Showing posts with label muzyka. Show all posts
Showing posts with label muzyka. Show all posts
Wjazdu do Catanii nie pamiętam. Nie wiem jak wyglądały jej przedmieścia i nie przypominam sobie od której strony wjeżdżaliśmy. Czy od strony Etny? Czy raczej od północy? Nie pamiętam też nazwy placu na którym zakończyła się niespodziewanie próba dojechania do hotelu przy głównej ulicy.


Co pamiętam to ciemne ślepia wyglądające zza narożnika kamienicy. Należały do dużej czaszki z prawie świeżnobiałej kości, pomazanej kreskami jasnoczerwonej jeszcze krwi.  Leżała na stertach niebieskich plastikowych worków ze śmieciami. Obok walały się puszki po pomidorach i oleju, a mIędzy nimi, jak krwista kolczatka, sterczały wyrostki kolczyste krowich kręgów do których przyssały się dwa prawie rude i prawie bure koty.

Takim samym nieobecnym wzrokiem patrzyli na nas dwaj Chińczycy stojący przed usypiskiem worków z ryżem i pod girlandą jaskraworóżowych i pomarańczowych lampionów.

Via Entea, z całym jej barokowym i dziewiętnastowiecznym slendorem, ciągnęła się o 100 metrów dalej, schowana za podwórkami z przeszklonymi klatkami schodowymi, ażurowymi drzwiami wejściowymi i bramami wjazdowymi z drewna i żelaza.

Trochę jak w teatrze. Lub w operze: publiczność, dekoracje i kulisy. I od czasu aria. Lub chór.



Chór na placu Belliniego. Domagamy się otwartości w polityce. Praw dla emigrantów. Wszyscy należymy do rodzaju ludzkiego, skandowali demonstranci z czerwonymi transparentami. Otaczał ich krąg policji, przechodnie odwracali głowy. Demonstranci za plecami mieli pomnik Belliniego, a przed sobą, po drugiej stronie ulicy, ruiny teatru rzymskiego.


Kolację jedliśmy w 'U Fucularu, malutkiej osterii na via Pardo. Szło się do niej przez pomazane graffiti uliczki, obok kamienicy która mogła być squatem, ale nie była. Sama trattoria zajmowała narożny lokal. Siedząc na zewnątrz patrzyliśmy na dwa bary, które wylewały się białymi plastikowymi kanapami Starcka na wybrukowany plac. Nad głowami powiewały proporczyki i jazgotały wielkoekranowe telewizory. Transmitowano mistrzostwa świata w piłce nożnej i Catania szykowała się na oglądanie meczu.

W 'U Fucularu podano nam najlepszą impepatę di cozze, mule z czarnym pieprzem, i grillowane kalmary. Za pełną kolację dla czterech osób, butelkę dobrego czerwonego wina i dwie wody mineralnej zapłaciliśmy niecałe 90 euro.

Następnego dnia po południu na Piazza del Duomo obserwowałam sesję zdjęciową. Dziewczynka, może dziesięcioletnia, pozowała do zdjęć komunijnych. Stała pochylona, unosząc do kolan białą sukienkę. Sukienka zsuwała się z ramion, a jeden z fotografów przerzucał jej długie włosy tak, by loki spadały na niewielkie jeszcze piersi.

Zrobiłam 30 zdjęć w Catanii. Wszystkie niewyraźne, często zamazane.

W niedzielę wieczorem wybuchła Etna. Z via Etnea patrzyliśmy na słupek ognia i pomarańczowe stróżki lawy. Następnego dnia pojechaliśmy do Enny.
 
I choć moje wspomnienia kolorem nie grzeszą, to do Catanii wracamy. Żadne z miast sycylijskich nie zrobiło na nas takiego wrażenia.




W przewodniku przeczytałam, że Catania to jedno z najbardziej słonecznych miast Europy i choć jej zabudowa to szare tynki i czarne  lśniące  'azzolu pokrywające fasady kamienic, to samo miasto jest bardzo kolorowe. Przyjmuję informację do wiadomości, wrócę w maju 
przyszłego roku by sprawdzić. Catanię zdewastowaną najpierw wybuchem Etnyy a kilkanaście lat później trzesięniem ziemi, odbudowano w stylu barokowym i jako jedno z 8 barokowych miast Doliny Noto trafiła w 2002 roku na listę UNESCO.


