Showing posts with label Holandia. Show all posts
Showing posts with label Holandia. Show all posts
Ciekawe czy jeśli Holendrzy mieliby wybierać nowy herb to czy przypadkiem nie byłby to Nijntje (od koNIJTJE, króliczek) Dicka Bruny? I czy Nijntje podobałaby się H. Matisse? Skąd Matisse i kreskówka? Otóż Dick Bruna, zafascynowany kreską Matissa, postanowił naśladować styl Francuza. Niezbyt mu to dobrze szło (na wystawie w Rijksmuseum pokazano martwą naturę Matissa i wysiłek Bruny. Niestety, porównania nie ma), więc sięgnął po kreskówkę. W roku 1955 pojawiła się pierwsza Nijntje, która miała być chłopcem, ale spodenki nie wyglądały na niej dobrze (pewnie za dużo kresek), więc ubrano ją w sukienkę. Od początku była biała, choć pierwsza Nijntje, ta z lat 50. przypominała zabawkę z lekko rozchodzącymi się na boki uszami. Dopiero wersja z 1965 roku zgubiła pluszowatość ciałą i dostała wyprostowane słuchy.
Nijntje jest znana; doczekała się nawet japońskiej podróbki - Cathy z Hello Kitty, świeci (lampa Nijntje, którą chciałabym mieć na biurku), gra w filmie i ma swoją ulicę, a właściwie skwer w Utrechcie - Nijntjepleintje (króliczkowy skwerek), ale to nie przy Nijntjepleintje stoi muzeum jej poświęcone, a przy Agnietenstraat 1. Na razie jednak jest to jedynie Dick Brunahuis, ale od grudnia nazywać się będzie tak jak powinien, a więc Nijntje Museum Utrecht.
Z okazji 60. urodzin Nijntje Holandia porozstawiała figurki Nijntje (tu informacja i adresy). Jest Nijntje przebrana za żółtką kaczuszkę (czyli Neentje), Nijntje Made in Holland w żółtych trepkach, w różowym skafandrze i kasku oraz w seledynowym ubranku z gałązkami na uszach, zaś w hali głównej Schipol wita Nijntje w Royal Delft. Jest też tam jeszcze inna, ale jej nie widziałam. O szóstej rano kiepsko widzę, interesuje mnie głównie filiżanka mocnej holenderskiej kawy a nie figurka 60. letniej baby, nawet jeśli jest sławna :D
Ciekawa jestem kogo lub co ustawiliby Włosi? Dawida? Fiata 500? A może Calimero, najsławniejszego włoskiego kurczaczka z bloku reklamowego Carosello (tu notka na temat), który, tak jak Nijntje, zrobił międzynarodową karierę i jest w wieku nowej Nijntje, tej z wyprostowanymi uszami :D
We Włoszech, tak jak w Polsce, Nijntje znana jest jest jako Miffy. coniglietta Miffy.
Nijntje jest znana; doczekała się nawet japońskiej podróbki - Cathy z Hello Kitty, świeci (lampa Nijntje, którą chciałabym mieć na biurku), gra w filmie i ma swoją ulicę, a właściwie skwer w Utrechcie - Nijntjepleintje (króliczkowy skwerek), ale to nie przy Nijntjepleintje stoi muzeum jej poświęcone, a przy Agnietenstraat 1. Na razie jednak jest to jedynie Dick Brunahuis, ale od grudnia nazywać się będzie tak jak powinien, a więc Nijntje Museum Utrecht.
