roku polski przekład wydało W.A.B) i prawie równie dobra  Wenecja Biografia  Petera Ackroyda (z 2009 roku, w kwietniu b.r. wydana przez ZYSK I S.KA).

O historii Amsterdamu czytałam w książce Geerta Maka, jak na razie nie przetłumaczonej na j. polski. I to z jego książki pochodzi adresy piętnastowiecznych targów, historia o klasztorach, oraz niewymienione w tekscie notki  informacje o zakazie gry w piłkę w Nes (by hałas nie przeszkadzał w konptemplacji) oraz o możliwości kupna całego żywego słonia na targu.

=====
wszystkie zdjęcia są z Rijksmuseum

=====
trochę się o Wenecji już napisało:
A o Amsterdamie nic ;D


Mussolini wniósł nowe wartości do szeroko rozumianej kultury włoskiej I tak powiedzenie che cavolo (co za kapusta!) żyje na równych prawach z che cazzo (co za cholera!), choć zakaz używania przekleństw w miejscach publicznych został zniesiony jakiś czas temu. Nadal mówimy calcio na futbol, tramezzino na kanapkę i czasami słyszy się jeszcze określenie autista, choć kierowca częściej znany jest jako guidatore*.

To dzięki Mussoliniemu, a właściwie dzięki cenzurze, zarżnięto na żywca i bez znieczulenia włoski kryminał. Włoch nie mógł być kryminalistą, policjant musiał być święty. A że hagiografia i powieść umoralniająca to inny sektor rynku, więc powieść kryminalna w nowej wersji przestała interesować i czytelników i co zdolniejszych pisarzy. I przez długie, długie lata powiedzenie dobry kryminał włoski było takim samym oksymoronem jak powiedzenie, że Berlusconi szanuje demokrację.

Le veline, bibułki, pojawiły się też czasów faszystowskiej cenzury. Wiadomości musiały być pisane przez kalkę, zatwierdzony oryginał zostawał w archiwach rządowych, a dziennikarz lub redaktor pisał lub czytał z bibułki. Po wojnie bibułki z ministerialnymi rozporządzeniami pozostały w użyciu, aż w 1988 roku Piątka (Canale 5) Berlusconiego stworzyła program satyryczny Strisca la Notizia, w którym bibułki z wiadomościami podawały prowadzącym skąpo odziane atrakcyjne panienki, wkrótce znane publiczności jako veline.

Velinesche veline (szczupłe i zalotne bibułki), oprócz wartości że tak powiem językoznawczych, reprezentują fenomen społeczny - velenismo, związany głównie z telewizją. Samego określenia nie sposób dobrze przetłumaczyć. Są veline, ale są też i velini, czyli bibułki i ciacha. Chyba określenie seksistowa tabloityzacja telewizji jest adekwatnym polskim odpowiednikiem velenismo, choć nie do końca jednak tłumaczy o co z velenismo chodzi, gdyż tak velina jak i velino  (l.mn. veline i velini) nie jest określeniem pejoratywnym. A więc czym jest? Nowym opakowaniem bella figura? Czy jedynie wyrazem podziwu dla parcia na szkło?

========
*więcej na temat w poście me ne frego albo i nie

=======
zdjęcia z Rzymu, Sabuadii, Ausonii i Wenecji
baci singeri

Wioski było na dwa autokary.


W pierwszym pojechała orkiestra i flaga związku kombatantów, w drugim - reszta wioski, głównie kobiety. Oczywiście, nie wszystkie. Nie było, na przykład, Emilii i Gio nie lubiących tłoku, Antonii i Giovanny, nowych w wiosce, w dodatku z mężami cudzoziemcami.

Z Ginestry mieliśmy wyjechać o 14:50. Prawie by się nam udało gdyby nie Gino. Twierdził, że kartka z planem dnia wprowadziła go w błąd. Odczytał godzinę przyjazdu do Rzymu jako godzinę wyjazdu z Ginestry i miał o to pretensje do wszystkich i każdego z osobna.

Dobrze żee flaga związku kombatantów pojechała pierwszym autobusem. Pewnie by się poczuła urażona językiem Gino, który zaczął od cazzo a skończył na culo, wzywając przy okazji porca madonna i odwoływał się do aktów płciowych. Zanim jednak dojechaliśmy do Rzymu, Gino spadło ciśnienie i ładnie machał flagą czerwono-biało-zieloną. Biel była mocno przyżółkła, jak stare kości.

Dwa autokary jechały do Rzymu na wystawę poświęconą I. Wojnie Światowej w Ginestrze


cara sorella vengo con cuesta cartolina


Od roku, dwudziestolatki Ginestry, w tym Leonardo, zbierały pamiątki z I. Wojny Światowej: dziadek z dumnym uśmiechem na twarzy, w której można zobaczyć rysy jego potomka - Stefano; dwóch żołnierzy w maskach gazowych, a między nimi smutny osiołek w masce gazowej.

Menażka, plecak, strzelba. Maska gazowa. Chlebak.

Kartki z frontu pisane niesprawną ręką Ugo Silvestriego: droga siostro przychodzę z tom kartką...i dalej;  piszcie częściej. I powiedzcie rodzicom Antonio, że syn się jeszcze odnajdzie. Widziałem Antonio dzień po wypisaniu go ze szpitala. Potem zamilkł, ale to się zdarza. Serdecznie sie pod pisuje wasz brat i syn Silvestri Ugo pozdrów babcię i dziadka wujka Peppe z rodziną. Wszystko pisane bez znaków przystankowych.

A fraza gli ho spiegato (wytłumaczyłem mu) na kartce Ugo Silvestriego wygląda tak:

Io glio s Piegato


Na wystawie w niewielkim muzeum u podnóża Janiculum wisi też zdjęcie Ginestry z roku 1900. Tak jakby z 1900, dokładniejszej daty nie daje się określić. Domów po drugiej stronie naszej ulicy, od strony doliny, jeszcze nie ma. Wieża kościelna stoi w innym miejscu (przesunięto ją pod koniec lat 50.), ale nasz dom jest. Dwupiętrowy, z dwoma oknami na drugim piętrze i małym okienkiem pomiędzy. Czyli twierdzenie Giny, że Gino dobudował ostatnie piętro nie jest prawdą. Jeśli już to Gino jedynie przebudował istniejące wcześniej piętro.

Następna fotografia Ginestry, z roku 1954. Wieża kościelna nadal w starym miejscu, ale naszego domu nie widać, gdyż zasłaniają go nowe wysokie domy wybudowane po drugiej stronie ulicy. Krótko musiały stać skoro na następnym zdjęciu, z połowy lat 60., domy są o piętro niższe, widać więc okna Casa di Giuseppe z jaskrawoczerwonymi zasłonami w oknach.

