Showing posts with label Toscana (Toskania). Show all posts
Showing posts with label Toscana (Toskania). Show all posts
i znów jesteśmy sławni. Tak w ogóle. A więc, po raz kolejny Michelin uznał La Pergola z Rzymu za wspaniałą restaurację. W La Pergoli jeszcze mnie nie oglądano i pewnie nieprędko  -jeśli kiedykolwiek - mnie  zobaczą, ale do La Troty, bliższej i geograficznie i finansowo, pewnie się wkrótce wybiorę by pogratulować im nie tylko dwóch Michelinów ale też trzeciego widelca od Gambero Rosso. O tym widelcu rozmawialiśmy bodajże dwa lata temu, że niby ma być przyznany, ale jakoś nie był. Więc sprawiedliwości stało się zadość.

I tak oto rok 2015 ma być nie tylko rokiem dachu na Casa di Giuseppe, ale też i rokiem w którym La Trotę uznano za jedną z 19 najlepszych restauracji we Włoszech.  Nie żeby na pytanie jak żyć panie prezydencie od razu odpowiadać tylko według gwiazdek i widelców, ale miło, że naszych tak uhonorowano, a gdy się osobiście zna właścicieli to czuję się tak jakby mi ktoś nowe dachówki podarował....

I jeśli już o honorach mówimy, to najdroższą restauracją we Włoszech (zdaniem CNN) nie jest ani Osteria Francescana (z Modeny) ani La Pergola, w której płaci się 220 euro (bez win) od osoby za konstrukcje jadalne i widok na Rzym, a restauracja położona rzut beretem od Ginestry, w Viacone. Solo per Due, bo tak się nazywa owa restauracja, jest najmniejszą restauracją na świecie - jeden stół, dwa krzesła. Imprezy z przyjaciółmi tam nie zrobisz.

Do Solo per Due też się nie wybieram, w ostatecznym rozrachunku bliższy memu sercu dach niż romans wśród świec i jedwabiów, ale podziwiam pomysł. Podobno jedzenie w Solo per Due jest doskonałe, a obsługa jeszcze lepsza :) i za to miejscowej sabińskiej inicjatywie cześć i chwała, bo skoro ludzie chcą tyle kasy wywalać za wieczór trzymania się za ręce i dziubania ravioli w kształcie serca, to lepiej żeby to robili u nas, w Górach Sabińskich, niż u obcych, we Florencji.

Bowiem niezależnie od tego co prawi podlinkowany artykuł CNN, na geografii się nie znający. Viacone bowiem leży w Lacjum a nie w Umbrii jak tego chce CNN, Enoteca Pinchiorri pozostaje najdroższą restauracją we Włoszech. 300 euro od osoby, bez wina i pewnie bez wody mineralnej. Czyli o suchym pysku. Kilka lat temu Gambero Rosso zabrało Pinchiorri jeden widelec ale nadal rezerwacje trzeba w Pinchiorri robić z dużym wyprzedzeniem. Więc może nie o nagrody i laury chodzi, a o coś innego? Tylko ja nie wiem co to coś innego jest.

Ale ja w ogóle burak jestem, a moją ulubioną restauracją jest ostatnio La Fiaccola w Anversa degli Abruzzi, gdzie kilka dni temu podkradałam z talerza JC troffie w sosie z ricotty, pecorino i szafranu, obrabiając drugą ręką ravioli nadziewane burratą i polane sosem pomidorowym przecudownej świeżości. I jakby tego było mało,  mięso z grilla, specjalność regionu, też nam bardzo smakowało. I jeszcze sałatka z cytrusów, cima di rape (liście rzepy) z fasolą jako dodatki. I do tego przyjemne wino, może niekoniecznie z wyższej półki, ale w stylu włoskiej trattorii - niedrogie i w dzbanku :)


 A że czworo nas było, to podzieliliśmy się cima di rapa gotowaną z fasolą, grillowanym mięsem i jeszcze pozostało miejsca w żołądkach i na tortę z figami i na herbatniki regionalne. Było dobrze, było tanio, czyli w cenie kilku dachówek oraz na luzie i atmosferycznie. A że przy okazji La Fiaccola okazała się być nagrodzona jedną krewetką przez Gambero Rosso? No cóż, czasami nasze zdanie pokrywa się ze zdaniem przewodników kulinarnych ;)

Sama Anversa degli Abruzzi okazała się przyjemnym miasteczkiem, ustawionym na urwisku, z widokami na góry i drogę prowadzącą do Scanno, ale, w przeciwieństwie do Scanno, Anversa ma mniej zabytków. Ponieważ zbudowano ją z kamienia w kolorze beżowym i nie trzeba się do niej przedzierać przez drogi wyryte w skałach, wydaje się przyjaźniejsza od jej sławniejszego sąsiada. W dodatku leży blisko autostrady z której musicie zjechać jadąc z własnym wężem do Cocullo, na majową procesję.

==
La Fiaccola
corso Raynaldo d'Anversa7/9
Anversa degli Abruzzi (AQ)
tel 08 644 9474
otwarci 7 dni w tygodniu, 12:30 - 14:00 i 19:30 - 22:00
parkować w okolicy rynku lub ulicę niżej, restauracja nie ma własnego parkingu

na zdjęciach: Anversa i jej okolice
Nie o via Francigena będzie, choć można by ją do wędrówki wzdłuż Francigena porównać. Jest na swój sposób, tak jak  i Francigena, nieczytelna. Bo obydwie w historii zanurzone, a przez to utytłane w kontekstach, metaforach, cytatach choć Francigena to teraz tradycja, skansen w którym celebruje się przeszłość, a ta nowa jeszcze w budowie, choć jej zarysy już widać.

Via Francigena prowadzi z Paryża do Rzymu, nowa trasa zaczyna się w Wenecji, obiega Weronę, skręca do Palermo by przeskoczyć granicę i skończyć na górze w Szwajcarii.  Dlaczego tak? Bo w Wenecji zaczynał karierę Carlo Scarpa, w Wenecji studiował Mario Botta, choć Szwajcar najprawdziwszy. Tymczasem, może dzięki Wenecji, a może dzięki naukom Scarpy, architektura Botty nasączona jest Italią. Przeczytałam gdzieś, że obiekty Botty mówią estetyką włoską. Nie mam zamiaru z tym twierdzeniem polemizować.

mistrz - uczeń mistrza
 Mistrz
Podświetlone popiersie zawieszone na niewidocznym wsporniku, biała twarz na tle białej ściany, fragment portalu jako rzeżba? I jeszcze użycie światła w przestrzeni wystawowej, woda jako element architektoniczny. To cytaty ze Scarpy.

Chodząc po współczesnych muzeach nawet sobie nie zdajemy sprawy, ile ich wnętrza zawdzięczają Carlo Scarpie,  uważanemu za jednego z najbardziej wpływowych architektów XX wieku, choć edukację skończył na poziomie kreślarza. Oczywiście pojawiają się głosy pytające o sensowność tytułowania architektem kogoś, kto nigdy nie zaprojektował budowli od podstaw. Nie mniej jednak przestrzeń wystawowa Olivetti zaprojektowana przez Scarpę jest studiowana przez studentów architektury tak, jak studiowane są święte księgi.

Księgi święte
W Wenecji znajduje się też odrestaurowany przez Scarpę pałac Querini Stampalia. Drzwi dzielące przestrzeń pałacu nawiązują do kamiennych okiennic Torcello. Zestawienie cegły z ze szlachetnym marmurem, to też cytat z weneckiej architektury. Dla Querini Stampalia odtworzył technikę stucco lucido (tynków z połyskiem). Z resztą stucco lucido stanowi główny element dekoracyjny w innej realizacji Scarpy - wnętrzu Banca Populare w Weronie. I mogłabym tak dłużej: o jego umiejętności rysowania jednocześnie prawą i lewą ręką, co może nie miało wpływu na jego pozycję jako architekta, ale za to świetnie nadawałaby się do świeckiej hagiografii, ale nie mogę nie napisać o Palazzo Abatellis (Palermo), Castelvecchio (Verona) i muzeum Canovy w Possagno. W tym ostatnim Scarpa poustawiał białe marmury i białe gipsy na tle białych ścian. A do wnętrza zaprosił światło by światłocienie dodawały innego wymiaru.

I te klocki
Przede wszystkim powyciągał utytłane klocki: łuki stare, częściowo pogryzione przez mole, fragmenty fryzów, tympanonów, rzeźby poutłukiwane i pokazał jak je ustawiać. Nie pod ścianą, i nie w grupach jak wycieczka szkolna na przymusowym spędzie do muzeum, ale każde osobno. Nie terapia grupowa a indywidualna, często z eksponatem zajmującym centralne miejsce tak, by widz mógł obejrzeć go z każdej strony (Palazzo Abatellis, Palermo)

CTR-V
ciął też.  Od-dziewiętnastowiecznił Castelvecchio w Weronie, wycinając schody wybudowane przez Francuzów, Odsłonił mury, pokazał nakładanie się stylów, a w komnatach powykruszane fragmenty łuków drzwiowych pozostawił tak jak były, bez prób rekonstrukcji brakujących fragmentów. A więc sztuka w konteście, czas jako współtwórca, widz dostawiający w wyobraźni brakujące klocki.