Z okazji 60. urodzin Nijntje Holandia porozstawiała figurki Nijntje (tu informacja i adresy). Jest Nijntje przebrana za żółtką kaczuszkę (czyli Neentje), Nijntje Made in Holland w żółtych trepkach, w różowym skafandrze i kasku oraz w seledynowym ubranku z gałązkami na uszach, zaś w hali głównej Schipol wita Nijntje w Royal Delft. Jest też tam jeszcze inna, ale jej nie widziałam. O szóstej rano kiepsko widzę, interesuje mnie głównie filiżanka mocnej holenderskiej kawy a nie figurka 60. letniej baby, nawet jeśli jest sławna :D
Ciekawa jestem kogo lub co ustawiliby Włosi? Dawida? Fiata 500? A może Calimero, najsławniejszego włoskiego kurczaczka z bloku reklamowego Carosello (tu notka na temat), który, tak jak Nijntje, zrobił międzynarodową karierę i jest w wieku nowej Nijntje, tej z wyprostowanymi uszami :D
We Włoszech, tak jak w Polsce, Nijntje znana jest jest jako Miffy. coniglietta Miffy.
23 Sept 2015
01:35
Moje dwa ulubione miasta - Wenecja i Amsterdam, zanim doszły do okresu wpływów i bogactwa, zaczynały jako wiochy, z chatami z błota i trzciny, przetykanych pastwiskami i ze świniami na ulicach. Wenecja zaczęła jednak dużo wcześniej, i w XI wieku wznosiła bazylikę św. Marka, szczytowym osiągnięciem architektury Amsterdamu było budowanie piętra i komina. Ale gdy potęga Wenecji zaczynała być wspomnieniem, Amsterdam zdążył wyautować Hanzę, handlować z całym światem i stracić zmysły dla tulipana.
Wenecja papieży i arcybiskupów trzymała na dystans, przy okazji zapracowywując na kilka konfliktów z Państwem Kościelnym. Piętnastowieczny Amsterdam próbował zatrzymać rozwój klasztorów i konwentów, zakazując napraw w klasztorze. Klasztory zajmowały bowiem cenną przestrzeń, każdy z nich musiał mieć własną kaplicę, ogród warzywny, piekarnię, podwórze, stajnie i warsztaty, a w dodatku zakony mogły wykupować okoliczne tereny. Trudno jednak udawać, że rozkwit w drugiej połowie XIV wieku zawdzięczał Amsterdam tylko i wyłącznie komercji. I choć trudno w to dzisiaj uwierzyć, Amsterdam był celem pielgrzymek (jeden z 8 późnośredniowiecznych must see) do tego stopnia, że miasto wprowadziło specjalne zasady, które miały pomóc w okiełznaniu żywiołu w dni święte. Zaś obydwa drukowały zakazane dzieła Piero Aretino
Z tego okresu zostały nam nazwy ulic: Gebed zonder end (modlitwa bez końca), Monnikenstraat (ulica mnisia), Bloedstraat (świętej krwi), Bethanienstraat (tu proszę o wyrozumiałość i cierpliwość, Geert Mak nie precyzuje, a mnie nie udało się znaleźć informacji o średniowiecznych betankach), gdzie rzeczone Betanki pasły krowy.
Wenecja ma się nieszczególnie dobrze, w każdym razie nie ma pomysłu co ze sobą zrobić, Amsterdamowi idzie lepiej, a nawet bardzo dobrze, choć - jeśli wierzyć Geertowi Makowi - rodowitych Amsterdamczyków w Amsterdamie - tak jak Wenecjan w Wenecji - jest jak na lekarstwo.
Obydwa miasta doczekały się współczesnych monografii. W przypadku Wenecji niezastąpiona jest książka Juliusa Norwicha Historia Wenecji (książka jest z 1982, w tym roku polski przekład wydało W.A.B) i prawie równie dobra Wenecja Biografia Petera Ackroyda (z 2009 roku, w kwietniu b.r. wydana przez ZYSK I S.KA).
O historii Amsterdamu czytałam w książce Geerta Maka, jak na razie nie przetłumaczonej na j. polski. I to z jego książki pochodzi adresy piętnastowiecznych targów, historia o klasztorach, oraz niewymienione w tekscie notki informacje o zakazie gry w piłkę w Nes (by hałas nie przeszkadzał w konptemplacji) oraz o możliwości kupna całego żywego słonia na targu.
