Showing posts with label gdzie zjeść?. Show all posts
Showing posts with label gdzie zjeść?. Show all posts
od ilu przegadanych godzin liczy się znajomy? Jeśli od trzech, to poznajcie mojego dobrego znajomego - Maurizio Servę z Rivodutri. Pisałam o jego restauracji La Trota, teraz mogę pokazać jak Maurizio dekonstruuje klasykę. Makaron robi ze składników na prawie klasyczną amatricianę, a więc z podsmażonego z lukcrecją (to nowy element w klasyce, halka na sukienkę, stringi na jeansy) podgardla i pomidorów. Przerobioną na susz amatricianę dodaje do ciasta makaronowego, posypuje chrupiącym pogardlem (czyli element griscii), daje krem z pecorino podkręcony miejscową miętą i robi flagę włoską dodatkiem zielonego bobu. Ten bób podpowiada mi, że amatriciana alla griscia to potrawa majowa.


Dekonstruowanie klasyki...dobre to czy złe? Ocenę pozostawiamczytelnikom i widzom . Ja się tu tylko chwalę znajomym. Przyznaję, że kilkanaście lat temu miałam dobrego kumpla, który dekonstruował modę. Jego wizytowym zestawem była halka zarzucona na jeansy i bluzę z kapturem. Halek miał kilka. Najlepiej jednak czuł się w halce jedwabnej z koronką w kolorze łosiowym...Kumpel w zdekonstruowanym stroju na kolację do restauracji Maurizia nie przyjedzie, ale pewnie by furorę zrobił, zwłaszcza w tym łososiowym zestawie, pasującym jak ulał do makaronu w kolorze amatriciany. 

Inne zdekonstruowane amatriciany:
Cristiano Tomei z L'Imbuta (Luca)
Emanuele Scarello z Agli Amici (Udine)
kamiennie
się lubi Castelmezzano, do którego się jeszcze bardziej przekonało po fakcie, gdy w sieci się znalazło więcej informacji niż podawał przewodnik po Apulii i Bazylikacie. Dodam, że przewodnik po Bazylikacie tylko z nazwy, bo niewiele informacji o rzeczonej Bazylikacie zawierał. Ale, jak się rzekło, w siecie informacje się znalazło, i teraz już wiadomo, że przypadkowo się trafiło na perełkę z widokami, historią i kulinariami.

już wiosennie

W Castelmezzano się było w maju, a się zachciało wrócić do wspomnień gdy w czasie niedzielnego spaceru po lesie padło pytanie zasadnicze: jak teraz wygląda Castelmezzano?
bawarsko i jesiennie
 No i się okazało, że pogoda w nim bawarska: 13 stopni w ciągu dnia, 4 w nocy. Co niespodzianką nie było, gdyż w połowie maja też zimno było i rękawiczki bardzo by się przydały, ale tylko na dwa dni; dnia trzeciego niespodziewanie się zrobiła wiosna i Dolina Basento wymieniła dywan z szarozielonego na soczyście zielony, mieniący się w słońcu - jak na prawdziwy jedwabny dywan przystało - czerwienią miejscowej koniczyny.

O zimie przypominały informacje, że do Pietrapertosy nie dojdziemy - górski trakt dla owiec, osłów i turystów zamknięto z powodu osuniętego zimą zbocza - i przypominały grube łańcuchy przymocowane do ścian domów stojących wzdłuż najostrzejszego podejścia via Regina Margherita, a służące do podciągania się w miesiącach jesienno-zimowych, gdy w Castelmezzano leży śnieg.

zimowo

Się pamięta: stroma Via Regina Margherita, przesmyki uliczek, które są jednocześnie schodami łączącymi tarasy wioski. Długie podejście do punktu widokowego (tylko się nie wie czy to via Marconi czy też inna ulica, której nazwy na mapie wioski nie zaznaczono, bo chyba nie jest to via Margherita?). Pionowe schodki wyryte w wielkiej skale, wiszącej nad domkami poniżej. Domki wryte w skałę, wąski ogródek na półce skalnej.

Później się wyczytało, że schodki należały do zamku normańskiego, sama nazwa wioski pochodzi od Castrum Medianum, zamku średniego, który razem z zamkiem w Pietrapertosa i Brindisi di Montagna pilnował Doliny Basento, oraz że początków Castelmezzano trzeba szukać w Bizancjum i w historii Templariuszy. Nie znalazłam wiarygodnej informacji o powiązaniach tego zakonu z Castelmezzano, ale w kościele Chiesa Madre di S. Maria można obejrzeć wyryty w skale krzyż templariuszy, o czym się dowiedziałam już po powrocie z Castelmezzano. Herb wioska ściągnęła z pieczęci zakonu: dwóch siedzących na jednym koniu rycerzy (co z prawami autorkimi, znakiem zastrzeżonym i tak dalej?)

W Chiesa Madre di S. Maria stoi figurka madonny, w koralowej sukni z błękitnym fartuchem w gwiazdy malowanym. Sama madonna siedzi sztywno jak na królową przystało, długa gruba szyjaprosta jak słup, twarz nieruchoma, z przenikliwym spojrzeniem ciemnych oczu i chyba obietnicą uśmiechu na zaciśniętych wargach. Na kolanach trzyma Jezusa z dojrzałą twarzą zmęczonego mężczyny, ale o dziecięcych stopkach, jedną z których otula dłoń madonny, ale jakby od niechcenia lub jakby madonna wstydziła się tego matczynego gestu.

Czy jest to Madonna dell'Olmo, madonna od wiązów? Chyba tak, choć w sieci znajduję zdjęcia dwóch różnych madonn o tej samej nazwie.

Się rzekło, że do Pietrapertosa nie można było dojść. Więc nie miało się okazji zobaczyć zamku, najstarszej dzielnicy zwanej L'Arabata, w średniowieczu zamieszkałej przez Arabów. Się nie było w Brindisi di Montagna, nie zeszło się do rzeki Basento, ale usłyszało to i owo, chociażby o tym, jak po zjednoczeniu Włoch, gdy rozsypał się jeden system, a jeszcze nie wykształcił drugi, okolice Castelmezzano stały się siedzibą band, miejscowa arystokracja (bo i takowa w Castelmezzano była) albo się przenosiła w inne, bardziej bezpieczne miejsca, albo sprawiała sobie ciężkie bramy i grubsze mury. W dwudziestym wieku ruszyła emigracja, potem zesłania przeciwników faszyzmu do wiosek na południe od Eboli, a jeszcze później akwedukt i kanalizacja i turystyka. Tę ostatnią reprezentują gospodarstwa agroturystyczne i kilka B&B oraz dobra restauracja Al Becco della Civetta, w dziobie sowy, w samym Castelmezzano. Że można tam dobrze zjeść, pisać nie muszę. Dodam jedynie, że pieczoną jagnięcinę uznaliśmy za najsmaczniejszą jaką nam kiedykolwiek podano. A mnie zachwyciły suszone papryki, cudownie chrupiące w zębach i smak krwistego steka. Oczywiście z miejscowych krów...rasy podolskiej ;)

====
Castelmezzano w wiki, w Discover Basilicata, oraz w Slow Europe
Castelmezzano jako jedna z najpiękniejszych wiosek Włoch: i Borghi piu belli d'Italia
O templariuszach w wersji audio  i wideo


Ristorante Al Becco della Civetta
Vico 1° Maglietta, 7 85010 Castelmezzano (PZ)
Tel.: +39 0971 986249

a jako niedrogą noclegownię z miłą obsługą i widokiem na Dolomity polecam Al balcone delle dolomiti, do której wspinaliśmy się via Regina Margherita  wracając z Al Becco della Civetta.




