Showing posts with label tradycje. Show all posts
Showing posts with label tradycje. Show all posts
i znów jesteśmy sławni. Tak w ogóle. A więc, po raz kolejny Michelin uznał La Pergola z Rzymu za wspaniałą restaurację. W La Pergoli jeszcze mnie nie oglądano i pewnie nieprędko  -jeśli kiedykolwiek - mnie  zobaczą, ale do La Troty, bliższej i geograficznie i finansowo, pewnie się wkrótce wybiorę by pogratulować im nie tylko dwóch Michelinów ale też trzeciego widelca od Gambero Rosso. O tym widelcu rozmawialiśmy bodajże dwa lata temu, że niby ma być przyznany, ale jakoś nie był. Więc sprawiedliwości stało się zadość.

I tak oto rok 2015 ma być nie tylko rokiem dachu na Casa di Giuseppe, ale też i rokiem w którym La Trotę uznano za jedną z 19 najlepszych restauracji we Włoszech.  Nie żeby na pytanie jak żyć panie prezydencie od razu odpowiadać tylko według gwiazdek i widelców, ale miło, że naszych tak uhonorowano, a gdy się osobiście zna właścicieli to czuję się tak jakby mi ktoś nowe dachówki podarował....

I jeśli już o honorach mówimy, to najdroższą restauracją we Włoszech (zdaniem CNN) nie jest ani Osteria Francescana (z Modeny) ani La Pergola, w której płaci się 220 euro (bez win) od osoby za konstrukcje jadalne i widok na Rzym, a restauracja położona rzut beretem od Ginestry, w Viacone. Solo per Due, bo tak się nazywa owa restauracja, jest najmniejszą restauracją na świecie - jeden stół, dwa krzesła. Imprezy z przyjaciółmi tam nie zrobisz.

Do Solo per Due też się nie wybieram, w ostatecznym rozrachunku bliższy memu sercu dach niż romans wśród świec i jedwabiów, ale podziwiam pomysł. Podobno jedzenie w Solo per Due jest doskonałe, a obsługa jeszcze lepsza :) i za to miejscowej sabińskiej inicjatywie cześć i chwała, bo skoro ludzie chcą tyle kasy wywalać za wieczór trzymania się za ręce i dziubania ravioli w kształcie serca, to lepiej żeby to robili u nas, w Górach Sabińskich, niż u obcych, we Florencji.

Bowiem niezależnie od tego co prawi podlinkowany artykuł CNN, na geografii się nie znający. Viacone bowiem leży w Lacjum a nie w Umbrii jak tego chce CNN, Enoteca Pinchiorri pozostaje najdroższą restauracją we Włoszech. 300 euro od osoby, bez wina i pewnie bez wody mineralnej. Czyli o suchym pysku. Kilka lat temu Gambero Rosso zabrało Pinchiorri jeden widelec ale nadal rezerwacje trzeba w Pinchiorri robić z dużym wyprzedzeniem. Więc może nie o nagrody i laury chodzi, a o coś innego? Tylko ja nie wiem co to coś innego jest.

Ale ja w ogóle burak jestem, a moją ulubioną restauracją jest ostatnio La Fiaccola w Anversa degli Abruzzi, gdzie kilka dni temu podkradałam z talerza JC troffie w sosie z ricotty, pecorino i szafranu, obrabiając drugą ręką ravioli nadziewane burratą i polane sosem pomidorowym przecudownej świeżości. I jakby tego było mało,  mięso z grilla, specjalność regionu, też nam bardzo smakowało. I jeszcze sałatka z cytrusów, cima di rape (liście rzepy) z fasolą jako dodatki. I do tego przyjemne wino, może niekoniecznie z wyższej półki, ale w stylu włoskiej trattorii - niedrogie i w dzbanku :)


 A że czworo nas było, to podzieliliśmy się cima di rapa gotowaną z fasolą, grillowanym mięsem i jeszcze pozostało miejsca w żołądkach i na tortę z figami i na herbatniki regionalne. Było dobrze, było tanio, czyli w cenie kilku dachówek oraz na luzie i atmosferycznie. A że przy okazji La Fiaccola okazała się być nagrodzona jedną krewetką przez Gambero Rosso? No cóż, czasami nasze zdanie pokrywa się ze zdaniem przewodników kulinarnych ;)

Sama Anversa degli Abruzzi okazała się przyjemnym miasteczkiem, ustawionym na urwisku, z widokami na góry i drogę prowadzącą do Scanno, ale, w przeciwieństwie do Scanno, Anversa ma mniej zabytków. Ponieważ zbudowano ją z kamienia w kolorze beżowym i nie trzeba się do niej przedzierać przez drogi wyryte w skałach, wydaje się przyjaźniejsza od jej sławniejszego sąsiada. W dodatku leży blisko autostrady z której musicie zjechać jadąc z własnym wężem do Cocullo, na majową procesję.

==
La Fiaccola
corso Raynaldo d'Anversa7/9
Anversa degli Abruzzi (AQ)
tel 08 644 9474
otwarci 7 dni w tygodniu, 12:30 - 14:00 i 19:30 - 22:00
parkować w okolicy rynku lub ulicę niżej, restauracja nie ma własnego parkingu

na zdjęciach: Anversa i jej okolice
w przyszłym tygodniu rozterkoczącą się Ginestrze młynki i zadówięczą moździerze. Wiadomo, trzeba robić wigilijne pampepato*. A pampepato, jak sama nazwa wskazuje, zawiera pieprz. Dużo pieprzu. Świeżo zmielonego. Lub utłuczonego.

zdj:pieprz -  Mario Spann, figi - Francesca Minonne,  orzechy -  Marco Polo, skórka pomarańczowa - Jodimichelle, młynek - Scott Ashkenaz, czekolada - Lee McCoy

Co do tego, ile pieprzu i czy z młynka, czy z moździerza, zgody w Ginestrze nie ma. Tak jak nie jedności co do proporcji składników: jedni wolą przewagę daktyli, inni fig, a jeszcze inni dodają rodzynki namoczone w grappie. A zia Laura daje wszystko: i rodzynki, i figi, i daktyle. I właśnie jej pampepato jest najlepszy: pieprzny i aromatyczny, pachnący czekoladą, kandyzowanym cytronem i skórką pomarańczową. W dodatku pełen orzechów i migdałów.

Gdyby nie czekolada (koniecznie gorzka!) i kształt bardziej przypominający pieczeń rzymską niż placek świąteczny, to smak pampepato możnaby porównać do sienejskiego panforte.  I słusznie, gdyż tak pan papato (zwane też panpepato, pampepato) i panforte są blisko skoligaceni*. Legenda głosi, że pochodzą z XIII wieku, a za ich twórcę przyjmuje się niejakiego Niccolo dei Salimbeni. Materiały źródłowe mówią jednak , że ciasto z bakaliami i orzechami, słodzone miodem i przyprawiane korzeniami znano dużo wcześniej. Ba, melatello, panforte z jabłkami, brał udział w krucjatach.

