Showing posts with label Polska. Show all posts
Showing posts with label Polska. Show all posts
walą drzwiami i oknami. Kradną. Pan doktor, z młodą i atrakcyjną żoną, kradnie elektronikę, choć sam twierdzi, że jedynie wynosi. Kasztanom nie przychodzi do głowy, że elegancki pan wyjdzie z toasterem w ręku. Opowiada mi o tym jego kolega, który nie kryje zachwytu nad zimną krwią doktora. Pewnie dlatego, że w swoim kraju był chirurgiem. Jego młoda żona nigdzie pracowała, zajmowała się domem.

Patrząc na B. nikt by nie powiedział, że jest imigrantką. Ciemne włosy ufarbowane na jasny blond, nienaganny makijaż, zawsze świetnie ubrana. Dzisiaj, na przykład, ma na sobie irchowe spodnie i białą koszulę. Do tego rozpinany, kaszmirowy zapewne, bladoróżowy sweterek z drobnymi perłowymi guziczkami. B. ubiera się u Z., który kradnie na zamówienie w luksusowych butikach.

W weekendy lepiej wychodzić na miasto. Jest tam spokojniej, bo nikt nie wyrzuci przez okno butelki lub starego telewizora jak to się czasami zdarza w obozie.

Do pensjonatów odsyłane są dziewczyny lub rodziny, dlatego wielu samotnych tworzy z dziewczynami 'pary narzeczeńskie' i dzięki temu zamiast siedzieć w obozie dla uchodźców pod Wiedniem, mieszkają teraz w pensjonacie niedaleko Linzu. Warunki dobre, wioska spokojna, wiele pokojów z własnymi łazienkami i balkonami. Właściciel po raz pierwszy ma grupę uchodźców, więc nie nauczył się jeszcze, że szufladę z papierosami i barek z alkoholami trzeba zamykać na klucz.

O pracę się walczy. K. pracuje za 4 na godzinę;  A. idzie do pracodawcy i mówi, że będzie robił za 3,80. Więc pracę dostaje. A potem przychodzi B., który pracę A. zrobi za 3,50. I tak dalej...

Nawet przy nocnym sprzątaniu sklepów można sobie dorobić, na przykład kradnąc towar z półek. Ochrona sprawdza kieszenie i torby, ale nie sprawdza worków w odkurzaczach. Trzeba tylko z odkurzaczem wejść do toalety, tam gdzie nie ma kamer.

Pani z opieki społecznej odwiedzająca koczujących na skwerach, nie daje sobie rady. Nie jest w stanie do wszystkich dotrzeć i porozmawiać, więc ogranicza się informowania, że ogony grillowanych szczurów są niejadalne.

Jedzą pasztety dla kotów. Dla kotów są lepsze; bardziej treściwe, o większej zawartości mięsa.

W miejscowym sklepie spożywczym pojawia się ogłoszenie: prosimy nie kraść, w języku imigrantów.

Mury śmierdzą moczem, skwery też. Aż dziwne; przecież mogli iść do toalety w sklepie lub pobliskiej knajpce.

Na azyl czeka się dwa lata. W tym czasie rząd zapewnia zasiłek i zakwaterowanie w blokach socjalnych. Gdy podanie o azyl zostaje rozpatrzone negatywnie, imigranci muszą wracać do kraju pochodzenia i wtedy wyrywają z podłogi toalety i spłuczki, od ścian odkręcają umywalki i krany.

Brzmi znajomo? Powinno; to opowieści nie o obecnej fali uciekinierów, a o tej z 1981 roku. A więc, między innymi, o Polakach. Czyli tych 'cywilizowanych'. Dwie z opowieści: o Polakach wyrywających umywalki z mieszkań socjalnych w Norymberdze i o pracownicy socjalnej z Londynu uczącej koczujących Polaków by nie jedli ogonów szczurów opowiedziała mi B. Reszta to moje własne doświadczenia. Znałam osobiście świetnie ubraną B., M. kradnącego papierosy i doktora J. wynoszącego sprzęt z miejscowego sklepu.  Napis po polsku: prosimy nie kraść, wisiał w sklepie spożywczym w Pittsburgu w Kalifornii. Nie pamiętam jedynie czy był to sklep Lucky czy może Safeway.