Wbić jajka
Makaron do agliaty trzeba zagnieść samemu. Trudne nie jest. Wystarczy jedynie pamiętać, że zapominamy o zasadzie jedno jajko do 10 dag mąki


  • Do kaldery usypanego z mąki wulkanu wbijamy jajka, licząc po jednym jajku na osobę plus jedno jajko na wszelki wypadek, gdyby mąka okazała się wyjątkowo sucha. 
  • Roztrzepujemy je widelcem, zahaczając przy okazji o mąkę. 
  • Gdy jajka przestają się rozlewać, odsuwamy na bok mąkę i zaczynamy zagniatać ciasto, od czasu do czasu podsypując mąką. 
  • Po 10 min. zagniatania i podsypywania ciasto jest gładkie, lśniące i elastyczne. 
  • Odkładamy je pod miseczkę na pół godziny, a potem kroimy na kawałki, rozwałkowywujemy, pamiętając że im mniej składania i wałkowania, tym makaron lepszy. 
  • Rozwałkowane płaty ciasta odkładamy na pół godziny aby trochę przeschnęły. 
  • Pokrojony makaron znów podsuszamy. 
  • Więcej o robieniu makaronu powie podkuchenna z makaronem
reflektorem w makaron
Agliata najlepiej wychodzi ze świeżych okruchów. I nawet jeśli nie wchłonęły one całej szklanki mleka, nie znaczy to, że trzeba dosypać bułki tartej! Wierzcie mi na słowo. Mleko z moczenia też wlać. Agliata (przepis tu) w miarę stygnięcia zmienia się w gips, a więc warto zrobić rzadkawy (ale nie płynny) sos. Sprawdziłam.

Telefon komórkowy największym przyjacielem człowieka we Włoszech jest. Przede wszystkim po to, by opowiadać rodzinie i przyjaciołom, że się idzie lub siedzi, ogląda lub je. I by sprawdzić czy restauracja istnieje (na Sycylii okazało się że polecaną rok wcześniej restaurację zamknięto 11 miesięcy temu , zaś kolację można zjeść w pizzerii serwującej najgorsze spaghetti alla carbonara na Sycylii), a jeśli istnieją, to czy są otwarci tego akurat dnia?

I jeśli istnieją, są otwarci, to czy mają dla nas stolik? Nie raz, nie dwa, a nawet i nie trzy, w trattorii nie było dla nas wolnego stolika, mimo że wtorek, trattoria zdala nie tylko od miasta, ale też kilometry od najbliższych zabudowań, a stolika nie ma. I nie ma po co czekać, bo stolika dzisiaj i jutro nie będzie....

Ale ja do polecanej trattorii w Abruzji nie zadzwoniłam. Zasłużyliśmy więc na zamknięte drzwi i  pustkę kulinarną w okolicy. Na obiad, zamiast planowanej jagnięciny - a  trzeba wam wiedzieć, że najlepszą jagnięcinę dostaje się właśnie w trattoriach leżących na terenie i w pobliżu Parco Nazionale del Abruzzo, Molise e Lazio, ba, wiadomo, tratturi i tak dalej (czym się tratturo je?) - jedliśmy ryby. Do trattorii Vecchia Marina dzwoniłam zza kierownicy. Otwarci? Będziemy między 13:30 a 14.  Trzymajcie dla nas stolik i nie zamykajcie kuchni!

Warto było gnać z wywieszonym językiem. Naprawdę warto. Maccheroni z owocami morza? Świetny. Fritto misto? Jeszcze lepsze. Ryby i owoce morza z grilla? Objawienie. I nawet brak butelki wina na stoliku (JC, dochodzący do siebie po usunięciu woreczka żółciowego, nie pił, a ja, kierowca docelowy, nie mogłam) nie popsuł nastroju....


Wbrew obawom, roboty w San Salvatore Maggiore postępują. Zdjęto stalowe plomby z wieży, wnętrze można obejrzeć i przekonać się, że barokowa fasada kryje średniowieczne sklepienia. Nie powinno to w sumie dziwić: okres świetności klasztoru przypadał na na wiek VI - VIII, a po najeździe Saracenów nigdy nie odzyskał swojej świetności. Barokowa fasada była jedynie malowaniem zwłok do trumny.

I jeśli o zwłokach mowa, to jesień jest. Liście umierają, Wasserburg zakłada ciepłe skarpetki. Może mniej pasiaste niż te z rury w Alkmaar, ale za to lepiej komponujące się z otoczeniem:



=====
Vecchia Marina
Lungomare Trento 37, 64026 Roseto degli Abruzzi (TE)
tel: 085.8931170
można płacić kartami kredytowymi
otwarci na obiady i kolacje
i znów jesteśmy sławni. Tak w ogóle. A więc, po raz kolejny Michelin uznał La Pergola z Rzymu za wspaniałą restaurację. W La Pergoli jeszcze mnie nie oglądano i pewnie nieprędko  -jeśli kiedykolwiek - mnie  zobaczą, ale do La Troty, bliższej i geograficznie i finansowo, pewnie się wkrótce wybiorę by pogratulować im nie tylko dwóch Michelinów ale też trzeciego widelca od Gambero Rosso. O tym widelcu rozmawialiśmy bodajże dwa lata temu, że niby ma być przyznany, ale jakoś nie był. Więc sprawiedliwości stało się zadość.

I tak oto rok 2015 ma być nie tylko rokiem dachu na Casa di Giuseppe, ale też i rokiem w którym La Trotę uznano za jedną z 19 najlepszych restauracji we Włoszech.  Nie żeby na pytanie jak żyć panie prezydencie od razu odpowiadać tylko według gwiazdek i widelców, ale miło, że naszych tak uhonorowano, a gdy się osobiście zna właścicieli to czuję się tak jakby mi ktoś nowe dachówki podarował....

I jeśli już o honorach mówimy, to najdroższą restauracją we Włoszech (zdaniem CNN) nie jest ani Osteria Francescana (z Modeny) ani La Pergola, w której płaci się 220 euro (bez win) od osoby za konstrukcje jadalne i widok na Rzym, a restauracja położona rzut beretem od Ginestry, w Viacone. Solo per Due, bo tak się nazywa owa restauracja, jest najmniejszą restauracją na świecie - jeden stół, dwa krzesła. Imprezy z przyjaciółmi tam nie zrobisz.

Do Solo per Due też się nie wybieram, w ostatecznym rozrachunku bliższy memu sercu dach niż romans wśród świec i jedwabiów, ale podziwiam pomysł. Podobno jedzenie w Solo per Due jest doskonałe, a obsługa jeszcze lepsza :) i za to miejscowej sabińskiej inicjatywie cześć i chwała, bo skoro ludzie chcą tyle kasy wywalać za wieczór trzymania się za ręce i dziubania ravioli w kształcie serca, to lepiej żeby to robili u nas, w Górach Sabińskich, niż u obcych, we Florencji.

