Showing posts with label Belgia. Show all posts
Showing posts with label Belgia. Show all posts
wystawę poświęconą wysypisku śmieci nazywanego morzami obejrzeliśmy w
Gandawie. Pod ścianami w przejściu do nowej części budynku wysypano
kanistry, doniczki, buty, rury, pudełka, nakrętki, siatki. Czyli
wszystko to, co wyrzucamy. Przyznaję, że się przestraszyłam tych zwałów.
I przestraszyłam się zdjęć ciemnookiej foki zaplątanej w czerwone zwoje
siatki. A potem obejrzałam sztukę, która wykorzystaje śmiecie. A więc
ukwiały z plastikowych butelek, kosze plecione z kabelków, lampy z
nakrętek, żyrandole z plastikowych skrzynek i biurko z książek. Zwłaszcza ukwiały zrobiły
na mnie wrażenie i choć nie zapisałam nazwiska autora. to pamiętam że
brzmiało włosko.
No i pytanie czy jest ruch upcyclingowy i repurposing we Włoszech? I nie mówimy tu o wczesnochrześcijańskich wstawianiu kawałków rzymskich fryzów w ścianę kościoła, przerabianiu sakrofagów na poidła dla zwierząt czy też sadzenie bazylii w puszkach po pomidorach (lub robienie bramy wjazdowej na posesję w ram łóżek) a o czymś w rodzaju śmieciowego odpowiednika ruchu slow-food.
No więc jest. Chociażby taki Massimo (Macs) Furlan i cała plejada architektów wnętrz. Albo, a może nawet przede wszystkim, jest Orsola de Castro. To ta, która tworzyła ruch sustainable living. Jako jedna z pierwszych (a może nawet pierwsza?) projektowała z myślą o wykorzystaniu kawałków tkanin. I nie mówimy tu o zgrzebnych jestem-pustelnikiem-i-w-butach-nie-chodzę lnianych szarawarach i kaftanach, a o zgrabnych, przylegających do ciała kolorowych sweterkach. Minispódniczkach z wstawianymi klinami z kontrastującej tkaniny. Od 1997 roku Orsola de Castro ma własną markę FromSomewhere. Już wiem czego będę w grudniu szukać. Sweterka Joleen. Tego z rękawkami w romby. I jeszcze kupię sobie stolik. I obraz. Koniecznie obraz. Lubię ten nowy impresjonizm z oponam. Andrea Mancini (nie mylić tym innym Andreą Mancinim, tym kopiącym piłkę). Czemu nie....tańsze i lepsze od Mitoraja :)
Więcej informacji:
Museum of Design, Gent i No Design to Waste
o Andrea Mancini
o Ricambi Originali Massimo Furlana
No i pytanie czy jest ruch upcyclingowy i repurposing we Włoszech? I nie mówimy tu o wczesnochrześcijańskich wstawianiu kawałków rzymskich fryzów w ścianę kościoła, przerabianiu sakrofagów na poidła dla zwierząt czy też sadzenie bazylii w puszkach po pomidorach (lub robienie bramy wjazdowej na posesję w ram łóżek) a o czymś w rodzaju śmieciowego odpowiednika ruchu slow-food.
![]() |
| FromSomewhere, Macs Design i Andrea Mancini |
Więcej informacji:
Museum of Design, Gent i No Design to Waste
o Andrea Mancini
o Ricambi Originali Massimo Furlana
17 Nov 2014
21:55
Jest oczywiście Gandawa historyczna, z zabytkami klasy zero z plusem, rywalizująca skutecznie z miasteczkami (bo z Rzymem czy Wenecją to niekoniecznie) włoskimi. Ale jest też Gandawa od czapy. Zakręcona, gadatliwa i papuzia. Oraz świadoma designu....
22 May 2014
23:58
Gdy się z miastem zna jak stare szkapy, gdy się wypiło z nim hektolitry duvela i strawiło kwintale muli z frytkami, to fotografuje się nie katedrę i Gravensteen, Patershol i Vrijdagsmarkt, a zakamarki i śmietniki.
Po tygodniu dreptania po Gandawie dotarło do mnie, że muszę mieszkać na stałe we Włoszech. Inaczej nigdy nie będę potrafiła znaleźć włoskich odpowiedników gandawskich klimatów. Moja psychoza podpowiada mi, że tego momentu nie będzie, bo do emerytury nie dożyję. A jak dożyję, to z dymencją, zapomnę więc jak się obsługuje aparat i komputer. A więc pozostajemy przy Gandawie inaczej i pocztówkach z Włoch.
Po tygodniu dreptania po Gandawie dotarło do mnie, że muszę mieszkać na stałe we Włoszech. Inaczej nigdy nie będę potrafiła znaleźć włoskich odpowiedników gandawskich klimatów. Moja psychoza podpowiada mi, że tego momentu nie będzie, bo do emerytury nie dożyję. A jak dożyję, to z dymencją, zapomnę więc jak się obsługuje aparat i komputer. A więc pozostajemy przy Gandawie inaczej i pocztówkach z Włoch.
10 Mar 2014
23:48
między św. Mikołajem a Belfort, zasłaniając nie Novotel, a ładniejszy ratusz, Gandawa postawiła sobie stodołę. Mieszkańcy od razu nazwali ją zagrodą dla owiec, co obrazuje gandawskie nastawienie do najnowszego oddanego do użytku obiektu
Tymczasem reszta znających się na rzeczy, budowlą zaprojektowaną przez Robbrecht & Daem – Marie-José Van Hee jest zachwycona do tego stopnia, że nowoczesna interpretacja hali targowej trafiła do finałów presitżowego konkursu Mies van de Rohe. A więc Gandawie trochę łyso, bo się nie poznała. Mnie też jest łyso, bo hala podoba mi się jak obiekt, mniej natomiast rozumiem jego przeznaczenie. W dodatku w hali są przeciągi, a zadaszenie jest tak wysoko, że deszcz i tak pada na głowę. Ale: pięknie zagospodarowywuje przestrzeń poprzednio zajętą przez parking, inteligentnie nawiązuje do średniowiecznych planów i założeń architektonicznych. I tak, ładnie powtarza ostre łuki sąsiadujących z nią gotyckiej dzwonnicy i kościołów, dodając jednocześnie jeszcze jedną atrakcyjną vistę. Szkoda, że zasłania klasycystyczną pierzeję ratusza, a nie mocno nieciekawy Novotel. I w sumie nawet niezbyt przeszkadza mi wykopanie dziury tworzącej piętro minus jeden na płaskim dotychczas EmilyBraunplein.