Ostatnie zdjęcie: zbiorowe. Rodziny chłopskie w czasie przerwy obiadowej. Pięć kobiet i sześciu mężczyzn. Jeden z nich w jasnym garniturze i ze strzelbą. Nadzorca?
Kobiety złożyły grube dłonie na pokrytych ciemnymi spódnicami kolanach. Na ramiona zarzuciła białe chusty z frędzlami. Jedna w czepku, druga w ciemnej chusteczce w groszki lub drobne kwiatki. Patrzą uważnie w obiektyw. Twarze mężczyzn nieczytelne - za ciemne, za bardzo zasłonięte opadającymi na czoło daszkami czapek lub rondem niekształtnych kapeluszy.

state trancuilli
Po koncercie orkiestry dętej aktorka czyta wspomnienia kogoś pamiętającego wojnę;
na drodze prowadzącej do krzyża na rozdrożu ustawiono kapliczki ze zdjęciami osób na froncie. Codziennie szły do nich procesje modlące się o szczęśliwy powrót walczących do domu.

suo figlio e usito da lo spedale

z wojny do Ginestry nie wróciło 18 mężczyzn, z których 6 zaginęło bez wieści. Po traktacie wersalskim zaprzestano procesji, na cmentarzu wmurowano marmurową tablicę z nazwiskami poległych.

Dziadek Stefano wrócił z wojny jako kapral, a w okopach nauczył się pisać i czytać.

Obecny wójt gminy rozpoczął swoje kilka słów: w wojnie nie ma zwycięzców. A Gino powiewał flagą



======
Wszystkie wygrubione podtytuły pochodzą z pocztówek wojennych. Zachowałam oryginalną, niegramatyczną i nieortograficzną pisownię oryginałów. Tytuł postu jest próbą oddania ich pisowni.


Zdjęcia pochodzą z koncertu i wystawy, a większość (choć nie wszystkie) portretów to zdjęcia mieszkańców Ginestry



siedziała obok. Piła cappuccino i też czytała książkę po włosku. Był więc powód by zagadnąć.

Nie pamiętam już jak z Bolonii (stamtąd pochodziła) i kryzysu (nie lubi Berlusconiego i wiąże nadzieje z lewicą) skręciłyśmy w szeroko pojęte kulturozawstwo porównawcze, ale jakoś skręciłyśmy.  I wtedy powiedziała, bo Niemcy, moja droga, to indicativo, a Włosi - congiuntivo.


PS: o ile indicativo znaczy tryb orzekający, to  congiuntivo jest problematyczne; oficjalnie zwie się je trybem łączącym, służącym do wyrażania marzeń, supozycji i domysłów, w polskim nie jest stosowany. Jeśli byłbym ogniem, spaliłbym świat (to odręczny przekład sławnego wiersza Cecco Angiolieriego) si'fosse foco, arderei 'l mondo, Fossi to właśnie congiuntivo czasownika być.
w przyszłym tygodniu rozterkoczącą się Ginestrze młynki i zadówięczą moździerze. Wiadomo, trzeba robić wigilijne pampepato*. A pampepato, jak sama nazwa wskazuje, zawiera pieprz. Dużo pieprzu. Świeżo zmielonego. Lub utłuczonego.

zdj:pieprz -  Mario Spann, figi - Francesca Minonne,  orzechy -  Marco Polo, skórka pomarańczowa - Jodimichelle, młynek - Scott Ashkenaz, czekolada - Lee McCoy

Co do tego, ile pieprzu i czy z młynka, czy z moździerza, zgody w Ginestrze nie ma. Tak jak nie jedności co do proporcji składników: jedni wolą przewagę daktyli, inni fig, a jeszcze inni dodają rodzynki namoczone w grappie. A zia Laura daje wszystko: i rodzynki, i figi, i daktyle. I właśnie jej pampepato jest najlepszy: pieprzny i aromatyczny, pachnący czekoladą, kandyzowanym cytronem i skórką pomarańczową. W dodatku pełen orzechów i migdałów.

Gdyby nie czekolada (koniecznie gorzka!) i kształt bardziej przypominający pieczeń rzymską niż placek świąteczny, to smak pampepato możnaby porównać do sienejskiego panforte.  I słusznie, gdyż tak pan papato (zwane też panpepato, pampepato) i panforte są blisko skoligaceni*. Legenda głosi, że pochodzą z XIII wieku, a za ich twórcę przyjmuje się niejakiego Niccolo dei Salimbeni. Materiały źródłowe mówią jednak , że ciasto z bakaliami i orzechami, słodzone miodem i przyprawiane korzeniami znano dużo wcześniej. Ba, melatello, panforte z jabłkami, brał udział w krucjatach.

W późnym Średniowieczu i wczesnym Renesansie drogi panforte i panpepato się rozeszły na stałe. I choć obydwa reprezentowały wszystko co najcenniejsze w kuchni, a więc przyprawy korzenne, to panforte nabrało wymiaru niemalże metafizycznego. Nie dosyć, że siedemnaście składników miało symbolizować liczbę kontrad biorących udział w Palio, to panforte - wraz jego legendarnym twórcą  Salimbenim - wpisało się w historię języka włoskiego. I trafiło do ósmego kręgu Piekła:
Oraz Niccolo, po którym praktyka
Nastała -- w kuchnię wprowadzić bogatą
Nieznany dotąd aromat gwoździka
Dante, Piekło, Pieśń XXIX, w. 127-29 (tłum. E. Porębowicz) http://boskakomedia.korona-pl.com/index.html

Za klasyfikację panpepato wziął się dopiero Francesco Redi. I to on podzielił gatunek na trzy odmiany: wysublimowaną, czyli sopraffina, z białym cukrem, kolorową polewą i przybraną ozdobami marcepanowymi, poślednią  - tańszą wersją sopraffina, a więc z miodem zamiast cukru, oraz plebejską z mąki rasowej, otręb, fig, orzechów włoskich, miodu i pieprzu.

Do której kategorii należy współczesny pampepato z Ginestry? Trudno powiedzieć. I chyba nikogo w Ginestrze to interesuje. Najważniejsze jest indywidualne podejście do składników, gdyż proporcje to sprawa umowna:

  • grubo posiekać orzechy, oraz sparzone, obrane ze skórki migdały
  • Rodzynki zalać grappą (rumem, ciepłą wodą) i odstawić na kilka godzin. W przypadku rumu lub grappy lepiej odstawić na kilka dni
  • Drobno posiekać kandyzowane owoce, suszone figi i daktyle. 
  • Na grubej tarce zetrzeć gorzką czekoladę. 
  • Czekoladę wymieszać z orzechami, kandyzowanymi owocami i odsączonymi rodzynkami. 
  • Dodać szczyptę soli, dużo zmielonego czarnego pieprzu i dobrze wymieszać. 
  • Do rozpuszczonego (ale nie gorącego) miodu, wsypać startą czekoladę, owoce i orzechy z przyprawami.
  • wbić zółtko lub dwa  (zależy od ilości składników podstawowych)
  • wsypać mąkę (razową lub białą, w takiej ilości by ciasto dało się formować), przyprawić wedle uznania cynamonem, goździkami i gałką muszkatułową. 
  • Na posmarowanej oliwą blaszce uformować ciasto (ma przypominać bochenek chleba). 
  • Piec w temp. 200 stopni. 
  • Jak długo? To też sprawa umowna: zia Laura twierdzi, że 20 min. Gina mówi, że pampepato piecze się do zrumienienia.
* Pampepato to nazwa używana w Sabinie, choć sabiński pampepato to nic innego jak panpepato znany z Toskanii i południowej Umbrii.
** Z pampepato skoligacano są pierniki, m.in. Elisenlebkuchen i Rhumschnitte.


gdy Wojownik z Capestrano szedł na wojnę pewnie miał w plecaku suchary.  Albo takie w dużych kartach jak pane carasau, albo Schüttelbrot, który przypomina kartki z notatnika.