Bowiem niezależnie od tego co prawi podlinkowany artykuł CNN, na geografii się nie znający. Viacone bowiem leży w Lacjum a nie w Umbrii jak tego chce CNN, Enoteca Pinchiorri pozostaje najdroższą restauracją we Włoszech. 300 euro od osoby, bez wina i pewnie bez wody mineralnej. Czyli o suchym pysku. Kilka lat temu Gambero Rosso zabrało Pinchiorri jeden widelec ale nadal rezerwacje trzeba w Pinchiorri robić z dużym wyprzedzeniem. Więc może nie o nagrody i laury chodzi, a o coś innego? Tylko ja nie wiem co to coś innego jest.

Ale ja w ogóle burak jestem, a moją ulubioną restauracją jest ostatnio La Fiaccola w Anversa degli Abruzzi, gdzie kilka dni temu podkradałam z talerza JC troffie w sosie z ricotty, pecorino i szafranu, obrabiając drugą ręką ravioli nadziewane burratą i polane sosem pomidorowym przecudownej świeżości. I jakby tego było mało,  mięso z grilla, specjalność regionu, też nam bardzo smakowało. I jeszcze sałatka z cytrusów, cima di rape (liście rzepy) z fasolą jako dodatki. I do tego przyjemne wino, może niekoniecznie z wyższej półki, ale w stylu włoskiej trattorii - niedrogie i w dzbanku :)


 A że czworo nas było, to podzieliliśmy się cima di rapa gotowaną z fasolą, grillowanym mięsem i jeszcze pozostało miejsca w żołądkach i na tortę z figami i na herbatniki regionalne. Było dobrze, było tanio, czyli w cenie kilku dachówek oraz na luzie i atmosferycznie. A że przy okazji La Fiaccola okazała się być nagrodzona jedną krewetką przez Gambero Rosso? No cóż, czasami nasze zdanie pokrywa się ze zdaniem przewodników kulinarnych ;)

Sama Anversa degli Abruzzi okazała się przyjemnym miasteczkiem, ustawionym na urwisku, z widokami na góry i drogę prowadzącą do Scanno, ale, w przeciwieństwie do Scanno, Anversa ma mniej zabytków. Ponieważ zbudowano ją z kamienia w kolorze beżowym i nie trzeba się do niej przedzierać przez drogi wyryte w skałach, wydaje się przyjaźniejsza od jej sławniejszego sąsiada. W dodatku leży blisko autostrady z której musicie zjechać jadąc z własnym wężem do Cocullo, na majową procesję.

==
La Fiaccola
corso Raynaldo d'Anversa7/9
Anversa degli Abruzzi (AQ)
tel 08 644 9474
otwarci 7 dni w tygodniu, 12:30 - 14:00 i 19:30 - 22:00
parkować w okolicy rynku lub ulicę niżej, restauracja nie ma własnego parkingu

na zdjęciach: Anversa i jej okolice
co robić w niedzielę, gdy trzeba JC odkleić od komputera i przypomnieć sobie, że istnieje coś takiego jak kultura? Ano trzeba pójść do muzeum. A co robić w niedzielę, gdy marzy się o doskonałym cappuccino na śniadanie? Idzie się do ulubionej kawiarni.


Czasami ma się to szczęście, że ulubiona kawiarnia jest jednocześnie muzeum. I wtedy warto jechać godzinę by, siedząc na kanapie, sączyć doskonałe cappuccino i wybierać eksponat, który chętnie miało by się w domu, gdyby torebka była wielkości walizki i obsługa nie kręciła po sali :)

Najlepsze cappuccino w Monachium podają w kawiarnii muzeum Kaffe. espresso & barista, Schlörstraße 11 (róg Schulstrasse). Dodatkowo są tam dobre ciasta, kubańska muzyka, plakaty włoskie (i nie tylko), zdjęcie La Loren, plastikowa palma, lampa Arco i kawa Passalacqua. A otwarci są również w niedzielę.

====
design do parzenia kawy
la moka


Wjazdu do Catanii nie pamiętam. Nie wiem jak wyglądały jej przedmieścia i nie przypominam sobie od której strony wjeżdżaliśmy. Czy od strony Etny? Czy raczej od północy? Nie pamiętam też nazwy placu na którym zakończyła się niespodziewanie próba dojechania do hotelu przy głównej ulicy.


Co pamiętam to ciemne ślepia wyglądające zza narożnika kamienicy. Należały do dużej czaszki z prawie świeżnobiałej kości, pomazanej kreskami jasnoczerwonej jeszcze krwi.  Leżała na stertach niebieskich plastikowych worków ze śmieciami. Obok walały się puszki po pomidorach i oleju, a mIędzy nimi, jak krwista kolczatka, sterczały wyrostki kolczyste krowich kręgów do których przyssały się dwa prawie rude i prawie bure koty.

Takim samym nieobecnym wzrokiem patrzyli na nas dwaj Chińczycy stojący przed usypiskiem worków z ryżem i pod girlandą jaskraworóżowych i pomarańczowych lampionów.

Via Entea, z całym jej barokowym i dziewiętnastowiecznym slendorem, ciągnęła się o 100 metrów dalej, schowana za podwórkami z przeszklonymi klatkami schodowymi, ażurowymi drzwiami wejściowymi i bramami wjazdowymi z drewna i żelaza.

Trochę jak w teatrze. Lub w operze: publiczność, dekoracje i kulisy. I od czasu aria. Lub chór.



Chór na placu Belliniego. Domagamy się otwartości w polityce. Praw dla emigrantów. Wszyscy należymy do rodzaju ludzkiego, skandowali demonstranci z czerwonymi transparentami. Otaczał ich krąg policji, przechodnie odwracali głowy. Demonstranci za plecami mieli pomnik Belliniego, a przed sobą, po drugiej stronie ulicy, ruiny teatru rzymskiego.


Kolację jedliśmy w 'U Fucularu, malutkiej osterii na via Pardo. Szło się do niej przez pomazane graffiti uliczki, obok kamienicy która mogła być squatem, ale nie była. Sama trattoria zajmowała narożny lokal. Siedząc na zewnątrz patrzyliśmy na dwa bary, które wylewały się białymi plastikowymi kanapami Starcka na wybrukowany plac. Nad głowami powiewały proporczyki i jazgotały wielkoekranowe telewizory. Transmitowano mistrzostwa świata w piłce nożnej i Catania szykowała się na oglądanie meczu.

W 'U Fucularu podano nam najlepszą impepatę di cozze, mule z czarnym pieprzem, i grillowane kalmary. Za pełną kolację dla czterech osób, butelkę dobrego czerwonego wina i dwie wody mineralnej zapłaciliśmy niecałe 90 euro.

Następnego dnia po południu na Piazza del Duomo obserwowałam sesję zdjęciową. Dziewczynka, może dziesięcioletnia, pozowała do zdjęć komunijnych. Stała pochylona, unosząc do kolan białą sukienkę. Sukienka zsuwała się z ramion, a jeden z fotografów przerzucał jej długie włosy tak, by loki spadały na niewielkie jeszcze piersi.