Natomiast wszyscy, a więc mieszkańcy, prasa i ja, twierdzimy że nowy budynek Kamer van Koophandel mógłby być lepszy. Nie sprawdzałam jak reszta, ale mnie z całego projektu podobał się szary kolor, pomarańczowy napis i odbicie rzeki w oknach.
Na zdjęciach: stodoła w różnych konfiguracjach, modernizacja dworca S. Pieters, odbicia w oknach i Gandawa obserwowana w różnych miejscach.
Tymczasem reszta znających się na rzeczy, budowlą zaprojektowaną przez Robbrecht & Daem – Marie-José Van Hee jest zachwycona do tego stopnia, że nowoczesna interpretacja hali targowej trafiła do finałów presitżowego konkursu Mies van de Rohe. A więc Gandawie trochę łyso, bo się nie poznała. Mnie też jest łyso, bo hala podoba mi się jak obiekt, mniej natomiast rozumiem jego przeznaczenie. W dodatku w hali są przeciągi, a zadaszenie jest tak wysoko, że deszcz i tak pada na głowę. Ale: pięknie zagospodarowywuje przestrzeń poprzednio zajętą przez parking, inteligentnie nawiązuje do średniowiecznych planów i założeń architektonicznych. I tak, ładnie powtarza ostre łuki sąsiadujących z nią gotyckiej dzwonnicy i kościołów, dodając jednocześnie jeszcze jedną atrakcyjną vistę. Szkoda, że zasłania klasycystyczną pierzeję ratusza, a nie mocno nieciekawy Novotel. I w sumie nawet niezbyt przeszkadza mi wykopanie dziury tworzącej piętro minus jeden na płaskim dotychczas EmilyBraunplein.
Natomiast wszyscy, a więc mieszkańcy, prasa i ja, twierdzimy że nowy budynek Kamer van Koophandel mógłby być lepszy. Nie sprawdzałam jak reszta, ale mnie z całego projektu podobał się szary kolor, pomarańczowy napis i odbicie rzeki w oknach.
Na zdjęciach: stodoła w różnych konfiguracjach, modernizacja dworca S. Pieters, odbicia w oknach i Gandawa obserwowana w różnych miejscach.
24 Feb 2014
20:00
jest metoda na zrobienie czekolady o smaku, powiedzmy prawdziwków, bez silenia się na bycie kontrowersyjnym. Bowiem kontrowersyjne przerabialiśmy. Futurystyczna kuchnia, kotlet schabowy zapiekany z ananasem i serem, sałatka warstwowa z brzoskwinią i majonezem oraz cappuccino o smaku orzechowym może i szokują, ale dobre nie są. Tymczasem dziwne dodatki smakowe do czekolady okazują się być niespodziewanie seksy. Może dlatego, że w ich przypadku założeniem nie jest tworzenie prawdziwków w czekoladzie, a robienie dobrej czekolady.
Tak więc czekolada pozostaje dobró czekoladą, a szczypta prawdziwka dodaje jej następny wymiar: posmak lasu...i nutkę (bo nawet nie nutę) słodyczy i dymu. Tak więc czekoladę z chilli może zrobić każdy. Ale tylko artysta zrobi z niej dobrą czekoladę. Do tego potrzebne jest wyczucie proporcji i lekka ręka. No i przydaje się bać Nicolasem Vanaise.
Jego Yuzu to przykład, że czasami marketing nie jest potrzebny, gdy produkt stoi na najwyższej półce. Choć, jak sam Nicolas twierdzi, nie zaszkodzi mieć wsparcie się urzędu miasta, który promuje lokalne inicjatywy.
Do Yuzu idę w Gandawie za każdym razem i nie tylko dla sprawdzenia nowych smaków, pogadać, a przede wszystkim pooglądać. W tym roku na przykład Nicolas zrezygnował z lśniących czekoladek, a nastawił się łączenie faktur (patrz ilustracje) i malowanie kolorem tak, by widać było pociągnięcie pędzla.
A że była przerwa obiadowa i nikt nie szukał czekoladek, więc staliśmy sobie i rozmawialiśmy o dziesiącej rocznicy powstania pracowni, o zmianie wystroju wnętrza i przy okazji poruszyliśmy temat yuzu. Że nadaje się do czekolady to nie ulega wąptliwości, ale sok i skórka komponują się też gotowanymi langustynami, delikatnymi rybami typu sola. Niekulawe jest też zestawienie z sercówkami, a najlepsze z mulami: zamiast belgijskiej klasyki porów lub naci selera, Nicolas do garnka wrzuca skórkę yuzu, a przed podaniem wlewa świeżo wyciśnięty sok.
A że obydwoje byliśmy zgodni, że dobry szampan takim potrawom nie szkodzi, więc przeszliśmy na bliski sercu temat: który szampan do czego. I pewnie byśmy do tej pory stali i dyskutowali, gdyby nie pojawili się klienci.
Rozmowę dokończymy przy następnej okazji, czyli we wrześniu, gdyż na wrzesień zaplanowaliśmy z JC powrót do Gandawy. Mam zamiar zamówić yuzu, które - jak na porządne cytrusy przystało - dojrzewają późną jesienią, a najlepiej smakują zimą.
BTW: zajęta Yuzu nie miałam czasu by odwiedzić S.M.A.K i sprawdzić co pokazują w muzeum designu. Pocieszam się jednak, że czekoladki Yuzu to też sztuka.
========
Yuzu, Waalpoortstraat 11a, 9000 Gent.
Otwarci od wtorku do soboty włącznie, od 10 do 18. Włoszczyzny na facebooku nie ma, ale Yuzu jest: Yuzu-chocolates.
Tak więc czekolada pozostaje dobró czekoladą, a szczypta prawdziwka dodaje jej następny wymiar: posmak lasu...i nutkę (bo nawet nie nutę) słodyczy i dymu. Tak więc czekoladę z chilli może zrobić każdy. Ale tylko artysta zrobi z niej dobrą czekoladę. Do tego potrzebne jest wyczucie proporcji i lekka ręka. No i przydaje się bać Nicolasem Vanaise.
Jego Yuzu to przykład, że czasami marketing nie jest potrzebny, gdy produkt stoi na najwyższej półce. Choć, jak sam Nicolas twierdzi, nie zaszkodzi mieć wsparcie się urzędu miasta, który promuje lokalne inicjatywy.