Chociaż pewnie nie, bo pane carasau to chleb z Sardynii, a Schüttelbrot pieczony jest Górnej Adydze. A może suchary wojownika z Abruzji miały kształt małych obwarzanków, czyli taralli (l. poj. tarallo), które - zdaniem Dizionario delle Cucine Regionali Italiane - jadają całe Włochy centralne i południowe? U nas, na wsi w Sabinie, taralli to nie suchary, a prawie kruche ciasteczka, robione z mąki i czerwonego wina, przyprawiane anyżkiem lub skórką pomarańczową, co czyni nas kulinarnymi kuzynami Sycylii, która też piecze słodkie taralli.


Taralli wytrawne, czyli suchary z Południa, można kupić wszędzie, nawet w niewielkim supermarkecie w Poggio Nativo. Ale tym produkowanym przemysłowo daleko smakowo do tych najlepszych, kupionych w piekarni w Canosa di Puglia.


Jak poinformowano mnie w kolejce, chleb Canosa ma dobry, choć lepszy jest ten z Altamura, ale taralli z Canosy to ho, ho...nikt im nie dorówna. Dlaczego? Nie wiem. Usłyszałam co prawda argumenty o jakości mąki, wody, piecu opalanym drewnem, duchu i wyczuciu, ale żaden nie był wystarczająco przekonywujący. Faktem natomiast jest, że taralli z małej piekarni w Canosie były bardzo smaczne. Smakowały te pikatne i te przyprawione nasionami dzikiego fenkułu, który porasta rowy. Moje ulubione to taralli z cebulą, JC wolał taralli robione z palonej pszenicy, która ostatnimi laty wróciła do łask koneserów.

Taralli lub trallucci, bo i taka nazwa jest znana, robi się  z resztek ciasta chlebowego. W zależności od regionu kółka, ewentualnie warkoczyki (Benevento), wkłada się natychmiast do pieca lub obgotowywuje. Te ostatnie są więc kuzynem polskich obwarzanków i żydowskich bajgli. Tarallucci lessi z Teramano, zagniate z ciasta z dodatkiem oliwy, cukru i anyżu, mogłyby być w plecaku Wojownika z Capestrano, gdyby Teramano leżało gdzieś w pobliżu Teramo. A Google nie wie, gdzie leży Teramano.....


fenkuł włoski odmiany dzikiej, finocchio selvatico, foeniculum vulgare, zioło bez którego nie ma się prawa udać spaghetti con le sarde (zdaniem Giorgio Locatelli) i apulijskie taralli z Canosy,  lubi towarzystwo, a że przy okazji rośnie wysoko, więc stoi przy drodze las fekułowy, w dodatku udekorowany jaskrawożółtymi kwiatami. Gdybym w kwietniu miała ze sobą piłę albo chociaż siekierkę.....to mogłabym napisać apulijską Rozmowę przy wycinaniu lasu.

BTW: o taralli wkrótce...
nie przesilenie wiosenne, a le primavere na karku, powiedziałaby mi Ginestra. Nie tylko mnie. Przeżytymi wiosnami mierzy się we Włoszech doświadczenie życiowe.


Jednak ileśtam wiosen nie nauczyło mnie jeszcze, że koty i kwiaty to dodatkowa praca. Kropka jadła sałatkę ze świeżych frezji na obiad. A mnie, jako podkuchennej, pozostało wycieranie zalanej podłogi, zbieranie łodyg i potłuczonego weka.
Gianmaria Testa, dotychczas znany mi jedynie z dysków, dał taki koncert, że Monachium muzyczne prawie dziury w parkiecie porobiło, tupiąc o bisy. Tak jak Paolo Conte, Gianmaria Testa czuje się scenie jak u siebie, ale w przeciwieństwie do Conte, który na szowbiznesie zęby zjadł,Testa jest świeższy, mniej zawodowy i przez to spotaniczniejszy.  No i śpiewa piosenki sprzeciwu i bliżej mu rocka niż jazzu, z którym kojarzony jest Conte.


Tak Gianmaria Testa jak i Paolo Conte to grupa muzyków nazywanych we Włoszech cantautore, akronim canzone d'autore (=piosenka autorska). I choć śpiewanie własnych piosenek jest stare jak średniowiecze, to samo określenie cantautore pochodzi z XX wieku. Zostało zostało ukute przez Ennio Melisa i Vicenzo Micocciego na potrzeby promocji. A promowano Gianni Meccię, który w ten sposób,  w roku 1959 przeszedł do historii muzyki włoskiej jako pierwszy oficjalny cantautore. I choć to Melis i Micocci ukuli powiedzenie, to zasługę wprowadzenia pojęcia piosenki autorskiej muszą się podzielić z turyńskią grupą Cantacronache, która w 1957 zaczęła łączyć muzykę popularną z zaangażowaniem społecznym.


Tak Ennio Melis jak i Vicenzo Micocci związani byli z RCA Italia, włoską filią amerykańskiej firmy fonograficznej. która podjęła decyzję o ekspansji na rynek włoski z namowy papieża Piusa XII, który w już 1943 roku na prywatnej audiencji przekonał prezesa RCA - Franka M. Folsoma, do otwarcia wytwórni na przedmieściach Rzymu. Ostatecznie RCA weszła do Włoch razem z Planem Marshalla, a pierwsza siedziba RCA Italia, współfinansowana nie tylko z zasobów własnych firmy, ale również przez l'Istituto per le Opere di Religione (IOR), czyli bank watykański, była w okolicach Villi Borghese.

Początkowo ton poczytaniom RCA Italia nadawał amerykański zarząd, ale gdy  europejskie centrum dystrybucyjne okazało się nieopłacalne i RCA postanowiła wycofać się z Włoch, Watykan przejął sprawę we własne ręce: Pius XII mianował nowego dyrektora - wspomnianego już wcześniej Ennio Melisa, laickiego sekretarza watykańskiego, który z kolei zatrudnił Vicenzo Miccociego jako dyrektora artystycznego.