=====
wszystkie zdjęcia są z Rijksmuseum
=====
trochę się o Wenecji już napisało:
Wenecja papieży i arcybiskupów trzymała na dystans, przy okazji zapracowywując na kilka konfliktów z Państwem Kościelnym. Piętnastowieczny Amsterdam próbował zatrzymać rozwój klasztorów i konwentów, zakazując napraw w klasztorze. Klasztory zajmowały bowiem cenną przestrzeń, każdy z nich musiał mieć własną kaplicę, ogród warzywny, piekarnię, podwórze, stajnie i warsztaty, a w dodatku zakony mogły wykupować okoliczne tereny. Trudno jednak udawać, że rozkwit w drugiej połowie XIV wieku zawdzięczał Amsterdam tylko i wyłącznie komercji. I choć trudno w to dzisiaj uwierzyć, Amsterdam był celem pielgrzymek (jeden z 8 późnośredniowiecznych must see) do tego stopnia, że miasto wprowadziło specjalne zasady, które miały pomóc w okiełznaniu żywiołu w dni święte. Zaś obydwa drukowały zakazane dzieła Piero Aretino
Z tego okresu zostały nam nazwy ulic: Gebed zonder end (modlitwa bez końca), Monnikenstraat (ulica mnisia), Bloedstraat (świętej krwi), Bethanienstraat (tu proszę o wyrozumiałość i cierpliwość, Geert Mak nie precyzuje, a mnie nie udało się znaleźć informacji o średniowiecznych betankach), gdzie rzeczone Betanki pasły krowy.
Wenecja ma się nieszczególnie dobrze, w każdym razie nie ma pomysłu co ze sobą zrobić, Amsterdamowi idzie lepiej, a nawet bardzo dobrze, choć - jeśli wierzyć Geertowi Makowi - rodowitych Amsterdamczyków w Amsterdamie - tak jak Wenecjan w Wenecji - jest jak na lekarstwo.
Obydwa miasta doczekały się współczesnych monografii. W przypadku Wenecji niezastąpiona jest książka Juliusa Norwicha Historia Wenecji (książka jest z 1982, w tym roku polski przekład wydało W.A.B) i prawie równie dobra Wenecja Biografia Petera Ackroyda (z 2009 roku, w kwietniu b.r. wydana przez ZYSK I S.KA).
O historii Amsterdamu czytałam w książce Geerta Maka, jak na razie nie przetłumaczonej na j. polski. I to z jego książki pochodzi adresy piętnastowiecznych targów, historia o klasztorach, oraz niewymienione w tekscie notki informacje o zakazie gry w piłkę w Nes (by hałas nie przeszkadzał w konptemplacji) oraz o możliwości kupna całego żywego słonia na targu.
=====
wszystkie zdjęcia są z Rijksmuseum
=====
trochę się o Wenecji już napisało:
- Formy życia na barene
- Życie na piaskach i wśród chaszczy
- ichtiolog na falach
- Gdzie zaparkować konia?
- Venezia
- Requiem nie skomponuję
16 Sept 2015
16:54
na Museumplein w Wenecji Północy ustawiono 125 tysięcy słoneczników. Vincent by się ucieszył. Tyle słoneczników do namalowania. Labiryntem ze słoneczników Amsterdam świętował uroczyste otwarcie nowego holu Muzeum van Gogha.
Załapaliśmy się na nie przypadkiem, gdy pojechaliśmy obejrzeć co Hiszpanie* zrobili Rijksmuseum. A więc donoszę, że zrobili kawał dobrej roboty. Nowe atrium nie udaje XIX wiecznej architektury zaprojektowanej przez P. Cuypersa, ale nie jest też fantazją w szkle i w inoxie. Odrestaurowano freski i witraże, dodano nowe skrzydło na kolecję sztuki azjatyckiej, a przestrzeń wystawową podzielono chronologicznie. I tak autoportret młodziutkiego Rembrandta nie wisi z jego Strażą, zaś obok Vermeera jest Metsu, a nie Jan Steen.
