Showing posts with label społeczeństwo. Show all posts
Showing posts with label społeczeństwo. Show all posts
Kilka(naście) sekund wystarczyło by położyć blisko dziewięćsetletnią bazylikę (zaczęto ją budować w XII. skończono w XVII wieku, więc możliwości do manipulowania datami dla większego wrażenia, spore). Jak modny ostatnio snapchat: zdjęcie jest, zdjęcia nie ma. Taka właśnie snapchatowa była Nursja. Wydawało się nam że mamy mnóstwo czasu. Wybieraliśmy się od niej, święty Benedykt i kiełbasa to dobra kombinacja, ale niemrawo. Bo przecież blisko. Bo w każdej chwili można wyskoczyć.

I już nie wyskoczymy, w na pewno nie jutro i chyba nie w przyszłym roku.

Nie ma też Arquaty del Tronto. Przejeżdżaliśmy obok niej w tym roku dwukrotnie, w drodze do Ascoli, patrząc na skalne zbocze i miasteczko wiszące nad Salarią. Do Arquaty nie zajeżdżaliśmy, przegrywała w naszych oczach z atrakcyjniejszym, mniej klaustrofobicznym Amatrice, zwłaszcza że Amatrice ofiarowywało spaghetti z kremowym sosem pomidorowym, pełnym chrupiącego podgardla i pecorino. Właśnie w maju i czerwcu byliśmy na amatricianie. Ulica przy której była nasza ulubiona osteria nie istnieje; sklep z gnocchi ricci też się posypał, być może ocałała osteria przy zjeździe z Salarii, ale tam też nie dojedziemy - Salarię między Accumoli a Amatrice zamknięto.

Mówi się o odbudowie. Nursja - prawdopodobnie, zwłaszcza bazylika, ma szanse, Amatrice pewnie też, choć jeszcze niedawno Amatrice walczyło o to by pozostać gminą. Właśnie w maju miałam okazję zamienić kilka zdań z Sergio Pirozzim, wójtem (a może burmistrzem?) Amatrice,  o inicjatywie małych społeczności by tzw. centrum zaczęło dostrzegać ich istnienie. Teraz o Amatrice jest głośno. Ale czy nadal będzie się o nim mówić za lat pięć? Gdy mieszkańców ubędzie, a roboty związane z odbudową przejmie firma z Rzymu, Mediolanu lub Palermo? I gdy być może wplącze się to mafia, tak jak w 1980 roku Irpinię pomagała odbudowywać Camorra, a w L'Aquilę -'Ndrangheta. W tym ostatnim przypadku trzech miejscowym przedsiębiorców oddających kontrakty 'Ndranghetcie, ma wytoczone procesy. Jednego już skazano na trzy lata.


Tymczasem nam, sierotom po Amatrice, pozostaje gotowanie amatriciany w domu, raczej na boczku niż wonnym podgardlu, ale nadal ze spaghetti, a nie jak jak to się robi w Rzymie - z bucattini. A dobrą kiełbasę zawsze można kupić w norcerii, sklepie z wędlinami, którego nazwa pochodzi od Nursji (Norcia), miasta znanego od zawsze ze świetnych kiełbas i doskonałych rzeźników, których ręka nigdy nie zadrżała gdy obrabiali tuszę świńską, i gdy kastrowali chłopców o pięknych głosach. Ale to zupełnie inna historia.

=====
włoszczyzna o gnocchi ricci,  amatricianie i kastrowaniu w Nursji
większość zdjęć moja z wyjątkiem zdjęć zniszczeń: Amatrice - rsi.ch
i Arquata: tuttoperlei.it
walą drzwiami i oknami. Kradną. Pan doktor, z młodą i atrakcyjną żoną, kradnie elektronikę, choć sam twierdzi, że jedynie wynosi. Kasztanom nie przychodzi do głowy, że elegancki pan wyjdzie z toasterem w ręku. Opowiada mi o tym jego kolega, który nie kryje zachwytu nad zimną krwią doktora. Pewnie dlatego, że w swoim kraju był chirurgiem. Jego młoda żona nigdzie pracowała, zajmowała się domem.

Patrząc na B. nikt by nie powiedział, że jest imigrantką. Ciemne włosy ufarbowane na jasny blond, nienaganny makijaż, zawsze świetnie ubrana. Dzisiaj, na przykład, ma na sobie irchowe spodnie i białą koszulę. Do tego rozpinany, kaszmirowy zapewne, bladoróżowy sweterek z drobnymi perłowymi guziczkami. B. ubiera się u Z., który kradnie na zamówienie w luksusowych butikach.

W weekendy lepiej wychodzić na miasto. Jest tam spokojniej, bo nikt nie wyrzuci przez okno butelki lub starego telewizora jak to się czasami zdarza w obozie.

Do pensjonatów odsyłane są dziewczyny lub rodziny, dlatego wielu samotnych tworzy z dziewczynami 'pary narzeczeńskie' i dzięki temu zamiast siedzieć w obozie dla uchodźców pod Wiedniem, mieszkają teraz w pensjonacie niedaleko Linzu. Warunki dobre, wioska spokojna, wiele pokojów z własnymi łazienkami i balkonami. Właściciel po raz pierwszy ma grupę uchodźców, więc nie nauczył się jeszcze, że szufladę z papierosami i barek z alkoholami trzeba zamykać na klucz.

O pracę się walczy. K. pracuje za 4 na godzinę;  A. idzie do pracodawcy i mówi, że będzie robił za 3,80. Więc pracę dostaje. A potem przychodzi B., który pracę A. zrobi za 3,50. I tak dalej...

Nawet przy nocnym sprzątaniu sklepów można sobie dorobić, na przykład kradnąc towar z półek. Ochrona sprawdza kieszenie i torby, ale nie sprawdza worków w odkurzaczach. Trzeba tylko z odkurzaczem wejść do toalety, tam gdzie nie ma kamer.

Pani z opieki społecznej odwiedzająca koczujących na skwerach, nie daje sobie rady. Nie jest w stanie do wszystkich dotrzeć i porozmawiać, więc ogranicza się informowania, że ogony grillowanych szczurów są niejadalne.

Jedzą pasztety dla kotów. Dla kotów są lepsze; bardziej treściwe, o większej zawartości mięsa.

W miejscowym sklepie spożywczym pojawia się ogłoszenie: prosimy nie kraść, w języku imigrantów.

Mury śmierdzą moczem, skwery też. Aż dziwne; przecież mogli iść do toalety w sklepie lub pobliskiej knajpce.

Na azyl czeka się dwa lata. W tym czasie rząd zapewnia zasiłek i zakwaterowanie w blokach socjalnych. Gdy podanie o azyl zostaje rozpatrzone negatywnie, imigranci muszą wracać do kraju pochodzenia i wtedy wyrywają z podłogi toalety i spłuczki, od ścian odkręcają umywalki i krany.

Brzmi znajomo? Powinno; to opowieści nie o obecnej fali uciekinierów, a o tej z 1981 roku. A więc, między innymi, o Polakach. Czyli tych 'cywilizowanych'. Dwie z opowieści: o Polakach wyrywających umywalki z mieszkań socjalnych w Norymberdze i o pracownicy socjalnej z Londynu uczącej koczujących Polaków by nie jedli ogonów szczurów opowiedziała mi B. Reszta to moje własne doświadczenia. Znałam osobiście świetnie ubraną B., M. kradnącego papierosy i doktora J. wynoszącego sprzęt z miejscowego sklepu.  Napis po polsku: prosimy nie kraść, wisiał w sklepie spożywczym w Pittsburgu w Kalifornii. Nie pamiętam jedynie czy był to sklep Lucky czy może Safeway.