Catania ma dwóch świętych: Agatę i Belliniego. Na cześć tej pierwszej robi się w styczniu i lutyme olivette di Sant' Agata. Oliwki św. Agaty to kulki z masy marcepanowej, barwione na zielono. Natomiast Bellini jest patronem sosu do makaronów. Sos robiony jest z bakłażanów, doprawiany pomidorami, bazylią i ricottą. I zwie się Norma. Na cześć najsławniejszej opery Belliniego.

Byłam przekonana, że do 'U Fucularu leży po tej samej stronie via Etnea co katedra św. Agaty. Pisząc o Catanii spojrzałam na mapę miasta. Via Pardo jest po drugiej stronie. Nie po prawej stronie via Etnea, a po lewej. Zdjęć też mam jakby ciut więcej. I o dziwo, niektóre pokazują i kolory i słońce.  Więc gdzieja byłam? Przespałam tę Catanię czy co? A jeśli przespałam to przypadkiem nie kwalifikuję się do opery Belliniego? Tylko nie Normy a do Lunatyczki -  La Sonnambula

========
Co zwiedzać w Catanii? Między innymi:
  • Piazza del Duomo, a więc katedrę, termy, muzeum diecezyjne
  • Kościół św. Franciszka i za łukiem San Benedetto przejść najbardziej reprezentacyjną ulicą Catanii, pełną barokowych pałaców i kościołów
  • San Nicolo l'Arena - największy kościół sycylijski, dzieło Stefano Ittar. Obok znajdują się łaźnie rzymskie, naprzeciw - klasztor bedyktyński - bodajże największy w Europie (zwiedzać można tylko z przewodnikiem),
  • Sant' Agata alla Badia
i tak dalej i tak dalej...

strona oficjalna miasta
Jedziemy na Sycylię
Vincenzo Bellini po PL, EN i IT.
inna pasta alla Norma

Gianmaria Testa, dotychczas znany mi jedynie z dysków, dał taki koncert, że Monachium muzyczne prawie dziury w parkiecie porobiło, tupiąc o bisy. Tak jak Paolo Conte, Gianmaria Testa czuje się scenie jak u siebie, ale w przeciwieństwie do Conte, który na szowbiznesie zęby zjadł,Testa jest świeższy, mniej zawodowy i przez to spotaniczniejszy.  No i śpiewa piosenki sprzeciwu i bliżej mu rocka niż jazzu, z którym kojarzony jest Conte.


Tak Gianmaria Testa jak i Paolo Conte to grupa muzyków nazywanych we Włoszech cantautore, akronim canzone d'autore (=piosenka autorska). I choć śpiewanie własnych piosenek jest stare jak średniowiecze, to samo określenie cantautore pochodzi z XX wieku. Zostało zostało ukute przez Ennio Melisa i Vicenzo Micocciego na potrzeby promocji. A promowano Gianni Meccię, który w ten sposób,  w roku 1959 przeszedł do historii muzyki włoskiej jako pierwszy oficjalny cantautore. I choć to Melis i Micocci ukuli powiedzenie, to zasługę wprowadzenia pojęcia piosenki autorskiej muszą się podzielić z turyńskią grupą Cantacronache, która w 1957 zaczęła łączyć muzykę popularną z zaangażowaniem społecznym.


Tak Ennio Melis jak i Vicenzo Micocci związani byli z RCA Italia, włoską filią amerykańskiej firmy fonograficznej. która podjęła decyzję o ekspansji na rynek włoski z namowy papieża Piusa XII, który w już 1943 roku na prywatnej audiencji przekonał prezesa RCA - Franka M. Folsoma, do otwarcia wytwórni na przedmieściach Rzymu. Ostatecznie RCA weszła do Włoch razem z Planem Marshalla, a pierwsza siedziba RCA Italia, współfinansowana nie tylko z zasobów własnych firmy, ale również przez l'Istituto per le Opere di Religione (IOR), czyli bank watykański, była w okolicach Villi Borghese.