Już dawno nie byłam tak wkurwiona jak po przeczytaniu wątku na forum o Włoszech. Wątku nie linkuję; jak kogoś przypili, sam sobie wątek znajdzie. Sprowokował mnie do napisania o imigrantach. Na forum też się dopisałam, ale okazało się że nawet moderatorka przyjęła za prawdziwą notkę z jednego portalu, w której powoływano się na relację z 'Bild' o ostrzeżeniach włoskich służb specjalnych w sprawie planowanych ataków na plaże włoskie, hiszpańskie i francuskie. Bild miał słyszeć o włoskim ostrzeżeniu od kogoś zbliżonego do niemieckich służb specjalnych. Okazało się, że cała sprawa była tylko i wyłącznie plotką. Czyli dyskusja na forum była o dupie maryny. A że przy przy okazji powyłaziły fobie i rasizm? Chyba nie za bardzo jestem zdziwiona, choć mam cichutką nadzieję, że ten festiwal kołtuństwa, tak widoczny na forach i komentarzach, to jedynie objaw lepszej zmiany, powstawania z kolan, zrywania z polityczną poprawnością i pedagogiką wstydu. I że minie niebawem, jak mam nadzieję, miną rządy Prezesa. Tego sobie i Polsce  życzę. 

EDIT: to już chyba czwarta edycja tej notki. Jak na razie nie doszłam jeszcze do momentu, w którym mogłabym zrezygnować z wulgaryzmów.
prawie koniec remontu strony. Przegląd starego bloga w nowym ubranku  wykazał problemy z wyświetlaniem kilku notek (nie pojawia się tytuł, czcionka nie ta...), ale mówimy tu o kilku(nastu) z ponad tysiąca, więc na razie włączamy ignor i lecimy dalej, zwłaszcza że wszystko tak ładnie wygląda, Warszawa również :D



Włoszczyzna kupuje nowe ubranko





Stara kronika filmowa. Od drugiej minuty zaczynają się migawki z Wenecji. Jak z innego świata: prawie pusty Canal Grande, Piazza San Marco bez tłumów.



Tak, to był inny świat. I nie chodzi jedynie o Wenecję. Prowadzenie kamery, dobra dykcja lektora, tekst literacką polszczyzną, pełne zdania - to jest właśnie inne.



Na swojską nutę gra natomiast piosenka o dumie narodowej, obywatelach gorszej kategorii a przede wszystkim swojski jest rząd,  którym kieruje prezes (nazywano go wtedy pierwszym sekretarzem) jedynie słusznej partii.


Czułam się w Poznaniu jak w Abruzji. Stwierdzenie to kompletem nie jest, gdyż odbudowa prowincji L'Aquilla zaczyna i kończy się na betonowych rondach, drogach prowadzących donikąd i betonowych centrach handlowych. Powszechnym jest przekonanie, że za betonowaniem stoją układy mafijne, zaś z pieniędzy na odbudowę (której końca na razie nie widać) można by wystawić przynajmniej dwie L'Aquille i okolice. A na poprawienie infrastruktury wystarczyło też by pewnie zostało.

A co w takim razie stało się z Poznaniem? Mafia włoska dotarła, czy prowadziła szkolenia? Trudno przyjąć że jedynie głupota pozwoliła na wydanie pozwolenia na wciśnięcie następnego centrum handlowego na Półwiejską, na której jednym końcu jest Stary Browar, a  dwa inne na drugim.

No i betonowe pole pod hangarem zwanym centrum handlowym przy Dworcu Głównym, za to z misterną siateczką chodników, schodków, rozjazdów ścieżek rowerowych, kilkunastu drzewek w ramach tworzenia terenów zielonych, za to ze sprytnie zakamuflowanym zejściem do dworca PKS.