W późnym Średniowieczu i wczesnym Renesansie drogi panforte i panpepato się rozeszły na stałe. I choć obydwa reprezentowały wszystko co najcenniejsze w kuchni, a więc przyprawy korzenne, to panforte nabrało wymiaru niemalże metafizycznego. Nie dosyć, że siedemnaście składników miało symbolizować liczbę kontrad biorących udział w Palio, to panforte - wraz jego legendarnym twórcą  Salimbenim - wpisało się w historię języka włoskiego. I trafiło do ósmego kręgu Piekła:
Oraz Niccolo, po którym praktyka
Nastała -- w kuchnię wprowadzić bogatą
Nieznany dotąd aromat gwoździka
Dante, Piekło, Pieśń XXIX, w. 127-29 (tłum. E. Porębowicz) http://boskakomedia.korona-pl.com/index.html

Za klasyfikację panpepato wziął się dopiero Francesco Redi. I to on podzielił gatunek na trzy odmiany: wysublimowaną, czyli sopraffina, z białym cukrem, kolorową polewą i przybraną ozdobami marcepanowymi, poślednią  - tańszą wersją sopraffina, a więc z miodem zamiast cukru, oraz plebejską z mąki rasowej, otręb, fig, orzechów włoskich, miodu i pieprzu.

Do której kategorii należy współczesny pampepato z Ginestry? Trudno powiedzieć. I chyba nikogo w Ginestrze to interesuje. Najważniejsze jest indywidualne podejście do składników, gdyż proporcje to sprawa umowna:

  • grubo posiekać orzechy, oraz sparzone, obrane ze skórki migdały
  • Rodzynki zalać grappą (rumem, ciepłą wodą) i odstawić na kilka godzin. W przypadku rumu lub grappy lepiej odstawić na kilka dni
  • Drobno posiekać kandyzowane owoce, suszone figi i daktyle. 
  • Na grubej tarce zetrzeć gorzką czekoladę. 
  • Czekoladę wymieszać z orzechami, kandyzowanymi owocami i odsączonymi rodzynkami. 
  • Dodać szczyptę soli, dużo zmielonego czarnego pieprzu i dobrze wymieszać. 
  • Do rozpuszczonego (ale nie gorącego) miodu, wsypać startą czekoladę, owoce i orzechy z przyprawami.
  • wbić zółtko lub dwa  (zależy od ilości składników podstawowych)
  • wsypać mąkę (razową lub białą, w takiej ilości by ciasto dało się formować), przyprawić wedle uznania cynamonem, goździkami i gałką muszkatułową. 
  • Na posmarowanej oliwą blaszce uformować ciasto (ma przypominać bochenek chleba). 
  • Piec w temp. 200 stopni. 
  • Jak długo? To też sprawa umowna: zia Laura twierdzi, że 20 min. Gina mówi, że pampepato piecze się do zrumienienia.
* Pampepato to nazwa używana w Sabinie, choć sabiński pampepato to nic innego jak panpepato znany z Toskanii i południowej Umbrii.
** Z pampepato skoligacano są pierniki, m.in. Elisenlebkuchen i Rhumschnitte.


wschód w Erice, zasłona św. Katalda w Palermo i sycylijskie kolory
to, że w Ginestrze jest inny teatr niż, na przykład w Turynie, to oczywiste. Nie mniej jednak przedstawienie jest tak samo interesujące. Wielkanoc grano w kantynie domu Szwedów, rekwizyty były regionalne; domowe fettuccine, a więc węższe do bolońskich, podane z sosem pomidorowym na żeberkach, baranina z grilla, cykoria zerwana w polu. Regionalne były teżi dialogi.


W tle Elvis śpiewa In the Ghetto, choć mamy wielkanoc a nie boże narodzenie
- wino, prawdziwe bio, bez konserwantów
- naprawdę? Mocno owocowe jest
- bo to autentyczne montepulciano
- ale montepulciano które znam jest mniej owocowe
- bo z konserwantami
- trochę mocne też jest
- 15% dobry rok mieliśmy
- to ja z wodą mineralną poproszę
- takie dobre wino będziesz rozcieńczać?

Gdy Julio Iglesias zajął miejsce Elvisa, a wino ustąpiło pola grappie domowej roboty, uciekliśmy do domu by z trudem wnieść obolałe głowy na piętro, Mieliśmy ze sobą baniak z pięcioma literami montepulciano bez konserwantów, które niedawno zmieniło się w ocet. Taka ginestrowa wersja cudu w Kanie Galilejskiej. Ocet będzie potrzebny, gdyż na Boże Narodzenie: zamierzamy ugotować miejscowy specjał: pollo alla cacciatora. Teraz trzeba jedynie znaleźć dostawcę kwintala udek drobionych i kupić szpaler krzewów laurowych.
obcinają nam imiona. Moje, niby krótkie,skracają do Ma'. Tak jak Stefania i Stefano to Ste', Clarissa - Clari', Leonardo - Leona', Massimo - Ma'. Jedynie JC, którego imienia sąsiedzi nie mogą zapamiętać, a jeśli pamiętają to i tak nie umieją wymówić, więc JC zwą Giovanni, czyli Giova' .

Robbi, Alfi, Gio i Giova'

Dobrze, że mieszkamy w Gine'. W Poggio Moiano mielibyśmy gorzej. Poggio Moiano bowiem, zdaniem Ste', to czarna dziura w galaktyce Sabina. Lingwistyczny i kulturowy ewenement na skalę światową, bowiem Poggio Moiano mówi własnym, niezrozumiałym dla sąsiadów dialektem,  Jezus zmartwychwstaje tam w piątek, a sąsiadów zna się z ksywy. Na przykład Maurizio w Poggio Moiano nie istnieje, choć ma pizzerię przy głównej ulicy, a jego imię wypisano wielkimi czarnymi literami na szyldzie. Poggio Moiano szyldów jednak nie czyta, więc Maurizio to dla niego Muru Pizzu, Krzywa Góra. I o Krzywą Górę trzeba pytać, chcąc znaleźć dom Mauri'.

Ginestra się bawi

Od strony kultury Poggio też pizzu, czyli skrzywione. Bary po prawej stronie ulicy należą do chłopów, te po lewej - do kobiet i mężczyzn uważających się za inteligentów. Baby do  baru nie chodzą. Nie piją kawy z inteligentami i nie żłopią piwa z chłopami.

Poszłam kiedyś z Patrikiem i Bertilem do Poggio Moiano. Zmęczeni wędrówką z góry na dół i znów do góry w pełnym słońcu, wstąpiliśmy do baru. Tego po prawej stronie głównej ulicy. Patrzono na mnie dziwnie, gdy zamawiałam kawę z kroplą mleka, a jeszcze dziwniej, gdy siadałam z filiżanką przy stoliku na zewnątrz. Być może chłopy z piwem by zareagowały, gdyby nie obecność dwóch wysokich Szwedów z butelkami piwa w rękach. Ktoś nawet poklepał Patrika po plecach, widząc jak ten obciąga peroni z gwinta, jak na chłopa przystało. Tylko płaciliśmy za nasze napoje inaczej chłopy, bo gotówką i od ręki. I grzecznie odnieśliśmy puste butelki i pustą filiżankę do baru. Miejscowi puste butelki ustawiają pod ścianą, a płacą gdy w lodówce zabraknie piwa.
marzyłam by pójść do Canosy. Właśnie do Canosy a nie do Canossy, gdyż do tej ostatniej idzie się by wyrazić skruchę. Ja Henrykiem IV nie jestem, władzy papieskiej nie uznaję, pojęcie skruchy i grzechów znam jedynie z literatury, więc do Canosy idę tylko i wyłącznie w celach turystycznych.