Cytat
W końcu wybudował  grobowiec - epitafium, grobowiec godny współczesnego faraona, a przede wszystkim grobowiec - cytat. Portal jak do katakumb, woda jak Styks, choć płynącej po niej łodzi Charona już nie zrealizował, kompleks rozrzucony po 25 metrach powierzchni jak Dolina Królów. I w końcu w sąsiadujące ze sobą cementowe płyty wtopił małe  stalowe łuki górnej części okularów przez które odwiedzający kieruje wzrok na na wioskę z której pochodził zmarły faraon z małżonką (grobowiec Giuseppe i Onoriny Brion-Vega, San Vito d'Altivole).

Mario Botta też cytuje. Niekoniecznie z betonowym rozmachem, ale cytuje. Na przykład średniowieczną piazzę, najpierw w kompleksie muzealnym Il Mart w Rovereto, a później w Area Appiani w Treviso. Kolor tufy i trawertynu do Santa Maria degli Angeli na Monte Tamaro, a przede wszystkim biało-czarne pasy i portal katedry z Pistoi w kapliczce górskiej. Tak kapliczka w Mogno- Fusio jak i katedra w Pistoi są pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela.


Plan zwiedzania

Mario Botta

Carlo Scarpa
I kto mi teraz powie, że tylko średniowiecze i tylko przeszłość się liczy artystycznie? A więc ostatnie słowo należy do mnie!

====
lektury:
Carlo Scarpa. Monograph, Robert McCarther, wyd. Phaidon
Mario Botta, Philip Jodidio, wyd. Taschen
Encyclopedia of Contemporary Italian Culture, ed. Gino Moliterno, Routlege University Press
Dictionary of Architecture, James Steward Curl, Oxford University Press
Contemporary European Architects, Taschen


foto: João Amaral, Günther Bogensberger i Enrico Cano
w przyszłym tygodniu rozterkoczącą się Ginestrze młynki i zadówięczą moździerze. Wiadomo, trzeba robić wigilijne pampepato*. A pampepato, jak sama nazwa wskazuje, zawiera pieprz. Dużo pieprzu. Świeżo zmielonego. Lub utłuczonego.

zdj:pieprz -  Mario Spann, figi - Francesca Minonne,  orzechy -  Marco Polo, skórka pomarańczowa - Jodimichelle, młynek - Scott Ashkenaz, czekolada - Lee McCoy

Co do tego, ile pieprzu i czy z młynka, czy z moździerza, zgody w Ginestrze nie ma. Tak jak nie jedności co do proporcji składników: jedni wolą przewagę daktyli, inni fig, a jeszcze inni dodają rodzynki namoczone w grappie. A zia Laura daje wszystko: i rodzynki, i figi, i daktyle. I właśnie jej pampepato jest najlepszy: pieprzny i aromatyczny, pachnący czekoladą, kandyzowanym cytronem i skórką pomarańczową. W dodatku pełen orzechów i migdałów.

Gdyby nie czekolada (koniecznie gorzka!) i kształt bardziej przypominający pieczeń rzymską niż placek świąteczny, to smak pampepato możnaby porównać do sienejskiego panforte.  I słusznie, gdyż tak pan papato (zwane też panpepato, pampepato) i panforte są blisko skoligaceni*. Legenda głosi, że pochodzą z XIII wieku, a za ich twórcę przyjmuje się niejakiego Niccolo dei Salimbeni. Materiały źródłowe mówią jednak , że ciasto z bakaliami i orzechami, słodzone miodem i przyprawiane korzeniami znano dużo wcześniej. Ba, melatello, panforte z jabłkami, brał udział w krucjatach.

W późnym Średniowieczu i wczesnym Renesansie drogi panforte i panpepato się rozeszły na stałe. I choć obydwa reprezentowały wszystko co najcenniejsze w kuchni, a więc przyprawy korzenne, to panforte nabrało wymiaru niemalże metafizycznego. Nie dosyć, że siedemnaście składników miało symbolizować liczbę kontrad biorących udział w Palio, to panforte - wraz jego legendarnym twórcą  Salimbenim - wpisało się w historię języka włoskiego. I trafiło do ósmego kręgu Piekła:
Oraz Niccolo, po którym praktyka
Nastała -- w kuchnię wprowadzić bogatą
Nieznany dotąd aromat gwoździka
Dante, Piekło, Pieśń XXIX, w. 127-29 (tłum. E. Porębowicz) http://boskakomedia.korona-pl.com/index.html

Za klasyfikację panpepato wziął się dopiero Francesco Redi. I to on podzielił gatunek na trzy odmiany: wysublimowaną, czyli sopraffina, z białym cukrem, kolorową polewą i przybraną ozdobami marcepanowymi, poślednią  - tańszą wersją sopraffina, a więc z miodem zamiast cukru, oraz plebejską z mąki rasowej, otręb, fig, orzechów włoskich, miodu i pieprzu.

Do której kategorii należy współczesny pampepato z Ginestry? Trudno powiedzieć. I chyba nikogo w Ginestrze to interesuje. Najważniejsze jest indywidualne podejście do składników, gdyż proporcje to sprawa umowna:

  • grubo posiekać orzechy, oraz sparzone, obrane ze skórki migdały
  • Rodzynki zalać grappą (rumem, ciepłą wodą) i odstawić na kilka godzin. W przypadku rumu lub grappy lepiej odstawić na kilka dni
  • Drobno posiekać kandyzowane owoce, suszone figi i daktyle. 
  • Na grubej tarce zetrzeć gorzką czekoladę. 
  • Czekoladę wymieszać z orzechami, kandyzowanymi owocami i odsączonymi rodzynkami. 
  • Dodać szczyptę soli, dużo zmielonego czarnego pieprzu i dobrze wymieszać. 
  • Do rozpuszczonego (ale nie gorącego) miodu, wsypać startą czekoladę, owoce i orzechy z przyprawami.
  • wbić zółtko lub dwa  (zależy od ilości składników podstawowych)
  • wsypać mąkę (razową lub białą, w takiej ilości by ciasto dało się formować), przyprawić wedle uznania cynamonem, goździkami i gałką muszkatułową. 
  • Na posmarowanej oliwą blaszce uformować ciasto (ma przypominać bochenek chleba). 
  • Piec w temp. 200 stopni. 
  • Jak długo? To też sprawa umowna: zia Laura twierdzi, że 20 min. Gina mówi, że pampepato piecze się do zrumienienia.
* Pampepato to nazwa używana w Sabinie, choć sabiński pampepato to nic innego jak panpepato znany z Toskanii i południowej Umbrii.
** Z pampepato skoligacano są pierniki, m.in. Elisenlebkuchen i Rhumschnitte.


Zima, proszę Państwa, zima. W nocy przymrozki, w dzień szaro i ponuro. Szale, kapy, narzuty, rękawiczki wełniane, skórzane, pobijane barankiem lub polarem, kurtka pikowana z oskubaną gęsią w środku przygotowane. Kożuch wytrzepany. I książki kucharskie odkurzone. Zaczyna się wyszukiwanie przepisów, które są kulinarnym odpowiednikiem szufelki soli na oblodzonym chodniku, oponą zimową na zasypanej śniegiem drodze przez wieś, walnięciem sety grappy do filiżanki espresso, a więc pora na tzw. comfort food, a przede wszystkim pora na polentę.

I o ile kawy z grappą, napoju mocno rozgrzewającego, specjalnie reklamować nie trzeba, to polenta jest bardziej kontrowersyjna. Sama w sobie, choć radośnie żółta, jest żałośnie bezbarwna smakowo. Nuda, proszę Państwa, nuda. Chyba że do polenty doda się łyżkę masła, garść parmezanu, kawałek gorgonzoli. Lub gdy poleje się ją aromatycznym sosem pomidorowym i ułoży wokół kawałki pikantnej salsiccii. Albo poda z królikiem w sosie winnym.  I wtedy polenta, jak nudna mała czarna skomponowana z glanami od Prady, nabiera zupełnie innego wyrazu.


Do polenty, drodzy Państwo, trzeba dorosnąć. Czyli zrozumieć, że polenta pronta jest w porządku, ale lepsza jest taka gotowana długo i cierpliwie. Czyli przyjąć do wiadomości, że polenta to slow- a nie fastfood. i że polenta to potrawa stadna: nie ma dzielenia między talerze. Je się własną, co prawda, łyżką, ale ze wspólnej michy, a konkretnie z deski lub kamiennej płyty ustawionej na środku stołu, wokół którego siedzi cała wioska.