Już dawno nie byłam tak wkurwiona jak po przeczytaniu wątku na forum o Włoszech. Wątku nie linkuję; jak kogoś przypili, sam sobie wątek znajdzie. Sprowokował mnie do napisania o imigrantach. Na forum też się dopisałam, ale okazało się że nawet moderatorka przyjęła za prawdziwą notkę z jednego portalu, w której powoływano się na relację z 'Bild' o ostrzeżeniach włoskich służb specjalnych w sprawie planowanych ataków na plaże włoskie, hiszpańskie i francuskie. Bild miał słyszeć o włoskim ostrzeżeniu od kogoś zbliżonego do niemieckich służb specjalnych. Okazało się, że cała sprawa była tylko i wyłącznie plotką. Czyli dyskusja na forum była o dupie maryny. A że przy przy okazji powyłaziły fobie i rasizm? Chyba nie za bardzo jestem zdziwiona, choć mam cichutką nadzieję, że ten festiwal kołtuństwa, tak widoczny na forach i komentarzach, to jedynie objaw lepszej zmiany, powstawania z kolan, zrywania z polityczną poprawnością i pedagogiką wstydu. I że minie niebawem, jak mam nadzieję, miną rządy Prezesa. Tego sobie i Polsce  życzę. 

EDIT: to już chyba czwarta edycja tej notki. Jak na razie nie doszłam jeszcze do momentu, w którym mogłabym zrezygnować z wulgaryzmów.

Jak podaje The Onion Daily, Rząd będzie skupował koty w celach eksportowych. Więc jeśli macie kota radzę trzymać go w domu, a żeby się kot nie nudził, warto nauczyć go czytać.W ten sposób i kot będzie bezpieczny, i poziom czytelnictwa w kraju się podniesie.

Poziom czytelnictwa w Polsce i we Włoszech jest prawie ten sam. Czyli mizerny. 42% Włochów (jakieś 24 miliony) przyczytało w ciągu roku przynajmniej jedną książkę (na Południu tylko 28,8%), 13,7% to osoby czytające przynajmniej jedną książkę miesięcznie. 9,1% rodzin nie ani jednej książki w domu, 64,4% ma ich mniej niż 100.

Cały raport o stanie czytelnictwa na rok 2015 jeszcze się nie ukazał, więc korzystam z danych z roku 2014. I tak w Polsce nie czytało nic 58% z respondentów, 27% - jedną książkę rocznie, a 11%  - siedem lub więcej.  16% nie ma w domu ani jednej książki, dalsze 15% jedynie podręczniki i książki potrzebne dzieciom. 82% - mniej niż 100 książek.

Smutno to wygląda. I po polskiej, i po włoskiej stronie.
Z  letargu wybudziła Ginestrę walka o utrzymanie szkoły, którą - w ramach szukania oszczędności - wójt zamierzał zamknąć, w zamian ofiarując zespół szkół, z siedzibą w Monteleone. Ginestra argumentowała, że to ona ma największą szkołę w okolicy, wybudowaną społecznie i o 5 lat wcześniej niż ta w Monteleone. I Ginestra walkę wygrała. To do szkoły w Ginestrze dowozi się dzieci z okolicznych wiosek.

Obudzona z letargu Ginestra zdecydowała, że wydarzenia kulturalne, a więc obchody świąt różnych, powinny zostać odmłodzone. Nie obyło się bez ostrej wymiany zdań, bo niektórzy chcieli powolnej ewolucji, czyli zostawiamy tak jak jest a zmieni się samo. Druga strona argumentowała, że zmiany potrzebne są teraz, gdy jest szansa na zatrzymanie w Ginestrze młodych.

I tak kultura w Ginestrze przechodzi facelift. Folklorystyczna nuta nabrała międzynarodowego sznytu, czasami będącego porażką bo do bluesa Ginestra jeszcze nie dojrzała ;) i chyba nie dojrzeje. Raz że muzyka trudna, a dwa, że serce nie podskakuje radośnie do bluesowej liryki śpiewanej po angielsku z ciężkim włoskim akcentem.


Nowy był też konkurs na najlepszą szopkę. Szopki były różne: szydełkowa stajenka, święta rodzina z żarówek, otoczenie stajenki z kabli, recyklinowa szopka z buteleczek po actimelach, Jezusik z herbatników, Beltejem z kloców Lego. A więc i pomysłowo i nowocześnie. Głosy oddawane wyświetlano na ścianie domu koło poczty. I tylko samo oddawanie głosów okazało się radośnie staroświeckie: dwa rodzaje kartek wyborczych i ostry przedwyborczy lobbying: niektórym wyborcom wręczano wypełnione kartki do głosowania :)

Jako cudzoziemcy nie wpłacamy składek, nie uczestniczymy w walnych zebraniach i nie decydujemy o kierunku zmian. Ale możemy partycypować. I tak w sierpniu na rynku zawisną fotografie: Ginestra z okien Casa di Giuseppe (dosłownie i w przenośni)
Mussolini wniósł nowe wartości do szeroko rozumianej kultury włoskiej I tak powiedzenie che cavolo (co za kapusta!) żyje na równych prawach z che cazzo (co za cholera!), choć zakaz używania przekleństw w miejscach publicznych został zniesiony jakiś czas temu. Nadal mówimy calcio na futbol, tramezzino na kanapkę i czasami słyszy się jeszcze określenie autista, choć kierowca częściej znany jest jako guidatore*.

To dzięki Mussoliniemu, a właściwie dzięki cenzurze, zarżnięto na żywca i bez znieczulenia włoski kryminał. Włoch nie mógł być kryminalistą, policjant musiał być święty. A że hagiografia i powieść umoralniająca to inny sektor rynku, więc powieść kryminalna w nowej wersji przestała interesować i czytelników i co zdolniejszych pisarzy. I przez długie, długie lata powiedzenie dobry kryminał włoski było takim samym oksymoronem jak powiedzenie, że Berlusconi szanuje demokrację.

Le veline, bibułki, pojawiły się też czasów faszystowskiej cenzury. Wiadomości musiały być pisane przez kalkę, zatwierdzony oryginał zostawał w archiwach rządowych, a dziennikarz lub redaktor pisał lub czytał z bibułki. Po wojnie bibułki z ministerialnymi rozporządzeniami pozostały w użyciu, aż w 1988 roku Piątka (Canale 5) Berlusconiego stworzyła program satyryczny Strisca la Notizia, w którym bibułki z wiadomościami podawały prowadzącym skąpo odziane atrakcyjne panienki, wkrótce znane publiczności jako veline.

Velinesche veline (szczupłe i zalotne bibułki), oprócz wartości że tak powiem językoznawczych, reprezentują fenomen społeczny - velenismo, związany głównie z telewizją. Samego określenia nie sposób dobrze przetłumaczyć. Są veline, ale są też i velini, czyli bibułki i ciacha. Chyba określenie seksistowa tabloityzacja telewizji jest adekwatnym polskim odpowiednikiem velenismo, choć nie do końca jednak tłumaczy o co z velenismo chodzi, gdyż tak velina jak i velino  (l.mn. veline i velini) nie jest określeniem pejoratywnym. A więc czym jest? Nowym opakowaniem bella figura? Czy jedynie wyrazem podziwu dla parcia na szkło?