Początkowo ton poczytaniom RCA Italia nadawał amerykański zarząd, ale gdy  europejskie centrum dystrybucyjne okazało się nieopłacalne i RCA postanowiła wycofać się z Włoch, Watykan przejął sprawę we własne ręce: Pius XII mianował nowego dyrektora - wspomnianego już wcześniej Ennio Melisa, laickiego sekretarza watykańskiego, który z kolei zatrudnił Vicenzo Miccociego jako dyrektora artystycznego.

RCA Italia przenosi się wtedy do nowej siedziby przy km 12. Via Tiburtina, dyrekcja zmienia profił wytwórni, a Miccoci zatrudnia nowych utalentowanych muzyków z konserwatorium Santa Cecilia, m.in. Ennio Morricone, zaczynając tym samym złoty wiek włoskiej fonografii: Domenico Modugno i Rita Pavone, Gianni Morandi i Armando Travajoli, Piero Umiliani i Nilla Pizzi , Paolo Conte i Lucio Dalla, to odkrycia muzyczne RCA Italia.


Jak słychać z podlikowanych utworów, określenie cantautore jest pojęciem pojemnym, gdyż cantautore może być i wykonawca poezji śpiewanej (tu kłania się wspomniany wcześniej Paolo Conte), i twórca piosenki zaangażowanej, czyli Fabrizio De André lub Gianmaria Testa.

===
Miałam cichą nadzieję, że na koncercie w Monachium usłyszę ulubioną Pajęczynę (Tela di ragno z Da questa parte di mare), piosenkę żebraka:
sono  la coda nel posto sbagliato
gatto nero sull'intinerario
coincidenza perduta
partita da un altro binario
sono la mano sudata che stringe
sono zucchero al posto del sale
sono l'amante tenuta segreta
che chiama a natale

sono corrente che manca l'inverno
sono ruota finita in un fosso
sono quello che tende la mano
al semaforo rosso

nie umiem tłumaczyć, a szczególnie nie umiem tłumaczyć poezji: jestem kolejką do złego okienka/czarnym kotem na początku podróży/ przesiadką która odjechała z innego peronu/jestem wilgotnym uściskiem dłoni/ cukrem w solniczce/ tajemniczym kochankiem
dzwoniącym w boże narodzenie/ jestem jak brak prądu w zimie/ kołem zarytym w rowie/ jestem tym, który wystawia do ciebie dłoń na czerwonym świetle) 
Pajęczyny jednak nie usłyszałam. Nie pasowała do koncepcji Robót w Toku (Men at Work), nowego dysku Gianmaria Testy. Ale podobno mogłam o Pajęczynę poprosić na bis. Tak powiedział mi cantautore, podpisując dysk.

Muzykę Gianmaria Testy promuje nie włoska, a francuska firma fonograficzna: Harmonia Mundi. Numero Uno - związany z najważniejszą włoską firmą fonograficzną -Dischi Ricordi - i Karim, pierwszy wydawca muzyki Fabrizio di André, nie istnieją od lat, podobnie jak Spaghetti Records,  L'Amico i ARC. RCA należy teraz do BMG, a Paolo Conte nagrywa dla Emarcy (Universal). Obawiam się też, że w muzyce włoskiej nie mamy już ani złotego, ani srebrnego wieku, a raczej wiek żelaza,bowiem najciekawszym obecnie nurtem wydaje się być mafia rap, posługujący się dialektami miast Południa (głównie Apulii). Sama muzyka jest z kolei przekazem bezsilności i beznadziejności. Czyli jest trochę tak jakby ci, o których upominali się śpiewający piosenki protestu, zaczęli sami o sobie śpiewać.