Do apulijskiej Canosy jedzie się turystycznie by zobaczyć pozostałości po greckim akropolu, zwanym z niewiadomych powodów zamkiem, ruiny po kościele przedromańskimi i grobowiec Boamundusa (więcej tutaj), albo by zobaczyć procesje wielkanocne.

piątek z Krzyżem
 A z tych Canosa di Puglia słynie na całe Włochy: Najpierw jest piątkowa, z Drogą Krzyżową i Matką Bolesną całą w czarnych koronkach, niesionymi przez ciemne już stare miasto. A potem jest sobotnia Desolata, Processione della Desolata, wielka, głośna i dech zapierająca.

korowód

I choć podobno tradycja procesji w Canosie sięga średniowiecza to najbardziej widoczna jest barokowa dosłowność kontrreformacji: Jezus wśród gałęzi oliwnych, aniołek w różowej szacie niosący gąbkę na włóczni, dziewice w fioletowych szatach i fioletowych welonach z pejczami. Barokowa jest też oprawa muzyczna, gdyż Desolata znana jest przede wszystkim z chóralnego Stabat Mater, której słowa napisał w Renesansie Jacopone da Todi, muzykę skomponował wenecjanin (?, miejsce urodzin nie potwierdzone) Antonio Lotti w XVIII wieku.

Canosa di Puglia: burka

Dziewic w fioletach było mniej niż czterdzieści (policzyłam), pejcze zrobiono ze sznurka, gąbkę z plasteliny, aniołkowe skrzydła z tektury, a ksiądz wydawał się być duchem gdzieś indziej. Ale przede wszystkim była muzyka: zawodzona pieśń na trzysta ileś głosów (nie znalazłam oficjalnych danych, jedne źródło podaje ponad 250, inne 350, a jeszcze inne ponad 400) kobiet ubranych na czarno, z czarnymi chustkami przykrywającymi twarze, kobiet trzymających się pod ręce.
kolor

Przyznaję, że na Desolatę pojechałabym jeszcze raz, właśnie dla Stabat Mater i dla widocznej kobiecej solidarności. Nie mniej jednak mam świadomość, że jest też inna strona tej samej opowieści: dzieci niosące narzędzia tortur i spryskane krwią serwetki, kobiety w burkach, znające swoje miejsce w orszaku prowadzonym przez mężczyzn: jednego w ornacie podtrzymywanym na rogach przez dwóch ministrantów, innych w poczesnym miejscu, czyli tuż przy statui Matki Boskiej. Taka procesja dla kobiet, w której miejsce kobiet wyznaczane jest przez mężczyzn.

=====
Więcej:
Anna Pianura Fotografie
Giacomo Rosato Fotografie
artykuł w Fame di Sud
i u Salvatore Piciutto.it

====
informacja turystyczna:
  • przyszłoroczny plan procesji w regionie można będzie znaleźć na tej stronie
  • nocowaliśmy w hotelu Altavilla, ekstazy nie było, ale udręki też nie: miła obsługa, dobre śniadanie, duża łazienka, przystępna cena i parking strzeżony, co - według recepcjonisty - jest dodatkowym walorem, gdyż włamania do pozostawionych na ulicy samochodów zdarzają się coraz częściej, zwłaszcza nocą.
  • w Canosie jest kilka dobrych restauracji, a w odległości 10 km - doskonałe Antichi Sapori i Osteria dei Massari, my wybraliśmy  Osterię Vinalia, którą mogę polecić wszystkim miłośnikom prostego jedzenia i domowej atmosfery.  Nie dosyć, że smacznie, to i karta win porządna i przyjemne dla kieszeni ceny. Za posiłek 'pełen wypas', zestaw miejscowych zantipasti i półmisek jagnięciny z grilla oraz butelkę bardzo porządnego Trentangeli od Tormaresca, zapłaciliśmy 55 euro i jeszcze wyszliśmy z prezentem w ręku i adresem dobrej miejscowej piekarni.

koleżanka mi powiedziała, że ateiści nie powinni świętować Bożego Narodzenia, choć już nie wytłumaczyła kto powiedział, że KrK ma prawa autorskie do 24-25-26 grudnia? Nawet szopka nie jest opatentowana, choć pierwszą, podobno stworzył Franciszek z Asyżu z klasztorze w Greccio. Dlatego też w Greccio, na pierwszym piętrze kościoła, tam gdzie powinien być chór i triforium, znajduje się muzeum szopek: rzymskiej i neapolitańskiej, peruwiańskiej i japońskiej, meksykańskiej i wiktoriańskiej.

Boże Narodzenie w wersji Alessi
Czego w Greccio nie ma, to designerskiej szopki zaprojektowanej przez Massimo Giocon dla Alessiego, firmy początkowo produkującej zwykłe przedmioty kuchenne, potem - m.in. dzięki powiązaniom z grupą Memphis - przeobrażoną w producenta luksusowej wersji wyposażenia kuchennego. Alessi to bodajże najbardziej znana marka włoskiego designu, po trosze dlatego, że na korkociąg i słoik na makaron potrafią popatrzeć z przymrużeniem oka, a po trosze dlatego, że nawet drogi rzeczony korkociąg kosztuje mniej niż designerskie krzesło, a wszyscy chcielibyśmy przyprawić codzienność szczyptą designu. Tak więc Alessi ma swoją designerską szopkę i ma bożonarodzeniowe bombki: Gesu Bambino jako bobas z żółtym lokiem albo jako równie żółty król słońce. Bombka osiołek i baranek, mama Jezusa jak rysunek Jerzego Flisaka i amarantowy osiołek. I choć nie świętuję Bożego Narodzenia, nie gotuję barszczu, a na wigilię piekę gęś, to szopkę Alessiego lubię. Ale kupię ją dopiero wtedy, gdy Jezusik będzie wyglądał jak ktoś, kto urodził się i wychował w Nazarecie, Izrael a nie w Nazareth, Pennsylvania.

====
O Alessi, szopka do kupienia, o Greccio, śladami Franciszka w Lacjum, o grupie Memphis
Zima, proszę Państwa, zima. W nocy przymrozki, w dzień szaro i ponuro. Szale, kapy, narzuty, rękawiczki wełniane, skórzane, pobijane barankiem lub polarem, kurtka pikowana z oskubaną gęsią w środku przygotowane. Kożuch wytrzepany. I książki kucharskie odkurzone. Zaczyna się wyszukiwanie przepisów, które są kulinarnym odpowiednikiem szufelki soli na oblodzonym chodniku, oponą zimową na zasypanej śniegiem drodze przez wieś, walnięciem sety grappy do filiżanki espresso, a więc pora na tzw. comfort food, a przede wszystkim pora na polentę.

I o ile kawy z grappą, napoju mocno rozgrzewającego, specjalnie reklamować nie trzeba, to polenta jest bardziej kontrowersyjna. Sama w sobie, choć radośnie żółta, jest żałośnie bezbarwna smakowo. Nuda, proszę Państwa, nuda. Chyba że do polenty doda się łyżkę masła, garść parmezanu, kawałek gorgonzoli. Lub gdy poleje się ją aromatycznym sosem pomidorowym i ułoży wokół kawałki pikantnej salsiccii. Albo poda z królikiem w sosie winnym.  I wtedy polenta, jak nudna mała czarna skomponowana z glanami od Prady, nabiera zupełnie innego wyrazu.