Do Yuzu idę w Gandawie za każdym razem i nie tylko dla sprawdzenia nowych smaków, pogadać, a przede wszystkim pooglądać. W tym roku na przykład Nicolas zrezygnował z lśniących czekoladek, a nastawił się łączenie faktur (patrz ilustracje) i malowanie kolorem tak, by widać było pociągnięcie pędzla.
A że była przerwa obiadowa i nikt nie szukał czekoladek, więc staliśmy sobie i rozmawialiśmy o dziesiącej rocznicy powstania pracowni, o zmianie wystroju wnętrza i przy okazji poruszyliśmy temat yuzu. Że nadaje się do czekolady to nie ulega wąptliwości, ale sok i skórka komponują się też gotowanymi langustynami, delikatnymi rybami typu sola. Niekulawe jest też zestawienie z sercówkami, a najlepsze z mulami: zamiast belgijskiej klasyki porów lub naci selera, Nicolas do garnka wrzuca skórkę yuzu, a przed podaniem wlewa świeżo wyciśnięty sok.
A że obydwoje byliśmy zgodni, że dobry szampan takim potrawom nie szkodzi, więc przeszliśmy na bliski sercu temat: który szampan do czego. I pewnie byśmy do tej pory stali i dyskutowali, gdyby nie pojawili się klienci.
Rozmowę dokończymy przy następnej okazji, czyli we wrześniu, gdyż na wrzesień zaplanowaliśmy z JC powrót do Gandawy. Mam zamiar zamówić yuzu, które - jak na porządne cytrusy przystało - dojrzewają późną jesienią, a najlepiej smakują zimą.
BTW: zajęta Yuzu nie miałam czasu by odwiedzić S.M.A.K i sprawdzić co pokazują w muzeum designu. Pocieszam się jednak, że czekoladki Yuzu to też sztuka.
========
Yuzu, Waalpoortstraat 11a, 9000 Gent.
Otwarci od wtorku do soboty włącznie, od 10 do 18. Włoszczyzny na facebooku nie ma, ale Yuzu jest: Yuzu-chocolates.
23 Feb 2014
19:01
Wypada zacząć od tego, że poleciałam do Gandawy na film. Na prawdę to pojechałam do Gandawyodwiedzić przyjaciółkę i ukochane gandawskie śmieci, czyli zobaczyć po raz kolejny moją prywatną grande bellezza. I przy okazji obejrzałam La Grande Bellezza, najnowszy film Paolo Sorrentino.
Gdybym częściej chodziła do kina, a więc jakiś raz, dwa razy w roku, miałabym prawo napisać, iż był to najlepszy film jaki kiedykolwiek widziałam.
Ale że w kinie jestem rzadziej niż w kościele, więc wolno mi jedynie powiedzieć, że
jestem pod wrażeniem. Jako ktoś, kogo kręcą obrazy, ale nie ruchome, a
te statyczne, powieszone na ścianie, mogłabym film pociąć - klatka po
klatce - na zdjęcia: gardło chórzystki; przezroczyste krzesło i
striptizerka; twarz pisarza; krzyżyk i starcze dłonie na
stopniach schodów. Hamak i Colosseum. Skarpetki i półbuty Jeba. Ramię w
żółtej marynarce.
La Grande Bellezza to również gra aktorska, zwłaszcza Toniego Servillo. No i muzyka. Oraz dialogi w oryginalnej wersji językowej, których zrozumienie czasami sprawiało mi kłopoty. Więc film obejrzę jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz: najpierw żeby zrozumieć wszystkie słowa, potem by rozszyfrować klucz muzyczny. A potem, by zobaczyć w którym momencie Jeb Gambardella zmienia maski, z bezwyrazowej na bolesną....i by zobaczyć czy aby na pewno jest to jego ostatnia maska....
Gdy wszystkie elementy sobie poukładam, obejrzę La Grande Bellezza jeszcze raz. By posmakować film jak czekoladki od Yuzu: rozpuszczając kawałek czekolady na języku, rozcierając o zęby kandyzowaną skórkę yuzu. I wolno połykając....
EDIT:
Prywatnie zajmuję się naganianiem przyjaciół do kina. Do wszystkich piszę: idź. A potem podpisz petycję o przywrócenie słowa sovramagnificentissimamente (tłumaczenie tu). Rozważam też wyjazd do Polski w trybie natychmiastowym, gdyż od tygodnia film grany jest w Polsce.
La Grande Bellezza to również gra aktorska, zwłaszcza Toniego Servillo. No i muzyka. Oraz dialogi w oryginalnej wersji językowej, których zrozumienie czasami sprawiało mi kłopoty. Więc film obejrzę jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz: najpierw żeby zrozumieć wszystkie słowa, potem by rozszyfrować klucz muzyczny. A potem, by zobaczyć w którym momencie Jeb Gambardella zmienia maski, z bezwyrazowej na bolesną....i by zobaczyć czy aby na pewno jest to jego ostatnia maska....
Gdy wszystkie elementy sobie poukładam, obejrzę La Grande Bellezza jeszcze raz. By posmakować film jak czekoladki od Yuzu: rozpuszczając kawałek czekolady na języku, rozcierając o zęby kandyzowaną skórkę yuzu. I wolno połykając....
EDIT:
Prywatnie zajmuję się naganianiem przyjaciół do kina. Do wszystkich piszę: idź. A potem podpisz petycję o przywrócenie słowa sovramagnificentissimamente (tłumaczenie tu). Rozważam też wyjazd do Polski w trybie natychmiastowym, gdyż od tygodnia film grany jest w Polsce.
17 Feb 2014
23:09
wsiadł Jerzy na konia. Patataj, patataj. gna po drogach. Stukają końskie kopyta na kamieniach, w słońcu zbroja błyszczy aż strach. Patataj, patajaj gna Jerzy, na lancy łopocze chorągiewka. Patataj, patataj, wjechał Jerzy do lasu. Ucichło stukanie końskich kopyt, a zaczęło się kląskanie podmogłej ściółki i brzęczenie komarów.
Jedzie Jerzy, jedzie, i jedzie przez las. Patrzy Jerzy, a tu na drodze leży smok. Zielony jak jaszczurka, nakrapiany jak jaszczurka, tylko że większy. Chciałby go Jerzy objechać, ale po jednej stronie chaszcze, a po drugiej mokradło. Koń zapadnie mi się w błocie, myśli Jerzy. W końcu dźga Jerzy smoka lancą. Smok mówi au, co znaczy oj boli, i umiera.