Zrobiłam 30 zdjęć w Catanii. Wszystkie niewyraźne, często zamazane.

W niedzielę wieczorem wybuchła Etna. Z via Etnea patrzyliśmy na słupek ognia i pomarańczowe stróżki lawy. Następnego dnia pojechaliśmy do Enny.
 
I choć moje wspomnienia kolorem nie grzeszą, to do Catanii wracamy. Żadne z miast sycylijskich nie zrobiło na nas takiego wrażenia.




W przewodniku przeczytałam, że Catania to jedno z najbardziej słonecznych miast Europy i choć jej zabudowa to szare tynki i czarne  lśniące  'azzolu pokrywające fasady kamienic, to samo miasto jest bardzo kolorowe. Przyjmuję informację do wiadomości, wrócę w maju 
przyszłego roku by sprawdzić. Catanię zdewastowaną najpierw wybuchem Etnyy a kilkanaście lat później trzesięniem ziemi, odbudowano w stylu barokowym i jako jedno z 8 barokowych miast Doliny Noto trafiła w 2002 roku na listę UNESCO.


Catania ma dwóch świętych: Agatę i Belliniego. Na cześć tej pierwszej robi się w styczniu i lutyme olivette di Sant' Agata. Oliwki św. Agaty to kulki z masy marcepanowej, barwione na zielono. Natomiast Bellini jest patronem sosu do makaronów. Sos robiony jest z bakłażanów, doprawiany pomidorami, bazylią i ricottą. I zwie się Norma. Na cześć najsławniejszej opery Belliniego.

Byłam przekonana, że do 'U Fucularu leży po tej samej stronie via Etnea co katedra św. Agaty. Pisząc o Catanii spojrzałam na mapę miasta. Via Pardo jest po drugiej stronie. Nie po prawej stronie via Etnea, a po lewej. Zdjęć też mam jakby ciut więcej. I o dziwo, niektóre pokazują i kolory i słońce.  Więc gdzieja byłam? Przespałam tę Catanię czy co? A jeśli przespałam to przypadkiem nie kwalifikuję się do opery Belliniego? Tylko nie Normy a do Lunatyczki -  La Sonnambula

========
Co zwiedzać w Catanii? Między innymi:
  • Piazza del Duomo, a więc katedrę, termy, muzeum diecezyjne
  • Kościół św. Franciszka i za łukiem San Benedetto przejść najbardziej reprezentacyjną ulicą Catanii, pełną barokowych pałaców i kościołów
  • San Nicolo l'Arena - największy kościół sycylijski, dzieło Stefano Ittar. Obok znajdują się łaźnie rzymskie, naprzeciw - klasztor bedyktyński - bodajże największy w Europie (zwiedzać można tylko z przewodnikiem),
  • Sant' Agata alla Badia
i tak dalej i tak dalej...

strona oficjalna miasta
Jedziemy na Sycylię
Vincenzo Bellini po PL, EN i IT.
inna pasta alla Norma


Powiedzenie że to droga a nie cel się liczy, wymyślił to ktoś, kto nigdy nie spieszył się do Ginestry, nie klął na ciągnące pod górę auta z domkami kampingowymi na smyczy i nie rzucał kurwami przy zjeździe z autostrady, gdy jeden z drugim po 20 minutach stania w kolejce już przy kasie zaczynał szukać porfela po całym samochodzie. Oczywiście jeśli się jest mistrzem zen to podchodzi i dziękuje bliźniemu, że dzięki niemu można dłużej podziwiać zachód słońca nad Apenninami.

Ale nawet jeśli się nie jest mistrzem zen, a limit kurw i alfonsów wyczerpał się gdzieś w okolicach Modeny i w dodatku po 6 godzinach za kierownicą nienawidzi się ludzkości, a tej z kamperami w szczególności, to Alto Savio jest potrzebne. Alto Savio poprawia samopoczucie. Raz, że jest tuż przy zjeździe z SS4bis.  Dwa, że chyba nikt w okolicy nie podaje lepszych prawdziwków. Te z Alto Savio otoczono w delikatnym cieście i wrzucono na głęboką oliwę. Czy jedliście cielęcinę z grilla? Taką lekko przerośniętą tłuszczykiem, chrupiącą, aromatyczną, posypaną solą gruboziarnistą? A do niej pieczone pomidory ze 'skórką' bułki tartej. I jeszcze cebulki pieczone, podlane balsamico? Do pełni szczęścia brakuje jedynie możliwości wypicia całej butelki a nie jedynie pół litra miejscowego sangiovese (czy wiesz, że Romagna robi bardzo dobre wina?), ale my specjalnie narzekaliśmy. To znaczy nie narzekałam ja, bo JC pić nie mógł. Przegrał rzucanie monetą i na niego padł dyżur za kierownicą.

Alto Savio poleciła nam właścicielka Locandy Gambero Rosso, gdy zmęczeni drogą, kamperami, niedzielnymi, sobotnimi i piątkowymi kierowcami na austriackich, niemieckich i szwajcarskich papierach, postanowiliśmy zatrzymać się na kolację w Bagno di Romagna, właśnie w Gambero Rosso. Ale oni tego sobotniego wieczora podawali menu degustazione, więc przeesemesowano mi a numer telefonu do Alto Savio: tradycyjna kuchnia, warto do nich pojechać.  I tak jadąc na Viji i Patrika ostatnią wieczerzę w Ginestrze, poznaliśmy nie tylko źródła Tybru kapiące z Monte Fumaiolo, ale też doskonałe miejsce na piątkową kolację i niedzielny obiad. W niedzielę, choć restauracja pękała w szwach i przygotowano nam tymczasowy stolik w barze, wgryzaliśmy się w królika pieczonego z ziemniakami oraz siorbaliśmy flaki na modę florencką. Wszystko aromatyczne, akuratnie przyprawione, podlane dodatkowo następnym półliterkiem miejscowego sangiovese. Do domu, kompletnie zen, dojechaliśmy na luzie. Nie wiem jedynie czy to zasługa obiadu w Alto Savio czy braku kamperów na niemieckich, austriackich lub szwajcarskich blachach na Brennero.


Trattoria Alto Savio
Via Battistini 74
loc. S. Piero in Bagno
47026 Bagno in Romagna
tel. 0543/903397
otwarci również w niedzielę na obiad
marzyłam by pójść do Canosy. Właśnie do Canosy a nie do Canossy, gdyż do tej ostatniej idzie się by wyrazić skruchę. Ja Henrykiem IV nie jestem, władzy papieskiej nie uznaję, pojęcie skruchy i grzechów znam jedynie z literatury, więc do Canosy idę tylko i wyłącznie w celach turystycznych.