========
*więcej na temat w poście me ne frego albo i nie

=======
zdjęcia z Rzymu, Sabuadii, Ausonii i Wenecji


Czułam się w Poznaniu jak w Abruzji. Stwierdzenie to kompletem nie jest, gdyż odbudowa prowincji L'Aquilla zaczyna i kończy się na betonowych rondach, drogach prowadzących donikąd i betonowych centrach handlowych. Powszechnym jest przekonanie, że za betonowaniem stoją układy mafijne, zaś z pieniędzy na odbudowę (której końca na razie nie widać) można by wystawić przynajmniej dwie L'Aquille i okolice. A na poprawienie infrastruktury wystarczyło też by pewnie zostało.

A co w takim razie stało się z Poznaniem? Mafia włoska dotarła, czy prowadziła szkolenia? Trudno przyjąć że jedynie głupota pozwoliła na wydanie pozwolenia na wciśnięcie następnego centrum handlowego na Półwiejską, na której jednym końcu jest Stary Browar, a  dwa inne na drugim.

No i betonowe pole pod hangarem zwanym centrum handlowym przy Dworcu Głównym, za to z misterną siateczką chodników, schodków, rozjazdów ścieżek rowerowych, kilkunastu drzewek w ramach tworzenia terenów zielonych, za to ze sprytnie zakamuflowanym zejściem do dworca PKS.

Pewnie były niezagospodarowane fundusze na rewitalizaję,  więc można było rozwinąć się twórczo, szalejąc w betonie. Ciekawa jestem ile te betonowe wizje kosztowały Urząd Miasta i kto zadba by za lat kilka przejścia, kładki, ścieżki, schody nie przypominały Domów Centrum z łuszczącą się farbą na skądinąd atrakcyjnych stropach przejść i przejazdów ?



Kulinarnie Poznań okazał się nieporównywalny. Przez dwa dni żywiłam się koktajlami alkoholowymi i lodami (polecam Kolorową vis a vis Okrąglaka. Robi świetne lody mascarpone+czarna porzeczka), z jednorazową przerwą na dobre fish'n chips z Ę Rybę. Przyznaję jednak, że na starcie zawęziłam kryteria rezygnując z hipsterskich lokali z leżakami pod ścianami oraz z trattorii i restauracji uzdatniających spaghetti aglio, olio, peperoncino dodatkiem pesto oraz tych serwujących autentyczną carbonarę z autentyczną śmietaną.

 
Dwa dni w Poznaniu przesiedziałam w księgarni Bookarest. Za gorąco w Poznaniu było, za bardzo bolały mnie pęcherze na stopach, i za bardzo bolało serce.

======
O książkach z Bookarestu napiszę niebawem. Na Husarię pod Gnieznem zapraszał plakat wywieszony na ścianie hali Targów.

======
Włoszczyzna solidaryzuje się z pospolitym ruszeniem, czytała nawet Wannę z Kolumnadą i zapłakała nad Źle Urodzonymi oraz niedobitkami modernizmu opisanymi przez Christiana Kereza
Craco wybudowano na terenach na których nie powinno się budować. A jak się już chciało budować, to trzeba było zostawić drzewa. A jak się sprzedało drzewa i wybudowało miasto, to trzeba było słuchać specjalistów radzących by porobić tarasy i posadzić drzewa. Oczywiście tarasy i zalesienie wymagało czasu, zaś czasy były takie że miało być szybko i nowocześnie, czyli betonowo. Więc postanowiono zrobić betonowe ściany zapory.

Wiara, jak to wiara miewa, zawiodła. Cud betonowy się nie sprawdził i Craco zjechało w dół. Tak na oko biorąc, o jakieś 5 metrów. Widzieliście kiedyś osypującą się kupę piachu? Tak właśnie zjeżdżało Craco w latach 60. Proces (koniec XIX wieku), rozpoczęty wycinaniem drzew trzymających mieszkankę gliny i piachu w miejscu, przyspieszyło wrzynanie nowej drogi w stok wzgórza i kopanie nowego stadionu i basenu miejskiego u podnóża góry. Potem przyszły deszcze i poszła lawina błota, a z nią ściany i ulice.

Pojechały z błotem domy najbogatszych (Palazzo Grossi) i tych mniej zamożnych, kościoły i zwykłe domy. Najlepiej, co nie oznacza wcale - dobrze, wygląda stara wieża normańska i squaty biedoty, ciągnące się wzdłuż głównej ulicy: małe ciemne pomieszczenia bardziej przypominające jaskinie, gdzie na 10, może 15 metrach kwadratowych, gnieździła się 10 osobowa rodzina plus zwierzęta domowe (i nie mówię tu o psach albo kotkach, lub kanarkach w klatce).
O życiu w wiosce opowiadał nam przewodnik, którego rodzina miała w Craco 3 lub 4 domy i gdy mówił, że tam odbywał się targ, a tu chodziło się po mydło, to głos mu jakoś tak dziwnie brzmiał, choć nie powinien, gdyż tę samą historię opowiada przynajmniej 2 razy dziennie, więc wydawałoby się, że powinien być przyzwyczajony do prowadzenia i narracji i do pokazywania  ciekawskim grobu rodzinnego zwanego Craco.

==========
najlepszy spis zabytków Craco jaki udało mi się znaleźć opublikowało Craco Society i strona Craco Vecchia. Ja jeśli kogoś interesuje aspekt geologiczny, to proszę, tu jest praca naukowa na temat: Integrated approach for landslide risk assessment of Craco village. Całą pracę można też znaleźć na google books. Przyjemnej lektury :D
Choć Craco wielkością dorównuje innemu sławnemu trupowi - Civita di Bagnoregio - to  niewiele się o nim pisze i niewiele pokazuje, choć zasługuje na wystawienie w gablocie, jak święty kościotrup, ofiara przyrody i ludzkiej głupoty.


A Craco, choć przewodniki turystyczne jeszcze tego nie złapały, zaczyna przyciągać turystów, pewnie za sprawą Mela G., któremu i Craco i pobliska Matera, skojarzyły się z Jerozolimą sprzed 2000 tysięcy lat.Patrząc na zbierające się grupy zwiedzających, powiedziałabym nawet że zaczyna być tak modne jak Matera, choć Craco, w przeciwieństwie do Matery, drugiego wiatru w żagle już nie złapie, bo żagli osunęły się wzdłuż południowego stoku, zabierając ze sobą ściany domów i pałaców, ulice i place. A czego nie zrobiła przyroda, dokończyły stada owiec i kóz, które ktoś trzymał w opuszczonych domach i pałacach, a które - łażąc po dachach - niszczyły dachówki i strukturę tego co ocalało. Inne stada - poszukiwaczy bogactw i zabytków - powywoziły marmurowe ołtarze z kościołów, odrywały gzymsy, szabrowały kafelkowe posadzki i framugi okien.