Mamy w Austrii między Braunau a Salzburgiem wioskę S. Georg i wioskę, a właściwie wioszczynę, Au.
Zdjęcia z Antwerpii i Gandawy
![]() |
| Jerzy, zbroja i smok |
Jedzie Jerzy, jedzie, i jedzie przez las. Patrzy Jerzy, a tu na drodze leży smok. Zielony jak jaszczurka, nakrapiany jak jaszczurka, tylko że większy. Chciałby go Jerzy objechać, ale po jednej stronie chaszcze, a po drugiej mokradło. Koń zapadnie mi się w błocie, myśli Jerzy. W końcu dźga Jerzy smoka lancą. Smok mówi au, co znaczy oj boli, i umiera.
![]() |
| ciemny las |
![]() |
| bolesne dźgnięcie lancy |
Mamy w Austrii między Braunau a Salzburgiem wioskę S. Georg i wioskę, a właściwie wioszczynę, Au.
Zdjęcia z Antwerpii i Gandawy
19 Feb 2013
13:48
1000 postów. Wiele zrobiłam. Poznałam ludzi. Zapracowałam też uczciwie na krytyków, trolli i wrogów.
Już 1000 postów, a jeszcze tyle nie ruszone: gdzie o wystawie Artemisii Gentileschi w Mediolanie, tegorocznym salonie del gusto, wspomnienia z lektur i szkoły, notatka o maserati i ferrari, przepis na crostatę i ciasto z jabłkami Annamarii, adres do restauracji Tito, historia wojny domowej na szczeblu powiatowym i opis tego, co się naprawdę wydarzyło w Rocca Sinibalda?
1000 postów to szacunkowo 2000 godzin. A więc przepierdoliłam przed komputerem 83,33 dni.
Wychodzi na to, że pisałam cały grudzień, styczeń i pół lutego. Bez przerwy na kawę, siku, rozmowę z mężem, spotkanie z przyjaciółmi pod choinką.
Nie wiedziałam, qwa, że jestem taka pracowita. I taka głupia.
Gdybym te 2000 godzin przepracowała dla poprzedniego pracodawcy, byłabym o jakieś sto kawałków bogatsza. Jasne że na papierze, bo więcej połowę z tego zabrałby urząd podatkowy i leczenie na oddziale zamkniętym, ale i tak wystarczyłoby na sycylijski weekend, wymarzoną Vespę, kilka torebek od Prady, Gabs i innych Balenciag, kolekcję szminek, modnych kolorów na paznokciach i korespondencyjny kurs korespondecji.
Przesiedziałam przed komputerem 120000 minut. Hemoroidów się jednak nie dorobiłam. Niedowładu nadgarstków też nie, żylaków nie stwierdzono, mąż nadal ze mną rozmawia, przyjaciele dzwonią, wada wzroku się ustabilizowała, a więc nie ślepnę.
Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez włoszczyzny. Z czego jestem najbardziej dumna? Ze wszystkiego, a ostatnio z imajla komentującego ateistyczny post sprzed roku: szczekanie bezbożnej suki, bóg to słyszy i cię pokaże ... jak ja lubię korespondencję od czytelników. Miau, miau.....;D
-------
Da Capo, to ode mnie, o blogu
--------
instrukcja oglądania obrazków:
dioptrie to Bari
Różowe okulary w szare paski
rząd 1 gaj oliwny w Apulii, cement z Bari, pies łódzki, kolory gandawskie
rząd 2 deski z Montereale, w drodze do domu, żółty w Trydencie
co kogo kręci
rząd 1 flagi dla Bari, wystawa błękitów włoskich, perspektywa kropki
rząd 2 Klein był niedawno w Gandawie, w Bari u Mikołaja, ostre Piglio
rząd 3 szmaty i klamerka, gandawskie dekoracje i światowy design w winiarni Lageder
![]() |
| Lewe -6,50 Prawe -1,25 |
Już 1000 postów, a jeszcze tyle nie ruszone: gdzie o wystawie Artemisii Gentileschi w Mediolanie, tegorocznym salonie del gusto, wspomnienia z lektur i szkoły, notatka o maserati i ferrari, przepis na crostatę i ciasto z jabłkami Annamarii, adres do restauracji Tito, historia wojny domowej na szczeblu powiatowym i opis tego, co się naprawdę wydarzyło w Rocca Sinibalda?
1000 postów to szacunkowo 2000 godzin. A więc przepierdoliłam przed komputerem 83,33 dni.
![]() |
| różowe okulary w szare paski |
Wychodzi na to, że pisałam cały grudzień, styczeń i pół lutego. Bez przerwy na kawę, siku, rozmowę z mężem, spotkanie z przyjaciółmi pod choinką.
Nie wiedziałam, qwa, że jestem taka pracowita. I taka głupia.
Gdybym te 2000 godzin przepracowała dla poprzedniego pracodawcy, byłabym o jakieś sto kawałków bogatsza. Jasne że na papierze, bo więcej połowę z tego zabrałby urząd podatkowy i leczenie na oddziale zamkniętym, ale i tak wystarczyłoby na sycylijski weekend, wymarzoną Vespę, kilka torebek od Prady, Gabs i innych Balenciag, kolekcję szminek, modnych kolorów na paznokciach i korespondencyjny kurs korespondecji.
Przesiedziałam przed komputerem 120000 minut. Hemoroidów się jednak nie dorobiłam. Niedowładu nadgarstków też nie, żylaków nie stwierdzono, mąż nadal ze mną rozmawia, przyjaciele dzwonią, wada wzroku się ustabilizowała, a więc nie ślepnę.