Do polenty, drodzy Państwo, trzeba dorosnąć. Czyli zrozumieć, że polenta pronta jest w porządku, ale lepsza jest taka gotowana długo i cierpliwie. Czyli przyjąć do wiadomości, że polenta to slow- a nie fastfood. i że polenta to potrawa stadna: nie ma dzielenia między talerze. Je się własną, co prawda, łyżką, ale ze wspólnej michy, a konkretnie z deski lub kamiennej płyty ustawionej na środku stołu, wokół którego siedzi cała wioska.

W końcu, proszę Państwa, warto zacząć polentową turystykę, bo rodzajów polenty jest wiele. Mamy więc:
  • polentę di farro (z płaskurki lub orkiszu), znaną w centralnych Włoszech,
  • appenińską polentę di patate (opowiednik kartoflanej prażuchy), zwaną też polenta mata
  • polentę carbonara. Ta z Trydentu to  mieszanka kukurydzy, serów, masła, gotowanej fasoli lub kasztanów, podawana z kiełbasą lucanina trentina. Do polenty carbonara z okolic Werony dodaje się sery ostre i łagodne, a przyprawia miejscową oliwą
  • Jest polenta di zucca, którą gotuje Friuli z dyni i grubomielonej kukurydzy
  • Jest polenta concia, z północnych Włoch, z dodatkiem miejscowych serów i masła,
  • odmiana polenty concia to polenta con montasio, na mleku, z cynamonem i cukrem (Friuli, Wenecja Julijska)
  • polenta e ciccioli, czyli polenta ze skwarkami
  • polenta incatenata, gotowana w rosole z dodatkiem czarnej kapusty i kartofli (Toskania)
No i jest czarna polenta: polenta nera, polenta mugna, polenta taragna, z dodatkiem (lub z samej) gryki. I jest to, proszę Państwa, jedynie kilka wybranych haseł z 59 podanych w słowniku kulinariów włoskich*.

Do polenty jedni dodają sery, inni szpaki (polenta e osei z Brescii), a jeszcze inni polewają ją zawiesistym sosem pomidorowym, w którym ugotowano żeberka i kiełbaski (to z mojej okolicy w Lacjum), a jeszcze inni robią polentę concię z gorgonzolą. Tę ostatnią bardzo lubimy, zwłaszcza z dodatkiem skarmelizowanych na miodzie gruszek, przyprawionych grubo zmielonym pieprzem i rozmarynem.

Do prawie ugotowanej polenty (przepis poniżej) dodać łyżkę masła i pokruszoną gorgonzolę, dolce lub piccante. Osobno przygotować gruszki: obrane i pokrojone w ćwiartki lub ósemki gruszki podsmażyć na patelni z dodatkiem aromatycznego miodu i igiełek rozmarynu, a pod koniec smażenia dosypać grubo zmielonego czarnego pieprzu. Gruszki położyć na polencie, dodatkowo posypać pokruszoną gorgonzolą (opcjonalnie) i otworzyć butelkę wina. Barbaresco i Barbera bardzo pasują, ale Vino Nobile di Montepulciano czy Montiano też nie szkodzi.

Jak ugotować polentę? Anna del Conte** sugeruje wypiekanie jej w piekarniku lub gotowanie w szybkowarze. Ja w szybkowarze polentę przypaliłam, więc podpisywać się pod tą metodą nie będę. Wypiekanie w piekarniku daje dobrą polentę, ale najlepsza jest ta z gara. Nie jest ją trudno zrobić:
zagotować wodę: 5-6 razy więcej niż polenty (a więc na szklankę polenty potrzeba 5-6 szklanek wody, od ilości wody zależy konsytencja gotowego produktu), dodać sól. Do wrzącej wody sypać polentę cienkim strumieniem, ciągle mieszając. Ja sypię przez lejek :). Gotować na małym ogniu, mieszająś przez kilka minut, aż polenta zacznie gęstnieć. Wtedy można sobie darować ciągłe mieszanie i mieszać od czasu do czasu by polenta nie przywarła do dna garnka. Istotną rzeczą jest rozmiar garnka: powinien mieć grube dno i być wysoki, bowiem polenta lubi pryskać. Annamaria powiedziała mi, że polentę robi bardzo rzadką, a więc w proporcjach 6:1, a tuż przed końcem gotowania zagęszcza ją, dosypując łyżkę lub dwie polenty instant. Polenta jest gotowa, gdy zaczyna odchodzić od brzegów garnka.

Polenta z piekarnika Anny del Conte:
wodę (5x objętość polenty) zagotować, wsypać do niej polentę (patrz powyżej), zredukować ogień, gotować przez 10 minut, ciągle mieszając, aż polenta zacznie gęstnieć, po czym przelać ją do naczynia do zapiekania, wysmarowanego masłem, przykryć folią lub posmarowanym masłem pergaminem i wstawić do nagrzanego do 190 stopni piekarnika i piec przez godzinę.


=======
I jeszcze:
nieudana próba bycia wieśniakiem, to o gotowaniu polenty z kasztanów
kobieta upadła, czyli historia polenty oraz czego można (nie)dowiedzieć się o polencie

* Dizionario delle Cucine Regionali Italiane, Slow Food Editore
** Anna del Conte: Amaretto, Apple Cake and Artichokes. The Best of Anna Del Conte

Jedno jajko na 100 g mąki. Kenwood do zagniatania, maszynka do rozwałkowania, Tak uczono nas w Eataly na zajęciach z makaronów, ale była to dla mnie żadna nowość. Wiedziałam to już z książek. W praktyce jednak pasta wychodziła albo za twarda, albo za miękka. Tę ostatnio poprawiałam, dosypując mąki i wtedy pasta robiła się bardzo twarda. Radziła sobie z nią maszynka,  która rozwałkowywała nawet najtwardsze ciasto, ale makaron z płatów przepuszczanych dziewięciokrotnie (tyle ma ustawień moja maszynka) był gładki i śliski. Jedwab to my lubimy, ale na łóżku, a nie na talerzu polany sosem pomidorowym. No i takie twarde ciasto nie nadawało się na robienie ravioli, a przecież powinno.


Poszłam po nauki.

Od Annamarii dowiedziałam się, że mieszanie mikserem nie ma sensu, nie ma się wyczucia ile mąki powinno się dosypać, bo mąka mące nierówna, jedna sucha, druga wilgotna, jajko większe, mniejsze, średnie. Lepiej robić ręcznie, na stolnicy.  Licząc po jednym jajku na osobę. A mąki tyle, ile wchłoną jajka. 



Anna, nowa sąsiadka, pokazała mi, jak się to robi: kopiec mąki, jajka wbite do krateru i powoli rozbełtywane widelcem przy jednoczesnym dosypywaniu mąki.  Łatwe.

Pozornie. Dwanaście jajek i dwa kilogramy mąki znalazły się w koszu z odpadami organicznymi zanim załapałam technikę: dosypuje się mąki do krateru z jajkami dopóki jajka nie zrobią się na tyle gęste, że nie rozpłyną się na stolnicy, gdy odgarnie się kopiec mąki. Od tego momentu mąką podsypuje się jedynie pod zagniatane ciasto. I to w małych ilościach. A rezygnuje z podsypywania, gdy ciasto przestaje kleić się do dłoni. Wtedy zagniatamy i zagniatamy, Zwijając ciasto w rulonik, rozpłaszczając dłonią, odwracamy o 90 stopni, zwijamy w rulonik...i tak dalej.