Przy wjeździe do Craco wręczono nam kartkę z historią miasta i poinformowano, że bilety są do kupienia po drugiej stronie wzgórza. A więc drogą pod górkę (miasto po prawej stronie), przez garb drogi wprost do nowej części miasta (zabytkowe Craco za plecami), jeśli nowym miastem można nazwać betonowe klepisko i cztery szare betonowe klocki. Na jednym z nich wymalowano białą farbą wielkie ponumerowane prostokąty przygotowane na wybory, ale ani jednego plakatu wyborczego. W budynku przypominającym PRLowskie rozlewnie mleka stoi już kolejka po bilety. Płacimy 20 euro i potwierdzamy, że idziemy do Craco na własne ryzyko. Ja skrobię nieczytelnym podpisem, a JC krzyżykami. JC zawsze miał dziwne poczucie humoru :)


Potem przenosimy się w pobliże budy z kiełbaskami. Tu dołącza do nas przewodnik, a my zakładamy białe siatki na włosy i na nie wciskamy żółte kaski. Przewodnik sprawdza jeszcze nasze obuwie i sugeruje by jedna z kobiet zamieniła klapki na obuwie sportowe. Gdy ona drepcze do auta, poślizgując się na bruku, ja przyglądam się młodemu mężczyźnie z brodą. Do Craco przyjechał z mamą i tatą. Na jakieś 25-30 lat, twarz zarośniętą brodą na drwala. Gdy mama pracowicie poprawia mu kask i instruuje jak ma się zachować na niebezpiecznym terenie, a on z nieruchomą twarzą wpatruje się w nastolatkę z bardzo krótkich szortach i przeźroczystej koszulce. I to że mu się podoba sygnalizuje nie uśmiech, a wyraźna erekcja pod spodenkami. Mama wciska mu ostatnie pasemko ciemnych włosów pod siatkę, kobieta wraca w adidasach pokrytych cekinami, a przewodnik mówi 'andiamo'....

Ruszamy na  trupa Craco. Przed nami dwie godziny w prosektorium.
baci singeri

Wioski było na dwa autokary.


W pierwszym pojechała orkiestra i flaga związku kombatantów, w drugim - reszta wioski, głównie kobiety. Oczywiście, nie wszystkie. Nie było, na przykład, Emilii i Gio nie lubiących tłoku, Antonii i Giovanny, nowych w wiosce, w dodatku z mężami cudzoziemcami.

Z Ginestry mieliśmy wyjechać o 14:50. Prawie by się nam udało gdyby nie Gino. Twierdził, że kartka z planem dnia wprowadziła go w błąd. Odczytał godzinę przyjazdu do Rzymu jako godzinę wyjazdu z Ginestry i miał o to pretensje do wszystkich i każdego z osobna.

Dobrze żee flaga związku kombatantów pojechała pierwszym autobusem. Pewnie by się poczuła urażona językiem Gino, który zaczął od cazzo a skończył na culo, wzywając przy okazji porca madonna i odwoływał się do aktów płciowych. Zanim jednak dojechaliśmy do Rzymu, Gino spadło ciśnienie i ładnie machał flagą czerwono-biało-zieloną. Biel była mocno przyżółkła, jak stare kości.

Dwa autokary jechały do Rzymu na wystawę poświęconą I. Wojnie Światowej w Ginestrze


cara sorella vengo con cuesta cartolina


Od roku, dwudziestolatki Ginestry, w tym Leonardo, zbierały pamiątki z I. Wojny Światowej: dziadek z dumnym uśmiechem na twarzy, w której można zobaczyć rysy jego potomka - Stefano; dwóch żołnierzy w maskach gazowych, a między nimi smutny osiołek w masce gazowej.

Menażka, plecak, strzelba. Maska gazowa. Chlebak.

Kartki z frontu pisane niesprawną ręką Ugo Silvestriego: droga siostro przychodzę z tom kartką...i dalej;  piszcie częściej. I powiedzcie rodzicom Antonio, że syn się jeszcze odnajdzie. Widziałem Antonio dzień po wypisaniu go ze szpitala. Potem zamilkł, ale to się zdarza. Serdecznie sie pod pisuje wasz brat i syn Silvestri Ugo pozdrów babcię i dziadka wujka Peppe z rodziną. Wszystko pisane bez znaków przystankowych.

A fraza gli ho spiegato (wytłumaczyłem mu) na kartce Ugo Silvestriego wygląda tak:

Io glio s Piegato


Na wystawie w niewielkim muzeum u podnóża Janiculum wisi też zdjęcie Ginestry z roku 1900. Tak jakby z 1900, dokładniejszej daty nie daje się określić. Domów po drugiej stronie naszej ulicy, od strony doliny, jeszcze nie ma. Wieża kościelna stoi w innym miejscu (przesunięto ją pod koniec lat 50.), ale nasz dom jest. Dwupiętrowy, z dwoma oknami na drugim piętrze i małym okienkiem pomiędzy. Czyli twierdzenie Giny, że Gino dobudował ostatnie piętro nie jest prawdą. Jeśli już to Gino jedynie przebudował istniejące wcześniej piętro.

Następna fotografia Ginestry, z roku 1954. Wieża kościelna nadal w starym miejscu, ale naszego domu nie widać, gdyż zasłaniają go nowe wysokie domy wybudowane po drugiej stronie ulicy. Krótko musiały stać skoro na następnym zdjęciu, z połowy lat 60., domy są o piętro niższe, widać więc okna Casa di Giuseppe z jaskrawoczerwonymi zasłonami w oknach.

Ostatnie zdjęcie: zbiorowe. Rodziny chłopskie w czasie przerwy obiadowej. Pięć kobiet i sześciu mężczyzn. Jeden z nich w jasnym garniturze i ze strzelbą. Nadzorca?
Kobiety złożyły grube dłonie na pokrytych ciemnymi spódnicami kolanach. Na ramiona zarzuciła białe chusty z frędzlami. Jedna w czepku, druga w ciemnej chusteczce w groszki lub drobne kwiatki. Patrzą uważnie w obiektyw. Twarze mężczyzn nieczytelne - za ciemne, za bardzo zasłonięte opadającymi na czoło daszkami czapek lub rondem niekształtnych kapeluszy.

state trancuilli
Po koncercie orkiestry dętej aktorka czyta wspomnienia kogoś pamiętającego wojnę;
na drodze prowadzącej do krzyża na rozdrożu ustawiono kapliczki ze zdjęciami osób na froncie. Codziennie szły do nich procesje modlące się o szczęśliwy powrót walczących do domu.

suo figlio e usito da lo spedale

z wojny do Ginestry nie wróciło 18 mężczyzn, z których 6 zaginęło bez wieści. Po traktacie wersalskim zaprzestano procesji, na cmentarzu wmurowano marmurową tablicę z nazwiskami poległych.

Dziadek Stefano wrócił z wojny jako kapral, a w okopach nauczył się pisać i czytać.

Obecny wójt gminy rozpoczął swoje kilka słów: w wojnie nie ma zwycięzców. A Gino powiewał flagą



======
Wszystkie wygrubione podtytuły pochodzą z pocztówek wojennych. Zachowałam oryginalną, niegramatyczną i nieortograficzną pisownię oryginałów. Tytuł postu jest próbą oddania ich pisowni.


Zdjęcia pochodzą z koncertu i wystawy, a większość (choć nie wszystkie) portretów to zdjęcia mieszkańców Ginestry



siedziała obok. Piła cappuccino i też czytała książkę po włosku. Był więc powód by zagadnąć.