![]() |
| co kogo kręci |
Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez włoszczyzny. Z czego jestem najbardziej dumna? Ze wszystkiego, a ostatnio z imajla komentującego ateistyczny post sprzed roku: szczekanie bezbożnej suki, bóg to słyszy i cię pokaże ... jak ja lubię korespondencję od czytelników. Miau, miau.....;D
-------
Da Capo, to ode mnie, o blogu
--------
instrukcja oglądania obrazków:
dioptrie to Bari
Różowe okulary w szare paski
rząd 1 gaj oliwny w Apulii, cement z Bari, pies łódzki, kolory gandawskie
rząd 2 deski z Montereale, w drodze do domu, żółty w Trydencie
co kogo kręci
rząd 1 flagi dla Bari, wystawa błękitów włoskich, perspektywa kropki
rząd 2 Klein był niedawno w Gandawie, w Bari u Mikołaja, ostre Piglio
rząd 3 szmaty i klamerka, gandawskie dekoracje i światowy design w winiarni Lageder
żeby być mistrzem kuchni trzeba skończyć wydział architektury. Jestem o tym przekonana, tak jak wiem, że dzisiaj jest piątek. W Gesualdo, w La Pergola, gotuje Franca, z wykształcenia architekt, najlepsza kucharka w okolicy. W Sulmonie z architektem z wykształcenia i właścicielem restauracji z zamiłowania (choć może bardziej z zamiłowania do Sulmony niż do kuchni) rozmawialiśmy długo o winach Abruzji. W Gandawie najlepsze czekoladki robi architekt Nicolas Vanaise. Stoi, moim zdaniem, na równi ze sławniejszym Pierre Marcolinim z Place Sablon w Brukseli, a Marcolini to zdecydowanie najlepsze czekoladki w Brukseli.
Nicolas Vanaise otworzył sklep z czekoladkami, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Gandawie i w każdą sobotę dreptaliśmy do Yuzu by sprawdzić co nowego Nicolas wyprodukował w danym tygodniu. I tak próbowaliśmy czekoladek z garam masala, tymiankiem, piwem trapistów, piernikiem, cynamonem na ostro, wędzoną papryką, imbirem, trawą cytrynową, whisky, ginem, jeneverem, senchą, limoncello, pieprzem seczuańskim i prawdziwkami. Te prawdziwki w czekoladzie brzmią bardzo egzotycznie i lekko niestrawnie, ale wierzcie mi na słowo: są boskie. Smakowały nam też czekoladki Lampedusa (to na cześć Giuseppe Tomassini) i czekoladki zrobione na moją cześć, a więc zwane Maya.
Czasami tęsknię ze Gandawą, bo bardzo to miasto lubiłam, choć nie znosiłam Belgii. A najbardziej tęsknię za czekoladkami od architekta. Jeśli będziecie w Gandawie idźcie koniecznie na Valpoortstraat. Gwarantuję, że nie pożałujecie.
Więcej informacji:
Link do artykułu o atrakcjach Gandawy, w tym kilkanaście zdań o Yuzu. Więcej o Yuzu na stronie World Chocolate Guide
Pierre Marcolini
![]() |
| oko architekta (YUZU) |
Nicolas Vanaise otworzył sklep z czekoladkami, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Gandawie i w każdą sobotę dreptaliśmy do Yuzu by sprawdzić co nowego Nicolas wyprodukował w danym tygodniu. I tak próbowaliśmy czekoladek z garam masala, tymiankiem, piwem trapistów, piernikiem, cynamonem na ostro, wędzoną papryką, imbirem, trawą cytrynową, whisky, ginem, jeneverem, senchą, limoncello, pieprzem seczuańskim i prawdziwkami. Te prawdziwki w czekoladzie brzmią bardzo egzotycznie i lekko niestrawnie, ale wierzcie mi na słowo: są boskie. Smakowały nam też czekoladki Lampedusa (to na cześć Giuseppe Tomassini) i czekoladki zrobione na moją cześć, a więc zwane Maya.
Czasami tęsknię ze Gandawą, bo bardzo to miasto lubiłam, choć nie znosiłam Belgii. A najbardziej tęsknię za czekoladkami od architekta. Jeśli będziecie w Gandawie idźcie koniecznie na Valpoortstraat. Gwarantuję, że nie pożałujecie.
Więcej informacji:
Link do artykułu o atrakcjach Gandawy, w tym kilkanaście zdań o Yuzu. Więcej o Yuzu na stronie World Chocolate Guide
Pierre Marcolini
6 Jul 2012
12:34
zdecydowanie objazd tematyczny, kompletnie nie związany z tematami włoskimi, ale chciałabym powiedzieć, że w dawnym gandawskim klasztorze dominikanów (a może karmelitów), czyli Het Pand, mieści się EHOC (Etty Hillesum Onderzoekscentrum) - instytut zajmujący się spuścizną Etty Hillesum. Etty, tak jak Anna Frank, pisała pamiętnik z Zagłady. Trudno powiedzieć na ile Nieuniknione zmusiło ją do zmiany postawy, ale widać jak z dnia na dzień Etty zmienia się z przestraszonej i osaczonej w świadomą swego losu i własnych wyborów wolną osobę. Brzmi to dziwnie, prawda? Ale Etty miała wybór. Mogła wyjść z obozu w Westerbork i nigdy doń nie wrócić; miała przyjaciół którzy pomogliby jej znaleźć schronienie. Hillesum jednak do obozu wraca. Uważa, że ma pomagać tym, którzy nie mają wyboru. I razem z nimi wsiada do pociągu do Auschwitz. W tym samym transporcie jedzie cała jej rodzina: rodzice i dwóch braci. Młodszy z nich, Mischa, utalentowany i obiecujący pianista, decyduje się towarzyszyć rodzicom choć, tak jak Etty, miał możliwość ucieczki. Rodzice idą do gazu zaraz po przyjeździe, czyli 10 września 1943 roku. 30 listopada ginie Etty. Mischaumiera 31. marca 1944. Drugi brat, Jaap, doczekał wyzwolenia w Bergen-Belsen ale umiera w drodze powrotnej do Holandii.
Co jakiś czas odnajdują się nieznane dotychczas listy Etty. Pisała ich dużo z obozu w Westerbork. Pamiętników więcej nie będzie; ostatni zeszyt z zapiskami Etty zabrała ze sobą w podróż do Auschwitz. Już z pociągu odjeżdżającego w kierunku Auschwitz, Etty wyrzuca kartkę pocztową zaadresowaną do Christine. Odnajdują ją miejscowi i odnosząc na pocztę. Jest to ostatni list Etty Hillesum z Westerbork.
Pamiętniki Etty wraz z listami z Westerbork wydano po raz pierwszy w Holandii w roku 1986. Dziesięć lat później pamiętniki przetłumaczone były już na 12 języków. Polskie wydanie Przerwane Życie, w tłumaczeniu Iwony Piotrowskiej, ukazało się w w roku 2002 (drugie wydanie w 2007), nakładem wydawnictwa WAM. WAM wydało też listy Etty.
zdjęcia Gandawy i z wystawy rzeźb Maen Florin w centrum sztuki na Patershol.