W końcu, proszę Państwa, warto zacząć polentową turystykę, bo rodzajów polenty jest wiele. Mamy więc:
  • polentę di farro (z płaskurki lub orkiszu), znaną w centralnych Włoszech,
  • appenińską polentę di patate (opowiednik kartoflanej prażuchy), zwaną też polenta mata
  • polentę carbonara. Ta z Trydentu to  mieszanka kukurydzy, serów, masła, gotowanej fasoli lub kasztanów, podawana z kiełbasą lucanina trentina. Do polenty carbonara z okolic Werony dodaje się sery ostre i łagodne, a przyprawia miejscową oliwą
  • Jest polenta di zucca, którą gotuje Friuli z dyni i grubomielonej kukurydzy
  • Jest polenta concia, z północnych Włoch, z dodatkiem miejscowych serów i masła,
  • odmiana polenty concia to polenta con montasio, na mleku, z cynamonem i cukrem (Friuli, Wenecja Julijska)
  • polenta e ciccioli, czyli polenta ze skwarkami
  • polenta incatenata, gotowana w rosole z dodatkiem czarnej kapusty i kartofli (Toskania)
No i jest czarna polenta: polenta nera, polenta mugna, polenta taragna, z dodatkiem (lub z samej) gryki. I jest to, proszę Państwa, jedynie kilka wybranych haseł z 59 podanych w słowniku kulinariów włoskich*.

Do polenty jedni dodają sery, inni szpaki (polenta e osei z Brescii), a jeszcze inni polewają ją zawiesistym sosem pomidorowym, w którym ugotowano żeberka i kiełbaski (to z mojej okolicy w Lacjum), a jeszcze inni robią polentę concię z gorgonzolą. Tę ostatnią bardzo lubimy, zwłaszcza z dodatkiem skarmelizowanych na miodzie gruszek, przyprawionych grubo zmielonym pieprzem i rozmarynem.

Do prawie ugotowanej polenty (przepis poniżej) dodać łyżkę masła i pokruszoną gorgonzolę, dolce lub piccante. Osobno przygotować gruszki: obrane i pokrojone w ćwiartki lub ósemki gruszki podsmażyć na patelni z dodatkiem aromatycznego miodu i igiełek rozmarynu, a pod koniec smażenia dosypać grubo zmielonego czarnego pieprzu. Gruszki położyć na polencie, dodatkowo posypać pokruszoną gorgonzolą (opcjonalnie) i otworzyć butelkę wina. Barbaresco i Barbera bardzo pasują, ale Vino Nobile di Montepulciano czy Montiano też nie szkodzi.

Jak ugotować polentę? Anna del Conte** sugeruje wypiekanie jej w piekarniku lub gotowanie w szybkowarze. Ja w szybkowarze polentę przypaliłam, więc podpisywać się pod tą metodą nie będę. Wypiekanie w piekarniku daje dobrą polentę, ale najlepsza jest ta z gara. Nie jest ją trudno zrobić:
zagotować wodę: 5-6 razy więcej niż polenty (a więc na szklankę polenty potrzeba 5-6 szklanek wody, od ilości wody zależy konsytencja gotowego produktu), dodać sól. Do wrzącej wody sypać polentę cienkim strumieniem, ciągle mieszając. Ja sypię przez lejek :). Gotować na małym ogniu, mieszająś przez kilka minut, aż polenta zacznie gęstnieć. Wtedy można sobie darować ciągłe mieszanie i mieszać od czasu do czasu by polenta nie przywarła do dna garnka. Istotną rzeczą jest rozmiar garnka: powinien mieć grube dno i być wysoki, bowiem polenta lubi pryskać. Annamaria powiedziała mi, że polentę robi bardzo rzadką, a więc w proporcjach 6:1, a tuż przed końcem gotowania zagęszcza ją, dosypując łyżkę lub dwie polenty instant. Polenta jest gotowa, gdy zaczyna odchodzić od brzegów garnka.

Polenta z piekarnika Anny del Conte:
wodę (5x objętość polenty) zagotować, wsypać do niej polentę (patrz powyżej), zredukować ogień, gotować przez 10 minut, ciągle mieszając, aż polenta zacznie gęstnieć, po czym przelać ją do naczynia do zapiekania, wysmarowanego masłem, przykryć folią lub posmarowanym masłem pergaminem i wstawić do nagrzanego do 190 stopni piekarnika i piec przez godzinę.


=======
I jeszcze:
nieudana próba bycia wieśniakiem, to o gotowaniu polenty z kasztanów
kobieta upadła, czyli historia polenty oraz czego można (nie)dowiedzieć się o polencie

* Dizionario delle Cucine Regionali Italiane, Slow Food Editore
** Anna del Conte: Amaretto, Apple Cake and Artichokes. The Best of Anna Del Conte

O Sienie można  na wiele sposobów.

Chociażby tak:

W konflikcie republiki z feudalizmem, a więc w wojnie między Florencją a Sieną, wbrew wszelkim oczekiwaniom wygrała Siena. Florencja nadal nie jest się z tym faktem pogodzić, choć we wrześniu minie 753 lat od decydującej bitwy.

Bitwę pod Monteaparti (Montaperti) można uznać zwycięstwem zwolenników opcji cesarskiej nad papieską (czyli guelfów nad gibelinami) i tym samym wygraną systemu feudalnego nad republikańskim.

odmierzanie czasu

Ewentualnie:
Początki Sieny sięgają czasów etruskich, a sama nazwa miasta pochodzi od nazwy miejscowego plemienia sainów, podbitego przez Etrusków. Etrusków podbili Rzymianie, po Rzymianach przyszli Lombardowie i Frankowie. I stąd nazwiska najważniejszych sieneńskich rodów, a więc Aldobrandeschich, Ardengeschich, Berardengich i Scialenghich - są pochodzenia lombardzkiego lub frankońskiego.

siatka na anioły

Albo:
Konflikt między Sieną i Florencją to nie tylko konflikt między opcją republikańską a feudalną, ale także - a może przede wszystkim - walka o rynki. Tak Siena jak i Florencja były miastami bankierów.

w paski

Albo inaczej:
Czarno-biała kolorystyka tak często powtarzająca się w Sienie, to kolor maryjny. Czarno-biały jest sztandar komunalny, zwany balzana, czarno-białe są intarsje ścian duomo. Czarny na pokorę. biały na czystość.

Jeśli o czystości mowa: w średniowiecznej Sienie dział zakład oczyszczania miasta. Pod patronatem św. Antoniego po ulicach buszowało stado świn należące do komuny.

czarno-płowe
Lub:

Egzekucje odbywały się na placu przed Palazzo Publico: tam wisiały często trupy na szubiennice; [...] I dopiero wskutek skarg tak signorów, jak ludności, mieszkającej w pobliżu, uchwaliło Cosignlio Generale w roku 1359 zmienić miejsce wykonania wyroków i przenieść je poza bramy miasta.¹


Wracając do konfliktu z Florencją:
Najpiękniejszą uroczystością w Sienie, niejako świętem rzeczypospolitej, był dzień Wniebowstąpienia Marii Panny, piętnastego sierpnia. Wszyscy wasale państwa składali wtedy hołd i trybut swoje królowej. Uroczystość ta istniala od dawna, ale dopiero po bitwie pod Montaperti przybrala świetne rozmiary.2


z tabletem w dłoni

I tak więc:
15 sierpnia i w kilku dniach następnych znoszono trzydzieści tysięcy funtów wosku na korzyść Duomo, na korzyść Madonny.

A składano nie tylko świece, ale też i palia, kosztowne szaty kościelne, skąd owa uroczystość do dziś dnia palio się nazywa.3


W końcu:
W XVI wieku, a więc gdy Siena na niewiele rzeczy miała wpływ, bowiem bankructwo największego banku Gran Tavola i rodu Tomeich znaczyło początek końca ostatecznie przypieczętowanego przez Czarną Śmierć, miasto lubiło walki byków, caccia de'tori, a gdy ich zabroniono, Siena przerzuciła się na wyścigi byków. W karnawale oglądano wyścigi osłów.


1348 to Rok Dżumy. Od maja do sierpnia w Sienie zmarło 80 tysięcy ludzi. Potem były nawroty: w 1362, 1374, 1400, 1411 i 1412. Czy bez Czarnej Śmierci nie byłoby Dekameronu? Możemy sobie pogdybać. Sam autor rawdopodobnie urodził się we Florencji. Należał na pewno do kręgu florenckich humanistów. Florencja przestała być republiką w 1532 roku.


W konflikcie między Sieną a Florencją zawsze trzymałam stronę Wenecji :D

--------------------------
Od kwietnia do 27.października można wejść na dach katedry. Wchodzi się z przewodnikiem, bilety trzeba zarezerwować, jednorazowo wprowadza się grupę maksymalnie 17.osobową. Bilety kosztują 25 euro i upoważniają do zwiedzania katedry, biblioteki Piccolominich i baptysterium.