Moje pierwsze udane impasto na fettucine rozwałkowała ręcznie Anna. Ale tak jak Annamaria, Anna powtarza, że maszynka to świetny wynalazek. Trzeba jedynie pamiętać, że im mniej przepuszczania przez maszynkę, tym lepiej dla konsystencji ciasta. A więc najpierw na jedynce, potem na trójce lub czwórce, a z nich prosto na siódemkę. Rozwałkowane ciasto odkładamy do podeschnięcia, ale nie do wyschnięcia, bo wtedy będzie się kruszyło.

Opowiedziałam Annamarii o tych dwóch kilogramach mąki i dwunastu jajach. Mąki i jajek nigdy się nie wyrzuca! Są metody ratowania nieudanego ciasta, powiedziała. I obiecała pokazać jak to wygląda w praktyce. Jak tak dalej pójdzie, to za rok, za dwa, powinnam dostać pozwolenie na ślub. Gina opowiadała, że nikt nie chciał panny, która nie umiała zrobić dobrego fettucine.

między innymi cimmosa
Wygląda to tak: Dusze Pokutne podrygują w audytorium, Maria jest teraz Piotrem i Pawłem, albo Piotr i Paweł stali się Marią (detali nie zapisałam, zaś sam barokowy z resztą kościół widziałam, ale nie zwiedzałam). Stara rzeźnia zarzyna nie zwierzęta, a historię, przerabiając ją na obrazki z życia Scanno i wełny, z której kiedyś miasto żyło. Król, królowa, mnich i błazen wypluwają wodę w fontannie Sarracco, dawnym najważniejszym ujściu wodnym, teraz jedynie ozdobie ściany na przeciwko  Chiesa delle Anime Sante, kościoła upamiętniającego ofiary plagi, a obecnie audytorium.

A że Scanno jest popularne, więc stare cutrille, kamienne podwórka, dostają nowe tynki, natomiast cimmose (l.poj. cimmosa) - zewnętrzne podesty, wspierane charakterystycznymi półłukami, świecą marmurowymi schodami, i mało kto na nich przesiaduje, choć kiedyś służyły miejscowym kobietom, korzystających z lepszego oświetlenia. Podobno mieszkania w Scanno są ciemne. A nowe tynki na starych domach nie świecą pastelowymi tynkami, tylko kolorem kamienia. W sumie, niby nowe, a jednak stare.


maski na schodach
====
Ja jedynie sygnalizuję, o wiele więcej ma temat Scanno ma do powiedzenia miejscowa informacja turystyczna i włoska wikipedia.

Od 1. do 5. maja Orvieto świętowało nieumiarkowanie w jedzeniu (ale nie w piciu).

Orvieto
Orvieto świętowało lody. Najlepsi zamrozili smak i zapach regionu, a Orvieto sprzedawało karnety. Pięć euro za pięć gałek i kolorowy sznurek, na którym wieszało się karnet.

Lody śmietankowe z Emilii, lody orzechowe z Lacjum, lody anyżkowe z Sycylii, lody gruszkowo-winne z Val d'Aosta i lody o smaku oliwy taggiasca z Ligurii.  Na wszystko patrzyły dusze potępione z ze ściany duomo. Lody o smaku torrone z Abruzji, lody polane syropem winnym z Molise, lody z nutellą z Apulii i sorbet cytrusowy z Calabrii. Dusze potępione patrzyły na nas ostrzegawczo.

nogi w Orvieto i Sienie

Ginestra też świętowała. Rano po wiosce przeszedł Jan Ewangelista, a potem jego konterfekt przenosił się z domu Giovanniego do domu najstarszego muzykanta wioski, a na ustawionych pod pocztą stołach świątowano nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Na parkingach Ginestry zabrakło dla nas miejsca, więc JC zaparkował na brzegu pola, a ja wyszłam popatrzeć czy nie zablokował alfy na mediolańskich rejestracjach. Stanęłam na trawie i jak na sądzie ostatecznym otworzyły się czeluście: pod lewą nogą zarwała się ziemia. Z odchłani wyciągnął mnie i moje spuchnięte kolano JC.

Od tego momentu wspinanie po schodach zajmowało 5 min: po pół minuty na każdy stopień. Potem było lepiej, więc kuśtyłałam sobie po Sienie i po schodach na dach duomo. 90 stopni w górę i 90 stopni w dół, a za mną ciągnęła grupa zwiedzających. Kuśtyk, kuśtyk, przepraszam, że tak wolno, ale....

W Paestum kuśtykałam w kurzu od świątyni Posejdona do świątyni Ateny. W Velii wdrapałam się na wzgórze dawnego akropolu. Ale schodzić pomagał mi JC.

21. maja doktor odesłał mnie do ortopedy. Rentgen pokazał cienką nitkę pęknięcia kłykcia przyśrodkowego kości piszczelowej i kuśtykanie zmieniło się w kicanie: dwie kule ze światełkami odblaskowymi w niebieskich uchwytach oraz zakaz wstawania z łóżka lewą nogą. Wczoraj pokicałam po Monachium. I tak się nakicałam, że teraz bolą mnie ręce.

Informacja o 1.święcie lodów w Orvieto jest tu. Warto sprawdzać, kiedy będzie obchodzone  w przyszłym roku. Przy okazji dodaję, że ja głosowałam na anżykowe sycylijskie, a JC na apulijskie z nutellą. Najmniej nam smakowały lody z oliwą, choć doceniliśmy pomysł.

A jakby ktoś chciał przypomnieć sobie anatomię kolana, to proszę bardzo: polska wikipedia na temat i z ilustracjami

U ZINGARU nazywają nas sąsiedzi. Nie sąsiedzi z naszej ulicy, ale sąsiedzi naszej wioski: Poggio Moiano i Monteleone. U zingaru komplementem nie jest. Lepiej gdyby mówi o nas Ginestrini. Albo Ginestroni. Gino jednak twierdzi, że lepiej być u zingaru niż lebiegą z Monteleone lub mieć mordę przerytą chlaniem w Poggio Moiano. Stefano też jest dumny z bycia u zingaru. Na butelki czerwonego wina własnej roboty nakleił etykietki: u zingaru, Ginestra Sabina. Rok 2012.

muzealne u zingaru
U zingaru (włoskie il zingaro) to gwarowe określenie cygana
pokazać język
Jambon de bosses, speck, bazzone, barbozza, castenovese. Z Carpegnii, Monti Nebrodi, Cormons, Sauris, Cosentino. Ale też z Modeny, Parmy i San Daniele.W encyklopedii produktów włoskich wydanej przez Prezydium Slow Food, znalazłam 33 rodzaje prosciutto, wszystkie wpisane na listę produktów tradycyjnych, wiele z nich objętych ochroną, a więc ze znaczkami DOP i IGP.

Głównie ze świni, ale też z gęsi (lombardzkie prosciuttino d'oca), dzika, kozy lub owcy i wtedy nie mówimy prosciutto tylko violino (skrzypce) di capra lub violino di pecora.

w co zapakować
Jedni przechowują je w workach jutowych, wcześniej  nacierając szałwią i rozmarynem (jambon de bosses z Val d'Aosta), inni szynkę pieką w tajemniczej mieszance ziół (prosciutto arrosto z prowincji Cuneo). Prosciutto della Val d'Ossola (nadal Piemonte) wędzone w dymie z drewna bukowego. Prosciutto z Vigezzo (Piemonte) przyprawiane jest jałowcem, cynamonem, gałką muszkatułową i goździkami. Prosciuttino d'oca moczone jest w marsali, a speck z Górnej Adygi nabiera odpowiedniego smaku dzięki dodatkowi ziela angielskiego i cukru.