Co jakiś czas odnajdują się nieznane dotychczas listy Etty. Pisała ich dużo z obozu w Westerbork. Pamiętników więcej nie będzie; ostatni zeszyt z zapiskami Etty zabrała ze sobą w podróż do Auschwitz. Już z pociągu odjeżdżającego w kierunku Auschwitz, Etty wyrzuca kartkę pocztową zaadresowaną do Christine. Odnajdują ją miejscowi i odnosząc na pocztę. Jest to ostatni list Etty Hillesum z Westerbork.
Pamiętniki Etty wraz z listami z Westerbork wydano po raz pierwszy w Holandii w roku 1986. Dziesięć lat później pamiętniki przetłumaczone były już na 12 języków. Polskie wydanie Przerwane Życie, w tłumaczeniu Iwony Piotrowskiej, ukazało się w w roku 2002 (drugie wydanie w 2007), nakładem wydawnictwa WAM. WAM wydało też listy Etty.
zdjęcia Gandawy i z wystawy rzeźb Maen Florin w centrum sztuki na Patershol.
14 Mar 2011
17:25
w sumie romantyczna Gandawa:
- Het Pand, dawny klasztor, prawdopodobnie Dominikanów, choć gdzieś wyczytałam że należał do Karmelitów.
- Kościół Św. Mikołaja, należący kiedyś do rzemieślników. Bogaci i arystokratyczni, a przynajmniej predendujący do bycia elitą, mieli swój własny kościół - Św. Bawona (St. Baafs). Obydwa kościoły powstawały jeszcze w czasach romańskich, kończono je w gotyku, z tym że gotyk Mikołaja jest wcześniejszy. Odrestaurowywują go, rekonstruując polichromie: w tej chwili widać je w części chóru i przy wejściu.
- Mały i Duży Beginaż; obydwa ciekawe architektonicznie, ale też fascynująca jest sama historia beginaży jako instytucji pomocy społecznej lub, jak kto woli, kobiecej samoobrony. Ostatnia beginka z Małego Beginażu zmarła w roku 2005. Duży Beginaż z czasem zamieniono na mieszkania socjalne dla najbiedniejszych; sam beginaż kontynuowano w Sint-Amandsberg.
- Dzielnica Milionerów, położona z daleka od zabytkowego centrum. Leży niedaleko od linii kolejowej i stacji Gent Sint-Pieters: perełka wszystkich stylów Miedzywojnia: styl międzynarodowy, neoromantyzm, neorokoko. Dodatkowego smaczku dodają nazwy ulic: chociażby Onafhankelijkheidlaan, czyli Aleja Niezawisłości. Albo taka Vaterlandlaan brzmi dziwnie patriotycznie w kraju, który chce się podzielić i nie być już państwem.
- No i widoki na wieże: dzwonnicę miejską czyli Belfort i na Bawona. Jeśli wejdzie się na most św. Michała to wtedy widać również wieże od Mikołaja (znaczy widzi się to), a za plecami ma się gotyckie wieże i barokowe kopuły Św. Michała oraz ścianę dawnego klasztoru czyli Het Pand.
13 Mar 2011
20:23
Mały Beginaż gandawski, dom pod wezwaniem św. Jana w Oleju. Nie wiem czy w języku tubylców używa się sformułowania in de olie, ale w niderlandzkim znaczy to że ktoś jest zalany w pestkę, nachlany jak świnia, ululany dokumentnie. Czyli dom pod wezwaniem Zalanego (piwem trapistów) Jana
27 Feb 2011
12:57
Gandawa; głównie moim okiem, choć najbardziej żółte zdjęcie pochodzi od Joepiego :-)
W Gandawie kwitły krokusy i przebudowy, a w Wasserburgu minus 10 i kożuch. W Ginestra pewnie cieplej, ale nie mam odwagi zadzwonić do Annymarii i pytać o temperatury. Pewnie powie mi, że zaczynają wiosenne porządki w gaju oliwnym, przyleciały ptaki i pojawiły się pierwsze pąki na drzewach. A ja nie lubię takich informacji gdy do wyjazdu (lub powrotu) do Ginestry jest jeszcze prawie dwa miesiące
27 Feb 2011
02:37
podróż nie zaczęła się dobrze. Do pociągu relacji Zaventem Luchthaven - Gent St Peters wsiadałam z plecakiem by wysiąść bez. Dalsza podróż miała się odbyć bez skarpet, woreczka z kabelkami i ładowarkami do baterii i komórki, chleba, dżemu morelowego. Tak więc zwiedzanie Gandawy zaczęłam od posterunku policji.
Potem było lepiej: w czwartek fajna demonstracja celebrująca belgijski rekord świata jako państwa najdłużej turlającego się bez rządu; w środę dzielnica chińska w Antwerpii, a w pozostałe dni lodowaty deszcz i Gandawa, wciąż piękna, choć coraz bardziej ciągnąca w kierunku stylu międzynarodowowego odrestaurowanego.
No i włoska puenta - menu w restauracji na Patershol, Porcja ravioli jako primo kosztowała 15 euro, jako danie główne 18; woda mineralna 3 euro za szklankę, a dania mięsne oscylowały w granicach 30 euro. I nie, nie był to lokal luksusowy.
Poklepałam się po ramieniu: bezplecakowa, z cudzym aparatem fotograficznym na szyi i w pożyczonej bluzce, mam jednak Ginestrę. A tam pogoda jest zawsze lepsza i nikt wnie wypisuje głupot na menu....Bo menu nie ma :-D
Potem było lepiej: w czwartek fajna demonstracja celebrująca belgijski rekord świata jako państwa najdłużej turlającego się bez rządu; w środę dzielnica chińska w Antwerpii, a w pozostałe dni lodowaty deszcz i Gandawa, wciąż piękna, choć coraz bardziej ciągnąca w kierunku stylu międzynarodowowego odrestaurowanego.
No i włoska puenta - menu w restauracji na Patershol, Porcja ravioli jako primo kosztowała 15 euro, jako danie główne 18; woda mineralna 3 euro za szklankę, a dania mięsne oscylowały w granicach 30 euro. I nie, nie był to lokal luksusowy.