Radicchio z Treviso najlepiej smakuje z grilla, skropione oliwą i posypane gruboziarnistą solą. Inny specjał Treviso, Giuliano Carmignola, dobry jest z dysku, ale najlepszy na żywo, nawet wtedy, gdy ciągnąc smyczkiem po stradivariusie, ciągnie barokowy dzwonek komórki Nokii, czyli Cztery Pory Roku Vivaldiego.
Treviso od najsmaczniejszej strony

W ubiegłą sobotę byliśmy w Salzburgu, właśnie na koncercie Carmignoli, ale ponieważ nie wypracowałam języka pisania o muzyce i czytanie nut nadal idzie mi kiepsko, więc omawiania ritornelli, arpeggi i tremoli nie będzie. Będzie natomiast o narodowości.


Z programu koncertu dowiedziałam się, że Vivaldi - z racji miejsca pochówku - był prawdziwym Austriakiem. Pochowano go w Wiedniu -  i nie tak, jak Mozarta, w mogile zbiorowej - a na cmentarzu w pobliżu Karlskirche. Cmentarza już nie ma, stoi na jego miejscu politechnika. Dom, w którym Vivaldi zmarł, został wyburzony sporo lat temu by na jego fundamentach wybudować Hotel Sacher. Tak więc w Wiedniu Vivaldi niby jest, a go nie ma i co najwyżej można udawać, że duch rudzielca szwenda się między budową silnika a całkami, lub podaje kawałek tortu czekoladowego. Najlepsze szczątki Vivaldiego ma jednak Turyn, a nie Wiedeń, gdyż to na piemonckim, a nie austriackim, strychu znaleziono najwięcej rękopisów Vivaldiego.

Ponowne odkrycie muzyki Vivaldiego przypisuje się Fritzowi Kreislerowi, urodzonemu w Wiedniu muzykowi i wirtuozowi, który znany jest nie tylko z koncertu inspirowanego muzyką Vivaldiego, ale chyba przede wszystkim z kandencji koncertu skrzypcowego Beethovena, innego słynnego Austriaka....sam Fritz Kreisler, choć urodził się w Wiedniu,  był jednak Amerykaninem. Zmarł bowiem w Nowym Jorku ;)


Opat Gwidon z Arezzo (Guido d'Arezzo) wymyslił solmizację muzyczną. Było to gdzieś pod koniec X wieku (jeśli był Mozartem swojej ery), choć bardziej prawdopodobne wydaje się, że re-mi-fa-soli wymyślił w pierwszej połowie wieku następnego (zmarł po 1033 roku. Dokładnej daty nie znamy) by ułatwić naukę linii melodycznych chorałów, zwanych obecnie gregoriańskimi, a za podstawę użył hymnu do Jana Chrzciciela, napisanego przez Pawła Diakona (Paulus Diaconus) z klasztoru Montecassino:
Ut queant laxis
resonare fibris,
Mira gestorum
famuli tuorum,
Solve polluti
labii reatum,
Sancte Iohannes.

by twoi słudzy mogli głosami wznosić cuda twoich czynów by oczyszczać grzech z naszych ust, o święty Janie (tłumaczenie własne, przybliżone)


Piersze słowa litery linijek hymnu stały się podstawą znanego z lekcji śpiewu do-re-mi-fa-sol-la-si-do, z tym że SI stworzono w XVI wieku, UT zmieniono na DO w wieku XVII, korzystając z  pierwszych liter nazwiska  Jana Baptysty, ale nie biblijnego, a  Doniego, florenckiego muzykologa. Na końcu zaś,  ktoś (kto i kiedy?) dopisał ostatnie DO, by lata, lata później, pojawiło się w irytującej piosence śpiewanej przez Marię, guwernantkę siedmiorga dzieci Georga von Trapp.


DO Pomposy, klasztoru z którym Gwidon z Arezzo był związany, pojechaliśmy by sprawdzić czy solmizacja wyryta jest w kamieniu. Czy widać ją w kolumnach, dzwonnicy i krużganku? Obejrzeliśmy kamienie w muzeum, patrzyliśmy na mozaiki w kościele Marii Panny, próbowaliśmy przeczytać greckie i łacińskie napisy na fragmentach łuków, jednak nawiązań do Ut queant laxis nie udało się nam odnaleźć. Przynajmniej nie w ich dosłownej wersji, czyli tej, którą można pokazać palcem i powiedzieć: o, do-re-mi-fa. 