W końcu zniknęły białe ściany i ostre światło. Teraz ściany są ciemnoszare, obrazy oświetlone tak, że widać je z daleka, a przedmioty rzucają piękne cienie. Co pewnie ucieszyłoby Carlo Scarpę, który był jednym z propagatorów nowego stylu w wystawiennictwie. Pewnie by mu się to nowe Rijksmuseum spodobało.
A my wracamy do Amsterdamu nie tylko by zobaczyć resztę muzeum (niestety, nie da się tego ogarnąć w jeden dzień, mózg pada po kilku godzinach) ale też by wejść na wystawę zestawiającą van Gogha z Munchiem. Śmiem twierdzić, że nikt lepiej od Holendrów nie potrafi robić wystaw syntezujących. Wystawę Rembrandt - Caravaggio pamiętam z detalami do tej pory i uważam ją za jedną z najważniejszych wydarzeń artystycznych mojego życia. Co nie znaczy, że pamiętam datę wystawy :) Musiałam sięgnąć do zapisków: na stronie tytułowej książki z wystawy zapisałam: A'dam 24. maja 2006.
=========
Informacje:
*Cruz y Ortiz z Sewilli odpowiadali za całość projektu, który miał nie tylko obejmować stworzenie nowych przestrzeni wystawowych, ale też i zadbać o zachowanie oryginalnej architektury budynku, który sam w sobie jest obiektem zabytkowym.
Załapaliśmy się na nie przypadkiem, gdy pojechaliśmy obejrzeć co Hiszpanie* zrobili Rijksmuseum. A więc donoszę, że zrobili kawał dobrej roboty. Nowe atrium nie udaje XIX wiecznej architektury zaprojektowanej przez P. Cuypersa, ale nie jest też fantazją w szkle i w inoxie. Odrestaurowano freski i witraże, dodano nowe skrzydło na kolecję sztuki azjatyckiej, a przestrzeń wystawową podzielono chronologicznie. I tak autoportret młodziutkiego Rembrandta nie wisi z jego Strażą, zaś obok Vermeera jest Metsu, a nie Jan Steen.
W końcu zniknęły białe ściany i ostre światło. Teraz ściany są ciemnoszare, obrazy oświetlone tak, że widać je z daleka, a przedmioty rzucają piękne cienie. Co pewnie ucieszyłoby Carlo Scarpę, który był jednym z propagatorów nowego stylu w wystawiennictwie. Pewnie by mu się to nowe Rijksmuseum spodobało.
A my wracamy do Amsterdamu nie tylko by zobaczyć resztę muzeum (niestety, nie da się tego ogarnąć w jeden dzień, mózg pada po kilku godzinach) ale też by wejść na wystawę zestawiającą van Gogha z Munchiem. Śmiem twierdzić, że nikt lepiej od Holendrów nie potrafi robić wystaw syntezujących. Wystawę Rembrandt - Caravaggio pamiętam z detalami do tej pory i uważam ją za jedną z najważniejszych wydarzeń artystycznych mojego życia. Co nie znaczy, że pamiętam datę wystawy :) Musiałam sięgnąć do zapisków: na stronie tytułowej książki z wystawy zapisałam: A'dam 24. maja 2006.
=========
Informacje:
- Rijksmuseum, Van Gogh Museum i Stedelijkmuseum są na Museumplein (parking na miejscu, kosztuje 2 euro za każde 20 min postoju)
- Wystawa Munch - Van Gogh zaczyna się 25. września i trwa do do 17. stycznia. Więcej informacji na stronie http://www.vangoghmuseum.nl/
- Strona Rijksmuseum https://www.rijksmuseum.nl/
*Cruz y Ortiz z Sewilli odpowiadali za całość projektu, który miał nie tylko obejmować stworzenie nowych przestrzeni wystawowych, ale też i zadbać o zachowanie oryginalnej architektury budynku, który sam w sobie jest obiektem zabytkowym.