Do apulijskiej Canosy jedzie się turystycznie by zobaczyć pozostałości po greckim akropolu, zwanym z niewiadomych powodów zamkiem, ruiny po kościele przedromańskimi i grobowiec Boamundusa (więcej tutaj), albo by zobaczyć procesje wielkanocne.

piątek z Krzyżem
 A z tych Canosa di Puglia słynie na całe Włochy: Najpierw jest piątkowa, z Drogą Krzyżową i Matką Bolesną całą w czarnych koronkach, niesionymi przez ciemne już stare miasto. A potem jest sobotnia Desolata, Processione della Desolata, wielka, głośna i dech zapierająca.

korowód

I choć podobno tradycja procesji w Canosie sięga średniowiecza to najbardziej widoczna jest barokowa dosłowność kontrreformacji: Jezus wśród gałęzi oliwnych, aniołek w różowej szacie niosący gąbkę na włóczni, dziewice w fioletowych szatach i fioletowych welonach z pejczami. Barokowa jest też oprawa muzyczna, gdyż Desolata znana jest przede wszystkim z chóralnego Stabat Mater, której słowa napisał w Renesansie Jacopone da Todi, muzykę skomponował wenecjanin (?, miejsce urodzin nie potwierdzone) Antonio Lotti w XVIII wieku.

Canosa di Puglia: burka

Dziewic w fioletach było mniej niż czterdzieści (policzyłam), pejcze zrobiono ze sznurka, gąbkę z plasteliny, aniołkowe skrzydła z tektury, a ksiądz wydawał się być duchem gdzieś indziej. Ale przede wszystkim była muzyka: zawodzona pieśń na trzysta ileś głosów (nie znalazłam oficjalnych danych, jedne źródło podaje ponad 250, inne 350, a jeszcze inne ponad 400) kobiet ubranych na czarno, z czarnymi chustkami przykrywającymi twarze, kobiet trzymających się pod ręce.
kolor

Przyznaję, że na Desolatę pojechałabym jeszcze raz, właśnie dla Stabat Mater i dla widocznej kobiecej solidarności. Nie mniej jednak mam świadomość, że jest też inna strona tej samej opowieści: dzieci niosące narzędzia tortur i spryskane krwią serwetki, kobiety w burkach, znające swoje miejsce w orszaku prowadzonym przez mężczyzn: jednego w ornacie podtrzymywanym na rogach przez dwóch ministrantów, innych w poczesnym miejscu, czyli tuż przy statui Matki Boskiej. Taka procesja dla kobiet, w której miejsce kobiet wyznaczane jest przez mężczyzn.

=====
Więcej:
Anna Pianura Fotografie
Giacomo Rosato Fotografie
artykuł w Fame di Sud
i u Salvatore Piciutto.it

====
informacja turystyczna:
  • przyszłoroczny plan procesji w regionie można będzie znaleźć na tej stronie
  • nocowaliśmy w hotelu Altavilla, ekstazy nie było, ale udręki też nie: miła obsługa, dobre śniadanie, duża łazienka, przystępna cena i parking strzeżony, co - według recepcjonisty - jest dodatkowym walorem, gdyż włamania do pozostawionych na ulicy samochodów zdarzają się coraz częściej, zwłaszcza nocą.
  • w Canosie jest kilka dobrych restauracji, a w odległości 10 km - doskonałe Antichi Sapori i Osteria dei Massari, my wybraliśmy  Osterię Vinalia, którą mogę polecić wszystkim miłośnikom prostego jedzenia i domowej atmosfery.  Nie dosyć, że smacznie, to i karta win porządna i przyjemne dla kieszeni ceny. Za posiłek 'pełen wypas', zestaw miejscowych zantipasti i półmisek jagnięciny z grilla oraz butelkę bardzo porządnego Trentangeli od Tormaresca, zapłaciliśmy 55 euro i jeszcze wyszliśmy z prezentem w ręku i adresem dobrej miejscowej piekarni.

Formaggio di fossa, jeśli wierzyć Gillian Riley*, wziął się stąd, że sery kradziono i w obronie przez złodziejami gotowe sery chowano w jaskiniach i dziurach. A więc nie o smak chodziło, ale o zabezpieczenie majątku. W pewnym momencie ktoś się zorientował, że te kiamienne kasy pancerne to zupełnie przyzwoity polepszacz smaku. I tak już zostało do dzisiaj. Formaggio di fossa z Sogliano w Romagnii od roku 2009 ma swoje oznaczenie DOP. A Presidio Slow Food tłumaczy, że ser produkowany z mleka owczego, czasami z dodatkiem krowiego i pakowany jest w woreczki lniane, które dają serowi atrakcyjną fakturę, po czym zagrzebywane są w tufowych norach na trzy miesiące. Mieszanka bakterii i mikroklimatu tufy ma coś z serem robić, czego nie udaje się osiągnąć w miejscach bez tufy i tufowych bakterii.


Jadąc do Ginestry przejeżdżamy przez Sogliano. I bardzo często zatrzymujemy się na obiad w przydrożnej restauracji. Podają w niej piadiny i potrawy robione z formaggio di fossa. I o ile formaggio di fossa w wersji czystej, a więc nie przetworzonej gotowaniem, nie smakuje mi w ogóle, gdyż odsiedziała w tufie owca nabiera właściwości smakowych brudnej kozy, to formaggio di fossa, a szczególnie ten młodszy, mniej zleżały, w ravioli bardzo sobie poważam. Nawet piadinę z ruccolą, prosciutto i skrawkami formaggio di fossa potrafię zjeść, zwłaszcza gdy popiję ją miejscowym sangiovese.

Kiedyś wydawało mi się oczywiste, że formaggio di fossa to ser całych Włoch. Jakby nie było, we Włoszech skał i jaskiń trochę jest. Ale okazuje się, że ten rodzaj sera robiony jest tylko w Romagnii oraz w okolicach Rimini i Urbino. Najwyraźniej jaskinia jaskini nie równa i jaskinie w których robi się lardo już do serów się nie nadają. I jak to we Włoszech bywa, ser wykopywany jest na imieniny świętej, w tym przypadku Katarzyny, a więc w listopadzie, co okolica świętuje z hukiem i oparach serów owczych smakujących jak kozie. Natomiast nikt nie chce mi podać daty składania serów do grot. Jedno źrodło mówi o lipcu, drugie o końcu sierpnia, a jeszcze inne milczy. Czyżby nadal obawiano się złodziei serów?

====
* The Oxford Companion to Italian Food, aut. Gillian Riley
Dizionario delle Cucine Regionali Italiane, Slow Food Editore
Atlante Slow Food dei Prodotti Italiani. Repertorio della Produzione Gastronomica Regionale, Slow Food Editore
L'Italia dei formaggi. Guide Touring. Touring Club Italiano

===
Adresy:
IIl Buongustaio di Paolo Farabegoli, Piazza Cavour 5,  Gambettola
Formaggio di Fossa di Rossini, via Pascoli 8, Sogliano al Rubicone
Fossa Pellegrini, via Le Greppe 14, Sogliano al Rubicone
Fosse Venturi di Rosaria Colicchio, via Roma 67, Sogliano al Rubicone fosseventuri@liberto.it
Jak się znęcać nad czytelnikami, to do końca. I jak śruby przykręcać to na maksa. A więc dzisiaj znów o restauracjach neptuna. Tym razem z Chioggii.

Recepjonista zaznaczył na mapie cztery restauracje godne polecenia. Odwiedziliśmy dwie. Obydwie doskonałe.