RCA Italia przenosi się wtedy do nowej siedziby przy km 12. Via Tiburtina, dyrekcja zmienia profił wytwórni, a Miccoci zatrudnia nowych utalentowanych muzyków z konserwatorium Santa Cecilia, m.in. Ennio Morricone, zaczynając tym samym złoty wiek włoskiej fonografii: Domenico Modugno i Rita Pavone, Gianni Morandi i Armando Travajoli, Piero Umiliani i Nilla Pizzi , Paolo Conte i Lucio Dalla, to odkrycia muzyczne RCA Italia.


Jak słychać z podlikowanych utworów, określenie cantautore jest pojęciem pojemnym, gdyż cantautore może być i wykonawca poezji śpiewanej (tu kłania się wspomniany wcześniej Paolo Conte), i twórca piosenki zaangażowanej, czyli Fabrizio De André lub Gianmaria Testa.

===
Miałam cichą nadzieję, że na koncercie w Monachium usłyszę ulubioną Pajęczynę (Tela di ragno z Da questa parte di mare), piosenkę żebraka:
sono  la coda nel posto sbagliato
gatto nero sull'intinerario
coincidenza perduta
partita da un altro binario
sono la mano sudata che stringe
sono zucchero al posto del sale
sono l'amante tenuta segreta
che chiama a natale

sono corrente che manca l'inverno
sono ruota finita in un fosso
sono quello che tende la mano
al semaforo rosso

nie umiem tłumaczyć, a szczególnie nie umiem tłumaczyć poezji: jestem kolejką do złego okienka/czarnym kotem na początku podróży/ przesiadką która odjechała z innego peronu/jestem wilgotnym uściskiem dłoni/ cukrem w solniczce/ tajemniczym kochankiem
dzwoniącym w boże narodzenie/ jestem jak brak prądu w zimie/ kołem zarytym w rowie/ jestem tym, który wystawia do ciebie dłoń na czerwonym świetle) 
Pajęczyny jednak nie usłyszałam. Nie pasowała do koncepcji Robót w Toku (Men at Work), nowego dysku Gianmaria Testy. Ale podobno mogłam o Pajęczynę poprosić na bis. Tak powiedział mi cantautore, podpisując dysk.

Muzykę Gianmaria Testy promuje nie włoska, a francuska firma fonograficzna: Harmonia Mundi. Numero Uno - związany z najważniejszą włoską firmą fonograficzną -Dischi Ricordi - i Karim, pierwszy wydawca muzyki Fabrizio di André, nie istnieją od lat, podobnie jak Spaghetti RecordsL'Amico i ARC. RCA należy teraz do BMG, a Paolo Conte nagrywa dla Emarcy (Universal). Obawiam się też, że w muzyce włoskiej nie mamy już ani złotego, ani srebrnego wieku, a raczej wiek żelaza,bowiem najciekawszym obecnie nurtem wydaje się być mafia rap, posługujący się dialektami miast Południa (głównie Apulii). Sama muzyka jest z kolei przekazem bezsilności i beznadziejności. Czyli jest trochę tak jakby ci, o których upominali się śpiewający piosenki protestu, zaczęli sami o sobie śpiewać.
Ze sterty książek zdjęłam Made in Sicily. Już wiem,  że na Sycylii będzie ciężko. Giorgio uświadomił mi, że ulubione wierzenia i prawdy oczywiste pójdą w czerwcu do przenicowania. Na przykład wiara w mieszanie makaronu z sosem. Giorgio twierdzi, że to przyzwyczajenie Tych z Północy. Na Sycylii podaje się makaron polany sosem. Wyjątkiem jest przyjaciel Giorgio - Vittorio, który makaron gotuje w sosie, ale Vittorio to osobny rozdział kulinarny, zwłaszcza że pochodzi z Turynu lub okolic.

Albo caponata. Polubiłam ją, gdy Giorgio w innej książce powiedział mi, że powinnam warzywa usmażyć, każde z osobna, na oliwie, a nie dusić je pod pokrywką. Teraz Giorgio dodaje, że caponat,  jest tyle ilu mieszkańców ma Sycylia. Jedynym znakiem szczególnym caponaty pozostaje jej słodko-kwaśny smak, a wszystko inne to sprawa wyobraźni, historii rodzinnej, pory roku i rozmiaru buta. I tak jest caponata z bakłażanem, i bez. Z cukinią, i bez. Z rodzynkami, orzeszkami pinii, oliwkami, kaparami, ze świeżymi pomidorami, pomidorami suszonymi, ze strattu, cebulą lub szczypiorkiem, jajkiem na twardo, karczochami, miętą, bazylią, czekoladą.


W Made in Sicily, Giorgio podaje przepis na cztery caponaty: letnią, zimową, bożonarodzeniową i karczochową. Wszystkie przepisy przywiózł z Sycylii. Czym się różnią? Prawie wszystkim. Letnia jest z bakłażanem, czarnymi oliwkami, orzeszkami piniowymi, kawałkami chleba, selerem naciowym, fenkułem, pomidorami, bazylią, cukinią, rodzynkami i przecierem pomidorowym. Zimowa potrzebuje karczochów, marchewek, selera, cebulki dymki, zielonych oliwek, 6 cebul, soku z cytryny, jajek na twardo i solonych kaparów. Zaś bożonarodzeniowa wymaga migdałów, zielonych oliwek, dużo selera, rodzynek i owoców granatu.

Już wiem, że oprócz ileśtam tysięcy caponat, będę w czerwcu próbowała chrupiące placki z mąki cieciorkowej lub z bobu (panelle di ceci, panelle di fave). Arancini z ryżu to obowiązek, ale ja jeszcze chciałabym poznać flaki w bułce, frittatę w bułce, foccaccię z kiełbasą i czarnymi oliwkami (tylko na Sycylii to nie  foccaccia a scacciata). No i koniecznie chciałabym zjeść chiocciole a picchi pacchi, czyli babbaluci a picchipacchi. Pierwszą nazwę potrawy podaje Giorgio, drugą Matthew Fort, a ja już wiem, że mózg mi się na tej Sycylii przegrzeje. Tak więc, na wszelki wypadek przegrzania sprzętu, staram się zapamiętać, że chiocciole i babbaluci to ślimaki. A picchi pacchi tudzież picchipacchi, to pikantny sos pomidorowy. Tylko może czerwiec to ciut za późno na babbaluci? I w zamian dostanę  sciusceddu, melanzane a beccafico, frittedde, lub rybę, która uciekła (scapesce), albo piperaddri'chini?*

A zanim dojadę na Sycylię, już dzisiaj polecam Made in Sicily, Giorgio Locatelli  (fot. Lisa Lindner, wyd. Fourth Estate, London), wydaną również po niemiecku jako Sizilien. Das Kochbuch i daję znać, że lista polecanych (lub jedynie omawianych) książek pojawi się wkrótce między włoskimi linkami a prawami autorskimi tuż pod tyłułem bloga.