Nie pamiętam już jak z Bolonii (stamtąd pochodziła) i kryzysu (nie lubi Berlusconiego i wiąże nadzieje z lewicą) skręciłyśmy w szeroko pojęte kulturozawstwo porównawcze, ale jakoś skręciłyśmy.  I wtedy powiedziała, bo Niemcy, moja droga, to indicativo, a Włosi - congiuntivo.


PS: o ile indicativo znaczy tryb orzekający, to  congiuntivo jest problematyczne; oficjalnie zwie się je trybem łączącym, służącym do wyrażania marzeń, supozycji i domysłów, w polskim nie jest stosowany. Jeśli byłbym ogniem, spaliłbym świat (to odręczny przekład sławnego wiersza Cecco Angiolieriego) si'fosse foco, arderei 'l mondo, Fossi to właśnie congiuntivo czasownika być.
mogłoby być o zarwanym kawałku autostrady na Sycylii, ale po problemach z lotniskiem w Berlinie niewiele jest mnie w stanie zdziwić. Co prawda sycylijska katastrofa budowlana zapewne przejdzie do historii, gdyż nie słyszałam by coś zawaliło się tak kompletnie w tydzień po otwarciu i bez udziału przyrody, ale nadal uważam, że temat nie zasługuje na osobny post. Premier groził śledztwem w sprawie. Może będzie proces. Albo i nie. 

Ewentualnie mogłabym pogadać o innej wieści z gazety: 1 na 8 (procenty wyliczcie sobie sami) wykonawców EXPO 2015 w Mediolanie  korzysta z usług oferowanych przez mafię. Temat, powiedziałabym, rozwojowy, ale trzeba poczekać na smaczniejsze kawałki wynikające z dopiero co rozpoczętego śledztwa.

Tak więc przechodzimy do sprawdzonych wieści, a więc włoskiego eksportu. W ciągu ostatnich 10 lat eksport włoskich makaronów wzrósł o 25%. Ba, 75% wszystkich makaronów na rynku europejskim pochodzi z włoskich fabryk. W sumie Włochy sprzedają Europie ponad 2 miliony ton klusek wszelakich. Największym odbiorcą są Niemcy (ci od lotniska w Berlinie). Ale to nie oni jedzą najwięcej makaronów. Nadal na pierwszym miejscu są Włosi, choć dane wykazują tendencję spadkową. W roku 2004 jedli po 28 kg na głowę, a w roku 2013  jedynie 25. Czyli, jak tak dalej pójdzie może się okazać, że Tunezyjczycy i Wenezuelczycy (trzecie i drugie miejsce w konsumpcji per capita) Włochów przegonią. Trochę to czasu zajmie i chyba nie za mojego życia, gdyż na statystycznego Tunezyjczyka przypada jedynie 10 kilo, a więc mają sporo do nadgonienia, chyba że Włosi spełnią marzenie Mussoliniego i przerzucą się na risotto.

Czy wierzę w tę możliwość? Nie. Nie pomogła ostra kampania antymakaronowa z lat 30. ubiegłego wieku: Południe nie zrezygnowało z makaronu. W 1946 roku, jak wynika z badań  Doxa, ryż Południe znało, ale raczej teoretycznie. W Molise dla 81% respondentów ryż stanowił potrawę podawaną obłożnie chorym lub w stanie agonalnym, a sławne arancini nieznane były sycylijskiej wsi.  Jedna z respondentek (Calabria) twierdziła, że ryż bardzo lubi, ale je go tylko wtedy, gdy rodziny nie ma w domu. I je go jako drugie danie, zaraz po makaronie z sosem :)

W sumie z raportów Doxy wynikało, że tak stworzenie odpowiedniego organu  promującego ryż jak i wyżej wspomniana kampania medialna  nie odniosły sukcesu: ci, którzy jedli risotto i tak je jedli, a ci przywiązani do spaghetti na risotto się nie przerzucili. Nie znalazłam jeszcze odpowiedzi, dlaczego tak bardzo Mussoliniemu zależało na zmianie zwyczajów żywieniowych Południa. Czy łączył waleczność Rzymian z ryżem? Czy sądził, że o misce risotto dziennie Włosi zajdą dalej? I chyba nie o autarkię mu chodziło? Bo tak w przypadku ryżu jak i twardej pszenicy Włochy były raczej  samowystarczalne w tamtym okresie.


a ty do której partii należysz?
A pomyśleć, że produkcja produkcja makaronów ruszyła na skalę przemysłową dopiero gdy Cesare Spadaccini wymyślił maszynę zastępującą ręce i nogi robotników zagniatających ciasto, a Filippo De Cecco zainstalował w Fara Sabina pierwszą suszarkę do makaronu. O Cesare Spadaccim w sieci informacji jest niewiele. Więcej można znaleźć o Fillipo De Cecco, a jeszcze więcej o  Pastificio De Cecco, drugiego co do wielkości producenta makaronów włoskich. Dodatkowego smaczku tej opowieści dodaje fakt, że tak De Cecco jak i Barilla nie są powiązani z Gragnano w Campanii, w którym powinno się szukać początków suszonych makaronów. Tymczasem Gragnano robi makarony niszowe, zaś dwaj najwięksi producenci kontrolują prawie 50% całej włoskiej produkcji (dane z 2005 roku), z tym że do Barilli należy 39%, a do De Cecco skromne 10%. Dalej jest apulijska Divella z 6%, Antonio Amato i Agnesi z 4 i Garofalo z 3% rynku. Nie mniej jednak wystarczy pogrzebać trochę w sieci by przekonać się, że Barilla może i jest największą marką, ale nie jest uważana nawet za średniego gracza. Powiedzieć nawet można, że ich makarony plasują się gdzieś po środku. Nie są najgorsze, ale wśród koneserów przegrywają i z De Cecco i z Garofalo.

Poczekajmy jednak na nowsze dane, jakby nie było, te podane przeze mnie pochodzą z roku 2005, ale od tego czasu Guido Barilli udało się chlapnąć w rozmowie

Pojęcie rodziny jest dla nas święte. Rodzina pozostaje jedną z podstawowych wartości naszej firmy. Nie chodzi tutaj o brak szacunku do homoseksualistów. Patrzymy inaczej na pewne rzeczy, ja, mówiąc o rodzinie, mam na myśli tradycyjną rodzinę. jeśli komuś taka postawa nie odpowiada, może kupować makarony innego producenta

Redaktor Terlikowski byłby zachwycony, a organizacje LGBT poszły, jak Guido sugerował, kupować makarony innych producentów. Guido co prawda prawie natychmiast przeprosił, a Barilla wydała oficjalny komunikat. Czy skuteczny? Zobaczymy. Z niecierpliwością czekam na najnowsze statystyki, zwłaszcza z rynku amerykańskiego :)

====
Prowincjonalna statystyka: Ginestra lubi i makaron i ryż. Ten ostatni najczęściej robi w wersji półpłynnej, z dodatkiem cieciorki (jak na zdjęciu), a makarony jada i z sosem pomidorowym, i w wersji aglio, olio, peperoncino oraz jako caccio e pepe, czyli pecorino i pieprzem.  Najpopularniejsza jest Divella oraz Barilla. Garofalo w sklepie nie widziano, a De Cecco pojawia się od święta.