Co kto lubi
Livio od kilku lat próbuje znaleźć producenta viollino di capra z górskich dolin Lombardii, R. twierdzi, że najlepsza jest violino di pecora, robiona z mięsa miejscowej rasy owiec cornella bianca). My lubimy prosciutto di San Daniele z Friuli, ale pamiętamy również smak szynki z okolic Benevento, przyprawianego ostrą papryczką, i smak prosciuttino d'oca, szyneczki gęsiej, kupionej na targu w Pavii.

nieoznakowana szynka z Guarcino

W Guarcino (Erzinio, producent dobrych prosciutti z Lacjum) powiedziano mi, że najlepsze szynki we Włoszech robi się na Sycylii z czarnych miejscowych świń. Przyprawia się je czosnkiem, dzikim fenkułem, oregano i pieprzem. No i są jeszcze prosciutti z Basilicaty: dojrzewające w idealnych warunkach klimatycznych. Bo prosciutto lubi suche, chłodne górskie powietrze. Dlatego najlepsze szynki w Lacjum robione są w Ciociarii, a więc w Guarcino. I choć szynki z Guarcino nie mają oznakowań DOP i IGP, to napewno smakują lepiej niż te z okolic Amatrice. Tak twierdził sprzedawca z Erzinio, układając płaty prosciutto na przekrojonym kawałku miejscowej pizzy, a więc foccaccii.

I z czym

figi mi koty zeżarły, a świnię znalazłam w Trydencie
Na kawałku pizzy, jak w to robią w Erzinio, ale też jako zakąska, z obranymi świeżymi figami. Białymi (tak podano nam prosciutto w Umbrii), lub ciemnymi. Lub prosciutto i kulka świeżutkiej mozzarelli. Ale jak się nie ma fig i mozzarelli to można też z dojrzałym melonem. I nie jest to zestawie kulawe :D

Polecana lektura:
Atlante Slow Food dei prodotti italiani. Repertorio della produzione gastronomica regionale. Slow Food Editore, 2012
Mediolan świątecznie Rzymski

Jest zimno i  słonecznie. W barze Sport pachnie kawą, a w wioskowych cantinach nowym winem i świeżą oliwą. Padre Pio ma nowy szaliczek, a okoliczne wzgórza zimowe kolory. 

Kupiliśmy już panettone oraz wiśnie i skórkę pomarańczową w czekoladzie. Elisenlebkuchen przyjechały z Bawarii. Zamówiłam ryby i jagnięcinę, kupiłam karczochy, a Galardi dostarczył wino.  Proszę mnie nie wydać przed wioską, ale w wigilię podaję doradę pieczoną w skorupce z ziemniaków. Rezygnuję też z tradycyjnego suszonego dorsza i marynowanego węgorza. Gina obiecała przynieść nam fritelle z kalafiorem, a od Annamarii dostałam już ciasteczka na czerwonym winie. Udekorowałam nawet stół, wkładając bombki do wazy bez dekla, ale była to dekoracja jednodniowa. Dzisiaj rano zmiataliśmy ich zwłoki i trzepaliśmy kocie futerka z błyszczyka.

Miłych świąt. Bawcie się dobrze, przynajmniej tak dobrze jak my w Ginestrze
Wtorek
Stał na drabinie i brał gałązki w garść. Zaciskał pięść i szybko przeciągał ją aż do końca gałązki. Do kosza, opartego o pasek jego spodni a wiszącego jak naszyjnik na kawałku drutu obciągniętego żółtym przezroczystym plastikiem, sypały się wtedy czarne oliwki i zielone listki, choć czasami trafiały się i żółte. W końcu był już listopad; okoliczne gaje zaczynały żółknąć.

Musicie tam pojechać, powiedział, to prawdziwa uczta.

ten inny patriotyzm
Adresu do TAM nie podał. Ostatecznie wystarczyło  jechać z Rieti na Monte Terminillo, w ostatniej wiosce przed podjazdem skręcić w prawo. Nie w lewo, przez mostek do wioski rozciągniętej na wdłuż obrzeży równiny, ale właśnie w prawo, gdzie wioska wspina się po zboczu góry.

Pojechaliśmy. Trattoria bez nazwy nie miała menu. Wszystko co miała do zaoferowania, wypisała pisakiem na tabliczce przy drzwiach, robiących również za doświetlające pomieszczenie okno: fregnacce, stracci, salsiccia, jagnięcina. O deser i zakąski mamy pytać.

Więc pytamy. Przede wszystkim o fregnacce. Czy to maltagliati?  Nie. To frescacce lub paciocche. A więc co? Makaron pocięty nierówno? Si. Więc maltagliati. Nie, maltagliati to nietutejsza nazwa. Ale tnie się je w nierówne romby? Tak. Aha. Czyli łazanki, zwane tutaj fregnacce.

Fregnacce z sosem z dzika i stracci nadziewane mięsem. Miejscowe potrawy  jesienne. Latem sos z dzika nie pasuje i wtedy fregnacce miesza się z sosem ze świeżych pomidorów, którym polewa się też stracci zanim trafią do piekarnika dobrze oprószone startym pecorino.

Salsiccia z grilla. Miejscowa i pikantna. Obok talerzyk z cicorią, z ząbkiem czosnku i całym peperoncino, polane zielonkawą oliwą.  Tradycyjnie.

Środa
Stoję pod drzewem i zaciskam w pięści gałązkę oliwki. Próbuję ściągać owoce, ale za delikatnie to robię. Na zieloną siatkę rozciągniętą pod drzewem spada tylko kilka listków i jedna oliwka.  Ma (tak skracają moje imię w wiosce) do jutra tych oliwek nie oskubiesz! Choć lepiej jeść. Leonilde przesuwa w moim kierunku miskę z makaronem przypominającym łazanki. 
- Fregnacce?, pytam.
- Nie. Maltagliati. Maltagliati kroi się nożem, a fregnacce rwie z rozwałkowanego ciasta.
Makaron polany jest sosem pomidorowym; letnim, bo pachnącym bazylią. Podsuszaną salsiccię zagryzamy oliwkami pieczonymi w piecu, przyprawionymi czosnkiem i skórką pomarańczową. Pestki rzucamy w krzaki, które zaczynają się żółcić. Mamy ostatecznie koniec listopada. Od ponad miesiąca trwa sezon polowania na dziki, a od tygodnia zbieramy oliwki. Tradycyjnie.

Tradycyjny sos pomidorowy na zimę
Skladniki: dojrzałe pomidory, sól, czosnek (ewentualnie pokrojone w grube kawałki warzywa: papryka czerwona, cukinie, bakłażany, cebula, skropione dobrą oliwą), natka pietruszki i/lub inne zioła, ostra papryczka zamiast pieprzu

Jak zrobić: Pomidory przekroić, ułożyć na blasze rozcIęciem do góry, dodać nieobrane ząbki czosnku, osolić. Wstawić do piekarnika nagrzanego do 50°C. Piec całą noc, aż pomidory zrobią się pomarszczone, a na wierzchu zrobi się  lekko zrumieniona 'skórka'. Osobno upiec warzywa. Wszystko przetrzeć przez sito. Wlać do garnka, dodać papryczkę, natkę pietruszki i/lub inne zioła  i gotować przez godzinę. Gorący sos wlewać do wyparzonych słoików. Pasteryzować (ja pasteryzuję w zmywarce do naczyń).