¹,²,³ Kazimierz Chłędowski Siena (PIW, 1960).
http://www.operaduomo.siena.it
http://www.comune.siena.it/
Najlepiej jechać w maju bo niebieski staje się w maju bardziej błękitny, chmury maluje Tielopo, a zieleń bardziej się zieleni. W maju trudno być obiektywnym, bo śmieci może i leżą po rowach Cilento, ale morze jest azurowe.
chmurnie i zielono (okolice Sieny)

5. maja kropiło w Orvieto, a 11. okolice Sieny nie mogły wyglądać lepiej, nawet jeśli na jednym w wzgórz postawiono silosy.

niebieskie (Velia, Paestum i morze w Marina di Pisciotta
W maju można zobaczyć Rzymską Kampanię, tę z akweduktami, błękitniejszym od błękitu niebem i sosami na horyzoncie. W maju nadal słychać łomot przejeżdżających pociągów, ale pachną zioła, szeleszczą trawy i zapomina się, że dwa dni temu dwie lub trzy ulice dalej, w nocy ostrzelano z półautomatu samochód z trzema kobietami. Jedna z nich zmarła.

jak nie Rzym (park akweduktów)

Nie najlepiej to wygląda. Włosi albo w ogóle nie umieją czytać (5% populacji), albo znają literki i cyferki ale nie rozumieją co czytają (razem 66%, z czego 33 jest półanalfabetami oraz 33% którym grozi analfabetyzm z racji braku nawyku czytania lub liczenia). A więc kiepsko: trzydzieści dwa miliony ludzi, którzy biedzą się ze zrozumieniem tekstu i nie potrafią przeprowadzić prostych kalkulacji. Europejska przeciętna to 50%, włoska ponad 70%. Profesor de Mauro twierdzi, że dwie-trzecie Włochów nie czyta książek i gazet, a informacje o świecie czerpie z telewizji. Nasz przyjaciel, Franco uważa, że jest to ukartowane:niby mówi się o internecie. ale nie za bardzo inwestuje się w infrastrukturę, a uniwersytety niedofinansowane, gdyż rządzącym na rękę jest stworzenie stada niedoinformowanych analfabetów, które nie potrafi zrozumieć na co lub kogo głosuje, a o świecie wiele tyle ile chce im powiedzieć najpopularniejszy program rozrywkowy zwany dziennikiem telewizyjnym.

coś lekkiego i niezobowiązującego

Tak wyglądają Włochy: z jednej strony wtórny analfabetyzm, a z drugiej najstarsza europejska akademia języka. Stworzono ją we Florencji, a powstała z nieformalnej grupy humanistów, którzy mieli dość zadartego nosa profesorów uniwersyteckich i ich pedanterii językowej. Nazwali się Brigada dei Crusconi, Brygada Otrębowa, i przyjęli odpowiednie pseudonimy, na przykład Macinato (zmielony) lub Grattugiato (starty), a spotkaniom towarzyszyły młynarskie rytuały. Zabawę w projekt naukowy zmienił Leonardo Salviati czyli L'Infarinato (Omączony), który nadał nieformalnej grupie nowy kształt, a koleżeńskie spotkania zmienił w misję badania wernakularnego języka Florencji.

W roku 1612, już po śmierci Salviatiego  członek brygady Agnolo Monosini wydaje słownik, i nie jest to słownik gwary miejskiej, ale Vocabolario della lingua italiana. Język ulicy florenckiej aspiruje do bycia językiem całego półwyspu, a Brygada krzepnie. Staje się L'Accademia della Crusca, czyli instytucją taką samą jak uniwersytet z którego początkowo się naśmiewała.

L'Accademia della Crusca nadal istnieje. Co prawda nie wydaje już Vocaborario, ale nadal zajmuje się badaniem języka włoskiego. W 2008 roku po raz pierwszy jej prezydentem została wybrana kobieta: Nicoletta Maraschio. Ostatnio na stronie internetowej Akademii znalazłam artykuł o problemach prób feminizacji języka. Istnieje pielęgniarz i pielęgniarka, ale jest tylko inżynier. Więc co z tym zrobić?, pyta Cecilia Robustelli. Pytanie bardzo na czasie, tylko że nie za bardzo dotyczy przeciętnego Włocha. W typowej włoskiej wiosce, Ginestrze, najpopularniejszą gazetą jest gazeta sportowa. A z książką widuję jedynie Annamarię.

Siedziba Akademii znajduje się w Villa Medicea di Castello, via Castello 46.
O warzywie będzie. A właściwie o owocu. Bo to on jest, moim zdaniem, ważniejszym importem z Ameryki Południowej niż Jezuita, który ostatnio został głową państwa zajmującego niewielki kawałek Włoch. Jak ten ostatni wybór wpłynie na Włochy pozostawiam przepowiadaczom przyszłości, a ja zajmę się lycospersicum esculentum, bez którego trudno sobie wyobrazić Włochy, choć karierę zaczynał jako roślina ozdobna i niebezpieczna dla zdrowia. Wkrótce jednak z racji wyglądu kwiatów uznano go za kuzyna bakłażana  i jako takowy został przedstawiony w 1568 roku. W książce  omawiającej dzieło Dioscoridesa, Mattioli użył po raz pierwszy słowa pomi d'oro. Prawie równolegle o pomidorze, kuzynie bakłażana, pisze Costanzo Felici; e pe piu presto bello che buono, [pomidor] lepiej wygląda niż smakuje. 200 lat później Carlo Magini maluje martwe natury z pomidorami, a sos pomidorowy jest przyjętym dodatkiem do makaronów sprzedawanych na ulicach Neapolu.


Gatunków pomidorów jest ponad 300, ale rodzaje są tylko cztery. I tak mamy (tu podaję za  Dizionario delle Cucine Regionali Italiane wydanego przez Slow Food) pomidory da conserva, da mensa, pomodori secchi i da serbo. I o ile trzy pierwsze kategorie to pomidory na przetwory, do natychmiastowej konsumpcji i pomidory do suszenia, to pojęcie pomodori da serbo* trudniej wytłumaczyć, gdyż oznacza on kategorię drobnym pomidorów, najczęściej w kiściach,  na ogół podsuszanych na słońcu, ale też i wystarczająco dobrych by można było je jeść na surowo, w sałatkach. I o ile do kategorii pomidorów na przetwory należy najsławniejszy sanmarzano z Kampanii,  ale też corno di toro z Lacjum, apulijski pomodorino di Manduria, piatta dei Bernezzo (z Piemontu) i sycyjlijski seccagio pizutello di Paceco, by wymienić jedynie te o najbardziej egzotycznych nazwach, tak określenie pomodori da serbo dotyczy zaledwie 7 gatunków. Włoskie ministerstwo rolnictwa w bazie danych jako pomodori da serbo podaje jedynie gatunki miejscowe, na przykład żółte pomidory zimowe z Molise i pomodoro fiaschetto di Torre Guaceto kultywowane w jednej enklawie apulijskiej. Podsuszone, a raczej odwodnione pomodori da serbo dodaje się do potraw rybnych i mięsnych, pizzy oraz gotuje z nich aromatyczne sosy.

Z pomidorami robi się różne rzeczy: obiera ze skórki i pakuje w słoiki w sosie własnym (pelati), przeciera przez sito na passatę, zagęszcza na koncentrat, nadziewa surowe tuńczykiem wymieszanym z kaparami, czosnkiem i majonezem lub bagnet verd, zielonym piemonckim sosem. Lacjum i południowa Umbria piecze pomidory nadziane surowym ryżem i miętą,  Trentino woli je z nadzieniem mięsnym, a Kalabria drobnym makaronem przyprawionym oliwą, miętą i natką pietruszki. Pomidory grilluje się jak kawałki mięsa, przyprawia solą, pieprzem i oliwą, a podaje na kawałku chleba (Kalabria). Oprócz setek (jeśli nie tysięcy) sosów, pomidory dodaje się do mięsnych ragu, gulaszów i zup przeróżnych. Z tych ostatnich najbardziej cenię sobie zupy robione z samych pomidorów, zwłaszcza toskańską pappa col pomodoro (znana również jako pappa al pomodoro), czyli rozciapciane pomidory.

nic nowego....

włoszczyzna w pomidorach
poczytać o pomidorach
  • Il Cucchiaio d'Argento Cucina Regionale (praca zbiorowa)
  • Dizionario delle cucine regionali Italiane (praca zbiorowa)
  • The Oxford Companion to Italian Food ( Gillian Riley)
  • Amaretto, Apple Cake and Artichokes, the best of Anna Del Conte (Anna del Conte)
  • La Cucina Italiana, gli speciali: pomodoro 150 ricette facili
nie obeszło się bez * (22. marca) 
Anthony, autorka blogu Kuchnia pod Wulkanem, w komentarzu opisała proces uprawy pomodori da serbo: a więc ogranicza im się ilość wody, koncentruje smak, a potem podsusza (bo jak inaczej określić poprawnie coś, co suszeniem nie jest, ale jednocześnie redukuje ilość wody w owocu?). lub dojrzewa jak szynkę wieszając w przewiewnym miejscu.
mogło być wzniośle, będzie podręcznie, by nie powiedzieć: przyziemnie. Bo jak inaczej pisać o czymś zakręconym? Czyli jak pisać o torebkach Gabs? Gabs to firma z tradycjami, która niedawno zmieniła profil. Zawędrowała bowiem na granicę inżynierii i pop-artu. Franco Gabbrielli w rodzinnej firmie rozpoczął rewolucję. A gdy dołączył w roku 2005  do Gruppo 'Gli Emergenti Italiani' jego torebki wyszły w świat.
www.gabs.it pod choinkę

Każda torebka Gabs to nie tylko bajeczna kolorystyka, ale także pomysłowe rozwiązanie. Torba na zakupy po przepięciu paska i turkusowych zatrzasków zmienia się w torebkę wieczorową. Co byłoby przydatne jeszcze tydzień temu, gdy dostałam zaproszenie na wieczorne spotkanie Agencji Promocji Regionu i na prędce musiałam kombinować jak się ubrać by nie wyjść na buraka z Ginestry. Szare botki na obcasie dodały zamszowego sznytu wytartym jeansom i poszłam na przyjęcie jako alternatywny modowo burak z Ginestry. Z torebką Gabs byłoby lepiej: wyglądałabym na elegancko alternatywnego buraka z Ginestry.