Poklepałam się po ramieniu: bezplecakowa, z cudzym aparatem fotograficznym na szyi i w pożyczonej bluzce, mam jednak Ginestrę. A tam pogoda jest zawsze lepsza i nikt wnie wypisuje głupot na menu....Bo menu nie ma :-D
23 Feb 2011
21:35
nie kolekcjonuję, to znaczy nie zbieram w sposób usystematyzowany czyli świadomy. O usystematyzowaną, lub - broń boże - dogłębną wiedzę też trudno mnie posądzić. Ale lubię stare rzeczy. Na przykład porcelanę. Kupuję to co mi w oko wpadnie, a wpada różnie: miałam, jak to pięknie określają moi znajomi z Gniezna, ciśnienie na filiżanki. Potem nastała era cukiernic, które obecnie służą jako pojemniki na dżemy, miód i mostarda di fichi. Jeszcze niedawno kupowałam mleczniki (piękny Villeroy Boch z lat 60.). A ostatnio lubię wazy i naczynia z deklami.
Cztery nowe stare wazy bywają potrzebne. Na przykład po to by wlać do nich waterzoi van vis (czyli rosół z dużą ilością pora i selera, zaciągnięty śmietaną i żółtkiem, z dodatkiem ryby i ziemniaków) i postawić w całej okazałości na świątecznym stole. Bowiem w drugi dzień świąt, czyli w Santo Stefano, mamy gości. Menu już opracowałam: będzie belgijskie, z elementami Holandii, Polski i USA. A więc waterzoi, mule w białym winie i porach, cykoria zapiekana pod beszamelem (jeśli odpowiednią cykorię znajdę w prowincjonalnym sklepie) oraz gulasz z octem i goździkami czyli holenderskie hachee. Na deser triffle z piernika i musu czekoladowego. I pewnie stanę na wysokości zadania robiąc klasyczny eggnog.
Obiad ma być elegancki. Czy do eleganckiego obiadu potrzebny jest obrus? Jeśli tak, to muszę na ebay bo obrusu nie mamy. Ceraty i podkładek też nie :-)
Cztery nowe stare wazy bywają potrzebne. Na przykład po to by wlać do nich waterzoi van vis (czyli rosół z dużą ilością pora i selera, zaciągnięty śmietaną i żółtkiem, z dodatkiem ryby i ziemniaków) i postawić w całej okazałości na świątecznym stole. Bowiem w drugi dzień świąt, czyli w Santo Stefano, mamy gości. Menu już opracowałam: będzie belgijskie, z elementami Holandii, Polski i USA. A więc waterzoi, mule w białym winie i porach, cykoria zapiekana pod beszamelem (jeśli odpowiednią cykorię znajdę w prowincjonalnym sklepie) oraz gulasz z octem i goździkami czyli holenderskie hachee. Na deser triffle z piernika i musu czekoladowego. I pewnie stanę na wysokości zadania robiąc klasyczny eggnog.
Obiad ma być elegancki. Czy do eleganckiego obiadu potrzebny jest obrus? Jeśli tak, to muszę na ebay bo obrusu nie mamy. Ceraty i podkładek też nie :-)
zarys historyczny
Paella do Włoch nie dotarła bo w XIX wieku, gdy Walencja tworzyła prawdziwą paellę (czyli z królikiem i kurczakiem), Włochy były albo włoskie albo francuskie, ale nie hiszpańskie.
informacje ogólne
A Włochom paella na pewno by się spodobała;jwymaga umięjetności improwizacji tak bliskiej włoskiemu sercu i jest wydarzeniem grupowym: je się ją bowiem ze wspólnego garnka.Tyle informacji przekazały mi Ana i Marta. Ana, z Walencji, paellę ma we krwi. Marta paellę studiowała; przywiozła sobie z Walencji odpowiednią patelnię, starszą siostrę mojej patelni.
detale
żeby zrobić dobrą paellę trzeba mieć wyczucie bo, poza stwierdzeniem, że na każdego powinno przypadać po kawałku królika i kurczaka, proporcji nie można podać. Wiadomo, potrzebny jest:
- ryż krótkoziarnisty (najlepiej z Walencji)
- fasola garrafon, którą nazywam butter beans (pewnie Jasiek mógłby być), namoczona, ale nie ugotowana
- zielona fasola bachoqueta, czyli nie szparagowa tylko szersza, nazywana w Holandii snijbonen, w Anglii chyba runner beans, pokrojona w duże kawałki,
- szafran i słodka papryka dla koloru
- skoncentrowany przecier pomidorowy (chociaa Solis)
- sól, pieprz,
- woda lub rosół,
- oliwa
co robić?
- wlać oliwę na rozgrzaną specjalną patelnię z czerwonymi uchwytami i smażyć na niej, aż do zrumienienia, kawałki kurczaka i królika
- dodać fasole, smażyć kilka minut
- wlać przecier pomidorowy, podgotować
- wlać wodę lub rosół
- gotować aż sos się trochę zgęstnieje
- wsypać szafran, paprykę, sól pieprz
- wsypać ryż
- gotować na bardzo wolnym ogniu
- gotową paellę przykryć gazetą (to pomoże odparować potrawę)
- jeść
- wylizywać resztki, bijąc się o chrupiącą skórkę przyklejoną do dna i boków patelni
- umyć dokładnie patelnię, wytrzeć natychmiast do sucha i natrzeć oliwą
- nie przejmować się, że patelnia czernieje; taka ma być
ważne
paella ma być w sam raz: ani za mokra, ani za sucha czyli ryż cały, ugotowany ale nie rozgotowany (pieczenie paelli w piekarniku odpada: ryż staje się kleisty). Ryż sypać ostrożnie i równomiernie. Sypać mniej niżby się wydawało że jest go potrzeba
najważniejsze
paelli nie wolno mieszać a tortillę je się z czosnkowym majonezem allioli
zdjęcia robił Joepie, paellę gotowała Ana, Marta i ja byłyśmy podkuchennymi odpowiedzialnymi za struganie ziemniaków na tortillę i picie deserowego wina [Ana: wstawić nazwę]
8 Mar 2010
03:03
Starzeję się, więc zauważam zmiany. Z wiekiem przychodzi rozluźnienie mięśni i zahamowań, więc pewnie lada dzień zacznę korzystać z pampersów, snując przy tym opowieści ’o moich czasach’. Mam fundusz pampersowy (świnia-skarbonka) i zaczynam spisywać wspomnienia, bo nie wiadomo jak to z pamięcią będzie:
Jeszcze dobrze nie rozpakowałam walizki, torby i torebki, a już chcę wracać, bo może pod moją nieobecność zrobią z Gandawy drugą Brugię? I wraz z aluminiowymi oknami, odpadającym tynkiem, zniknie klimat miasta? Wygląda na to, że jedynie Kaiser Karel Straat, do niedawna najbrzydsza ulica w centrum, nadal trzyma fason - jest wyświechtana, niekoniecznie szlachetnie, pachnąca wilgotną piwnicą i frytkami.