Przypisy do przepisu: temperatura piekarnika,, jak wynika z wymiany komentarzy z  JoteSWuemką (patrz komentarze poniżej) to sprawa umowna. Piekarnik ma być na tyle ciepły, by pomidory się piekły, ale nie na tyle gorący by zrobiła się z nich ciapka lub węgle. Zawsze można je dorumieniić w ostatnich minutach, włączając termoobieg i pieczenie od góry.

i jeszcze słowniczek
  • fregnacce, frescacce lub paciocche to makaron z Sabiny, przypominający łazanki znane też jako maltagliati (dosł: źle pokrojone)
  • stracci: rodzaj naleśników, specjalność okolic Antrodoco
  • salsiccia to kiełbasa, czasami podsuszana, do zagryzania jak jałowcowa, a a czasami surowa. Tą ostatnią nadziewa się warzywa lub, przeciętą wdłuż, grilluje.

Wyznania miłosne ryliśmy gwoździem w korze drzewa, rysując serca przebite strzałą. Potem, z rozwojem techniki przeszliśmy na pisaki i drzwi toalety, gdzie, już całymi zdaniami, twierdziliśmy iż  M.S. na wieki kocha Z.P. Nie zaglądałam wtedy do męskiej toalety by sprawdzić jakimi słowami Z.P. wyrażał miłość, ale sądzę że nie odbiegały one od przeciętnej wieku dojrzewania, więc pewnie pisał, że  M.S. ma ładne cycki.



Tak było kiedyś. Teraz wyznanie to kłódka i metr łańcucha, przypiętych do lampy na moście, najlepiej na Ponte Milvio w Rzymie, bo stamtąd wzięła się owa tradycja.  Kłódka, łańcuch, kluczyk wrzucony do Tybru jako oznak miłości wiecznej i niegasnącej. Miłości ze stali nierdzewnej, miłości w różnych rozmiarach i od różnych producentów.

Pomysł z kłódką i mostem Milvio pojawił się w filmie Ho voglia di te opartym na bestsellerze Federica Moccii.  Kto pierwszy poleciał z kłódką na most  jest obecnie nie do ustalenia, ale wiadomo, że trend szybko osiągnął masę krytyczną: nie tylko pod ciężarem miłości ze stali hartowanej lampa na Ponte Milvio zaczynała się niebezpiecznie wyginać, ale też trend przeniósł się na inne mosty, inne lampy, a nawet na bramy (brama do domu Julii w Weronie).

Podobno tradycję kłódki na moście, choć nie tym przerzuconym nad Tybrem, a nad Passirio w Górnej Adydze, rozpoczęli odchodzący do cywila z koszarów w Merano (Meran). Teraz jednak most nad Passirio przejęli nie tylko ci pozbywający się zawartości szafek, ale też i uczestnicy lucchettomanii, czyli kłódkomanii, wyznających miłość w sposób zorganizowany. Czyżby koniec indywidualizmu w sferze wyznań miłosnych?

powinnam więcej tranu, nowego języka zacząć się uczyć (polski przychodzi do głowy, bo jeśli ktoś nie zna różnicy między stróżką i strużką, to intensywne kursy byłyby wskazane), masło orzechowe zamiast masła, choć może niekoniecznie pod szynkę, bo coraz więcej zapominam. Zapomniałam, na przykład, o wigilii po ginestrowemu.  A więc piszę to, co mogło pojawić się jeszcze w grudniu, ku pokrzepieniu serc, którym za dużo upałów:

Zostaliśmy zaproszeni na 19 i od progu obciach: nie wiedzieliśmy, że prezenty daje się w wigilię, a nie tak jak gdzie indziej, czyli w pierwszy dzień świąt. Przyszliśmy z prezentem ogólnym, a powinniśmy przyjść z prezentami szczegółowymi, drobiazgami dla każdego z osobna.

Choinki nie było, prezenty układało się na kanapie i na komodzie, na której stała szopka. Szopka, w przeciwieństwie do choinki, to tradycja bożonarodzeniowa: figurki przekazywane są z pokolenia na pokolenie. W przypadku naszych gospodarzy Matka Boska z przyklejonych ramieniem i dzieciątko po amputacji stopy pochodzili od dziadków, którzy wrócili z emigracji w tysiąc dziewięćset którymś tam i kupili nowy dom rodzinny w samym centrum Poggio Moiano oraz 10 figurek na szopkę, czyli wszystkie dramatis personae plus jedną owcę.

wigilia alla ginestra


Zaczęło się od spaghetti w sosie z owoców morza w pomidorach, choć - jak chętnie mi tłumaczono - nie jest to wymagane. Z równym powodzeniem może być sos biały. Lub zamiast sosu owoców morza robi się sos z tuńczyka. Lub, w najbiedniejszych domach, z wymoczonych solonych sardeli.

Potem podano fritelle, kawałki kalafiora w cieście drożdżowym smażone w głębokiej oliwie. I smażone rybki oraz inne kawałki owoców morza, czyli tak zwane fritto, i -już jako przerywnik - dobrze przyprawioną zieloną sałatę skropioną nową oliwą.

Główne dania też były rybne: a więc dorsz, przyrządzany - jak wszystko w Sabinie -  w pomidorach i z czarnymi oliwkami, oraz węgorz w zalewie octowej. My, siedzący przy stole,  marynowaliśmy się nie w occie a w czerwonym winie,do którego dolewaliśmy gazowanej wody mineralnej, gdyż inaczej nie dawało się go pić takie mocne było. Wino produkcji własnej gospodarz elegancko przelał wcześniej do butelek litrowych i każdy polewał sobie wedle uznania. Na stole stała, co prawda, elegancka butelka wina kupionego w porządnym sklepie, ale nikt się nią nie interesował. Wszyscy obciągaliśmy lemoniadę z jabola.

Po dorszu i węgorzu na stół wjechały wypieki miejscowe: nociole z orzechów włoskich i miodu przekładane liśćmi laurowymi, ciasteczka z orzechów laskowych, miniaturowe obwarzanki na czerwonym winie, pajdy panettone, owoce w czekoladzie i opowieści o tym jak to dawniej bywało. A że przy stole siedziało 10 Włochów, więc dyskusja szybko zeszła na kulinarnia i na licytowanie się, czyja mama najlepiej gotowała. Biorąc pod uwagę konsumpcję mocnego czerwonego wina aż dziwne, że nikt nikomu krzesłem nie przyłożył, bo dyskusja była zacięta. A gdy Sergio stwierdził, że najlepiej gotuje Rzym i Sabina mu do pięt nie dorasta, to na emocjach można było fritelle smażyć. I może w tym momencie Sergio dostałby butelką po coca-coli, gdyby nie dorzucony natychmiast argument, że Ginestra to zupełnie co innego, bo gotuje tak samo dobrze jak Rzym.

Do domu trafiliśmy o północy. Miejscowe koty obrabiały resztki dorsza i spaghetti na progach domąw i tak były zajęte jedzeniem, że zapomniały mówić. Rozgadał się natomiast JC. W przyszłym roku, twierdził, trzeba będzie iść na obiad bożonarodzeniowy, bo dorsz jest niezły, ale on woli jagnięcinę.

W Poggio Moiano Chrystus zmartwychstaje już w sobotę po południu, a nie w nocy z soboty na niedzielę. Matka Bolesna płacze w Poggio (i w Ginestrze) w piątek, a w sobotę o 9 rano w Canosie di Puglia.