14 Sept 2015
15:10
w Holandii świętuje się stadnie. Jak nowe dziecko, to przed domem stoi bocian. Jak zdany egzamin to flaga i plecak.A na 50. urodziny stawia się abrahama, czyli stracha na wróble z przyklejoną facjatą jubilata(ki) i odpowiedni transparent opisujący tajemnice zawodowe i życie osobiste. W ubiegłą sobotę całe Waarland wiedziało, że Kees jeździ na rowerze, hoduje tulipany, w wolnych chwilach pracuje dla Interpolis i udziela się politycznie w chadekach.Czego nie napisała na folii Anja, to synowie i brat dowiedzieli tworząc własne transparenty. A że w Holandii nikt nie udaje, że nie widzi i nie czyta, więc raz po raz przed domem zatrzymywało się auto lub rower i przy pustej na ogół Schaapskuilweg zrobiło się tłoczno.
By świętować w Holandii trzeba mieć grubą skórę, bo jeśli jubilata nie obraziły transparenty, abrahamy i gapiący się przechodnie, to jest szansa, że obrażą śpiewane na imprezie kuplety, w których wyciąga się grzechy przeszłości, wietrzy urazy, komentuje ostatnią fryzurę i krostę na czubku nosa. A ponieważ w Holandii wszystko jest wyważone, więc obrażający muszą - dla równowagi - zrobić z siebie idiotów. Na 50. urodzinach u Kees-a kuplety śpiewało dwóch businessmenów ubranych w kosze na cebulki tulipanów. I z tulipanami zamiast krawatów.
Fotorelacja z ostatniej soboty w stodole brata JC, a abrahamy stały trzy-
![]() |
| holenderska sztuka świętowania |
By świętować w Holandii trzeba mieć grubą skórę, bo jeśli jubilata nie obraziły transparenty, abrahamy i gapiący się przechodnie, to jest szansa, że obrażą śpiewane na imprezie kuplety, w których wyciąga się grzechy przeszłości, wietrzy urazy, komentuje ostatnią fryzurę i krostę na czubku nosa. A ponieważ w Holandii wszystko jest wyważone, więc obrażający muszą - dla równowagi - zrobić z siebie idiotów. Na 50. urodzinach u Kees-a kuplety śpiewało dwóch businessmenów ubranych w kosze na cebulki tulipanów. I z tulipanami zamiast krawatów.
Fotorelacja z ostatniej soboty w stodole brata JC, a abrahamy stały trzy-
19 Jun 2013
19:19
Bari. Co najlepiej pamiętam? Wydrapane w kamieniu podpisy budowniczych kościoła. Raz, że umieli pisać, dwa że nie byli już bezimienni. Nie roztopili się w sogno, miracolo i crocifissione.
Herberta tłumaczyli na angielski Carpenterowie, a na niderlandzki Gerard Rasch. Nie mam angielskiej wersji Dawnych Mistrzów, ale mam niderlandzką:
A Herberta nie mam też po włosku.
Herberta tłumaczyli na angielski Carpenterowie, a na niderlandzki Gerard Rasch. Nie mam angielskiej wersji Dawnych Mistrzów, ale mam niderlandzką:
vonden hun toevluchtNie żebym delektowała się szukaniem schronienia pod powieką aniołów, za pagórkami obłoków, rozkoszowała nieboskłonami, bo to nie mój wierszyk i nie mój obrazek, ale gardłowe h tam gdzie napisane jest g brzmi pięknie po niderlandzku, tak z resztą jak i niderlandzkie przeciągane samogłoski, które powodują, że moje zwykłe niderlandzkie nazwisko brzmi po polsku jak Stołp. Polacy są to w stanie spisać, Włosi już nie. Więc literuję esse come Sorrento, ti come Torino, Otranto, Otranto, pi come Padova. Lub śmieję się: znak stopu con doppio o.
onder oogleden van engelen
achter heuveltjes van wolken
[...]
verdronken geheel
in de gouden hemelgewelven
[...]
zonder roepen om nagedachtenis
A Herberta nie mam też po włosku.