Niecałe 3 lata temu widywałam Gandawę rasistowską i ksenofobiczną: Patrick, który obejmował stanowisko dyrektora muzycznego w Handelbeurs musiał oduczyć się akcentu z Brugii; nasza wspólnota mieszkaniowa (12 mieszkań, dwa sklepy; razem 30 głosów), nie zgodziła się na sprzedaż mieszkania czarnoskóremu prawnikowi (za byli sprzedający i trzech cudzoziemców, czyli my i francuskojęzyczna pani P. z 5 piętra). Podobno było w Gandawie gorzej, zaś Brugia- mimo wyglądu miasta idealnego - jest tak samo rasistowska jak Gandawa.
I choć statystyki psują mi narrację nie chcę być gołosłowna, zwłaszcza że przed minutą (wolno piszę :-) stwierdziłam, że Flandria jest rasistowska. Jeśli wyniki w wyborach o czymś świadczą (a udział w wyborach jest w Belgii obowiązkowy) to obecność w polityce skrajnie prawicowego Vlaams Belang świadczy o przekonaniach obywateli. Oficjalna strona internetowa partii podaje, że mają w radach miejskich i samorządach ponad 800 miejsc:
Co w Belgii lubię? Oprócz frytek, krokietów, gulaszu na piwie, naleśników drożdżowych, czekolady, cykorii, zielonego sosu do węgorza, lubię belgijskich projektantów mody i dekoratorów wnętrz, Belgowie wydają się być odpowiedzialni za modę na niedokończone marynarki i wnętrza. Kocham ich łączenie nieodrestaurowanego z nowym, rezygnację z dopracowywania detali, pozostawianie starych elementów architektonicznych nawet jeśli nie są najwyższej klasy.
Jak tak zebrać wszystko do kupy (przywiązanie do mody,niechęć do administracji państwowej, korupcja i kumoterstwo, kombinowanie) to w sumie Belgia ma dużo wspólnego w Włochami, choć kryminalny element Włosi nazywają mafią, a Belgowie rządem :-)
A ja? Ja czuję się lepiej we Włoszech niż w Belgii. I mogę przestać chwalić się obiektywizmem, bo najwyraźniej słońce i wino mają przewagę nad deszczem i piwem, nawet jeśli tym piwem jest Westvleteren - najlepsze piwo na świecie.
Rok 2010, luty: w Gandawie znikają flamandzkie klimaty, wkracza styl międzynarodowy: zamiast żydowsko-alzackiego klimatu Bloch (najlepsze pieczywo i serniki oraz najbardziej obciachowe wnętrze w mieście) mamy teraz Zara Home. Przy Vleesmarkt zakwitło logo Subway. Po Peeters, czyli sklepie prowadzącym sprzedaż biustonoszy, skarpet i serów, pozostał jedynie napis w oknie.
Jeszcze dobrze nie rozpakowałam walizki, torby i torebki, a już chcę wracać, bo może pod moją nieobecność zrobią z Gandawy drugą Brugię? I wraz z aluminiowymi oknami, odpadającym tynkiem, zniknie klimat miasta? Wygląda na to, że jedynie Kaiser Karel Straat, do niedawna najbrzydsza ulica w centrum, nadal trzyma fason - jest wyświechtana, niekoniecznie szlachetnie, pachnąca wilgotną piwnicą i frytkami.
Niecałe 3 lata temu widywałam Gandawę rasistowską i ksenofobiczną: Patrick, który obejmował stanowisko dyrektora muzycznego w Handelbeurs musiał oduczyć się akcentu z Brugii; nasza wspólnota mieszkaniowa (12 mieszkań, dwa sklepy; razem 30 głosów), nie zgodziła się na sprzedaż mieszkania czarnoskóremu prawnikowi (za byli sprzedający i trzech cudzoziemców, czyli my i francuskojęzyczna pani P. z 5 piętra). Podobno było w Gandawie gorzej, zaś Brugia- mimo wyglądu miasta idealnego - jest tak samo rasistowska jak Gandawa.
I choć statystyki psują mi narrację nie chcę być gołosłowna, zwłaszcza że przed minutą (wolno piszę :-) stwierdziłam, że Flandria jest rasistowska. Jeśli wyniki w wyborach o czymś świadczą (a udział w wyborach jest w Belgii obowiązkowy) to obecność w polityce skrajnie prawicowego Vlaams Belang świadczy o przekonaniach obywateli. Oficjalna strona internetowa partii podaje, że mają w radach miejskich i samorządach ponad 800 miejsc:
- prowincja Limburg 44 na 99 miejsc
- Zachodnia Flandria 35 na 102,
- Wschodniaj Flandria (czyli również w Gandawie) 93 na 163
- Antwerpia 213 na 305 miejsc
Co w Belgii lubię? Oprócz frytek, krokietów, gulaszu na piwie, naleśników drożdżowych, czekolady, cykorii, zielonego sosu do węgorza, lubię belgijskich projektantów mody i dekoratorów wnętrz, Belgowie wydają się być odpowiedzialni za modę na niedokończone marynarki i wnętrza. Kocham ich łączenie nieodrestaurowanego z nowym, rezygnację z dopracowywania detali, pozostawianie starych elementów architektonicznych nawet jeśli nie są najwyższej klasy.
Jak tak zebrać wszystko do kupy (przywiązanie do mody,niechęć do administracji państwowej, korupcja i kumoterstwo, kombinowanie) to w sumie Belgia ma dużo wspólnego w Włochami, choć kryminalny element Włosi nazywają mafią, a Belgowie rządem :-)
A ja? Ja czuję się lepiej we Włoszech niż w Belgii. I mogę przestać chwalić się obiektywizmem, bo najwyraźniej słońce i wino mają przewagę nad deszczem i piwem, nawet jeśli tym piwem jest Westvleteren - najlepsze piwo na świecie.
24 Feb 2010
08:11
bo nie trzeba czytać przewodnika turystycznego; nie jest też konieczna wizyta w informacji turystycznej. A łażąc bez planu można trafić na cuda, lub na miasto z gaciami opuszczonymi na pół masztu:
23 Feb 2010
14:09
Powered by Blogger.



