W Osteria da Nicola nie podaje się menu. Kelnerka (lub kelner) mówi co można zjeść, sugeruje odpowiedni zestaw i podpowiada, jakie wino pasuje. Potrawy są proste: mule w pikatnym sosie pomidorowym, dentice (kielczak) w puree ziemniaczanym, canestrelli* z sosem cebulowym, przegrzebki z pieprznym maslem, chrupiące fritto z kwiatów cukinii i owoców morza, cały okoń morski z grilla w wersji dziewiczej, a więc bez sosów i bez dekoracji.

canestrelli

La Taverna to Osteria da Nicola kulinarnie piętro wyżej. Misticanza di verdure i pesce podano tak, że ośmiornica była ciepła, ale mieszanka sałat pozostawała świeża i chrupiąca. Bucattini z bułką tartą, sardelami i orzeczkami piniowymi do klasyki potraw Laguny może i nie należą, ale i tak JC talerz wylizał. A. chwaliła sobie pieczoną w pergaminie flądrę z warzywami, a mnie mowę odjęło po pierwszym kęsie kalmara w grilliata mista, choć - teoretycznie - nic w nim niezwykłego nie było: kawałek zwierzyny z grilla, smak dymu, trochę soli, kropla cytryny. W Da Nicola tiramisu przypominało konsystencją semifreddo, w La Taverna sorbet melonowy i ciasto francuskie z truskawkami i czekoladą były świetne. Obydwie restauracje bardzo polecamy, Tańsza jest Da Nicola, ale i w La Taverna ceny mają mocno nieweneckie, choć woda mineralna była, moim zdaniem, droga. Do 3 euro za 3/4 litra San Pellegrino jeszcze nie przywykliśmy.

Ristorante La Taverna
Via Felice Cavallotti
Chioggia
tel. 041 401 806

Osteria da Nicola
Fondamenta S. Domenico
Chioggia
041 408 029

Rezerwacje wymagane, zwłaszcza w week-end. Dodatkowym plusem La Taverna jest przyjemny taras.

=======
* canestrelli - rodzaj jadalnych skorupiaków, wielkością przypominających sercówki, kształtem muszelek - przegrzebki. Kelnerka powiedziała nam, że to miejscowa specjalność. Nazwy nie udało mi się potwierdzić. Wujek google zna jedynie ciasteczka canestrelli.

Do Angioliny prawie nie dojechaliśmy. Zadzwoniłam z Velii, by zrobić rezerwację. Musicie jechać osiemnastką, bo droga między Ascreą a Mariną jest zamknięta po ostatnich ulewach. Jedziecie na Palinuro, skręcacie do Marina di Pisciotta. Nie zapytałam jak ich w Marina di Pisciotta znaleźć, bo wydawało mi się, że z gps-em w miejscowości z dwoma ulicami znajdziemy ich bez problemów. Wrong. Szukaliśmy ich prawie godzinę.

Drogę od drogi przelotowej do wybrzeża przejechaliśmy dwukrotnie, rozglądając się za jakimkolwiek napisem lub drogowskazem. Potem przejechaliśmy dwukrotnie wzdłuż wybrzeża. Restauracje były dwie, ale nie o nazwie Angiolina. I gdy zamierzyliśmy się poddać i zrezygnować z eleganckiego obiadu na rzecz jakiejkolwiek pizzy, zauważyłam uliczkę odbijającą od głównej ulicy i białe parasole Angioliny.


Dwie godziny obiadu to były najprzyjemniejsze godziny tego dnia, bijące i uroki świątyń Paestum i ruin Velii. Ba, z obiadem w Angiolinie przegrywa widok na turkusowe morze, kwitnące róże i bugenwille.  I nawet gdyby obok przechodził Bratt Pitt i Jeremy Irons pewnie bym ich nie zauważyła wpatrując się z podziwem na talerz. A było na co patrzeć i, przede wszystkim, było co jeść - lub - precyzyjniej - było się czym delektować.


Krewetki na kopcu z ugotowanych ziemniaków i ośmiornica z puree karczochowym. Ośmiorniczki duszone w barolo, podane z pęcakiem, czarne ravioli z rybnym nadzieniem w towarzystwie okonia morskiego z pary. Chcieliśmy jeszcze zamówić marynowane sardele, z których restauracja słynie, ale byliśmy za wcześnie na nowe i za późno na zeszłoroczne, a braki zrekompensowaliśmy sobie zamawiając desery, ja - suflet czekoladowy z imbirem, JC - ciasto zwane przez nas francuskim z musem bakłażanowym. A ponieważ sąsiedni włoski stolik rozpływał się w superlatywach nad ricottą z mleka bawolego, więc JC, poświęcając się dla włoszczyzny, poprosił jeszcze o porcję ricotty aromatyzowanej skórką cytrynową.

szczeżuja z bakłażanem i ser bawoli
Powiem tak: nawet jeśli jedynie po deser , to do Angioliny trzeba koniecznie pojechać. Na prawdę warta jest jest objazdów, pobudki o 5 rano i 300 km z kawałkiem w jedną stronę. Ośmiornica w barolo rozpływała się w ustach, za sałatkę powinni dostać kulinarny złoty medal od producentów ziemniaków, a za desery chciałoby się ich wynieść na ołtarze. Zwłaszcza za mus bakłażanowy.

I jakby zachwytów nad ricottą z mleka bawolego nie wystarczyło, wdałam się w dyskusję o rybkach, bowiem południowo-zachodnia Kampania, a więc Cilento,  słynie z produkcji solonych sardeli, zwanych tu alici (północne Włochy mówią na nie aciughe). Angiolina soli własne, ale nie produkuje sosu sardelowego znanego jako colatura di alici. Umówiliśmy się z właścicielem, że we wrześniu wracamy na torcik z marynowanych w soku cytrynowym sardeli, a on nam powie, do kogo mamy jechać po najlepszą colaturę.



O colaturze pisałam w poście o alice


Angiolina
Loc. Marina di Pisciotta
Pisciotta (SA)
via Passariello, 2
097 497 3188
www.ristoranteangiolina.it
otwarci od kwietnia do października
wyjeżdżając do Ginestry koty do samochodu pakujemy o 6 rano. Rezygnujemy też ze śniadania, bo w takie dni lubimy cappuccino i rogalik z konfiturą morelową. Śniadanie jemy więc już po stronie włoskiej, na pierwszej stacji na wjazdem na autostradę Brennero, choć jest to jeden z droższych autostradowych barów jakie znam. Wracając do domu lubimy zatrzymać się w barze na stacji IP przy via Salaria (SS4) za zjazdem na Ornaro Basso. Cappuccino mają gęste, a rogaliki nadziewają konfiturą jagodową, moją ulubioną. W Ginestrze na cappuccino idzie się gdy za barem stoi Luca. Rogaliki może są  jakby mniej wypieczone, ale kawa napewno jest wtedy lepsza. Dobre cappuccino robią też w barze w Osteria Nuova, ale tylko około 10, gdy ekspres jest dobrze rozgrzany. O 10 na ogół brakuje już najlepszych rogalików i czasami trzeba czekać w kolejce i, co gorsza, czasami trzeba wracać do baru by szukać kolesia od Alfy, który zaparkował tak, że nie możesz ruszyć auta.