O dziewiątej właśnie rozpoczyna się w Casonie procesja zwana Desolatą. Prowadzą ją aniołki niosące symbole Męki,podąża za nimi Matka Bolesna, a wszystko zamyka chór śpiewający Stabat Mater, hymn napisany w XIII wieku przez Jacopo da Todi, z muzyką skomponowaną przez Wencjanina Antonio Lottiego.

Podobno jest to jedna z najbardziej znanych procesji we Włoszech. Tak twierdził dziadek spod kościoła czekający na przyjazd panny młodej. Chyba uciskało go świąteczne ubranie, bo przestępował z nogi na nogę i co chwila poprawiał sztywny kołnierzyk wykrochmalonej koszuli. I wciskając palec między opalony kark a biały kołnierzyk, tlumaczył, że Jego żona, też w Doloracie śpiewała, a on niósł Matkę Bolesną.

Desolata (Canosa di Puglia) i serpari św. Dominika z Cocullo

Inny dziadek, w innym miasteczku, i nie w Apulii a w Abruzji, opowiadał o łapaniu żmij i węży po okolicznych lasach. Co prawda dziadek narzekał, że to tradycja upada, bo w dawnych czasach świętemu Dominikowi robiono boa z jadowitych żmij, a teraz to już tylko z niegroźnych, ale i tak zapraszał gorąco do Cocullo, na procesję z wężami. Procesja zaczyna się w południe, plus minus kwadrans. Dziadek zaprosiłby też na łapanie gadów, ale nie potrafił podać dokładnej daty, bo jak to z gadami bywa: nie wiadomo kiedy się pojawią. No i nie był przekonany, że nadam się do ich łapania. Nie dosyć, że baba, to jeszcze nietutejsza i nie potrafiąca odróżnić vipere od serpenti.


Info:
Canosa di Puglia: Desolata - Wielka Sobota
Cocullo (Abruzja): procesja św. Dominika - pierwszy czwartek maja

Linki:
ścieżka dźwiękowa Desolaty z Canosy , fotoreportaż z Canosy:  Giacomo Baldi
węże z Cocullo: reportaż z procesji Claudia Mortini i film zrobiony przez AGM studios
przez Paola Conte nie dojechaliśmy na otwarcie sezonu targowego w Osterii  N, a sezon rozpoczyna się w pierwszą niedzielę maja, kończy w październiku i jest - moim zdaniem -imprezą na której wypada być. Może niekoniecznie w skokach na 20 cm obcasach i w zwiewnych jedwabiach, ale nie było się w Lacjum jeśli nie postało się przy wybiegu dla kóz i nie wąchało zapachu pierza w upale 30.stopniowym.

targ w Osteria Nuova

Ja z ubiegłorocznego otwarcia sezonu targowego (a przypadł wtedy na Dzień Ludzi Pracy) najlepiej zapamiętałam wykład o zgrabnym tytule Equus Asinus Domesticus i co z tego wynika. Wykład odbywał się przy parkanie odzielającym materiał badawczy od publiki i zaczynał się mniej więcej tak:
- Chce pani osła kupić? Polecam pani rasę Amiata  (to sprzedawca pokazujący szarego kłapoucha z białym brzuszkiem)
- Przepraszam, że się wtrącam, tu odezwał się pan w zamszowych półbutach,  ale uważam że bardziej pasowałaby pani rasa Asinara albo Sardo, są mniejsze, a więc mniej kosztowne w utrzymaniu, i są bardzo wytrzymałe, jak z resztą inne rasy pochodzące z południa. No i Asinara ma piękną białą sierść.
- Asinary nie mam, ale Grigio Siciliano to by się znalazł. 1500 euro z dostawą do domu.

Pan w zamszowych półbutach znał się na osłach. Dowiedziałam się od niego, że w Amiata to rasa toskańska. Jest bardzo popularna w naszych okolicach. Na południu odpowiednikiem Amiaty jest Martina Franca, duży osiołek o ciemnej, kudłatej sierści. I jeśli o wyglądzie mowa, to stylowy jest osiołek rasy Pantelleria: białe cienie wokół oczu i ciemnoszara sierść. W Abruzji była kiedyś rasa, obecnie wymarła, Cariovilli, a Viterbo miało Grigio Viterbese, Szarego Witerbskiego :D. Podobno będą  je odtwarzać z zachowanego materiału genetycznego.

Kto by pomyślał, że tyle się można dowiedzieć wisząc na płocie i wąchając smrody. Pewnie dowiedziałabym się jeszcze więcej, gdyby nie Amiata, która postanowiła dołączyć się do dyskusji, zawodząc przeraźliwie.

O rasach kur oraz ślimakach opowiem innym razem.

Regiony, jakby nie było, podzieliły się na tych z IGP lub DOP i tych, którzy geograficznie lub gatunkowo nie mieścili się w regulaminie obowiązującym zrzeszonych producentów. Tym ostatnim pozostało wyjść z czymś nieznanym. I tak zrodził się pomysł na butelkowanie oliwy z jednego szczepu, najlepiej miejscowego. W prowincji Latina szczepem zasiedziałym jest Itrana, lepiej znana jako pod nazwą 'oliwki z Gaety', którą do Lacjum miał podobno przywieźć  Eneasz. Itranę, w przeciwieństwie do innych szczepów, stosunkowo łatwo rozpoznać w przyrodzie: jej listki są jaskrawnozielone od 'lakierowanej' strony, i seledynowe pod spodem.

po kwiatach i owocach je poznasz

Zielono smakuje też tłoczona z Itrany oliwa: owocowa, z mocną nutą pomidorową i pieprzem. Zdecydowana i ostra, nadaje się do moczenia  w niej pokrojonych w słupki surowych warzyw. Itranę próbowaliśmy w Cantinie Cincinnato. I w końcu zdecydowaliśmy, że nie jest warta ceny. Nie pamiętam dokładnie ile chcieli za pół litra, ale chyba 9 euro, więc zdecydowaliśmy, że badania badaniami, ale z portfelem wypada się liczyć, zwłaszcza gdy za 9 euro można zupełnie dobrą butelkę wina kupić. Bowiem bez wina, tak jak bez oliwy, żyć się nie da. A oliwę mamy własną, ginestrową, zbieraną póżnym rankiem, tłoczoną w nocy w wioskowym frantoio.

skubanie na siatkę

Oliwki w Ginestrze zbiera się ręcznie. I nie skubie owocek po owocku, ale ściąga z gałęzi mocnym pociągnięciem dłoni. Dobrze jest mieć rękawice i połknąć prewencyjnie kilka ibuprofenów do porannej kawy, bowiem gałązki potrafią zrobić kuku. Można też zaopatrzyć się w wyprodukowaną w latach 70. ściągaczkę do oliwek, przypominającą dwa cosie do zbierania wody z szyb. Wkładasz między toto gałązkę, ściskasz mocno i ciągniesz z całych sił. Robią się od tego ściskania pęcherze na dłoniach i palców nie można wyprostować, ale i tak jest to lepsze niż udawanie, że ciągnięcie dłonią po listkach i galęziach wcale nie boli.

Oliwę Itrana można kupić w Cincinnato, via Cori-Cisterna km 2, 04010 Cori (LT), a butlkowane Moraiolo i Olivastro w Azienda Agricola Biologica Quattrociocchi, via Mole Santa Maria, 03011 Altari (FR).
Powered by Blogger.