Ale nie mogę też powiedzieć, że nie Pomposa nie miała swojego rytmu: właśnie w dzwonnicy, w arkadach Palazzo della Raggione, w bacini wtopionych w lizeny fasady. Zwłaszcza bacini, kamionkowe i gliniane miski, najprawdopodobniej islamskiego pochodzenia, przypominają najstarsze zapiski nut: kółka skrobane na kartach pergaminu. I choć fasada kościoła została poprawiona na dziewiętnastowieczną modłę, to Pomposa ma nadal coś z chorału gregoriańskiego, zwłaszcza z Dies Irae, chorału żałobnego skomponowanego przez Tomasza z Celano w Abruzji. Byliśmy bowiem w Pomposie niedługo po tym, jak czarnoskórą posłankę obrzucono bananami, a Mussoliniego wychwalał pod niebiosa Roberto, chlubiący się t-shirtem z twarzą Il Duce w kolorach flagi, ale przed dyskusją o 'ideologii' gender, więc tylko trochę gniewu nam wtedy towarzyszyło.

Natomiast sam klasztor, stojący wśród pól kukurydzy, przerobiony na muzeum, zasługuje i na Dies Irae i na odwiedziny. Ale nie w niedzielę, bo w niedzielą odprawiane są msze, i wtedy do kościoła wejść nie można. Wiem jednak, że od czasu do czasu można trafić na mszę z chorałami gregoriańskimi. Może nawet sobie wtedy dies irae śpiewają?


Dodatkowe informacje:

oficjalna strona klasztoru Pomposa, z godzinami otwarcia i cenami biletów
Gwidon z Arezzo, biografia

oraz terminologia:
solmizacja, lizena, chorał gregoriański, bacino
koncert Paolo Conte w Monachium. Największa sala filharmonii napchana po brzegi. I chyba ani jednego wolnego miejsca, choć pomieszczenie wielkie, na moje oko na jakieś dwa tysiące.

Conte śpiewał nowsze kawałki, głównie z CD 'Nelson', wszystkie w nowej oprawie muzycznej. Ze starych i lubianych było jedynie Via con me, za co jestem mu wdzięczna, gdyż bałam się że publika wymęczy na nim wykonanie Gelato al limon, którego szczerze nie znoszę. Ale, jak się okazało, Paolo za stary wyga by ktokolwiek był w stanie mu coś narzucić, więc Gelato nie zaśpiewał. Azzurro, z którego wykonania znany jest Adriano Celentano, też nie.

Conte po deskach sceny poruszał się jak po swoim salonie, wyluzowany i pewny siebie: tu poprawił nuty, tam popił minelarki z butelki, przetarł mikrofon. I choć ma 75 lat, trzyma się dobrze, głos nadal ma mocny.

Już pod koniec zespół towarzyszący zagrał kawałek na nutę kletzmerską, w tempie zawrotnym. Publika wtedy oszałała ze szczęścia i nawet grzeczne Monachium wyło po każdej solówce jakby byli w stajni, lub na freejazzowym koncercie w krakowskiej Alchemii. Włochów na widowni było wielu, bo i tupano w zachwycie.

Tak więc udany wieczór, choć siedzieliśmy jak gołębie na dachu, czyli prawie pod sufitem i z dala od estrady, co spowodało, że wychodziliśmy z Gasteig jakieś 10 minut a wyjazd z garażu zajął nam następne 30 minut.

biografia Paolo Conte
i do posłuchania Via con me
Eli, lat 7, siedzi z na pomoście. Stopy ma zanurzone w wodzie. Obok niej siedzi dwuletnia Lavinia, machająca nóżkami w powietrzu. Eli, nie odrywając wzroku od kutra rybackiego, który obydwie obserwują, zaczyna 'oggi parliamo la metafora' (dzisiaj porozmawiamy o metaforze)

**
Arquata del Tronto i Cales

 **
Neapolis Ensemble 77, pieśni neapolitańskie o kobietach. Ostatnia na CD jest 11 mesi e 29 giorni (11 miesięcy i 29 dni)

Votta a passa chisti vintov'anne
unnice mise e vintinove juorne.