=====
*sciusceddu: pulpety w sosie pomidorowym
melanzane a beccafico: roladki z bakłażana,
frittedde: smażona zielona fasolka, bób, zielony groszek i karczochy
piperaddri'chini: nadziewane bułką tartą i sardelami czerwone papryki
Ze Stefanią były jedynie due chiacchiere. Ja wjeżdżałam do Ginestry. ona wyjeżdżała z nowym narzeczonym. Więc tylko szybkie zdzwonimy się jeszcze. Buziaczki.  Nawet twarzy narzeczonego nie zauważyłam.

O Enzo, narzeczonym, którego twarzy nie zauważyłam, opowiedziała mi Annamaria przy szybkiej kawce. A więc Enzo jest z Neapolu, chce przeprowadzić się z mamą do Ginestry, ale nie do mieszkania Ste', tylko chce coś wynająć. I tak w sobotnie popołudnie, przy espresso,  ucięłyśmy sobie quattro chiacchiere.




Enzo poznałam tydzień później. Stefania zaprosiła nas na due spaghetti. Czyli spaghetti con aglio, olio e peperoncino o północy. Gotował Enzo. I wtedy Enzo ofiarował się, że będzie naszym Cicerone po Neapolu. A my od razu się zgodziliśmy, gdyż zawsze chcieliśmy zobaczyć Neapol okiem Neapolitańczyka, którego ojciec pracował w barze przy Piazza Dante.

Zapytałam Eli czy due spaghetti to zawsze musi być spaghetti. Spaghetti nie jest obowiązkowe, ale pasta tak. Porządny Włoch nie zrobi due spaghetti z bruschettą lub podgrzaną minestrone.



Nie mogę się ogarnąć. I jak tak dalej pójdzie, to nie dotrzymam terminu, zdjęcia nie pójdą do druku, obrazów poczta nie dostarczy na czas, czyli grozi mi dojście do ściany, dalej już tylko przepaść i zgrzytanie zębów, a więc vado a carte di quarantotto.  Jest to określenie nadzwyczaj trafne, gdyż zastąpiło wcześniejsze pójście do diabła (mandare/andare a diabolo). w roku 1799 diabłem okazali się być sąsiedzi, wyrównujący porachunki składając donosy do Kardynała Ruffo, który, po powrocie Burbonów do Neapolu, przeprowadzał egzekucje zwolenników republiki. Egzekucji było setki, ale 48. osób, podobno przypadkowych, nie udało się pojmać. I właśnienazwiska tych 48. osób pojawiły się na liście gończym, vanno (od andare) a carte di quarantotto.

Quarantotto, czyli wiosna ludów we Włoszech, Bawarii i Belgii

Nie mogę się ogarnąć. Porozkładane na stołach książki, sterta wycinków z gazet na podłodze, swetry na krześle, koszule i bluzki do prasowania, dywan do wytrzepania, kwiaty do wazonu, wazon do umycia, jedna doniczka z kiełkującą cebulą, druga z ziemniakiem puszczającym pędy, pudełka z filmami i pudełka po książkach. To objawy przesilenia wiosennego :), zwane przez grzecznych chaosem, a przez niegrzecznych burdelem na kółkach, czyli mówiąc po włosku (essere) un quarantotto (czterdzieści osiem).

Mamy dzisiaj 19. marca, a więc wczoraj rozpoczęły się rozruchy w Mediolanie: miejscowi rzucali kamieniami w Austriaków, Austriacy strzelali, w końcu nie wiadomo było kto za kim, kto do kogo, kto z kim walczy, i o co. A że było to w roku 1848 stąd też i wernakularne określenie: essere un quarantotto. Być czterdzieści osiem. Wiosna Ludów. Mediolańskie przesilenie wiosenne.

======
I jeszcze: etymologię andare a carte di quarantotto podaję za L'Accademia della Crusca (tu link do strony). Większość znalezionych w sieci źródeł przyjmuje, że wszystkie związki frazeologiczne z quarantotto pochodzą od roku mediolańskiej Wiosny Ludów.
Przyszło wyzwolenie i wolno było mówić co się chciało. Przynajmniej na ulicy. W mediach miało być czysto i przyzwoicie. Pilnowali tego cenzorzy, kodeks karny Rocco i Norme di autodisciplina per le trasmissioni televisive (Zasady samodyscypliny dla transmisjii telewizyjnych).

Zwłaszcza te ostatnie, napisane przez przez Filiberta Gualę, dyrektora Rai (tak w j. włoskim pisze się akronimy. Nie RAI a właśnie Rai), nie tylko narzucały antykomunistyczne nastawienie mediów, ale też pilnowały czystości języka. O ile w filmie nie można było kląć (kodeks Rocco), tak  telewizja milczała o utracie dziewictwa w alkowie (niecenzuralne słowa: virginita i alcova), zaś uda (la coscia) wspominano jedynie gdy należały do drobiu. Wulgarny rozwód zastąpiono scoglimento del vincolo coniugale (rozkład pożycia), a przy okazji oberwały słowa, które będąc niewinnymi znaczeniowo, z niewyjaśnionych powodów zawierały wyuzdane sylaby: i tak cazzotto, czyli klaps lub uderzenie, oberwało za cazzo, nieprzyzwoitego członka, a wspaniała skądinąd magnifica okazała się mniej dostojna z powodu fici, czyli pochwy. Cornea jako kojarząca się z cornuto, i słusznie z resztą, gdyż rogówka ma wiele wspólnego rogaczem, aż prosiła się o ingerencję cenzury, a właściwie samodyscypliny moralnej :)

Dworzec Centralny, Ausonia, Rzym i Passo Corese
I choć cenzura obyczajowa w latach 50. i 60. była raczej regułą niż ewenementem, to jednak w przypadku Normi di autodisciplina mamy bardzo włoskie postscriptum do opowieści: otóż jest raczej pewne, że Norme powstały z inicjatywy Watykanu. Pius XII krytykował konsumpcyjnie nastawione społeczeństwo, niszczenie zdrowej tkanki wiejskich społeczności przez nowe media, zaś Gualę na stanowisko dyrektora Rai polecała i Akcja Katolicka, i Chrześcijańska Demokracja, których powiązania z Watykanem są dobrze udokumentowane. Wydaje się więc oczywiste, że nawet jeśli nie sam Pius XII, to fine Italian hand z Watykanu dopisywała uwagi do powstających dyrektyw. Te były tajne, ale niezbyt długo. Dokument dostał się w ręce powiązanego z partią komunistyczną Arturo Gismondiego, który dołączył go do książek La televisione italiana (1958, Editori Riuniti, Rzym) i Il mondo con le antenne (1964, Editori Riuniti, Rzym). Kto dostarczył dokument Gismondiemu? Ta lista podejrzanych jest długa: niezadowoleni z przenosin siedziby stacji z Turynu do Rzymu, niechętni wpływom watykańskim, pominięci w lukratywnych kupnach i sprzedażach gruntów należących do Rai, wreszcie zwolennicy komunistów.