Tak więc, oszalałam na punkcie torebki Gabs. Szytej z pikowanego ortalionu (a...te aluzje do torebek Coco Chanel...), na które Franco naszył dwie pokaźne kieszenie ze skóry. Każda o innej fakturze, ten sam kolor dobrze kontrastujący z firmowymi 'guzikami' turkusowych zatrzasków. Dlaczego jej nie kupiłam? Bo nie mogłam się zdecydować, którą chciałabym mieć: czy tę z żółtymi, zielonymi czy może szaroniebieskimi kieszeniami? A na trzy stać mnie nie było. Ale nie wszystko stracone: sklep z torbami Gabs pojawił się w Rieti. A ja w Rieti będę jeszcze przed świętami. I choć w Mikołaja nie wierzę, a Bożego Narodzenia nie świętuję, to jednak na 24. grudnia zrobię sobie prezent z torby Gabs. Mam jeszcze ponad miesiąc czasu by zdecydowć się na kolor. JC włoży mi do nowej torby butelkę Brunello. Będzie pełnia szczęścia. I alternatywne spełnienie toskańskich marzeń.

Oficjalna strona Gabs i instrukcja co robić z torebką. BTW: czy nie boska reklama?
gdybym wygrała milion milionów w totto, to chyba niewiele bym zrobiła inaczej, choć zapewne odkupiłabym od sąsiadów to, co kiedyś było częścią należącą do Casa di Giuseppe, a więc ogród z widokiem na Monteleone i dzwonnicę. I pociągnęłabym szybki internet do wioski. No i pewnie pogadałabym z Alessandro Capellaro o architekturze wnętrz oraz o tym, co ewentualnie możnaby jeszcze zrobić Casa di Giuseppe.


O Alessandro mówi się. I to dużo. I sporo pisze, zwłaszcza po tym, jak pokazano tzw. box house we Florencji.

Architekt przerobił dawny warsztat stolarski na coś do czego łka moja artystyczna dusza śmieciarza: bardzo proste, by nie powiedzieć siermiężne, wnętrze, mnóstwo upcycling - w tym przypadku stare urny wyborcze i skrzynki, kropla koloru w lampach vintagowych.


O lofcie zwanym Box House dowiedziałam się z blogu Japanese Trash i z French by Design, więcej doczytałam ze strony b-arch architettura.

do takiego wniosku doszliśmy rozlewając wczoraj resztę wina do kieliszków. Pogoda była piękna, balkon obszerny, a komary jeszcze nie wymyśliły, że można zacząć gryźć. Wznieślimy więc toast za ciężkie życie  sycylijskim Corvo. Potem przenieśliśmy się do Toskanii i gospodarz wyciągnął na stół  Cum Laude (mieszanka cabernet sauvignon-merlot-sangiovese-syrah)i dostawił Syrah dla porównania (obydwa od Castello Banfi, rocznik 2006). A gdy już się mi wydawało, że nie może być lepiej (Cum Laude smakowało nam bardziej niż Syrah: piękny śliwkowo-porzeczkowy bukiet, lekki posmak świeżej wiśni i jeżyny, powiew dymu etc), Peter polał Vin Santo od Castello di Cacchiano. Gambero Rosso pisze, że Cacchiano ma lepsze wino. Ja nie wierzę. Jak może być coś lepszego od TEGO vin santo? A ja vin santo nie lubię raczej, ale jestem gotowa jechać do Gaiole in Chianti (Toskania!) po kilka skrzynek (jeśli tylko Master Card zniesie takie obciążenie...).  JC ofiarował się, że ze mną pojedzie. A po drodze wstąpimy do Alto Adige (wioska Magreid) po Corolle 2005 Cason Hirschprunn Alois Lageder, gdyż nim zakończyliśmy wieczór, a właściwie poranek. Do łóżek rozeszliśmy się o drugiej nad ranem, żałując że mamy tylko po jednej wątrobie........

Castello Banfi
loc. Sant'Angelo Scalo
Castello di Poggio alle Mura
Montalcino


Castello di Cacchiano
fraz. MOnti in Chianti
loc. Cacchiano
Gaiole in Chianti
e-mail do Cacchiano
dawno o książkach nie było, choć powinno. Nadrabiam niniejszym zaległości, a że pogoda ładna, więc i komentarz ciepły. Trochę nie w charakterze, ale akurat dzisiaj mam powód. Książka mi się podoba i to nie tylko z powodu dobrych przepisów.


Pisałam o Srebrnej Łyżce, najpopularniejszej włoskiej książce kucharskiej, ale miałam doń zastrzeżenie: brak przepisów regionalnych. No i Srebrna Łyżka posłuchała mego utyskiwania; wydała Il Cucchiaio d’Argento: Cucina Regionale. Nabytek pokazałam Anniemarii i Stefano. Pochwalili zestaw z Lacjum, zwłaszcza informacje o historii sosu z Amatrice, zgodnie przyznali nagrodę publiczności za włączenie przepisu na nadziewane ryżem pomidory. Mnie spodobał się przepis na święconą oliwę z Abruzjii (olio santo to autentyczna nazwa oliwy z aromatyzowanej papryczkami), atrakcyjne fotografie i kolekcja notatek pod przepisami, na ogół dotyczących historii przepisuchoć są też i inne ciekawostki. I choć mogłabym czepiać się wielkości i wagi (w sensie fizycznym, a nie znaczeniowym) dzieła, to o niepotrzebnym kartonowym opakowaniu na książkę nie wspomnę :-)






A że jutro zabieram się za omawianie książek o Toskanii  (Dom w Toskanii Anity Stojałowskiej, Za dużo słońca Toskanii Dario Castagno i Codzienność w Toskanii Frances Mayes) to i wypiszę z książki listę przepisów toskańskich. Tak oto mamy:
  • sugo fegatini
  • peposo
  • crostini di cavolo nero
  • crostini rossi alla chaintigiana
  • raviggiolo
  • pappa col pomodoro
  • pancotto di Viareggio
  • minestra garfagnina di farro
  • garmugia
  • la ’nana’ sulle pappardelle
  • pici all’estrusca
  • capppone con i gobbi
  • faraona ai porcini
  • coniglio alle mele
  • frittatine in trippa
  • fegatelli
  • arista al finocchio
  • trippa alla fiorentina
  • fagiano in salmi alla toscana
  • cacciucco alla livornese
  • gamberi in dolcefote
  • cavolfiore in umido
  • fagioli nel ’fiasco’
  • sformato di gobbi
  • biscotti di Prato
  • costata di ricotta garfagnina
  • castagnaccio alla pistoiese
  • zuccotto

Na co macie ochotę? Bo ja na zupę rybną czyli cacciucco. I na sformatto di gobbi, czyli wytrawny budyń z kardów.
to takie niderlandzkie powiedzenie, odpowiednik angielskiego bringing coal to Newcastle, znaczące tyle co nosić drzewo do lasu, choć o noszeniu wody do morza chodzi. Piję, niekoniecznie oczywiście :-), do wczorajszego postu o przyprawianiu Stingowi gęby idącego pod prąd i ideologicznego, gdy na tak na prawdę wydaje  się chodzić o kasę i pewny zysk; Toskanii reklamować nie trzeba: napis produkt toskański gwarantuje zbyt, niekoniecznie na półkach z żywnością dla biedoty.

I tak jak podziwiam kogoś kto decyduje się na produkcję wina w Arizonie czy w Dakocie, tak skrytykowałabym za robienie tego samego w Napa Valley jeśli sprzedawane byłoby to jako przejaw społecznikowstwa. Bo to tak jak wmawianie, że z miłości do przyrody i z szacunku dla tych, którym się nie udało, kupiliśmy sobie posiadłość w Konstancinie Jeziornej.