**
Włoszczyzna poleca sos

Oraz najulubieńsze risotto, a więc weneckie
do podjęcia tematu ricotty zmotywowała mnie Buruuberii blogująca na Makagigi i 55 Pierników, pisząc o starym białym serze, a podany przez nią przepis pasuje, jak w mordę strzelił, do przepisu na soloną ricottę, choć ricottę warzy by się z tego, co zostałoby po zrobieniu białego sera, czyli z serwatki.


3 razy ta sama pieczona ricotta
 1.
Oczywiście najlepszą ricottę robi Lacjum. I choć oficjalnie mówi się o ricottie rzymskiej, to najlepsza pochodzi z Sabiny i Ciociarii (górzyste okolice Fucci i Piglio), czyli regiony w których nadal wypasa się owce. Gdyż wszystkim wiadomo, że jak ricotta to tylko z mleka owczego.

2
Nadzienie do ravioli to obgotowane liście buraka, dziki majeranek i owcza ricotta. Liście buraka można zastąpić szpinakiem lub innym zielskiem znalezionym na łące, zamiast majeranku dodać oregano lub mentuccii, ale nigdy przenigdy nie wolno zastąpić ricotty owczej tą robioną z krowiego mleka.

Więc ravioli robimy od listopada do czerwca.  Latem ricotty owczej nie ma.

3.
Pewnie z tego samego powodu sycylijskie cannoli to deser, który je się przez 9 miesięcy w roku, ale nigdy latem.  I najlepsze cannoli nadziewane są ricottą owczą. Lub kozią. Gdyż najlepsza ricotta, wbrew temu co opowiadają w Lacjum, może też być z koziej serwatki.


4.
Robiłam ricottę z sąsiadką. Podgrzewałyśmy serwatkę, z której wytrącały się grudki białych szumowin. Ktoś na forum napisał, że pewnie sąsiadka dodawała podpuszczkę.

Wyczytałam, że ricotta robiona jest bez podpuszczki. Czasami dolewana jest odrobina mleka lub trochę soku cytrynowego w celu przyspieszania koagulacji.

5.
Montalbano i cannoli (z odcinka Il campo del vasaio)


W Palermo, w barze tuż przy porcie, starszy pan zamówił nie cannolo. gdyż mieliśmy drugą połowę czerwca i na cannolo było już za późno, a małą casatę. Wgryzł się w nią, a potem oblizał palce. Widąc, że się mu przyglądam z zainteresowaniem, spytał skąd pochodzę. Na odpowiedź, że z Polski i Ameryki via Holandia, powiedział że to dobra kombinacja i zaprosił na granitę kawową. Koniecznie z bitą śmietaną.

6.
Świeża ricotta przypomina smakiem bitą śmietanę. I nie pomaga dodawanie soku cytrynowego, kandyzowanych owoców lub posypywanie kawą. Dla mnie jest ricotta jest bez smaku, co mój znajomy od granity kawowej podsumował: ma pani niewyrobione kubki smakowe.

7.
Może i tak, choć ze wszystkich ricott których nie lubiłam, najbardziej smakowała mi ricotta z Posta. Posta leży wysoko w górach, na granicy z Abruzją, ma masę pastwisk i owiec.

Ricottę z Posta kupuje się po znajomości od zaprzyjaźnionych pasterzy. Albo od przyjaciół, którzy mają zaprzyjaźnionych pasterzy. I wtedy sos z ricotty do makaronu, specjalność Sabiny, smakuje jak nektar. Ricotta z Posty smakuje też, gdy poleje się ją aromatycznym miodem. Gryczany byłby dobry, ale kasztanowy jest lepszy.

8.
Gotowe grudki ricotty wkładałyśmy do plastikowych koszyczków, które zastąpiły koszyczki wiklinowe. Reszta narzędzi potrzebnych do produkcji była jak kiedyś: cedzak z długą rączką, gar nad paleniskiem, koszyczki na stole. Wszystko tak jak na miniaturze z roku 1460.

Pierwsza ilustracja z produkcji ricotty pochodzi właśnie z roku 1460. Książka nazywa się Tacuina (lub Tacuinum) Sanitatis i jest przedrukiem (jeśli tak można nazwać ręczne kopie) najpopularniejszej księgi średniowiecza traktującej o zdrowym odżywianiu.

Trudno powiedzieć, która z miniatur z wielu Tacuinum Sanitatis uznawama jest za pierwszą ilustrację produkcji ricotty: czy ta w ciepłych odcieniach ochry czy może ta malowana błękitami i szarościami?

9.
Zresztą, nie jest to w tej chwili istotne. Na wspomnianych miniaturach w lewym dolnym rogu siedzi mężczyzna, w miseczką w jednej ręce i chochelką w drugiej. Pewnie je ciepłą jeszcze ricottę. Czyli je coś, co na Sycylii nazywają ricotta ccu sieru. Ricotta w sosie własnym :)


10.
Dizionario delle Cucine Italiane zna ricottę alla fuscella, czyli prosto z wiklinowego koszyczka, kremową i o delikatnym smaku, ricottę forte, kwaskową jak nasz polski biały ser, i ricottę marzotica, marcową ricottę owczą. Ricotta forte i marzotica to specjalność Apulii.

11.
Umbryjskie Gubbio odsącza ricottę, otacza w mące i rozmąconym jajku a potem smaży na gorącej oliwie. Jak kotlet.

12.
W Novara di Sicilia kupiłyśmy z Annamarią ricotta infornata, pieczoną w piecu. Starta na tarce nadaje się do posypywania makaronów. Idealnie komponuje się z warzywnym risotto, a jeszcze lepiej z polentą.

13.
Do kolekcji ricott tego świata brakuje mi jedynie ricotty z Abruzji. Aromatyzowanej dymem z jałowca,  ricotta al fumo di ginepro. Z okolic Anversa d'Abruzzo.

14.
Ricotta infornata pieczona jest przez 30 minut w piecu chlebowym przez 30 minut. Nadaje się do spożycia po 24 godzinach. Nie trzeba jej przechowywać w lodówce, można ją trzymać na zewnątrz, pod warunkiem że jest w woreczku lnianym, a nie w folii plastikowej.

to ja sobie stanę
Już tak mamy, my ludzie, że każdego kręci coś innego. Na przykład taki Leopardi; nie mógł się doczekać by uciec z domu rodzinnego w Recanati, a ja do jego domu mogłabym się wprowadzić choćby od jutra. A jeszcze lepiej do domu w centrum Osimo, które trochę bardziej mi się podobało i miało dodatkowy plusik za położenie bliżej Ostra Vetere, w której Bucci rozlewa do butelek jedno z najlepszych białych win - verdicchio. Oczywiście nie chciałabym się wprowadzać do rodziny Leopardiego: ojciec był uzależniony od hazardu, matka - od religii i żądzy odbudowania finansowej pozycji rodu. I według wszystkich źródeł, słonecznie tam nie było :)  

frunęły do nieba bez grzechu i uwolniły rodziców od niewygody odpowiedzialności za ich utrzymanie...

Po nieudanej próbie ucieczki (czy była to jedyna czy jedna z wielu, nie wiem) Leopardiemu w końcu udało się wyjechać do Rzymu. A że nie było autostrad i superstrad, więc i jechał Colfiorito, Foligno, Clitunno, Spoleto, Terni, Narni, Otricoli i Civita Castellana.