Ale to nie komunistyczna publikacja zaszkodziła Guali. Guala pośliznął się wcześniej. I pośliznął na majtkach: jak wieść gminna głosi, papież lubił oglądać telewizję ze swoimi chrześniakami. I pewnego wieczora Rai pokazywała jakąś rewię czy inny balet, w których tancerki wymachiwały nogami odzianymi w cieliste pończochy. A że w tamtych czasach telewizja była czarno-biała, a obraz niezbyt wyraźny, więc wyglądało jakby tancerki miałe gołe nogi i tańczyły bez majtek. Oburzony papież wyłączył telewizor. I tak przez czyste myśli papieża i święte oburzenie,  dyrektor Guala stracił protektora, a tym samym pracę.

Cenzurę obyczajową wprowadzano po kryjomu.  Niektóre jej zapisy wydają się idiotyczne i na wyrost. Ale teraz, gdy wiemy jak potoczyły się losy jej autora, dziwnym się wydaje jedynie, że w telewizji w ogóle można było mówić. W roku 1960, z cztery lata po ukończeniu projektu, dyrektor Filiberto Guala wstąpił do zakonu Trapistów. A więc przyjął śluby czystości i milczenia:) Czyżby Norme di autodisciplina per le trasmissioni televisive były wyrazem potrzeb samego pana dyrektora?


==
napisane na podstawie A History of Contemporary Italy 1943.1980 (Paul Ginsborg), La Bella Lingua: My Love Affair with Italian, the World's Most Enchanting Language (Diane Hales) oraz La Nascita della Televisione in Italia (Enrico Menduni, Università Roma Tre)
Drogi czytelniku, kursów włoskiego nie będzie. Raz, że nie zamierzam nadrabiać braków w wiedzy o gramatyce, a dwa, że po co, skoro formułką parla inglese/tedesco/polacco obskoczysz sytuacje kryzysowe, i przy okazji kupę pilnych? 

zdjęcia: jedzie mi tu czołg ECESpanish, Gennaro Contaldo Uyen Luu, Silvio zadzwoni autor Andreas Solaro dla Getty Images, dwa pozostałe -  Carlo Valentini
Oczywiście, są jeszcze rozmówki. Można się nauczyć na pamięć pytania: ile czasu zajmie naprawa, skoro tygodnia potrzeba by rozwikłać odpowiedź mi ci e voluta un'ora per finirlo/la? A w sytuacjach stresowych i tak mózg się zawiesza. Adres? Nie pamiętam. Kod pocztowy? zero trzy albo zero dwa.....O tym, że  nadmierna prędkość wyrzuciła na zakręcie samochód 'znaprzeciwka'  i dlatego zostawiłam całą prawą stronę wypożyczonego auta na balustradzie, opowiadałam warcząc i rysując szkic drogi, gdyż zapominam, że velocita, że strada, że alta, że visibilita inferiore, że la macchina. Na szczęście stress nie wpłynął na umiejętność gestykulowania i po kilku minutach rozmawiało się nam płynnie: stało się, nie ma sprawy, ubezpieczalnia do mnie zadzwoni, a może i nie, jutro, pojutrze, kiedyś. Ostatecznie wszystko mi jedno, nie moja broszka. Ze swojej strony będę trzymał rękę na pulsie, gdyby do mnie zadzwoniono. Dziękuję serdecznie, spadam, jakby co, to jeszcze się zobaczymy, ostatecznie ty w Ginestrze, ja w Poggio Moiano, więc może kiedyś razem na kawę....Tak sobie z carabiniere o gadaliśmy i ale pewniej bym mówiła, gdybym dłonie miała prosto od manikiurzystki a nie od puszki z farbą w kolorze niebieskim ;)

Jak penne - pene, la fica - il fico, tak gesty mają swoje językowe dwuznaczności: rozumnego w wariata zmienisz stukając się palcem w skroń, a lakier od szanela nie pomoże, gdy pukając w niemalowane, skierujesz pięść z wyprostowanym wskazującym i małym palcem w górę, a nie w dół. Bo o ile ten drugi gest jest odpukiwaniem na szczęście, to ten pierwszy - niezależnie od regionu -  oznacza cornuto (koleś, zostałeś rogaczem!)....

Warto też pamiętać, że nasz znak 'jedzie mi tu czołg' po włosku znaczy 'widzę, obserwuję, mam na ciebie oko', a niedowiarę zaznaczasz przystawiając dłoń do brzucha, tak jakbyś zaznaczała długość opowieści z brodą, albo....i tu odsyłam do podręcznego słownika języka włoskiego. A tych jest wiele:



 

Na przyszły piątek proszę przygotować krótką prezentację o problemach komunikacyjnych Rzymu. Dodatkowe punkty za płynność wypowiedzi, odpowiednią mimikę i ładny lakier do paznokci :)
Mówimy autista, calcio, tramezzino, nie wiedząc nawet, że do języka włoskiego wprowadził je Mussolini, który ustami Paolo Monettiego wypowiedział wojnę chwastom gwarowym, la malerba dialettale.



Zgodnie z kodeksem karnym z 1930 roku* przekleństwa (i bluźnierstwa) w miejscach publicznych stały się przestępstwem, a za używanie a słów obcego pochodzenia na szyldach lub w druku płacono kary pieniężne. Stąd autista zamiast szofera, tramezzino a nie sandwich na talerzu i cavolo zamiast cullo lub cazzo. Gabrielle d'Annunzio ukuł wtedy czasownik fregarsene (potrzeć się). Me ne frego, mnie to zwisa (lub wulgarniej, jebię to), mówiono. A plakaty nawołujące do przywrócenia dziewictwa językowi krzyczały Italiani, boicottate le parole straniere! (Włosi, bojkotujcie słowa obcego pochodzenia!), zapominając, że słowo bojkot pochodzi od nazwiska capitana Boycott'a, osoby jak najbardziej obcego pochodzenia.

========
* Codice Rocco (od nazwiska jego twórcy, ministra sprawiedliwości w rządzie Mussoliniego). Codice Rocco zastąpił wcześniejszy Codice Albertano i Codice Zanardelli; miał wpływ na cenzurę w telewizji, ale o tym w następnym odcinku.


nie raz, nie dwa i nie czternaście, pisałam, że gramatyka włoska jest łatwa tylko dla osób, których ambicje zatrzymały się na poziomie czytania menu, bo gdy podniesie się głowę znad spisu potraw. wtedy staje się oczywiste, że jest trudniej niż by się chciało. Schody są strome i zaczynają od pierwszego dnia nauki. Najpierw trzeba wkuć sono-sei-e-siamo-siete-sono (czyli jestem-jesteś-jest-jesteśmy-jesteście-są), postawić przymiotnik w odpowiednim miejscu i zastanowić się nad płcią, a więc czy coś jest chłopcem czy dziewczynką. Zaglądanie rzeczownikowi pod ogon by sprawdzić, jak kotka, czy jest la czy il, ewentualnie lo, wydaje się proste. Ale to tylko pozory. Tak jak w przypadku kotka, który miał być Przecinkiem a okazał się być Kropką, decyzja prosta nie jest:

Weźmy, na przykład, czarny golf. Powiesz Sergio, że pasuje ci jego la dolce vita i dajesz jednoznacznie do zrozumienia, że chcesz się wkolegować w jego słodkie życie, gdyż la w la dolce vita odnosi się do vita. Powiesz, ale ma ładny il dolce vita i Sergio wie, że chodzi ci o sweter, il maglione, rzeczownik rodzaju męskiego.