7 Apr 2013
17:34
w ostatnim trzęsieniu ziemi ucierpiały nie tylko zabytki. Posypały się również sery. Dokładnie 608 tysięcy. A więc dużo. Nawet bardzo dużo.
Samuel Sanders i Raymond Janssen z Nijmegen ruszyli na pomoc. Rozpoczęli akcję sprzedaży uszkodzonych parmezanów, wszystko w przedsprzedaży, czy jak się to nazywa. Wpłacasz na konto 25 euro i dostajesz półtora kilograma sera. Do tej pory sprzedano ponad 11500 kg sera, kupujących było prawie 8 tysięcy. Producentom płacono tyle, ile dostaliby sprzedając nieuszkodzony produkt, reszta dochodu poszła na transport.
Jeśli ktoś chciałby wiedzieć co z tego mieli pomysłodawcy, to powiem, że o akcji dowiedziałam się z niemieckiego radia. A więc stali się sławni.
Jak to dobrze od czasu do czasu usłyszeć, że o kimś mówi się nie dlatego, że jest bezczelny i kradnie, ale dlatego, że robi kawał dobrej roboty.
Więcej o akcji serowej (po niderlandzku) na stronie evmi oraz oficjalnej stronie Red een kaas (ratuj ser).
Włosi też mają swoją akcję: aiutiamo i caseifici terremotati.
Samuel Sanders i Raymond Janssen z Nijmegen ruszyli na pomoc. Rozpoczęli akcję sprzedaży uszkodzonych parmezanów, wszystko w przedsprzedaży, czy jak się to nazywa. Wpłacasz na konto 25 euro i dostajesz półtora kilograma sera. Do tej pory sprzedano ponad 11500 kg sera, kupujących było prawie 8 tysięcy. Producentom płacono tyle, ile dostaliby sprzedając nieuszkodzony produkt, reszta dochodu poszła na transport.
Jeśli ktoś chciałby wiedzieć co z tego mieli pomysłodawcy, to powiem, że o akcji dowiedziałam się z niemieckiego radia. A więc stali się sławni.
![]() |
| zupełnie nie parmezan |
Jak to dobrze od czasu do czasu usłyszeć, że o kimś mówi się nie dlatego, że jest bezczelny i kradnie, ale dlatego, że robi kawał dobrej roboty.
Więcej o akcji serowej (po niderlandzku) na stronie evmi oraz oficjalnej stronie Red een kaas (ratuj ser).
Włosi też mają swoją akcję: aiutiamo i caseifici terremotati.
11 Aug 2012
22:28
strzelanina w Alphen aan den Rijn. Sześć osób nie żyje, w tym morderca, dwunastu rannych, czterech bardzo ciężko. Morderca, mężczyzna w wieku ok. 25 lat, przespacerował się po centrum handlowym, strzelając z broni automatycznej.
10 lat temu czasami jeździliśmy do Alphen aan den Rijn na ciastka do cukierni belgijskiej.
Holenderskie NOS i Wyborcza na temat.
10 lat temu czasami jeździliśmy do Alphen aan den Rijn na ciastka do cukierni belgijskiej.
Holenderskie NOS i Wyborcza na temat.
9 Apr 2011
15:43
Starzeję się. Umierają pisarze, których czytałam od lat: w czerwcu tego roku zmarł Jose Saramago; 30. listopada pojawił się nekrolog H. Mulischa, mojego ulubionego (obok Saramago) pisarza.