Pewnie były niezagospodarowane fundusze na rewitalizaję,  więc można było rozwinąć się twórczo, szalejąc w betonie. Ciekawa jestem ile te betonowe wizje kosztowały Urząd Miasta i kto zadba by za lat kilka przejścia, kładki, ścieżki, schody nie przypominały Domów Centrum z łuszczącą się farbą na skądinąd atrakcyjnych stropach przejść i przejazdów ?



Kulinarnie Poznań okazał się nieporównywalny. Przez dwa dni żywiłam się koktajlami alkoholowymi i lodami (polecam Kolorową vis a vis Okrąglaka. Robi świetne lody mascarpone+czarna porzeczka), z jednorazową przerwą na dobre fish'n chips z Ę Rybę. Przyznaję jednak, że na starcie zawęziłam kryteria rezygnując z hipsterskich lokali z leżakami pod ścianami oraz z trattorii i restauracji uzdatniających spaghetti aglio, olio, peperoncino dodatkiem pesto oraz tych serwujących autentyczną carbonarę z autentyczną śmietaną.

 
Dwa dni w Poznaniu przesiedziałam w księgarni Bookarest. Za gorąco w Poznaniu było, za bardzo bolały mnie pęcherze na stopach, i za bardzo bolało serce.

======
O książkach z Bookarestu napiszę niebawem. Na Husarię pod Gnieznem zapraszał plakat wywieszony na ścianie hali Targów.

======
Włoszczyzna solidaryzuje się z pospolitym ruszeniem, czytała nawet Wannę z Kolumnadą i zapłakała nad Źle Urodzonymi oraz niedobitkami modernizmu opisanymi przez Christiana Kereza


Cóż to za wspaniały widok, gdy przechodzi się obok dworca! Aż chce się usiąść gdzieś w pobliżu i patrzeć, jak powstaje nowe centrum handlowo-usługowe. Teraz miasto ożyje, bo bez galerii handlowej każde miasto to prowincja i zaścianek. Aktywiści chcieliby budować w Sopocie kameralnie, nawiązując do skali miasta, a niektórzy nawet do charakteru zabudowy. A tu trzeba mieć rozmach i czuć ducha nowoczesności. Żadnego skansenu, zdobień, popłakiwania za secesją. 

I o rewitalizacji placu:

... to taki znakomity projekt, nowoczesny. Kamienne płyty od jednego końca placu aż po drugi. Do tego drzewa wycięte niemal co do jednego, a zamiast nich posadzone platany. Szlachetne. Jak we Francji. Po co mieszkańcom na placu stara wierzba, do której mieli sentyment? Teraz to już przeszłość i bardzo dobrze. Udało się także usunąć zieleń sprzed budynku Algi. Cóż z tego, że w planie miejscowym jak wół jest napisane, że zachowanie trawnika jest w tym miejscu wymagane? 

Marcin Gerwin w Dzienniku Opinii Krytyki Politycznej (przedruk także w Wyborczej) pisze, co prawda o Trójmieście, ale mógłby tak samo o Kielcach, Łodzi, Włocławku i Poznaniu. W tym ostatnim nowoczesność zbyt długo trzymała w piekarniku bezę, w którą powtykano czarne szkło i oddano do eksploatacji jako Galerię MM. Jeśli tak ma wyglądać nowoczesność, to ja wracam do lat 60.
Kiedyś, przed Mussolinim, ten kawałek Lacjum  należał do bogów i komarów. Od czasów wielkiego osuszania, malarii jak na lekarstwo homeopatyczne, ale wpływy bogów nadal widać: w Terracinie rządzi Jowisz, w grocie pod Itri, Mitra, a stronę żeńską mitologii reprezentuje boginii magii, uwodzicielka Odyseusza, czarodziejka zmieniająca mężczyzn w świnie, czyli Kirke, która, choć na przylądku  Circeo nie mieszkała, znana była w okolicy dzięki Grekom z Pitecusy (Ischia). Imieniem Kirke nazwano przylądek i udekorowaną akropolem górę, jak na Lacjum niewysoką, bo sterczącą jedynie 541 metrów nad Błotami Pontyjskimi.

pozdrowienia od Kirke

Akropol budowali nie Grecy, a Wolskowie. Nie ma więc co szukać pozostałości po antach, przewróconych kolumn, kawałków fryzu, Są jedynie fragmenty murów cyklopowych, których długości do tej pory nie udało się precyjnie zmierzyć, gdyż przeszkadza w tym roślinność i ukształtowanie szczytu Monte Circeo.