Albo weźmy taką motoryzację. Włoski samochód jest kobietą. A więc la macchina. I tak Anna jeździ la skoda, JC - la bmw, Roberto - la mercedes, Andrea - la fiat, a Massimo la volkswagen.  Luigi ma l'alfa romeo , Luca l'audi. I nie lo audi, a la audi. Bowiem prawdą oczywistą jest la (macchina) audi, czyli ta audi a nie to audi.


Natomiast ja, po wygranej w totolotka, będę szalała na la ducati albo il ducati, bo ducati może być la moto czyli la motocicletta lub il motociclo. A to czy będzie la ducati czy il ducati zależeć będzie i od wygranej sumy i od zdanego egzaminu na motocykl. No chyba, że egzaminatora można będzie zachwycić wiedzą o Fellinim i modzie. Ale podejrzewam, że się z tym prawem jazdy będzie problem, czyli problema. Ale nie la problema (jakby na to wskazywało a na końcu rzeczownika) a il problema. Problemy we włoskim są bowiem rodzaju męskiego. Ciekawa jestem co na to specjaliści od zagrożenia genderem? Czy język włoski jest już genderem zainfekowany?
Choć w Angiolinie byliśmy w październiku, na zamknięcie sezonu, to nie zamierzałam o tym pisać, bo ile można o makaronie z flądrą, risotto z krewetkami, sercówkach w sosie paprykowo-migdałowym i zapiekance z sardeli? Zwłaszcza, że temat nienośny: obsługa dobra, jedzenie smaczne, rachunek nie bolał. Czyli tak jak zawsze....

Z przyjemnego letargu poobiedniego wybudziła mnie w Angiolinie ulotka leżąca obok przewodników i broszur: jak zachować się w przypadku trzęsienia dna morskiego - maremotto. Nie pomyślałam wcześniej o tym, a przecież powinnam - trzęsienie ziemi od strony lądu i wzgórza nad Marina di Pisciotta sypią się na głowę. Trzęsie pod morzem i fale nie muszą wdzierać się w głąb lądu: Marina di Pisciotta jest szerokości wąskiej plaży, wciśnięta między wodę a skałę, wystarczy niewielkie tsunami i robimy za okręty podwodne z namiarem na Gibraltar.


I choć na następny obiad w Angiolinie najchętniej założyłabym skafander płetfonurka a zamiast perfum do torebki schowałabym butlę z tlenem, to do Mariny di Pisciotta wrócimy. Pojedziemy, bo bardziej niż tsunami boję się, że nie spróbuję ich zuppa alla marinara, czyli zupę z owoców morza, przyprawianą nasionami dzikiego fenkułu.

Napisałam 'zupa rybna' choć zuppa w zuppa di pesce nie znaczy zupy, a raczej rozmoczone w zupie kromki chleba. Trochę to trudno się tłumaczy, bo są minestry, czyli zupy warzywne i są zupy typu pancotto, acquacotta czy też znana ribollita, zuppa w czystej postaci, gdyż podawane z dużymi kawałami chleba. No i jest jeszcze brodo, które - jak rosół w Polsce - jest osobną kategorią, nie pasującą ani do zuppy ani do minestry, chyba, że brodo wleje się na zrumienione kawałki chleba i wtedy ma się pancotto, czyli zuppę.

Święta w Ginestrze obchodziliśmy nad zuppą di pesce, właśnie z dodatkiem nasion fenkułu. Kilogram drobnicy rybnej na długo gotowany w kamionkowym garnku wywar, sercówki, kalmary, kałamarnice mątwy, krewetki, panocchie no i, oczywiście, rombo.

Dużo tego do wywaru wrzuciłam i łyżki nie były potrzebne: zuppę jedliśmy palcami, od czasu do czasu sięgając po widelec. Ubrudzeni po łokcie (wtedy jeszcze nie wiedziałam jak przygotować panocchie do konsumpcji, więc oskubywaliśmy umazane w sosie pomidorowym twarte i kłujące pancerzyki próbując dostać się do mięsa), mazaliśmy kieliszki do wina brudnymi paluchami, ale z przyjemnością wznosiliśmy toast za piąte święta w Ginestrze. I choć zamówione wcześniej montevetrano i aglianico del vulture nie dotarły na czas, to montepulciano d'abruzzo od Dino Illuminanti i Masciarelli złe nie były :) I w przeciwieństwie do pierwszego świątecznego obiadu w casa di giuseppe, tym razem siedzieliśmy w ciepłej kuchni, idąc do łazienki nie musieliśmy zakładać kurtek zimowych i nie szukaliśmy szmat by wysuszyć podłogę zalaną deszczem lejącym się przez nieszczelne okna.


Na zuppa di pesce nadaje się prawie wszystko z wyjątkiem najdelikatniejszych ryb, gdyż ich smak ginie w pomidorach, a mięso rozpada. Stąd w mojej zupie znalazło się rombo, nagład, z rodziny flądrowatych, ryba o zdecydowanej konsystencji i smaku. Do zuppa di pesce trafiły teżi panocchie, czyli rawki wieszczki - squilla mantis, zwane też cannocchie, cicale di mare, sparnocchie oraz cambere di fangu, którym na ogonkach ewolucja namalowała wielkie czarne oczy, by straszyły chętnych na delikatne, prawie słodkie mięso. Już wiem, że następnym razem muszę poobcinać ostre końcówki pancerzyków panocchie, dodać mule i przed wysłaniem zamówienia sprawdzić, czy nie przestawiłam cyferek w kodzie pocztowym. Ale o problemach z winem opowiem przy innej okazji :)
 
wcześniejszy przepis na zuppa di pesce

Wyznanie: gdyby nie zdjęcia panocchie na emaliowanym talerzu (wyprodukowanym przez Bassano), notki by nie było.
czytałam w książce o włoskich sztukach wizualnych że włoski neorealizm tak w fotografii jak i w kinematografii nie miał większego wpływu na intelektualne życie przeciętnego Włocha.