Najlepsze autostradowe espresso piliśmy w Sarni w okolicach Neapolu (tak w jedną, jak i w drugą stronę). Filiżanki były jak z gliny ulepione, grube i niezgrabne, ale espresso miało cremę tak gęstą, że możnaby na niej, jak na tylnych drzwiach naszego samochodu, narysować serduszko przebite strzałą lub napisać prowokacyjnie ac milan.


Wracając w Nowy Rok z Ginestry do bawarskiego domu nudziliśmy się bardzo: na drodze pustki, nie ma na kogo trąbić i kogo przeklinać; nawet przez Terni przejechaliśmy na zielonej fali. Co prawda śniadanie wypiliśmy już na E45 gdzieś w okolicach Todi, gdyż wszystkie bary były zamknięte, ale cappuccino podali bardzo dobre. Gorzej z rogalikiem, bo ten nadziany był waniliowym budyniem, a nie cytrynowym kremem. A ja waniliowego budyniu nie lubię, zwłaszcza w TAKICH ilościach.

Jak już pisałam, nudziliśmy się bardzo, więc gdy wyczerpaliśmy zasoby tematu dyżurnego czyli wyboru fotela do ginestrowej czytelni, zaczęliśmy robić zestawienie ulubionych barów i restauracji autostradowych. I tak zdecydowanie kulinarnie wolimy Fini od Autogrilla i chyba maryginalnie lepszy od tego ostatniego jest również Sarni, choć nie Siro. Najbardziej, oprócz espresso z Sarni pod Neapolem, smakuje nam kawa na w barze-restauracji RiBox przy SS45. JC twierdzi, że mają też dobre obiady. Rogalików tam nie próbowaliśmy, ale - podejrzewam - że są takie wszędzie w Umbrii, czyli z dużą ilością nadzienia.

A tak w ogóle to przydałoby się zrobić mapkę dobrych autostradowych barów. Jakby nie było, kawa jednak kawie nierówna. Tak jak i rogalik, a więc - w zależności od regionu - cornetto (nie mylić z cornuto, za które można w ryja dostać) lub brioche, z konfiturą morelową lub jagodową, kremem waniliowym lub cytrynowym, nutellą lub czekoladą. A cornetto z konfiturą czereśniową podano nam do porannego cappuccino w barze na Starym Mieście.
Macie ulubione włoskie lodziarnie?  Ja jeżdżę do Rieti.

Na przeciwko S. Agostino, tuż przy parkingu, zaraz przy wyjeździe z centro storico, a więc na rogu Piazza Oberdan, otwarto niedawano sklep z czekoladkami, jadalnymi prezentami i lodami. Czekoladki do których można dokupić pudełko, zestaw herbat (drogie!), pojemniki na herbaty
(ładne) i różne smarowidła czekoladowe i orzechowe. Wszystko, z wyjątkiem pudełek i pojemników, robione lub zbierane ręcznie.

Napolen w Rieti

Lody gęste, bogate, pachnące. JC lizał śmietankowe i cynamonowe. Aurea z kremu pistacjowego i czekolady, ja poprosiłam o gałki pistacjowego i z kandyzowanych kasztanów. A ponieważ pozwoliliśmy sobie na wymianę lizania, więc mogliśmy ocenić. Wszystkie były doskonałe,

Najbardziej smakowały nam cynamonowe i z kremu pistacjowego. Pistacjowe były delikatniejsze, bardziej kremowe. Te z kremu pistacjowego kojarzyły się z masłem orzechowym. I z prażonymi pistacjami.

A na lody w Rzymie? Polecam blog Katie Parla

Gelateria - pasticeria Napoleone
via S. Agnese 4
Rieti
strony internetowej nie mają, godzin otwarcia nie zapisałam
chyba dostanę egzemplarz twojej książki? Gdy się ukaże, proszę przyjść na obiad. Będziemy świętować. No i poproszę wtedy o autograf.

Poszłam z książką zawiniętą w papier. Pomarańczowe samochodziki i szara wstążka.
Dziękuję też za przedstawienie mnie Valle Reale. Mają świetne wina.
Mam dla ciebie wino do spróbowania. Derthona z Piemontu.

To kiedy świętujemy?
W środę i czwartek jesteśmy w Bari.
W wtorki i piątki uczę w akademii kulinarnej.
W sobotę więc?

Wino Derthona wypiliśmy do kolacji

kompletny brak tradycji kulinarnych

Nie o nagrody chodzi, ale o smak wina

Baliśmy się, że nie przyjdziecie...
Przepraszamy, korki w Rieti,
Na co macie ochotę?
Czy mógłbyś nam coś zasugerować?
Comiciamo con la colazione. Cappuccino z dyni, pianka z wędzonej ricotty.

I po kieliszku prosecco z Colli Sabini.
Smakowało wino z Vignetti Massa?
To chyba najlepsze białe jakie kiedykolwiek piliśmy.
Powiem właścicielowi, ucieszy się, że wino smakowało. To samo wino do obiadu?

jak przekonać klienta, przyzwyczajonego do postrzegania pstrąga jako ryby dla niemowląt, że na tego pstrąga warto do nas przyjechać?

Karp w skórce makowej. Majonez z czerwonym radicchio
Nie wiedziałam, że surowy karp może być tak smaczny. Karp miejscowy?
Z naszego stawu.

Jajko w w skorupce z puree z topinamburu z miętowym sosem
A chrupiące pędy?
Chmiel smażony na oliwie.

Zaczęliśmy experymentować ze szczupakowym rosołem. W końcu wpadliśmy na pomysł, by rosół przefiltrować przez zioła.

Wędzony królik w cieście makaronowym, mus z pieczonych papryk

gotowany szczupak, z chrupiącą skórką, salsa z surowych warzyw
jak robicie, że skórka jest chrupiąca, a mięso gotowane?
Zapytasz Sandro, to ci wyłumaczy

Desery z warzyw: granita, tarta, ciastko, budyń. Zgadnijcie co jest w czym 

Zgadliśmy jedynie marchewkę w musie, dynię w cieście i buraki w granicie. Już Maurizio dodał, że jedliśmy jeszcze ogórkowe lody i tartę z brukwią.

i w dodatku brak perspektywy

gorgonzola, która tak smakowała twojemu mężowi pochodzi od małego producenta

polecam tomę i pleśniowy. Ricottę owczą zrobiono kilka minut temu, jeszcze ciepła

Przy stoliku zatrzymuje się Sergio, brat Maurizia.

W tym regionie nie mamy wielkich tradycji kulinarnych.
Ale to zmieniacie, prawda?
Podobała się nam filiżanka z dekielkiem, w której podanł kawę. Zapomniałam zapytać Sergio o sposób na szczupaka.