Kolory Kampanii, ulice Ligurii

Gdy Rzymianie podbijali plemiona Wolsków, region Circeo miał już swoją prehistorię, choć odkryto ją dwa tysiące lat po ostatniej bitwie wojny rzymsko-wolskowej.

We Włoszech rządził wtedy Benito Mussolini, który odwoływał się chwały orędzia rzymskiego, osuszał Błota Pontyjskie oraz budował miasta na chwałę faszyzmu. I gdy Il Duce próbował wykuć zjednoczony naród rozmawiający językiem włoskim, w jaskini Guattari na przylądku Circeo, Alberto Carlo Blanc, Włoch urodzony we Francji, odkrył czaszkę neandertalczyka, wieńcząc tym odkryciem serię badań prowadzonych w południowo-zachodnim Lacjum.

Neandertalczyka z Guattari można odwiedzić w muzeum. Muzeum znajduje się w wieży templariuszy. A wieża stoi w San Felice Circeo, miasteczku którego założenia urbanistyczne pamiętają czasy rzymskie: decumani, cardi, porta romana. Ta ostatnia bramą jest jedynie z nazwy, gdyż zamurowano ją dawno, dawno temu i wkomponowano w ścianę domu mieszkalnego będącego jednocześnie resztkami murów otaczających miasto.


Wieżę, tę w której można odwiedzić neandertalczyka, dostali w prezencie templariusze. Po templariuszach została jedynie nazwa, natomiast wieżę wraz z miasteczkiem, kupił książę Stanisław Poniatowski od papieża (czyżby Piusa VII?). Nie, nie ostatni król, a jego bratanek, który na krótko był właścielem San Felice Circeo, miasteczka bardziej kojarzącego się z Kampanią, którą dobrze widać z podestu, do którego idzie się wzdłuż murów cyklopowych. A na podeście stoi krzyż, widoczny i z San Felice i z drogi łączącej via Appia Antica z wybrzeżem w okolicach Sabaudii. Tak więc bogowie bogami, ale i tak chrześcijańskiego boga najlepiej widać :)


=======
 Więcej zdjęć w niedzielę


Linki:
Parco Nazionale del Circeo, Park Narodowy Circeo,   
Commune di San Felice Circeo, w tym informacje o jaskiniach neandertalczyków
stare zdjęcia z San Felice
Kirke
Stanisław Poniatowski, podskarbi litewski lub warto przeczytać książkę Mariana Brandysa 'Nieznany Książe Poniatowski'. Mnie osobiście najbardziej zainteresowały końcowe rozdziały, te o romansie księcia i żony włoskiego rzemieślnika. No ale ja wszędzie szukam włoszczyzny....

znajomy po blogu otworzył makaroniarnię w Warszawie. Idźcie, spróbujcie, podajcie dalej. Ja nie próbowałam, ale spróbuję. I to może jeszcze w tym roku.

Adres do Pook Pasta podaje anominowy w komentarzach:  Al. KEN 21 - Kabaty
Toruń to nie tylko ojciec Rydzyk, pogromca żydów, strażnik pamięci narodowej. Z Torunia pochodzi również jedna druga Kiss the frog,  młodej sercem i duchem firmy odzieżowej, producenta moich lubionych wdzianek i bluz. Toruń to również, choć mniej niszowo, Kopernik,  pierniki i Krzyżacy.  Oraz sztuka nowoczesna. Pisać o Toruniu na blogu o Włoszech nie zamierzałam, gdyż nic nowego z powiązań Kopernika z Włochami wykrzesać się nie da, ale zmieniłam zdanie. Otóż przed Centrum Sztuki Współczesnej zobaczyłam włoskie klimaty. Był nawet jeden plakat o mnie (nie, nie ten z napisem wizjonerzy; ten ze zwierzątkiem), no ale nie o portretach ma być, a o plakatach włoskich.