Nie polemizuję z tym twierdzeniem. Ttrudno postawić znak równości między wisją świata neorealistów czy Passoliniego i niepiśmiennej sąsiadki, dla której klepsydra przyklejona do ściany jest nieczytelna, a wiedzę o świecie czerpie z barowych plotek i telewizji Berlusconiego, gdyż programy publicystyczne są dla niej za trudne.
Nie sądzę też by w salce kinowej Poggio Moiano, do której w dzieciństwie chodziła Annamaria gdy dostała od proboszcza bilet w nagrodę za przyswojenie sobie tematu z katechezy, wyświetlano Decameron Passoliniego. Lub filmy Felliniego. A jednak Fellini jest we w wiosce znany, zwłaszcza tej zimy, gdyż czarny golf wrócił do łask. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że na sweter z golfem mówi się, nawet w Ginestrze, dolcevita, od tytułu filmy Felliniego. La Dolce Vita Felliniego i il dolcevita noszona w La Dolce Vita przez Mastroianniego.
Zima, proszę Państwa, zima. W nocy przymrozki, w dzień szaro i ponuro. Szale, kapy, narzuty, rękawiczki wełniane, skórzane, pobijane barankiem lub polarem, kurtka pikowana z oskubaną gęsią w środku przygotowane. Kożuch wytrzepany. I książki kucharskie odkurzone. Zaczyna się wyszukiwanie przepisów, które są kulinarnym odpowiednikiem szufelki soli na oblodzonym chodniku, oponą zimową na zasypanej śniegiem drodze przez wieś, walnięciem sety grappy do filiżanki espresso, a więc pora na tzw. comfort food, a przede wszystkim pora na polentę.

I o ile kawy z grappą, napoju mocno rozgrzewającego, specjalnie reklamować nie trzeba, to polenta jest bardziej kontrowersyjna. Sama w sobie, choć radośnie żółta, jest żałośnie bezbarwna smakowo. Nuda, proszę Państwa, nuda. Chyba że do polenty doda się łyżkę masła, garść parmezanu, kawałek gorgonzoli. Lub gdy poleje się ją aromatycznym sosem pomidorowym i ułoży wokół kawałki pikantnej salsiccii. Albo poda z królikiem w sosie winnym.  I wtedy polenta, jak nudna mała czarna skomponowana z glanami od Prady, nabiera zupełnie innego wyrazu.


Do polenty, drodzy Państwo, trzeba dorosnąć. Czyli zrozumieć, że polenta pronta jest w porządku, ale lepsza jest taka gotowana długo i cierpliwie. Czyli przyjąć do wiadomości, że polenta to slow- a nie fastfood. i że polenta to potrawa stadna: nie ma dzielenia między talerze. Je się własną, co prawda, łyżką, ale ze wspólnej michy, a konkretnie z deski lub kamiennej płyty ustawionej na środku stołu, wokół którego siedzi cała wioska.

W końcu, proszę Państwa, warto zacząć polentową turystykę, bo rodzajów polenty jest wiele. Mamy więc:
  • polentę di farro (z płaskurki lub orkiszu), znaną w centralnych Włoszech,
  • appenińską polentę di patate (opowiednik kartoflanej prażuchy), zwaną też polenta mata
  • polentę carbonara. Ta z Trydentu to  mieszanka kukurydzy, serów, masła, gotowanej fasoli lub kasztanów, podawana z kiełbasą lucanina trentina. Do polenty carbonara z okolic Werony dodaje się sery ostre i łagodne, a przyprawia miejscową oliwą
  • Jest polenta di zucca, którą gotuje Friuli z dyni i grubomielonej kukurydzy
  • Jest polenta concia, z północnych Włoch, z dodatkiem miejscowych serów i masła,
  • odmiana polenty concia to polenta con montasio, na mleku, z cynamonem i cukrem (Friuli, Wenecja Julijska)
  • polenta e ciccioli, czyli polenta ze skwarkami
  • polenta incatenata, gotowana w rosole z dodatkiem czarnej kapusty i kartofli (Toskania)
No i jest czarna polenta: polenta nera, polenta mugna, polenta taragna, z dodatkiem (lub z samej) gryki. I jest to, proszę Państwa, jedynie kilka wybranych haseł z 59 podanych w słowniku kulinariów włoskich*.

Do polenty jedni dodają sery, inni szpaki (polenta e osei z Brescii), a jeszcze inni polewają ją zawiesistym sosem pomidorowym, w którym ugotowano żeberka i kiełbaski (to z mojej okolicy w Lacjum), a jeszcze inni robią polentę concię z gorgonzolą. Tę ostatnią bardzo lubimy, zwłaszcza z dodatkiem skarmelizowanych na miodzie gruszek, przyprawionych grubo zmielonym pieprzem i rozmarynem.

Do prawie ugotowanej polenty (przepis poniżej) dodać łyżkę masła i pokruszoną gorgonzolę, dolce lub piccante. Osobno przygotować gruszki: obrane i pokrojone w ćwiartki lub ósemki gruszki podsmażyć na patelni z dodatkiem aromatycznego miodu i igiełek rozmarynu, a pod koniec smażenia dosypać grubo zmielonego czarnego pieprzu. Gruszki położyć na polencie, dodatkowo posypać pokruszoną gorgonzolą (opcjonalnie) i otworzyć butelkę wina. Barbaresco i Barbera bardzo pasują, ale Vino Nobile di Montepulciano czy Montiano też nie szkodzi.

Jak ugotować polentę? Anna del Conte** sugeruje wypiekanie jej w piekarniku lub gotowanie w szybkowarze. Ja w szybkowarze polentę przypaliłam, więc podpisywać się pod tą metodą nie będę. Wypiekanie w piekarniku daje dobrą polentę, ale najlepsza jest ta z gara. Nie jest ją trudno zrobić:
zagotować wodę: 5-6 razy więcej niż polenty (a więc na szklankę polenty potrzeba 5-6 szklanek wody, od ilości wody zależy konsytencja gotowego produktu), dodać sól. Do wrzącej wody sypać polentę cienkim strumieniem, ciągle mieszając. Ja sypię przez lejek :). Gotować na małym ogniu, mieszająś przez kilka minut, aż polenta zacznie gęstnieć. Wtedy można sobie darować ciągłe mieszanie i mieszać od czasu do czasu by polenta nie przywarła do dna garnka. Istotną rzeczą jest rozmiar garnka: powinien mieć grube dno i być wysoki, bowiem polenta lubi pryskać. Annamaria powiedziała mi, że polentę robi bardzo rzadką, a więc w proporcjach 6:1, a tuż przed końcem gotowania zagęszcza ją, dosypując łyżkę lub dwie polenty instant. Polenta jest gotowa, gdy zaczyna odchodzić od brzegów garnka.

Polenta z piekarnika Anny del Conte:
wodę (5x objętość polenty) zagotować, wsypać do niej polentę (patrz powyżej), zredukować ogień, gotować przez 10 minut, ciągle mieszając, aż polenta zacznie gęstnieć, po czym przelać ją do naczynia do zapiekania, wysmarowanego masłem, przykryć folią lub posmarowanym masłem pergaminem i wstawić do nagrzanego do 190 stopni piekarnika i piec przez godzinę.


=======
I jeszcze:
nieudana próba bycia wieśniakiem, to o gotowaniu polenty z kasztanów
kobieta upadła, czyli historia polenty oraz czego można (nie)dowiedzieć się o polencie

* Dizionario delle Cucine Regionali Italiane, Slow Food Editore
** Anna del Conte: Amaretto, Apple Cake and Artichokes. The Best of Anna Del Conte

Powered by Blogger.