Showing posts with label Niemcy. Show all posts
Showing posts with label Niemcy. Show all posts
Na targach staroci JC stoi przebierając nogami, gdy ja, po raz kolejny, grzebię w pudłach ze starymi zdjęciami i czarnobiałymi widokówkami. W Rieti znalazłam ręcznie kolorowany landszaft z jeziorem Bolsena i klasztor Scholastyki w sepii.


Rok temu w Irlham wykopałam widokówkę z z 18. czerwca 1952. Wysłaną przez Gertrude do Nadinspektora Urzędu Celnego, Augusta Saubera z Landshut: Meine Lieben, jesteśmy we Florencji, jest taka jak na zdjęciu - piękna.

W tej samej kopercie druga widokówka, znad Gardy, adres i nazwisko odbiorcy to samo; 6. maja 1953 Gertrude pisze: Liebe Oma dzisiaj słonecznie i ciepło....


Goslar pastelowe


i Goslar nowoczesne

Goslar codzienne

Goslar okien

i Goslar drzwi

a na koniec, Goslar nieobecnych, o których nie potrafię nic powiedzieć poza podaniem, że ich ostatnim miejscem pobytu był Teresienstadt:





Włoszczyznę znalazłam w Goslar, choć wcale się jej tam spodziewałam. Miasto, niekoniecznie odrestaurowane do ostatniego gwoździa, lekko przykurzone i  nonszalancko wymięte, przypominało trochę Włochy, ale większość zabudowań była zdecydowanie niemiecka: pruski mur, kolorowe okiennice, folklor Harzu. Tylko restauracje wydawały się dzielić menu na pół: miejscowe piwa i wina podawane do gnocchi, spaghetti i pizzy.


Mając przed sobą perspektywę 24 godzin w Goslar, zajrzałam do przewodnika: kościoły i zamek,  kilka średniowiecznych szpitali, chata górnika, dom Siemensów, dobrze zachowany kirkut. Oraz włoskie koligacje miasta. I to koligacje najlepszej jakości:

Otóż na europejską scenę polityczną weszło Goslar dzięki Henrykowi III - z dynastii salickiej- Świętemu Cesarzowi Rzymskiemu od 25. grudnia 1046 roku, który wybudował swój zamek na wzgórzu, w miejscu nazywanym obecnie Kaiserphalz. Zamek nadal stoi, z romańskiej kolegiaty wybudowanej w tym samych czasie (a może katedry, bo jako katedra został zaznaczony na mapach) został jedynie przedsionek z pięknymi kolumnami i zbiorem lapidariów.



Goslarski (tytuł ciut na wyrost, ale ciut, bo odwiedził Goslar przynajmniej 17 razy) Henryk III zrobił porządek we Włoszech, gdy na tronie papieskim próbowało siadać jednocześnie trzech papieży. Henryk rozwiązał problem sadzając na tronie czwartego, Suidgera von Morslebena, biskupa Bambergu, który uczestniczył w zwołanym przez Henryka synodzie w Sutrii. Morsleben, już jako papież Klemens II, pięć dni po zakończeniu synodu koronował Henryka III na cesarza, zamykając koło historii: Goslar ma cesarza, a Hornburg, miasteczko położone niecałe 30 km  na północny wschód od Goslar, ma papieża.  Niestety, tylko na jeden rok. Ale to już zupełnie inna historia. My natomiast możemy włożyć goslarkie Suppengrün do garnka i ugotować na niej la mentucciata, zupę pomidorową z miętą, specjalność Sutri i okolic.

Co roku Goslar ogłasza zdobywcę pierścienia cesarza, Goslarer Kaiserring, wręczanego za wybitne osięgnięcia artystyczne. Pierwszym nagrodzonym był Henry Moore. Potem pojawiają się nazwiska Josefa Beuysa, Richarda Serry, Alexandra Caldera, Georga Baselitza i Cindy Sherman, by wymienić kilka ulubionych nazwisk. Na liście jest jeden Włoch: Mario Merz z Turynu. Dostał nagrodę w 1989 roku. Rok po Gerhardzie Richterze i tuż przed Anselmem Kieferem.