Otóż uwagę przykuł jeden taki, wykorzystujący kultową scenę : Alberto Sordi, Amerykanin w Rzymie, nad miską maccheroni. Scena, jako się rzekło, kultowa, bo ciągnąca łacha z włoskiej powojennej fascynacji Ameryką. Dlaczego powstał ten plakat? Kto jest jego twórcą? I tak wgle, co co chodzi? Wystawę obejrzałam przelotnie, więc odpowiedzi na pytania nie mam, ale może będę miała. Napisałam do  Alessandry z Włoch, która pomagała w realizacji projektu. I jeśli dostanę odpowiedź, to na włoszczyźnie pojawi się dopowieść wyjaśniająca.



Na stronie Centrum Sztuki Współczesnej warto przeczytać o samym obiekcie. Jest on projektem polskiego architekta. I jest też pierwszym of 1939 roku muzeum sztuki współczesnej wybudowanym w Polsce. Zrezygnuję z oczywistego komentarza o zaniedbywaniu sztuki współczesnej, wyburzaniu klasyki modernizmu, hucpie z budową muzeum w stolicy. Nie skomentuję też współczesznej architektury sakralnej alla Polonia.

Zachęcam natomiast do odwiedzin w Toruniu. Centrum znajduje się przy ulicy Wały Sikorskiego, parking jest w pobliżu, do zabytków starego miasta - rzut beretem, budynków centrum Rydzyka (chyba) stamtąd nie widać :D I przy okazji, idąc w kierunku starego miasta, przechodząc obok wielkiej fontanny na skwerze, proszę popatrzeć na budynek po lewej stronie. Budynek* należy do uniwersytetu toruńskiego i podobno jest na sprzedaż. Na razie inwestora nie ma, ale jeśli się znajdzie, to jest zupełnie prawdopodobne, że obiekt długo nie postoi. Wyburzą. Lub przerobią go na centrum handlowe, w prawdziwym amerykańskim stylu.

PS: poprawiam błąd rzeczowy i za panią Barbarą Chmielarską-Łoś podaję, że  „harmonijka” to przedwojenny gmach Starostwa Krajowego Pomorskiego oraz Komunalnej Kasy Oszczędności, zaprojektowany przez Jerzego Wierzbickiego i postawiony w latach 1935-37. Pani Chmielarska - Łoś pisze, że budynek jest wpisany na listę zabytków i podlega ochronie. W takim razie wyburzanie raczej nie grozi. Miejmy nadzieją, że na centrum handlowe się nie nadaje.

============
Centrum Sztuki Współczesnej
ul. Wały Sikorskiego 13
Toruń
godziny otwarcie i ceny biletów: informacja turystyczna miasta

Wystawa plakatu włoskiego czynna jest do 15. września 








Przyjemnych świąt. 
My umartwiamy się w Ginestrze.
1000 postów. Wiele zrobiłam. Poznałam ludzi. Zapracowałam też uczciwie na krytyków, trolli i wrogów.

Lewe -6,50 Prawe -1,25

Już 1000 postów, a jeszcze tyle nie ruszone: gdzie o wystawie Artemisii Gentileschi w Mediolanie, tegorocznym salonie del gusto, wspomnienia z lektur i szkoły, notatka o maserati i ferrari, przepis na crostatę i ciasto z jabłkami Annamarii, adres do restauracji Tito, historia wojny domowej na szczeblu powiatowym i opis tego, co się naprawdę wydarzyło w Rocca Sinibalda?

1000 postów to szacunkowo 2000 godzin. A więc przepierdoliłam przed komputerem 83,33 dni.

różowe okulary w szare paski

Wychodzi na to, że pisałam cały grudzień, styczeń i pół lutego. Bez przerwy na kawę, siku, rozmowę z mężem, spotkanie z przyjaciółmi pod choinką.

Nie wiedziałam, qwa, że jestem taka pracowita. I taka głupia.