Oima' t'arraccumannno ogne tre anne
'e me manna 'na lettere e 'nu saluto

(mam nadzieją, że te 29 lat, 11 miesięcy i 29 dni miną szybko. Mamo, niie zapomnij przysłać mi listu i życzeń co trzy lata)


 **
Corriere della Sera wydał wiersze Szymborskiej w serii Un Secolo di Poesia; tłumaczenie na włoski: Nicola Crocetti.

In sogno
dipingo come Vermeer.

Parol correntementte il greco
e non soltano con i vivi

(We śnie/maluję jak Vermeer van Delft./Rozmawiam biegle po grecku/i nie tylko z żywymi.)

 **
 książka za 2,20, bo musiałam kupić gazetę za 1,20. K

**
na granicy Umbrii, Lazio i Marche stoi Arquata del Tronto. Jest w niej jedna droga wjazdowa i jedna wyjazdowa. Widok na Salarię, brama będąca jednocześnie pomnikiem poległych na wojnie i kościół z czarnym obrazem, na którym nic nie widać.

**
w Cales (Campania) jest wczesnochrześcijańska bazylika, budynek urzędu celnego Burbonów, resztki zamku Aragonów i pozostałości po rzymskim teatrze, termach i jeszcze innych rzeczach, których nie zapamiętałam.

PS: tłumaczenia z neapolitańskiego nie robiłam, bo nie, jak widać z przykładu, to nie jest język włoski, który znamy z podręczników.
świętowanie 12,5 rocznicy ślubu  udało się mimo niespodziewanego powrotu zimy i braku miejsc w Tantris. Zamiast zamszowych czółenek na obcasie były półbuty na gąsienicach i wełniane skarpety, a zamiast 2 gwiazdek Michelina było dim sum i w chińskiej knajpce na Rosenheimerstrasse. Z powodu krewetek w płatach ryżowej lazanii pierwsze 15 minut koncertu przesiedziałam przerażona: zjedzone krewetki dziwnie kręciły mi się po żołądku i zbierały się do wydawania odgłosów. Przy adagio był już spokój.

Koncert (oprócz Beethovena grano jeszcze 5. Symfonię Czajkowskiego) był dobry, wrażenie zepsuły bisy. Wiem, że Maestro Spivakov chciał dogodzić publice, ale czy musiały to być Tańce Połowieckie? Czułam się jak na przyjęciu na którym zaczęto od Barolo a skończono na Lambrusco.

A wiecie czego mi najbardziej brakowało? Tupania. Na koncercie w Ferrarze (Biondi grał wtedy z Europa Gallante) publiczność tupała pokazując swoje zadowolenie.

Na zdjęciach nowoczesne Monachium: stacja metra, muzeum Brandhorst, Gasteig, Otto-van-Miller-Ring
z całej plejady artystów włoskich najbardziej chciałabym poznać osobiście ryżego księdza:  4. marca 1678 Wenecję nawiedziło trzęsienie ziemi i narodziny Antoniego Lucio, cherlawego syna Giovanniego Battisty Vivaldiego, fryzjera i skrzypka na pół etatu. Jak wielu chłopaków z biednych rodzin, Antek trafił do seminarium. Nie został jednak księdzem bo podobno cierpiał na astmę, która nie pozwalała mu odprawiać mszy. Czy to prawda, trudno powiedzieć. Mogła być to jedynie wymówka, od ołtarza  (podobno)  wolał bowiem zakrystię w której spisywał muzyczne pomysły, zwłaszcza, że wkrótce zamieszkała zamieszkała z nim muzycznie uzdolniona przyjaciółka. Najwyraźniej był utalentowany, gdyż w 1703 roku dostaje stanowisko dyrektora muzycznego chóru Ospedale della Pieta, a chór sierot staje się wkrótce sławny na całą Wenecję. Na koncerty walą tłumy; w 1709 roku Etienne Roger oferuje weneckiemu celebrycie wydrukowanie kompozycji. 