========
O Sutri będzie przy okazji. O Henryku III z dynastii salickiej można poczytać na wiki/en, wiki/pl, o Klemensie II pisze angielska wikipedia, ciut mniej polska, a historię miasta najlepiej opowiada oficjalna strona Goslar.
Kiedyś było dobrze. Zasady mieliśmy dokładnie opisane: jak mazał po płótnie, to był Artystą. Jak dziobał w kamieniu, to też był Artystą. A jak ktoś wydziabane w kamieniu matki z dzieciakiem i wenusy ze skrzydłami pomalował na kolorowo, to nie był Artystą tylko rzemieślnikiem. I to takim samym jak ten, co heblował meble i malował ściany.

Potem się to pozmieniało, boży porządek rozwalono teorią ewolucji i przy okazji okazało się, że z gatunku rzemieślników wyewoluowały dwa nowe: tych co produkują i tych, którzy wymyślają rzeczy do produkowania. A gdy przyzwyczajaliśmy się do producentów i projektantów, przyroda (bo bóg już wtedy nie żył) zrodziła Marcela Dauchampa, przedstawiciela homo sapiens, kuzyna małpy i nosiciela genów neandertalczyków, który zaprojektowany i wyprodukowany przedmiot nazwał dziełem sztuki, a więc dziełem Artysty. No i poszło w dół jak lawina: puszka zupy pomidorowej na obrazie, Michael Jackson z małpą, i to nie stworzony przez kogoś kto wiedział jak dziubać w kamieniu, tylko przez faceta z pomysłem, który zlecił wykonanie figurki włoskim rzemieślnikom.
Wewerka

Projektant (a może już Artysta?) tworzy krzesło, które niezbyt nadaje się do siedzenia i dlatego nazywa się Golgota (chociaż oficjalnie miało ono komentować sytuację społeczną), a niektórym, w tym i mnie, wydaje się być Całunem Turyńskim na użytek codzienny. Jeszcze inny  artysta (a może nadal projektant?) rozciąga krzesła, wbija je w mur, nakazuje im falować. Czyli bawi się złudzeniami optycznymi, które do sztuki malarskiej wprowadzili Artyści dawno, dawno temu. Tylko że wtedy Artyści na płótnie, tynku lub desce malowali tak, że widzieliśmy wszystko jak żywe: i łuki i kolumny, widoki z okna na krajobrazy, kopuły i aniołki z kwiatami na balustradach, a te nowe pikasy z optyką robiły z ludzi balona tworząc nie tylko obrazy malowane kropkami, ale też takie w czarne pasy, od patrzenia na które mieszało się w głowie.

i Rehberger
Niektórym tak się pomieszało, że nie wiedzieli już czy są artystami, projektantami czy może nadal rzemieślnikami i zaczęli swoje pikasy malować po ścianach, sufitach oraz podłogach. A że nadal czuli, że im wolno ciągnąć sobie łacha z odbiorcy lubiącego Hołd Pruski, więc pikasy we wnętrzach robili na krótko. Zanim człowiek znalazł adres i gotowy był  do protestu, wnętrze zniknęło. A Artysta szedł mieszać w mózgach gdzie indziej.

No dobra, ale co to ma do włoszczyzny? Ano ma, bo Golgotę zaprojektował Gaetano Pesce, który studiował w Wenecji. W Wenecji też, z okazji Biennale, powstał opisany przeze mnie bar. Bar ten już chyba nie istnieje* , ale jego twórca, Tobias Rehberger, malował pikasy w innych miastach: artystyczną interpretację baru Oppenheimer z Franfurtu stworzył w Nowym Jorku (krótki żywot zakończył w połowie lipca), teraz  ma kawiarnię w Baden-Baden. Sama Wenecja, jak wszyscy wiemy, nie tylko buntowała się przeciw władzy papieskiej, długo nie chciała wpuścić do siebie inkwizycji i jeszcze drukowała brzydkie książki z listy ksiąg niedozwolonych, nic więc dziwnego że nagrodziła Rehbergera. 