Gdybym te 2000 godzin przepracowała dla poprzedniego pracodawcy, byłabym o jakieś sto kawałków bogatsza. Jasne że na papierze, bo więcej połowę z tego zabrałby urząd podatkowy i leczenie na oddziale zamkniętym, ale i tak wystarczyłoby na sycylijski weekend, wymarzoną Vespę, kilka torebek od Prady, Gabs i innych Balenciag, kolekcję szminek, modnych kolorów na paznokciach i korespondencyjny kurs korespondecji.

Przesiedziałam przed komputerem 120000 minut. Hemoroidów się jednak nie dorobiłam. Niedowładu nadgarstków też nie, żylaków nie stwierdzono, mąż nadal ze mną rozmawia, przyjaciele dzwonią, wada wzroku się ustabilizowała, a więc nie ślepnę.

co kogo kręci

Nie potrafię sobie wyobrazić życia bez włoszczyzny. Z czego jestem najbardziej dumna? Ze wszystkiego, a ostatnio z imajla komentującego ateistyczny post sprzed roku: szczekanie bezbożnej suki, bóg to słyszy i cię pokaże  ... jak ja lubię korespondencję od czytelników. Miau, miau.....;D

-------
Da Capo, to ode mnie, o blogu
--------
instrukcja oglądania obrazków:

dioptrie to Bari

Różowe okulary w szare paski
rząd 1 gaj oliwny w Apulii, cement z Bari,  pies łódzki, kolory gandawskie
rząd 2 deski z Montereale, w drodze do domu, żółty w Trydencie

co kogo kręci
rząd 1 flagi dla Bari, wystawa błękitów włoskich, perspektywa kropki
rząd 2 Klein był niedawno w Gandawie, w Bari u Mikołaja, ostre Piglio
rząd 3 szmaty i klamerka, gandawskie dekoracje i światowy design w winiarni Lageder
tym razem Puńsk
z ubiegłorocznej podróży po Polsce, a więc Wiżajny, Sejny i Giby
Puńsk
Byłam, widziałam. Nie podziwiałam. Mieszanka patriotyzmu, katolicyzmu i marzeń o zrywie powstańczym jest niestrawna. Bardziej smakował mi rosół królewski u Najsztuba.
Nalepka ze znakiem Polski Walczącej wygląda tak samo źle na garsonce jak i mundurze. Wolę wdzianka szyte przez dziewczyny z Kiss the Frog.
powrót discopolo

Syreny pobudzające do powstania wypadałoby zastąpić pianiem kogutów. Budzik pod pachą wyglądałby atrakcyjniej od Naszego Diennika, a pomysł na zrobienie CZEGOKOLWIEK brzmiałby lepiej od inicjatywy BURZENIA WSZYSTKIEGO. 

Czy mam coś pozytywnego do powiedzenia? Tak, mam. Wraca disco polo.

PS: tytuł  pochodzi z piosenki Braci Figo Fagot.

powinnam więcej tranu, nowego języka zacząć się uczyć (polski przychodzi do głowy, bo jeśli ktoś nie zna różnicy między stróżką i strużką, to intensywne kursy byłyby wskazane), masło orzechowe zamiast masła, choć może niekoniecznie pod szynkę, bo coraz więcej zapominam. Zapomniałam, na przykład, o wigilii po ginestrowemu.  A więc piszę to, co mogło pojawić się jeszcze w grudniu, ku pokrzepieniu serc, którym za dużo upałów:

Zostaliśmy zaproszeni na 19 i od progu obciach: nie wiedzieliśmy, że prezenty daje się w wigilię, a nie tak jak gdzie indziej, czyli w pierwszy dzień świąt. Przyszliśmy z prezentem ogólnym, a powinniśmy przyjść z prezentami szczegółowymi, drobiazgami dla każdego z osobna.

Choinki nie było, prezenty układało się na kanapie i na komodzie, na której stała szopka. Szopka, w przeciwieństwie do choinki, to tradycja bożonarodzeniowa: figurki przekazywane są z pokolenia na pokolenie. W przypadku naszych gospodarzy Matka Boska z przyklejonych ramieniem i dzieciątko po amputacji stopy pochodzili od dziadków, którzy wrócili z emigracji w tysiąc dziewięćset którymś tam i kupili nowy dom rodzinny w samym centrum Poggio Moiano oraz 10 figurek na szopkę, czyli wszystkie dramatis personae plus jedną owcę.

wigilia alla ginestra


Zaczęło się od spaghetti w sosie z owoców morza w pomidorach, choć - jak chętnie mi tłumaczono - nie jest to wymagane. Z równym powodzeniem może być sos biały. Lub zamiast sosu owoców morza robi się sos z tuńczyka. Lub, w najbiedniejszych domach, z wymoczonych solonych sardeli.