Inna sprawa, że z niepokojem patrzę na miasteczka z których znikają tubylcy (czego przykładem wydaje się być większość Toskanii, kawał Ligurii i Umbrii), a pojawiają się tacy jak my: przyjeżdżający na kilka miesięcy w roku. Nie mam zamiaru maszerować, protestować i ganić, ale mam świadomość zmiany i to niekoniecznie na lepsze. I mojego w tym udziału.
wyczytane w La Cucina Italiana (numer - bodajże - październikowy): Sting wprowadza na rynek produkty z własnego toskańskiego gospodarstwa.

Czy tylko mnie przeszkadza, że Sting jest takim samym produktem jak jego sosy pomidorowe?  I że w gębie przyprawianej mu jako osobie niezależnej i świadomej, najwyraźniej jest tyle prawdy co mięsa kurzego w chicken McNuggets? Bo gdyby był tym za którego się podaje, to sosy pochodziłyby z chociażby z Irpinii. Lub z Eboli.
koleżanka podała mi gulasz z dzika, czyli ten, który chętnie bym zrobiła gdyby niemieckie dziki nie były radioaktywne. Gulasz smakował; coś mi w nim jednak nie do końca nie grało. Myślałam, że to może wina dziczyzny i czekolady, czyli dziwnych składników. Teraz, po moim pierwszym na prawdę udanym spezzatino w stylu toskańskim wiem, że problemem była metoda gotowania. Mięso, choć miękkie, było a za bardzo wygotowane, a smaki nie miały okazji się dobrze wymieszać: to tak jakby jadło się mięso polane sosem. A gulasz, czyli spezzatino, ma być harmonijną całością w której nie wiadomo gdzie kończy się sztukamięs a zaczyna się oblepiający ją sos. I nikt nie jest w stanie wymienić składników, które wchodzą w skład potrawy :-)



Sprzęt i składniki:
  • trzeba mieć duży i głęboki rondel, koniecznie z pokrywką. Rondel powinien być na tyle duży by pomieścił podsmażone mięso w jednej warstwie.
  • drobniutko posiekane odori: dwie cebule, z 5-6 marchewek, 4-5 gałęzi seleru naciowego, duża garść natki (razem z gałązkami), ze dwa ząbki czosnku. Proporcje są istotne: najwięcej powinno być selera, ale marchewka nadal ma być wyczuwalna, a zosnek i cebula są tłem. 
  • odori w ogóle powinno być DUŻO: papka z warzyw ma oklejać każdy kawałek mięsa
  • jakość mięsa: nie musi być najlepsze. Odrobina tłuszczu jest jak najbardziej wskazana. Oczywiście można też do rondla wrzucić garść drobno posiekanego surowego boczku, czyli pancetty. Pancettę dodaje się razem z odori, czyli zaraz na początku. 
  • Mięso pokrojone na duże kawałki, takie 3-4 centymetrowe
  •  wino: najlepsze jest białe, nie za owocowe i nie za delikatne; i tak z listy dobrych win zdjęłabym i chardonnay i sauvignon blanc, idealnie zaś nadaje się Vernaccia, Trebbiano i Verdicchio lub Pecorino.
  • zioła: niezbyt dużo (mają pomagać a nie przesłaniać smak). Moje ulubione to 3-4 liście laurowe i gałąź rozmarynu
  • pomidory, a konkretnie passata di pomodoro. Dodawane w niewielkich ilościach w czasie gotowania. Na spezzatino z 3,5 kg mięsa użyłam jakieś 600 g passaty (czyli 4/5 butelki)

Technika:
  1. na oliwie smażyć odori, często mieszając, aż zrobią się szkliste. Wtedy wrzucić do nich mięso i smażyć, od czasu do czasu mieszając, aż mięso i odori zrobią się ciemnozłociste. Zajmuje to 20-30 minut. 
  2. Posypać łyżką mąki, zamieszać dobrze, posmażyć przez minutę 
  3. wlać trochę wina (1/3 szklanki) i smażyć mieszając, aż wino odparuje
  4. Dodać passatę. Ostrożnie! Najpierw kilka łyżek: posmażyć przez kilka minut i sprawdzić czy w sosie czuć lekki kwasek pomidorów. Nie? Dodać jeszcze trochę passaty.  Nadmiaru passaty nie da się zneutralizować. Wtedy, zamiast spezzatino, robimy b. dobry sos mięsny z pomidorami.
  5. Mięso nie powinno pływać w rzadkim sosie. Płynu ma być tylko tyle, aby mięso i warzywa się nie przypaliły.
  6. Uzupełnianie płynu: ostrożnie. Można dolewać wina. Lub wody.  Soli się zaraz po dodaniu wina 
  7. Sprawne operowanie pokrywką: rumienienie odori i mięsa oraz odparowanie wina odbywa się bez pokrywki; po dodaniu ziół i passaty - pokrywka na garnek. I tak pozostaje przez cały proces powolnego gotowania. Chyba, że dodaje się trochę wina i wtedy trzeba poczekać aż alkohol wyparuje, czyli bez pokrywki, mieszając...itd..itd. 
  8. Spezzatino robi się  powoli: jakieś 1,5 - 3 godziny (to w zależności od rodzaju mięsa) i jego ilości. Moje 3,5 kg jagnięciny gotowało się 2,5 godziny
 Kropką nad i jest dodanie do duszącego się pod pokrywką spezzatino kawałka lub dwóch skórki cytrynowej

No i koniecznie do tego uwarzyć polentę, na wodzie lub na mleku, białą lub żółtą, grubo lub drobno mieloną. Tę którą miesza się przez 40 minut lub tę eksperesową, gotową w 10 minut. Dodać tylko masła i ew. parmezanu... Najlepiej ugotować jej za dużo, bo wtedy ma się obiad na drugi dzień.

A tak swoją drogą to należy mi się medal za ilość postów wyciśniętych z jednej imprezy...... :-P
    nie raz i nie dwa pisałam, że włoskie makarony to problem. Nazwy zmieniają się co kilkaset metrów. A jeśli nazwa pozostaje ta sama, to makaron wygląda inaczej. Albo wszystko naraz się zmienia.


    Chociażby takie fettucine (l. poj. fettuccina): czasami nazywa się gnocche pelose lub lane. Lub lane pelose. Lub ramicce. Lub sagne. Grubsze fettuccine to maccheroni w Umbrii , tajarelloni w Abruzji, strenghe w Marche i lasagne na Sycylii. Fettuccine z Lacjum (z wyjątkiem Colonny gdzie przybrały imię pincinelle) to nic innego jak wstążki znane gdzie indziej jako tagliatelle (l. poj. tagliatella), węższe  tagliatelle to tagliolini.

    Tak jak w przypadku fettuccine, tagliatelle może się różnie zwać: tagliatelle smalzade ((Trydent - Górna Adyga), lesagnetes w Wenecji Euganejskiej a konkretnie w okolicy Cortiny D’Ampezzo, badele w Lombardii; a tagliolini to bassotti w Emilii - Romanii lub tajulin sa’l agagg w gwarze z Marche (piękna nazwa; nie wiem jednak jak się ją wymawia :-))

    W Toskanii, a konkretnie w Valdarno, maccheroni to wstążka cienko rozwałkowana i grubo krojona, czyli pappardella (l. mn. pappardelle) a tagliolini to wstążki grubo wałkowane, ale za to wąskie.

    W Lacjum tagliatelle mogą zwać się sagne w Cociarii, lub fettuccine w pozostałej części regionu, choć i tu jest odstępstwo od reguły, bo fettuccine z z Subiaco podawane w rosole zwą się sciaquabaffi. W Górach Sabińskich sciaquabaffi w rosole to curioli.

    Jeśli to wydaje się zbyt proste, to dodam, że w Lacjum są dwa rodzaje fettuccine: jedne to wstążki znane jako tagliatelle a drugie fettuccine to fettuccine tylko grubsze :-)

    Wariacje
    w Umbrii fettuccine wymieszane z miodem i orzechami są tradycyjną potrawą bożonarodzeniową. Czy często spotykaną, trudno mi orzec, gdyż nigdy nie byłam w umbryjskim domu.

    W górach Aosty, w Apeninach w pobliżu Parmy oraz w północno-zachodniej Toskanii (czyli, m.in. w Garfagnana) fettuccine zagniatane są z mąki kasztanowej. A podaje się je podsmażane z kapustą włoską i żeberkami.

    Tagliatelle zagniatane z samych żółtek, czasami z dodatkiem odrobiny wina, to specjał z Langhe (Piemont), zwany tajarin. Tajarin z dodatkiem mąki kukurydzianej to tajarin di meliga. I jeśli już o dodatkach do tagliatelle mowa, to w Ligurii i Lombardii zagniata się zielone ciasto, czyli z dodatkiem ogórecznika. W Górnej Adydze i górach Friuli do ciasta wlewa się świeżą krew.

    W okolicy Piacenzy tagliatelle podaje się z sosem orzechowym, z w Civitella di Romagna zapieka z rosołem i sosem serowym zagęszczanym żółtkami i doprawianym cynamonem.