Ale jakby ktoś chciał jego sztukę oprotestować z powodów obrazy estetyki i burzenia praw naturalnych, tak jak oprostestowano rzeźbę Maurizia Cattelana, to proszę bardzo: wystawa w Staatliche Kunsthalle otwarta jest do listopada. Może warto na protest wypożyczyć Hołd Pruski?

=======
* na stronie Palazzo delle Esposizioni (i innych stronach poświęconych temu wnętrzu Rehbergera) nie znalazłam potwierdzenia, że wnętrze nadal istnieje, natomiast Artek, sponsor wnętrza, twierdzi, że jest to stała wystawa.

** Zdjęcia wnętrz T. Rehbergera pochodzą z Biennale, baru Oppenheimer w Nowym Jorku, kawiarni w Baden-Baden i z wystawy Artek, natomiast zdjęcia krzeseł Stefana Wewerki robiłam w monachijskiej Pinakothek der Moderne.

Obiecałam sobie w ubiegłym roku, że Włoszczyzna będzie tylko o włoszczyźnie: obrazki z niewłoskich wycieczek będę wstawiać na blogi fotograficzne, a na włoszczyźnie będzie tylko o Włoszech. W szerokim tego słowa rozumieniu. Tak więc dzisiaj będzie o ubiegłotygodniowych klasztorach z Badenii-Wirtembergi :-)

Bo to jak najbardziej włoski temat: jak klasztory to Kościół Katolicki, a jak Kościół to Włochy, boć katolicyzm to przecież import włoski. Moim (niezbyt) skromnym zdaniem, to jeden z gorszych projektów włoskich, ale biorę poprawkę na stan imperium rzymskiego (sypiące się) i próby uzdatnienia państwowej religii importem obcych bogów, więc Włochów za KrK rugać nie będę, zwlaszcza że po klasztorach i kościołach latać lubię. Tyle w ramach wstawki światopoglądowej.


Chciałam tekst pod poemat satyryczny ułożyć, a konkretnie pod Monachomachię Ignacego Biskupa (!) Krasickiego. ale mi niezbyt idzie. Nie dosyć, że klasztorów zwiedziliśmy razem 5 (a więc czterech brakuje) to bram ułomków mam zero. Jedne bramy są za dobrze zachowane by je nazwać resztkami, a tam gdzie mogłby być resztki - nie ma nic. Najwyraźniej niemiecki Gründlichkeit albo odrestaurowywuje albo wyburza; form przejściowych nie ma. Tak więc z Monachomachii zostają jedynie cytaty umieszczone pod zdjęciami....Szkoda, mogło być tak ładnie i literacko, a będzie tylko ładnie i włosko.



Najpierw Reichenau: klasztory wybudowane na trasie pielgrzymkowej do Rzymu. Czyli pierwsza włoska koneksja. Klasztory pobenedyktyńskie, a więc św. Benedykt, Nursia (czyli obecna Norcia w Umbrii). Benedykt Reichenau nie odwiedził, ale do pokrewieństwa z Subiaco czy Montecassino  klasztory Ober-, Mittel- i Niederzell mogą się poczuwać. Katedra w Mittelzell jest pod wspólnym patronatem Marii i św. Marka, tego samego co patronuje Wenecji. Podobno w relikwiarzu znajdującym się w skarbcu katedry są jego szczątki (Marka). Pytanie tylko jak to jest możliwe, skoro Wenecja świętego w całości wykradła z rąk Infidelów i przemyciła w kontenerze z wędzonymi szynkami, aby z szacunkiem pochować zwłoki (pewnie jeszcze pachnące wędzonką) w bazylice na głównym placu miasta? Czy Mittelzell ma kawałki świętego ukradzione Wenecji, czy kawałki ukradli zanim Wenecja ukradła resztę, czy raczej mówimy o świętym Marku bis, relikwiach umownych, jakich pełno było w Europie w średniowieczu, gdzie dobra relikwia gwarantowała popularność i napływ turystów? Na pytanie na razie nie znalazłam odpowiedzi, ale mamy następną koligację włoską.