A z tym wydaniem Vivaldiego to było tak: Roger chciał  kompozycje Corelliego, ale sławny artysta nie kwapił się, więc wydawca zaryzykował i zaprosił do współpracy Antonia Vivaldiego. Posunięcie, jak się później okazało, genialne. L’Estro Armonico okazał się sukcesem muzycznym i finansowym. Antonio Lucio Vivaldi zostaje sławą europejską, koncertującą na dworach możnych i sławnych Europy, nie zaprzestając jednocześnie współpracy z Ospedale dla którego komponuje 2 koncerty miesięcznie (!). Nic więc dziwnego, że pewne pomysły powtarzaja: taka La Tempesta di Mare, niby inny koncert (RV253 i RV279, ale gale, poza nieistotnymi zmianami tu i ówdzie (na przykład tempa), jest to ten sam koncert inaczej zapakowany. Więcej informacji nie nie mogę podać, a numerów RV, znalezionych w sieci, nie jestem w stanie zweryfikować z okładkami dysków czy też encyklopią muzyki, bowiem wszytko rezyduje obecnie w Ginestra. Ręczę jedynie, że słyszałam różnicę między dwoma wersjami La Tempesty. Obydwie wersje są na CD Fabio Biondi: jedna pojawia się z Il Quattro Stagioni, druga na dysku zatytułowanum Vivaldi Violin Concertos ( Tempesta di Mare). Poszukiwania Istituto Italiano Antonio Vivaldi, czyli organizacji powołanej w 1947 przez Antonio Fannę w celu propagowania muzyki Vivaldiego, na razie nie zostały zakończone. Prawdę powiedziawszy, wygląda mi na to, że organizacja zmieniła nazwę. Ale i tego nie jestem w stanie potwierdzić w 100%.

Vivaldi, jak to z gwiadami bywa, dożył własnego upadku. Zmarł w Wiedniu, w biedzie. Pochowano go w nieznakowanej zbiorowej mogile, a o jego muzyce zapomniano prawie natychmiast i na ponad 200 lat.

A teraz? Vivaldi jest znany głównie jako kompozytor Czterech Pór Roku. Allegro z La Primavera można usłyszeć jako tło muzyczne do kotleta lub jako dzwonek w komórce. Koncerty Vivaldiego smędzi Izaak Perlman, skądinąd utalentowany skrzypek, a inni przerabiają concerti na inne ’instrumenta’ muzyczne, między innymi na okarynę i cymbały. Na szczęście dla mnie jest też grupa artystów próbujących odtworzyć oryginalne brzmienie baroku i zamiast lirycznego Vivaldiego słyszymy oryginalne instrumenty a a miejsce sentymentalnego zawodzenia zajął teatr i ekspresyjność.

Na koncert Giovanni Antinoniego i Il Giardino Armonico czy Fabio Biondi i Europa Gallante jestem w stanie pojechać daleko (na przykład do Ferrary, Brugii lub Utrechtu :-)), a ostatnio rozglądam się za trasą koncertową Giuliano Carmignoli i Venice Baroque Orchestra.
inspiracje dziwnym drogami chadzają. Na piętrze muzycznym w domu handlowym L. Beck w Monachium znalazłam nową płytę Cecilii Bartolli Sacrificium. Wkładka, która zainteresowała mnie bardziej niż muzyka, dostarczyła opowieści anonimowego autora o ofiarach w imię sztuki

Let your women keep silence in the churches: for it is not permitted unto them to speak; but they are commanded to be under obedience as also saith the law (Kobiety mają na tych zgromadzeniach milczeć nie dozwala się im bowiem mówić) idąc za poradą św. Piotra w liście do Koryntian (14:34) w IV wieku n.e. kościół zabronił kobietom śpiewać w  kościelnych chórach. W czasach Klemensa IX, aby kobietom nie przyszła do głowy kariera śpiewaczki, prewencyjnie obiecywano karać surowo każdego kto ośmieli uczyć niewiasty muzyki. Oczywiście prawa przestrzegano wybiórczo nawet w państwie kościelnym i choć kobiety w świątyniach nie śpiewały, to niektórym udało się zrobić karierę śpiewaczek w branży świeckiej. Div słuchano, ale jednak publiczność i krytyka zakochana była w głosach kastratów. To dla kastratów komponowano arie; to wokół wykastrowanej gwiazdy tworzono domy operowe. Materiału na kastratów dostarczała bieda, a w Bolonii, Mediolanie, Florencji, Neapolu i, przede wszystkim, w Wenecji powstały całe przedsiębiorstwa tworzące (nożem) i kształcące (biczem) śpiewaków.