Osimo
Podróż opisał w listach do rodzeństwa, z którymi później dzielił się wrażeniami z Rzymu, miasta które go rozczarowało swoją przygnębiającą atmosferą i wszechobecną korupcją. On, językoznawca, nie czuł rytmu dialektu rzymskiego, który tak bardzo fascynował innego rówieśnika - Gioachino Belli, i czuł że zamienił więzienie domu rodzinnego w Recanati na więzienie domu wujostwa w Rzymie. O ile w Recanati miał jeszcze nadzieję, że trawa jest zieleńsza po drugiej stronie gór, to w Rzymie pozbył się złudzeń. Postanowił wrócić do Recanati i w liście do przyjaciela - Pietra Giordaniego pisał

temu światu na nic się już nie przydam

Szkoda, że urodził się tak wcześnie. Jakieś 100 lat z kawałkiem później mógłby do Rzymu jechać przez Monte Giberto, położonego 45 km (+/-) od Recanati, na spotkanie z Massimo Fagiolim, jednym z najważniejszych - i za razem jeden z bardziej kontrowersyjnych -  psychiatrów włoskich. Być może Fagioli powiedziałby mu o biologicznym uwarunkowaniu ego, powstającego w momencie narodzin, a nie - jak postulował Freud - wyssanego z mlekiem matki. I czy terapia pomogłaby Leopardiemu w stanach depresyjnych? A może nie terapia, a rozmowa o wykluczeniu? Massimo Fagioli miałby o czym opowiadać.

moimi niedowidzącymi oczami widziałem kopułę

W 1975 roku włoskie stowarzyszenie psychologiczne wyrzuciło go ze swoich szeregów za krytykę freudowskich teorii i metodologii badań. I tak jak w przypadku Leopardiego, którego depresja i bezsilność mówiły językiem włoskiego romantyzmu, tak Fagioli stał się nie tylko psychologiem włoskiej lewicy ale też został muzą sztuki. To uczestnictwo w jego seansach zbiorowej psychoanalizy wpłynęły na grupę młodych rzymskich architektów. A na Paolę Rossi, jak twierdzi Vittorio Sgarbi, szczególnie.  Tak sale seminaryjne przy Via Roma Libera jak i Palazzetto Bianco (via San Fabiano) są dowodem na udaną kolaborację między architektem (w obydwu przypadkach - Paolą Rossi) a psychiatrą (oczywiście Massimo Fagioli) twierdzącym, że to kolektyw, a nie wyalienowanie, budzi w nas kreatywność.

[intelektualiści] zdają się twierdzić, że najwyższym osiągnięciem ludziego umysłu jest studiowanie antyku

Jak wyglądał więc kolektywny proces projektowania Palazzetto Bianco? Nie wiem. Projekt opiera się na łuku , który wykorzystał tak pałac którego fasada jest obecnie fragmentem muru otaczającego Ogrody Farnezyjskie, jak i La Palazzina Ruspoli zaprojektowana przez Ugo Luccichientiego. A jeśli doda się do tego zabawę prześwitami, oknami i pustą ścianą, odniesienia do renesansu, moderny, futuryzmu i postmodernizmu to możemy mówić o perełce architektury nowoczesnej.

Ale po cholerę to oglądać, skoro w Rzymie jest tyle innych monumentów z potwierdzonym rodowodem?




Adresy z mapy:

Casa Leopardi w Recanati: via Giacomo Leopardi 14, Recanati
Palazzina Ruspoli, via fratelli Ruspoli 10, Rzym
Palazzetto Bianco, via San Fabiano, Rzym
Mur Ogrodów Farnezyjskich i Ręka Cicerona: via dei Cerchi, Rzym

Verdicchio di Jesi: Villa Bucci, Via Cona 30, 60010 Ostra Vetere (AN)

I jeszcze:
tytuły podrozdziałów pochodzą z listów Leopardiego i z Zibaldone
korzystałam również z: Le Meraviglie di Roma dal Rinascimento ai Giorni Nostri, autor Vittorio Sgarbi (wyd. Bompani) i The Secrets of Italy, autor Corrado Augias (wyd. Rizzoli exlibris)



my, z Ginestry, z Monteleone koty drzemy nie wiadomo o co. Może chodzi o pryncypia, a może o różnice językowe (my mówimy gwarą sabińską, oni - jej odmianą, niekoniecznie rozumianą w Ginestrze), a może o sprawy administracyjne, gdyż wolelibyśmy należeć do gminy Poggio Moiano. Z kolei Poggio Moiano drze koty z Monteleone o świętą Wiktorię, leżącą na terenach przygranicznych. I gdy pod koniec lat 70. Monteleone najęło biegłych w piśmie i wykazało, że  kamienie Wiktorii należą do Monteleone, Poggio Moiano rozpoczęło wojnę. A to ktoś zaorał graniczną miedzę, a to uprowadzono koguta z Monteleone, znów innym razem owce z Poggio Moiano zeżarły trawę hodowaną dla owiec z Monteleone.

Nie mniej jednak, pomijając kilka podpodcinanych winorośli i koguta oskubanego w potyczce między Poggio Moiano a Monteleone, nigdy w naszych wojnach partyzanckich nie mieliśmy ofiar w ludziach. Pewnie dlatego, że jesteśmy mądrzejsi od Belmonte. O ile bowiem mieszkańców Ginestry nazywa się łazęgami i cyganami, Monteleone - paskudnymi ryjami, a Poggio Moiano - zapitymi mordami, to prowincjonalnym idiotą jest Belmonte. Pieprzysz jakbyś był z Belmonte, powie Gino do Arturo i wszyscy wiemy o co chodzi. 

Belmonte

O armacie z Belmonte usłyszałam od rzeźnika:
Belmonte bardzo nie lubiło się z Magnalardo, leżącym na sąsiednim wzgórzu, i postanowiło rozprawić się z przeciwnikiem raz na zawsze.
Najlepsi w Belmonte  zrobili armatę z największego drzewa znalezionego w lesie. Wydrążony pień napchano prochem, a w lufę napakowano kamieni, gwoździ i podków. 

W niedzielę, po mszy, wszyscy zebrali się na placu. Burmistrz odpalił lont. Wybuch był straszny, a gdy dymy opadły, wokół armaty leżeli w kałużach krwi porażeni kamieniami i gwoździami. 

Baby zaczynały już lamentować, gdy ktoś rzucił w tłum: jeśli u nas jest tylu rannych, to pomyślcie co się musi dziać w Magnalargo!

Choć pytałam, nikt nie potwierdził historii z armatą. Nad skrzynką cykorii,  poinformowano mnie, że rzeźnik nie jest miejscowy, być może nawet pochodzi z Magnalargo, sugerując tym samym, że mówimy tu o pomówieniach i wojnie propagandowej.