W przewodniku po zabytkach Reichenau doczytałam jeszcze, że preromańskie polichromie w Niederzell (a może chodziło o polichromie w Oberzell?) są w stylu lombardzkim, czyli wnaciąganym włoskim :-). I jakby tego było mało, to Egino, biskup Werony w czasach Karolingów, był pochodzenia alemańskiego. Suma sumarum, klasztory w Reichenau mają tyle włoszczyźnianych powiązań, że i na 9 klasztorów starczy, czyli włoszczyzna pierwszej jakości. Dobrze to, bo i w Bebenhausen i Blaubeuren, włoskie koligacje trzeba mocno naciągać.




I Bebenhausen i Blauberen leżą na terenach Szwabii, a Szwabia to dom rodzinny Staufów; tych Staufów z których wywodził sięł Fryderyk II, władca południowych Włoch. Dodatkowo Bebenhausen to klasztor pocysterski, a więc - choć Cystersi to koligacje francuskie - to nie da się ukryć, że zakon opierał się na Regulae Benedicti (wpływy włoskie!), klasztor w Bebenhausen jest dalekim krewnym klasztorów cysterskich we Włoszech, chociażby Fossanova, Casamari i Valvisciolo z Lacjum (o nich pisałam wcześniej).



A jeśli wierzyć angielskojęzycznej Wiki, to Blaubeuren należał początkowo do Benedyktynów. I tak oto okazuje się, że włoszczyznę można znaleźć wszędzie. A jak się odpowiednio spreparuje tekst i selektywnie potraktuje fakty, to i Reichenau i Bebenhausen i Blaubeuren można uznać za włoską kolonię :-)


Tyle mojego. Resztę proszę sobie doczytać:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Reichenau_(wyspa)
http://www.sacred-destinations.com/germany/bebenhausen-monastery.htm
http://en.wikipedia.org/wiki/Blaubeuren_Abbey 

Trochę dodatkowych informacji:
wszystkie klasztory w Reichenau są otwarte od 9 do zachodu słońca; trudno dowiedzieć się na 100% co to znaczy, bo w jednym miejscu podają godzinę 16 jako godzinę zamknięcia, gdzie indziej 17; ta sama uwaga dotyczy zwiedzania w niedzielę: trudno jest mi powiedzieć czy można w niedzielę zwiedzać czy też nie. Wejście do skarbca w Mittelzell kosztuje 2 euro od osoby; skarbiec niedostępny jest w czasie przerwy obiadowej. W sobotę po południu otwarty był od godziny 15. Przy Oberzell obsiano pole miejscowymi kwiatami polnymi. To warto zobaczyć; na tyłach Mittelzell jest herbarium z ziołami z ksiąg przeora Walahfrieda Strabo.

taki żarówowy pilot do opowieści z Badenii-Wirtembergi i to bez koloryzowania photoshopem.
Od lat zmieniam adresy; sprawdzam czym nowe miejsce różni się od starego i jak żyją ludzie po drugiej stronie płota. Wycieczki są nie dla mnie; pokazują jedynie jak miejsce wygląda. Ja chcę wiedzieć jakie dane miejsce JEST. Tak więc nie chcę zwiedzać. Chcę w miejscu BYĆ. Najlepiej 2-5 lat, tak aby przeżyć rok fascynacji wszystkim, ptem rok irytacji różnicami aby skończyć na akceptacji.

Jest to jakiś sposób na życie. Idealny? Nie. Nie mam korzeni. Niby jestem związana z Polską, ale tak nie do końca. Z Ameryką bardziej się teraz nie lubię niż lubię, choć mnie ukształtowała; Holandię podziwiam, ale na odległość. Z Belgii brakuje mi jedynie przyjaciółki, Polki z resztą, do której lubiłam wpadać na rozmowy i rozmówki.

Mieszkamy w Bawarii od (chyba) czterech lat. Jak długo jeszcze? Nie wiem. Zależy od pracy JC. Czy chciałabym się znów przeprowadzić? Niekoniecznie, chociaż Hall in Tirol (na zdj.) wygląda ciekawie. Pytanie tylko czy JC chciałby dojeżdżać z Austrii do pracy w Monachium :-)


No i, oczywiście, zawsze jest Ginestra; nasza doniczka w której próbujemy zapuścić  korzenie......
Powered by Blogger.