    Złota wstążka
    Oczywiście Włochy nie byłyby Włochami, gdyby nie powstał model idealnej fettucciny. Idealna fettuccina to fettuccina bolognese, czyli wstążka bolońska, zarejestrowana oficjalnie w roku 1972 przez boloński oddział Accademia Italiana della Cucina. Regulamin podaje (i tu cytuję za O. Zanini de Vita, bo na stronie informacji o fettuccine nie mogłam znaleźć), że idealna fettuccina ma po ugotowaniu szerokość 8 mm, czyli 1/12,270 wysokości Torre degli Asinelli gdyż „każda inna szerość [wstążki] spowoduje utratę jej niepowtarzalnego charakteru”. Jeśli komuś leży na sercu niepowtarzalny charakter bolońskiej tagliatelli, to zaraz poleci z suwmiarką i sprawdzi czy maszynka do krojonie wstążek jest odpowiednio skalibrowana. Po czym podziękuje instytucji nazdzorczej, że określając złotą miarkę nie zapomniała o podaniu szerokości surowego produktu. Tak więc dozwolona szerokość surowej fettucciny bolognese to 6,5 do 7,0 mm. Resztę, czyli 1,5 do 1 mm załatwia twardość ciasta i gotowanie. Niestety, Accademia nie podaje miary twardości i nie precyzuje czasu gotowania.

    Wnioski, czyli co z tego zapamiętać?
    Nic. Zamówić lane/ sagne/ fettuccine/ tajarin/ lasagne/ tagliatelle/ maccheroni (niepotrzebne skreślić) z sosem. Reszta jest nieistotna......

     
    źródła:
    Encyclopedia of Pasta, aut. Oretta Zanini de Vita
    seria La Cucina Regionale Italiana, wyd. Newton & Compton Editori
    Italian Cuisine, aut. Alberto Capatti i Massimo Montanari
    tak, próbowaliśmy lardo di Colonnata i to nie byle gdzie, a na miejscu w localita Colonnata, czyli na północny wschód od Carrary. Lardo jedliśmy w restauracji Venanzio (piazza Palestro 3; tel. 0585758033), a trafiliśmy tam z rekomendacji Gambero Rosso. Byliśmy tam dwa lata temu, więc całego menu nie pamiętam, ale utkwiły mi w pamięci kromki chleba zrumienionego nad węglami, obłożone kawałkami prawie przeźroczystego lardo. Popijaliśmy je białym winem (czerwone wino jest zbyt intensywne).

    Gambero Rosso wymienia też jeszcze jeden przybytek najważniejszej słoniny. Polecana jest Locanda Apuana, localita Colonnata, via Communale 1, tel 0585768017, www.locandaapuana.com.

    Podobno też dają dobrze zjeść i jeśli wierzyć książkom, to są tańsi od Venanzio (Gambero podaje 30 euro jako medianową cenę 3-daniowego obiadu w Locanda Apuana, i 40 euro w Venanzio). Nie pamiętam ile dokładnie zapłaciliśmy za kolację w Venanzio. Ale chyba nie 40 euro od osoby, bo bym pewnie zapamiętała tak drogi posiłek :-)

    I jak już zaciągnęłam w Alpy Apuańskie do Colonnaty to chciałbym dodać, że miasteczko jest interesujące. Usadowione na górze, ale jednocześnie otoczone wyższymi szczytami, jest klaustrofobiczne, przygnębiające, ale też i ciekawe architektonicznie. Są przebłyski jakiejśtam zamożności (ratusz, rynek), wymieszanej z biedą miejsca żyjacego z kamienia: niedokończone schody, uliczka na urwiskiem i ciasne, ustawione jeden na drugim, domki z kamienia. Klimatu dopełniał marmurowy bruk na rynku i szary, jakby przyprószony pyłem, kot z przetrąconą nogą.

    Jadąc z Carrary do Colonnaty przejeżdża się obok kamieniołomów. Przerażający widok porytych gór, choć z daleka wyglądają one jak pokryte śniegiem. Aż dziwne, że z takich miejsc pochodził marmur na Dawida i na erotyczne rzeźby Berniniego czy Canossy.

    Lardo polecane przez Lori de Mori w Beaneaters&Breadsoup to Larderia Colonnata di Fausto Guadagni, via Comunale 4, 54030 Colonnata (MS), tel 0585768069
    oczywiście nie surowej a odleżałej. I jeśli już odleżałej to w marmurowych kadziach. A tak w ogóle to w marmurowych kadziach i z ziołami dla towarzystwa. Mowa, oczywiście od słoninie z Colonnaty, czyli lardo di colonnata.

    Biedne początki

    gdy mieszkańcy wiosek z na północ od Carrary szli w góry, do kamieniołomów, nieśli ze sobą chleb i słoninę, jedyne - zdaje się -  produkty, które były w stanie wytrzymać dwa tygodnie bez lodówki, bo powrót do wioski na kolację nie był możliwy. Nie trudno to sobie wyobrazić: jazda przez góry, zwłaszcza od strony Garfagnany, nadal nie jest przyjemnością, choć drogi są jakby trochę lepsze niż dawniej. Zakrętów dużo, z nawisów skalnych leje się woda, mocząc i nawierzchnię i samochód.

    Jak zabrać się do lardo?

    Najpierw potrzebna jest okolica zapewniająca mikroklimat, czyli z  zapachem żywicy, umiarkowaną wilgotnością i górskim powietrzem. Potem trzeba sobie wykuć w skale jaskinię w której ustawi się la conca, czyli kadź do robienia lardo. La conca, przypominająca sarkofag, musi  być z marmuru. Oczywiście nie każdy marmur się nadaje: najlepszy jest ten drobnoziarnisty, z kamieniołomu Canaloni. Gruboziarnisty marmur za bardzo wchłania zalewę; średnioziarnisty jest na figury do ogrodu. Potem trzeba sobie wykuć jaskinię, bo lardo potrzebuje mikroklimatu. Zakładając, że jest mikroklimat, jaskinia i la conca z odpowiedniego marmuru, można się zabrać za robienie lardo.

    Do zrobienia lardo potrzebne są
    • odpowiednia pora roku, czyli mokre miesiące od września do maja, i dużo czasu bo lardo musi dojrzewać jakieś sześć miesięcy, przy czym trzeba je odwiedzać często sprawdzając poziom zalewy; wyschnięte lardo będzie jedynie podsuszaną słoniną
    • odpowiedni płat słoniny, czyli z pleców świni, pokrojony tak by można kawałki układać w kadzi, bez pozostawienia pustej przestrzeni, Każdy płat trzeba też natrzeć solą morską.

    Prawie piernik

    Kadź naciera się świeżym czosnkiem i wyścieła mieszanką piernikową. Oczywiście każdy z producentów ma swój własny i tajemny przepis na mieszankę. Nikt więc nie poda proporcji i kompletnego składu, ale Lori de Mori dowiedziała się od Fausto Guadagni, że używa on 12 przypraw, m.in. czarnego pieprzu, cynamonu, gałki muszkatułowej, goździków, gwiazdek anyżu, majeranku, oregano i szałwi. Na to idą płaty słoniny, poukładane ściśle jak puzzle bez pustych przestrzeni i bez zachodzenia płatów jeden na drugi, a na nie z kolei warstwa liści laurowych, grubo posiekany czosnek i warstwa rozmarynu. I tak warstwa po warstwie: słonina czosnek liście laurowe rozmaryn słonina czosnek liście laurowe rozmaryn słonina....  Aż się skończy la conca.

    Zaciągnąć marmurową klapę, i - sprawdzając od czasu czy słoninie nie jest za mokro lub za sucho - czekać sześć miesięcy. O metodach regulacji poziomu wód gruntowych, czyli zalewy, książka i producent milczą

    Produkt końcowy i oryginalny


    powinien być jasny, w kolorze różowo-beżowym, pokrytym ciemną warstwą soli i przypraw. Lardo ma pachnieć ziołami i korzeniami a nie zjełczałą słoniną. Jak sprawdzić czy lardo di Colonnata to Lardo di Colonnata? Jeść w temperaturze pokojowej. Każda podróbka, niezależnie od tego jak dobrze zrobiona, nie wytrzyma tego testu, gdyż lardo potrzebuje 6 miesięcy w kadzi aby uzyskać właściwą konsystencję: prawie maślaną, rozpływającą się na języku i pozostawiająca smak słodkawy i aromatyczny, ziołowy. Podróba będzie jadalna tylko w stanie bardzo zimnym; jedzona z gorącą grzanką zmieni się w ustach na kulę  zbitego i nie przełknięcia tłuszczu.