Pod koniec 17. wieku w samych tylko Włoszech kastrowano 4 tysiące chłopców rocznie, choć niewielu z nich zrobiło zawrotne kariery. Na scenach brylowali Farinelli i Caffarelli (obydwaj z neapolitańskiej szkoły Nicolii Porpora), a reszta - niezdolna do pracy fizycznej, ostracyzowana przez społeczeństwo, wstępowała do klasztorów, gdzie śpiewała w chórach, lub łączyła się w bandy żebrzących śpiewaków.

Prawo państwa kościelnego zabraniało kastracji, co wcale  nie przeszkadzało 32. papieżom rozkoszować się głosami okaleczonych chłopców.

Za mistrzów nożyka uważano rzeźników z Norcii w Umbrii.

Cytat z listu do Koryntian w j. angielskim pochodzi z The King James Version ze strony Bible Gateway, a polską wersję językową znalazłam tu
Zielonoświątkowy koncert w Salzburgu
koncert na drugie śniadanie, czyli o 11 rano. Mieliśmy słuchać pieśni neapolitańskich. Tak przynajmniej reklamował koncert Hans. Tematyka, powiedzmy sobie, trochę podchodząca pod folklor...ale grała Europa Galante i Biondi. Czyli nadal potencjał na ciekawy koncert nawet z wyświechtanym O sole mio.

Na miejscu okazało się, że program był ciekawszy nie tylko muzycznie ale i tematycznie, bo raz że nie pieśni neapolitańskie a kompozycje muzyków z Neapolu, a dwa, że Biondi wybrał kompozycje dwóch muzyków z czasów wojny o sukcesję hiszpańska (1701-1714). Alessandro Scarlatti (grano jego concerti grossi: Nr 4 g-moll i nr 5 d-moll) wyjechał za chlebem szukajac mecenatu poza zubożałym Neapolem, a Francesco Nicola Fago pozostał. W 1709 roku skomponowal oratorium "Faraone sommerso", które stanowiło główną część koncertu w Salzburgu. I tu błyszczeła nie tylko Europa Galante ale i wokaliści: Lucia Cirillo (Messo), James Gilchrist (Moise), Marianne Beate Kieland (Aronne) i Havard Stensvold (Faraone). Cirillo (sopran) i Stensvold (bass) błyszczeli od początku; Gilchrist (tenor) i Kieland (alto) w drugiej części. Koncert się podobał nie tylko nam; nigdy nie słyszałam w Mozarteum tak głośnych oklasków i takiego tupania (czyżby cześć widowni była włoska?). Były kwiatki, był bis, było całowanie po paluszkach. Czyli rozrywkowo. W sam raz na drugie śniadanie w sobotę.

Co o oratorium ma do powiedzenia Fabulous Fabio (Biondi):
Z oratorium przetrwało do naszych czasów libretto. Muzyka znana jest jedynie z manuskryptów: jeden, zachowal sie we Florencji, drugi w Tenbury Wells (Anglia), i ten ostatni sugeruje datę powstania oratorium. Muzycznie wydaje się napisane dla artystów z pewnymi umiętnościami technicznymi i talentem aktorskim. Struktura oratorium powiela XVIII-wieczne schematy. Recitativi prowadzą narrację wydarzeń. arie dają podkład emocjonalny. Całość zwieńczona jest częścią kwartetem.
I co mogę dodać od siebie:
Faraon śpiewa zza grobu, bo się utopił, Posłaniec bogów przeszedł najwyraźniej na strone boga mojżeszowego. A Mojżesz i Aron śpiewają o nadziei i koronie cierniowej, żeby za bardzo starotestamentowo nie było.
Powered by Blogger.