Wskazano mi jednak dom rodzinny Giancarlo. I tak, pamiętając armatę i patrząc na osypujący się tynk, zapuszczony ogród z widokiem na Magnalargo, kłódkę spiętą drutem i cenę wystawionego na sprzedaż domu, zrozumieliśmy dlaczego dach na casa di Giuseppe, remontowany przez Giancarlo sześć lat temu, musiał zacząć przeciekać. Giancarlo może i mieszka w Poggio San Lorenzo, ale miejsce urodzenia zobowiązuje :)

A my? No cóż, my czujemy się jak ten oskubany kogut z wojny podjazdowej Poggio Moiano - Monteleone. I zbieramy pieniądze na nowy dach. Fabrizio z Ginestry ma nam przysłać wycenę.
a więc granita z Bam Bar (Taormina), targ Ballaro, sycylijskie warzywa i palermitańska foccaccia z Antica Foccacciera di San Francesco, słodycze z Erice
wschód w Erice, zasłona św. Katalda w Palermo i sycylijskie kolory
Saliny w Trapani, białe kwiatki na Etnie, duomo w Erice, XIX wiek w Catanii, Tindari, okolice San Vito lo Capo, no i oczywiście Palermo. Ale są też dwa zdjęcia z Neapolu. Zgadnijcie które?






w końcu zapanował porządek: książki o Sycylii wróciły na półkę, 1500 zdjęć zmieniło format, walizki schowały się w szafie, wakacyjna odzież już wyschła. Jedynie wrażenie pozostały do uporządkowania.
kolory Palermo i Monreale
 Dwa tygodnie minęły od powrotu z Sycylii, a ja nadal nie wiem o czym opowiadać. Czy o malarzu wózków sycylijskich czy może o producencie konfitury cytrynowej?A może o mozaikach Monreale i Villa Romana del Casale? O prawniku, który jest właścicielem winnicy w Passopisciaro czy raczej o prawniku - gospodarzu gospodarstwa agroturystycznego w Agrygencie? A może o smakach granity, arancini i milzy (tchawicy) w bułce posmarowanej ricottą?

katedra w Palermo i Etna
W oczekiwaniu na uporządkowanie wrażeń i przypływ weny, napiszę jedynie o wyciągniętych wnioskach.

Palermo i Neapol
A więc wracamy na Sycylię w przyszłym roku. Wiemy też, że Cefalu, Taormina i Erice to miejsca, do których wracać nie chcemy.

Całą czwórkę zachwyciło Palermo, choć Neapol pozostaje ulubionym miastem JC, natomiast my, to znaczy JC i ja, chcemy wrócić do Catanii, Annamaria i Stefano - niekoniecznie, choć wszyscy zgodnie chwaliliśmy makarony i owoce morza z 'U Fucularu (Piazza Ogninella 6).

Choć podobało się nam wszędzie, największą niespodzianką okazała się Piazza Armerina. Oczekiwaliśmy czegoś bardzo turystycznego na wzór i podobieństwo Cefalu i Taorminy, a trafiliśmy na miasteczko z żółtego kamienia, z kilkoma barokowymi kościołami, monumentalnym duomo i pomnikiem barona Marco Trigoni, doskonałą kawą i arancini nadziewanymi szpinakiem.
La Scala dei Turchi (Agrigento), Scopello i morze w Cefalu

A tak wgole to
  • Objazdowe wakacje męczą. 
  • Plaże bywają przyjemne. 
  • Etna robi wrażenie, zwłaszcza, gdy budzi się do życia. 
  • Dwa tygodnie rozmówek włoskich dobrze robi na poprawienie dykcji i umiejętność formułowania w miarę poprawnych zdań złożonych.
  • Dobrą formą wyżywienia są sklepy spożywcze, które na żądanie robią kanapki. Najtańszy obiad: 4 euro za dwie duże kanapki z bakłażanem, suszonymi pomidorami i ostrą papryczką z oliwy.
  • Moje psychozy mają się świetnie: w bardzo atrakcyjnym gospodarstwie agroturystycznym z powodu ciemnych podłóg i ciemnego sufitu bałam się zasnąć. Noc spędziłam na środku łóżka, bojąc się odwrócić w stronę ściany, choć ciemną i nierówną podłogę pokryłam dywanikami i ręcznikami z łazienki. Gdyby nie komary, które gryzły na potęgę noc spędziłabym na hamaku w ogrodzie lub z pawiem na dachu
  • Niepotrzebnie wiezione swetry i kurtki okazały się przydatne w Erice (bardzo zimne poranki) i na Etnie
  • Francuzi okazali się najbardziej upierdliwą grupą turystów
  • nadal nie rozumiemy jak to jest możliwe, że homo sapiens, gatunek który na górę wysokości 3400 metrów nad poziomem morza wybiera się w strojach plażowych, a na stok krateru o nachyleniu 45 stopni, w dodatku pokrytego sypkim pyłem wulkanicznym, wchodzi w klapkach na obcasie, odniósł sukces ewolucyjny



CIĄG DALSZY ilustracji JUTRO
jest chyba najbardziej znaną osobą w Abruzji, jego podobizna firmuje wszystkie materiały pomocyjne regionu, widać ją też na butelkach wina z winnicy Cataldi Madonna, choć nie żyje od 2600 lat. Chodzi oczywiście o Guerriero di Capestrano, Wojownika z Capestrano, którego dwumetrowy (dokładnie 2,09 m) posąg wykonano na polu niedaleko od winnic Cataldi Madonny.

Wojownik wczoraj, dzisiaj i jutro

Początkowo uważano, że pochodził z Grecji, gdyż przypominał archaiczne figurki z tamtego regionu, ale późniejsze odkrycia archeologiczne potwierdziły hipoterę, że Wojownik to sztuka miejscowa, abruzyjska, a konkretniej jeszcze - produkt kultury Vestinów, plemienia Italickiego, zamieszkującego okolice Pescary. 

 A że Wojownik z Capestrano ma podobno znaczenie symboliczne, więc nic dziwnego, że Cavaliere Berlusconi chciał obecnością Wojownika uświetnić spotkanie G8 w L'Aquili. Miasto nie zgodziło się: posąg wypalany jest z gliny, głowa w każdej chwili może odpaść, kostki mimo stalowych protez też z trudnością utrzymują dwumetrowego chłopa w pionie, więc zdecydowano, że Obama na Wojownika w L'Aquili patrzeć nie będzie. Ale Włochy nie byłyby Włochami, a Berlusconi nie byłby multimilionerem, gdyby miał się przejmować obawami gruzypiórków i jajogłogłowych w okularach. 4 lipca 2009 roku o godzinie 8:30 il Guerriere w Chieti już nie było. Pojechał na spotkanie z panami tego świata w L'Aquili. Oczywiście Włochy nie byłyby Włochami, gdyby nie w sieci zawrzało na taki przejaw arogancji, a Berlusconi nie byłby Berlusconim, gdyby się tym przejął. Oczywiście dyskutuje się, czy Wojownik następnego Berlusconiego przetrzyma, ale wszyscy wydają się mieć nadzieję, że może następny premier chcący zaimponować kumplom weźmie kopię z zamku w Capestrano lub z Muzeum Rzymskiej Cywilizacji.

Osobiście bardzo Wojownika z Capestrano lubię. Przede wszystkim za kapelusz, który przypomina trochę sombrero a trochę kapelusz leśnika Smitha. Tak, tego Smitha od Yogiego i Bubu.

====
zdjęcia:
Guerriero Scapestrano - Gio z Segnali di fumo
Wojownik na zimę Abruzzo 24 ore
nalepka z butelki Toni: Cataldi Madonna
Antika.it
Numismatica dello stato
Capestrano na Grouponie
znaczek pocztowy

nie ma to jak doskonale dobrane elementy: kształt wzgórza podkreślony zwartą formą baterii słonecznych, ulotność materiału wpisana w abstrakcyjną formę drzewa. Tylko stać i podziwiać.

Powered by Blogger.