I choć nie cenię sobie Siegfrieda, tak chcę do niej wrócić jako do opowieści o umierającym pisarzu i jego dziele życia: książki o Adolfie Hitlerze.Nie sposób nie dopatrzeć się w ostatniej książce Mulischa wątków, jeśli nie autobiograficznych, to przynajmniej osobistych: schorowany pisarz spotyka osobę, która opowiada mu o dziecku A. Hitlera. Rozmowy posłużą owemu pisarzowi jako kanwa do książki mającej raz na zawsze rozwikłać zagadki historii i wytłumaczyć na czym polegał fenomen Hitlera. Pisarz dzieła nie kończy. Nie ma ostatecznego podsumowania. Harry Mulisch, ciągle powracający do wątków losu, przypadku, przeznaczenia też nie kończy dziełem które podsumowywałoby jego wieloletnią fascynację 2.Wojną Światową. I to nie koniecznie historią konfliktu ale dwuznacznością wyborów. W Aanslag przesunięcie ciała zamordowanego policjanta pod inny dom uratowało życie Żydom i spowodowało śmierć rodziny narratora. Golem w De Procedure morduje swojego twórcę, ale śmierć jednostki ratuje życie społeczności. Ojciec Mulischa został osądzony jako kolaborator, ale współpraca z hitlerowcami (przez jego ręce przechodziły zrabowane Żydom majątki) uratowała życie żonie Żydówce i synowi.
I choć nie cenię sobie Siegfrieda, tak chcę do niej wrócić jako do opowieści o umierającym pisarzu i jego dziele życia: książki o Adolfie Hitlerze.Nie sposób nie dopatrzeć się w ostatniej książce Mulischa wątków, jeśli nie autobiograficznych, to przynajmniej osobistych: schorowany pisarz spotyka osobę, która opowiada mu o dziecku A. Hitlera. Rozmowy posłużą owemu pisarzowi jako kanwa do książki mającej raz na zawsze rozwikłać zagadki historii i wytłumaczyć na czym polegał fenomen Hitlera. Pisarz dzieła nie kończy. Nie ma ostatecznego podsumowania. Harry Mulisch, ciągle powracający do wątków losu, przypadku, przeznaczenia też nie kończy dziełem które podsumowywałoby jego wieloletnią fascynację 2.Wojną Światową. I to nie koniecznie historią konfliktu ale dwuznacznością wyborów. W Aanslag przesunięcie ciała zamordowanego policjanta pod inny dom uratowało życie Żydom i spowodowało śmierć rodziny narratora. Golem w De Procedure morduje swojego twórcę, ale śmierć jednostki ratuje życie społeczności. Ojciec Mulischa został osądzony jako kolaborator, ale współpraca z hitlerowcami (przez jego ręce przechodziły zrabowane Żydom majątki) uratowała życie żonie Żydówce i synowi.
2 Nov 2010
14:30
ale w niedzielę mamy szansę na odegranie się za beleg van Leiden (czyli oblężenie Lejdy) z 1593-1594; i to z odsetkami!
Tradycją holenderską jest składanie życzeń nie tylko solenizantowi, ale i jego rodzinie. I tak 15. marca ja zadzwonię do Mamy JC i powiem gefeliciteerd met Uw son’ a ona mi odpowie dank je wel en ook gefeliciteerd. Tradycja holenderska wymaga też obchodzenia połowy 25-lecia małżeństwa. Mam holenderskiego kota, męża i holenderski paszport, lubię leidsekaas (ser z goździkami) więc muszę świętować.
Kupiłam na okazję album o meblach i dwie rolki ładnego papieru (jeden dla JC, drugi do kolekcji prywatnej). JC ma dla nas bilety na koncert i butelkę przedniego barolo schowaną pod swetrami. Ja ugotuję coś, wypijemy wino i wzniesiemy toast za internet, dzięki któremu żeśmy się poznali w 1995 roku.
Kupiłam na okazję album o meblach i dwie rolki ładnego papieru (jeden dla JC, drugi do kolekcji prywatnej). JC ma dla nas bilety na koncert i butelkę przedniego barolo schowaną pod swetrami. Ja ugotuję coś, wypijemy wino i wzniesiemy toast za internet, dzięki któremu żeśmy się poznali w 1995 roku.
Brat JC hoduje tulipany. Dobrze mu nawet idzie, bo jakieś nagrody w Holandii wygrał.Dzisiaj szwagier i jego tulipany brylują w Gdańsku:
http://blog.fotoflorystyka.pl
nasze miasto Gdańsk
Powered by Blogger.
