Potem podano fritelle, kawałki kalafiora w cieście drożdżowym smażone w głębokiej oliwie. I smażone rybki oraz inne kawałki owoców morza, czyli tak zwane fritto, i -już jako przerywnik - dobrze przyprawioną zieloną sałatę skropioną nową oliwą.

Główne dania też były rybne: a więc dorsz, przyrządzany - jak wszystko w Sabinie -  w pomidorach i z czarnymi oliwkami, oraz węgorz w zalewie octowej. My, siedzący przy stole,  marynowaliśmy się nie w occie a w czerwonym winie,do którego dolewaliśmy gazowanej wody mineralnej, gdyż inaczej nie dawało się go pić takie mocne było. Wino produkcji własnej gospodarz elegancko przelał wcześniej do butelek litrowych i każdy polewał sobie wedle uznania. Na stole stała, co prawda, elegancka butelka wina kupionego w porządnym sklepie, ale nikt się nią nie interesował. Wszyscy obciągaliśmy lemoniadę z jabola.

Po dorszu i węgorzu na stół wjechały wypieki miejscowe: nociole z orzechów włoskich i miodu przekładane liśćmi laurowymi, ciasteczka z orzechów laskowych, miniaturowe obwarzanki na czerwonym winie, pajdy panettone, owoce w czekoladzie i opowieści o tym jak to dawniej bywało. A że przy stole siedziało 10 Włochów, więc dyskusja szybko zeszła na kulinarnia i na licytowanie się, czyja mama najlepiej gotowała. Biorąc pod uwagę konsumpcję mocnego czerwonego wina aż dziwne, że nikt nikomu krzesłem nie przyłożył, bo dyskusja była zacięta. A gdy Sergio stwierdził, że najlepiej gotuje Rzym i Sabina mu do pięt nie dorasta, to na emocjach można było fritelle smażyć. I może w tym momencie Sergio dostałby butelką po coca-coli, gdyby nie dorzucony natychmiast argument, że Ginestra to zupełnie co innego, bo gotuje tak samo dobrze jak Rzym.

Do domu trafiliśmy o północy. Miejscowe koty obrabiały resztki dorsza i spaghetti na progach domąw i tak były zajęte jedzeniem, że zapomniały mówić. Rozgadał się natomiast JC. W przyszłym roku, twierdził, trzeba będzie iść na obiad bożonarodzeniowy, bo dorsz jest niezły, ale on woli jagnięcinę.
w Minturno na rynku od rana rządziły koty. Grzebały w śmietnikach, wąchały wystawione worki. W końcu, zmęczone, usadowiły się wygodnie na samochodach zaparkowanych pod zamkiem. Staż miejska, zapewne próbująca się wykazać przed kolegami w mundurach carabinieri, postanowiła koty zgonić.

Scena jak z filmu z Busterem Keatonem: co zgoniono koty z toyoty, to zaraz wlazły na olpa. Pogonione z opla przeniosły się na fiata. A z fiata na jaguara. I w dodatku kotów jakby przybywało. Wyglądało na to, że zgonionego dołączał szwagier, ojciec, teściowa i kuzyn z rodziną. W końcu straż miejska dała sobie na luz, wypiła po espresso i zajęła się mniej uciążliwym zajęciem: wypisywaniem mandatów za złe parkowanie.


Grzebiąc w stertach dokumentów zwalonych na kupę w folderze zatytułowanym ’natychmiast’ znalazłam zapomniane zdjęcia z lipcowego pobytu w Polsce. Trochę one takie romantyczno-rynsztokowe, czyli trochę moje, a trochę nie (oczywiście przyznaję się do rynsztoku :-)
Powered by Blogger.