    Z czym podawać

    na grzance, z panizza (rodzaj krokietów z mąki cieciorkowej) lub z marmelattą z arbuza. Lardo nadaje się do smażenia na nim warzyw, jako dodatek do ragu. Lub do zawinięcia w nie kawałków królika, czyli do robienia coniglio lardatellato.

    od włoszczyzny tak, próbowaliśmy lardo di Colonnata i to nie byle gdzie, a na miejscu w localita Colonnata, czyli na północny wschód od Carrary. Lardo jedliśmy w restauracji Venanzio (piazza Palestro 3; tel. 0585758033), a trafiliśmy tam z rekomendacji Gambero Rosso. Byliśmy tam dwa lata temu, więc całego menu nie pamiętam, ale utkwiły mi w pamięci kromki chleba zrumienionego nad węglami, obłożone kawałkami prawie przeźroczystego lardo. Popijaliśmy je białym winem (czerwone wino jest zbyt intensywne).

    Lardo polecane przez Lori de Mori w Beaneaters&Breadsoup to Larderia Coonnata di Fausto Guadagni, via Comunale 4, 54030 Colonnata (MS), tel 0585768069
    Osteria Il Vecchio Mulino
    via Vittorio Emanuele 12
    55032 Castelnuovo Garfagnana
    tel 0583 62192
    www.ilvecchiomulino.com

    Do Garfagnana trafia się przez przypadek. Zabytki Toskanii kończą się gdzieś w okolicach Bargi; dalej są tylko góry, doliny i wioski wielkości chusteczek do nosa. My w tamte okolice trafiliśmy szukając domu, a Il Vecchio Mulino znaleźliśmy dzięki Slow Food. Zadzwoniłam, żeby upewnić się, że będą mieli dla nas stolik.

    O której godzinie?
    O dwudziestej.
    O dwudziestej nie można.
    Jest albo 19:30 albo 21:30.
    19:30.
    Ile osób?
    Trzy
    Dobrze, że zarezerwowałam miejsce, bo w osterii wszystkie stoliki były zajęte. Nasz też. Zostaliśmy skojarzeni z małżeństwem mówiącym po angielsku. Teraz już nie pamiętam czy byli to Belgowie. A może Holendrzy? Od czasu do czasu dosiadał się do nas Andrea Bertucci, właściciel, kelner, kucharz, maitre’d i przedstawiciel Presidio Slow Food we własnej osobie. Rozmawialiśmy głównie o miejscowych kulinariach, czyli o tym co jest na talerzu. A było dużo i smacznie, choć nie był to posiłek typowo restauracyjny, a raczej seria różnych przystawek - salame i miejscowe sery, prosciutto bazzone di Rolando, biroldo, zupa z farro, wytrawne tarty. Miejscowy chleb. Tego wieczora Andrea serwował też francuskie sery na sposób miejcowy czyli z miodem kasztanowym i z mostarda di frutta. Ta ostatnia przypominała bardziej kwaskową konfiturę niż musztardę znaną mi z Cremony czy Mantuii.  Na zakończenie wieczora Andrea wyciągnął z torby papierowej garść ciasteczek i sypnął na stół. To był nasz deser.

    Detale
    Osteria Il Vecchio Mulino umieszczona jest w najulubieńszej z książek i w Gambero Rosso, który daje jej dwie butelki (za bycie doskonałą winiarnią) i informację, że je się tu dobrze i bardzo niedrogo biorąc pod uwagę jakość podanych potraw.

    W Il Vecchio Mulino nie ma menu: je się to, co Andrea znalazł, kupił lub ugotował. Wybierać można jedynie wino. Karta win ustawiona jest na półkach pod ścianami; jeśli nie ma wina na półce to wina nie ma i być może nie będzie. I to jest wielkim plusem całego przedsięwzięcia: zmiana i nieobliczalność. Oraz doskonała jakość. Na to zawsze można liczyć w Il Vecchio Mulino. I na potrawy z la cucina povera:
    • polenta z formenton otto file,  
    • mondiola della Garfagnana, biroldo i prosciutto bazzone
    • wyroby z farro; a farro, proszę państwa, to może być orkisz czyli Triticum spelta  (tak jest w Ciociarii) lub płaskórka ((Triticum dicoccum), szlachetniejsza - i trudniejsza w uprawie - wersja pszenicy. Biroldo to rodzaj miejscowej kaszanki

    Ostatnie słowo
    Il Vecchio Mulino nie jest dla ludzi, którzy lubią białe obrusy, serwetki, zastawę i talerz dla każdego :-) Nie jest też dla osób, które lubią pogrymasić i poczytać menu. Nie jest też dla ludzi, którzy nie lubią dzielić stolika z obcymi. No i je się o 19:30 albo o 21:30. Innych opcji nie ma. Il Vecchio Mulino zamknięty jest w poniedziałki.

    Żałuję bardzo, że do Ginestra trudno jechać przez Castelnuovo Garfagnana, bo z przyjemnością posłuchałabym opowieści o miejscowych specjałach.


    Ciasteczka z Il Vecchio Mulino były robione z mąki kasztanowej

    Uaktualnienie informacji:
    dzięki Bea mamy nowy adres internetowy Il Vecchio Mulino

    to nie jest tak, że jestem kompletnie i nieodwołalnie zrażona do Toskanii. Toskania mi się raczej przejadła :-), poza kilkoma wyjątkami: zawsze jestem gotowa pojechać do Garfagnana, zwłaszcza gdy wycieczka kończy się w Vecchio Mulino* i gdy mogę wziąć w rękę książkę pokroju Beaneaters & bread soup. Portraits and Recipes from Tuscany (Lori de Mori & Jason Lowe; wyd.  Quadrille Publishing Ltd, Londyn). Wspominałam ją w pierwszych miesiącach włoszczyzny, teraz - na fali buntu przeciw ckliwym i kiepsko napisanym opowieściom - spróbuję książkę pochwalić jeszcze raz. A nuż okaże się, że wydawca wpadnie przypadkowo po włoszczyznę i postanowi książkę wydać?

    A więc co mi się w książce podobało:
    • szata graficzna, fotografie, czcionka, rodzaj papieru, czyli wszystko :-)
    • treść czyli  opowieści o ludziach Toskanii. Jest pszczelarz, kilku kucharzy, sprzedawca flaków, producenci win, noży i tkanin lnianych, hodowcy krów i kasztanów jadalnych.
    • ciekawe przepisy pochodzące od bohaterów poszczególnych opowieści, chociażby przepis na mięso z dzika na słodko-kwaśno** (lepiej brzmi po włosku Cinghaile in dolce e forte) podany przez producenta noży. Albo na sos z kaczki do makaronu.
    • mapka, adresy, spis potraw po włosku i po angielsku (podział w/g rodzaju dania, czyli pierwsze, drugie, przystawki etc)

    A co mi się nie podobało? Książka za krótka.


    Notki:
    * o Il Vecchio Mulino napiszę jutro
    ** przepis dla szczęśliwców z dostępem do dzika

    Cinghiale in dolce e forte, czyli dzik słodko-kwaśny na 6 osób
    1,5 kg mięsa z dzika, pokrojone w dużą kostkę
    butelka czerwonego wina
    200 ml czerwonego octu winnego
    sól, pieprz
    6 łyżek oliwy
    1 cebula, 1 marchew, łodyga selera - wszystko drobno posiekane
    2 liście laurowe
    1 łyżka mąki
    +/- 3/4 litra rosołu
    na sos potrzeba: 2 łyżki rodzynek, 100 g gorzkiej czekolady, 15 g solonego masła, 1 łyżka cukru, 2 łyżki orzeszków piniowych, 2 łyżki kandyzowanej cytryny, 2 goździki, trochę gałki muszkatułowej i 125 ml octu winnego (czerwonego)
    Dzień przed: zalać mięso 1/2 litra czerwonego wina i octem. Przykryć i odstawić na noc do lodówki
    Następnego dnia: odcedzone mięso osolić i obsmażyć na gorącej oliwie aż zacznie puszczać soki, czyli jakieś 5 min.
    Na patelnie (wylać oliwę po poprzednim smażeniu) wlać 4-5 łyżek oliwy i podsmażyć na niej posiekane warzywa i liście laurowe. Mieszać ciągle, gdyż warzywa powinny zmięknąć, ale nie zbrązowieć. Dodać mięso i smażyć przez kilkanaście minut, aż nabierze ciemnozłocistego koloru. Przyprawić pieprzem, oprószyć mąką i dobrze zamieszać. Wlać pozostałe 250 ml czerwonego wina, zredukować ogień i gotować aż wino prawie całkowicie wyparuje. Wlać gorący rosół i gotować na wolnym ogniu przez 2 - 2 1/2 godziny, dodając więcej rosołu w razie potrzeby.

    Namoczyć rodzynki w ciepłej wodzie i odstawić na 10 min. Roztopić czekoladę z dodatkiem masła, dodać doń cukier, odcedzone rodzynki, orzeszki piniowe, skórkę cytrynową, korzenie i ocet winny. Dobrze wymieszać. Zdjąć z ognia, żeby czekolada się nie przypaliła. Sos wlać do gotowego gulaszu dzikowego, dobrze wymieszać. W razie potrzeby rozcieńczyć odrobiną rosołu.
    Powered by Blogger.