 *
Kolorowe cytaty pochodzą z rozdziału Elegancki obiad u Maurizia Servy. Zdjęcia z restauracji. O La Trota już pisałam

Ristorante La Trota

Rivodutri di Rieti
Via S. Susanna, 33
tel: 0746 685078


Wino Derthona produkuje Vigneti Massa, p.zza G. Capsoni 10, 15059 Monleale (AL), nie mają strony internetowej.
a więc gdzie dobrze zjeść w Rzymie? Najlepiej pytać. I nie o dobre restauracje, a o miejsca do których pytany lubi chodzić. Co prawda można usłyszeć, że córka jest psychologiem, a syn ma w domu parkiety, i najlepiej je się w domu, czyli w Ginestrze, ewentualnie - w drodze wyjątku - w Poggio Moiano, ale też czasami trafiają się rozmówcy, którzy potrafią powiedzieć coś więcej niż na niestrawność najlepiej zrobić napar z majeranku, a przed wyjazdem do Rzymu łyknij łyżkę naszej oliwy..

jedynie Tevere

Sergio chodzi do La Parolina (via Parioli 93) na pizzę, bo nikt tak jak oni nie potrafi ożenić pizzy neapolitańskiej z rzymską (tak, jest takie coś jak pizza rzymska). A jak dobre ciasto na pizzę to i calzone można tam zamawiać. Rzymski dodatek do Corriere della sera chwali la Parolinę za potrawy mięsne, a zwłaszcza za krokiety mięsne, choć podobno ich arancini nadziewane mozzarellę też są świetne. Fabrizio zna La Parolinę, ale woli Tuttifrutti.

Do Tuttifrutti (via via Luca della Robbia 3/A, zamknięci na obiad w poniedziałek i niedzielną kolację) idzie się na owoce morza i ryby. A więc pierożki rybne z sosem pistacjowym, spaghetti z sardelamii i dzikim fenkułem, ośmiornicę z ziemniakami i brokułami, Od siebię dodaję, że robią wyśmienitą baccala alla romana, czyli dorsza na słodko-kwaśno. No i czasami podają makaron z palonej pszenicy (pisałam o niej w notatce o paście ekstremalnej). Tani nie są, ale co jest tanie w Rzymie?

Borromini i Cecylia

Dobre wina z przystawkami? 
Enoteca Rocchi (via A. Scarlatti 7, zamknięci w niedziele)
A dobre wina i jeszcze lepsze jedzenie to u Bistrot dell'enoteca al parlamento (viale dei Colli Portuensi 436. Dodatkowy plus: otwarci od 9:30 do 22:30, i to przez cały tydzień).
La Barrique via del Boschetto 41b (sobota obiad i cała niedziela: nieczynni) oraz 20e20 na via Gadames 20b (zamknięci: sobota wieczorem i niedziela)

Pizzerie:

  • I due Fratelli na Via Val d'Ossola 74 (zamknięci w poniedziałki) czyli pizza neapolitańska
  • La Fucina via G. Lunati 25 . Najwyższa pizzowa półka: mąka tylko ze staroświeckiego młyna, drożdże z powietrza, składniki najświeższe. Zamknięci w soboty, otwarci od 19:45 do 23:00
  • La Gatta Mangiona via F. Ozanam 30, (tylko na kolację; zamknięci w w poniedziałki)

W pudełku z bardzo użytecznymi choć rzadko wietrzonymi rzeczami znalazłam dwie wymięte wizytówki z prawie nieczytelnym dopiskiem: warto!. Jadłam  tam, czy wizytówki dostałam w prezencie? Nie pamiętam. Ale wykrzyknik zapisany moją ręką, więc polecam:

Armando al Pantheon Salita de' Crescenzi 31 (nieczynne: sobota wieczór i niedziela)

l'Asino d'Oro via del Boschetto 73, a więc w pobliżu dobrej winiarni La Barrique (patrz powyżej). Kiedyś byli w okolicach Orvieto, od kilku ładnych lat urzędują w Rzymie. Ceny nadal prowincjonalne, poleca ich Gambero Rosso. Więc ja też.

Ale da mnie, gwiazdą wieczoru, mekką miłośników kulinariów, miejscem pielgrzymek, jest polecona przez Luigiego LO'steria ((via Prati della Farnesina 61, zamknięci w poniedziałki).  Jest sezonowo, jest tradycyjnie. I w dodatku niedrogo. I nawet jeśłi nie chce się jeść, to warto zamówić talerz zakąsek.  Ale LO'serii trzeba iść na głodnego, bo jak inaczej można poradzić sobie z michą flaków, jagnięciną czy też dorszem? Gambero Rosso twierdzi, że trudno o lepszą trattorię z BARDZO niskimi cenami.
Było też o Le mani in pasta, i to dwa razy,  Pisałam też o Open Colonna i jakiś tam zabytkach, ale kto by się zastanawiał nad zwiedzaniem, skoro ogonek już się dusi w garze a wino nabiera mocy? :D

w czerwcu, gdy ze względu na temperatury w Rzymie nie dawało się żyć, pojechaliśmy doTrastavere, czyli na Zatybrze, by odwiedzić świętą Cycylię i przy okazji zajść do naszej ulubionej knajpki Le mani in pasta. Samo Trastavere, a zwłaszcza jego centralne rewiry, zrobiło się modne na kiepską modłę. Co druga trattoria i bar serwuje American breakfast, a na ulicach stoją człowieczki z trampkach ortopedycznych i podciągniętych prawie pod pachy szortach, które z tylu wcinającą się w pośladki, a z przodu napinają bawełniane polo w pastelowe paski, czekających w towarzystwie wielkich walizek na taksówkę. I choć w Le Mani przybyło stolików i rozdzielane są one według klucza - tu miejscowi, tam przyjezdni Włosi, a gdzie indziej cudzoziemcy, to jednak w Le Mani nadal można zjeść niedrogo i dobrze. O czym przekonaliśmy się zamawiając sałatkę z ośmiornicy i cieciorki oraz pieczoną rybę w ziemniakach. A że kucharz ugotował za dużo fettucine, więc dostaliśmy jeszcze miskę z makaronem w sosie mięsnym. Danie piątkowe to nie było, ale smakowało bardzo. Popiliśmy je prosecco, poprawiliśmy grappą i kawą, które - jak twierdził kelner - pozwalają lepiej znosić upały. Gdy JC płacił rachunek, ja stałam na zewnątrz z kucharzem: Znam z widzenia twoją twarz. Masz dobrą pamięć, bo ostatni raz zagłądałam do twojej kuchni wybierając homara. Siedziałam wtedy przy tym samym stoliku pod ścianą, piłam to samo prosecco.Tylko restauracja była wtedy przestronniejsza. Tak to już jest: albo podnosisz ceny albo dostawiasz stoliki. Ceny wynajmu poszły w górę, nawet na tym zadupiu. A do nas nadal zachodzą miejscowi.Smakowało wam ragu? Smakowało, ale nie pasowało nam ani do ryby ani do pory roku. No bo tak to już jest z turystami. W upał zamawiają sos mięsny i steka. I to w piątek!

Le mani in pasta
via dei Genovesi 37
Roma
otwarci: 12:30 - 15 i 19:30 -23:30 od wtorku do niedzieli
strona internetowa: www.lemaniinpasta.com

http://wloszczyzna.blogspot.de/2010/04/wygnanie.html w kwietniu 2010 wybierałam się do Le mani in pasta by sprawdzić czy nadal dobrze gotują
i jeszcze http://wloszczyzna.blogspot.de/2009/07/rzym-2.html
dłużej nie da się tak żyć. No bo jak długo jeszcze można zmuszać się by jeździć do Trydentu na obiad? Na przykład przedwczoraj musieliśmy iść do Trattorii Piedicastello.

Piedicastello na Piazza Piedicastello w dzielnicy Piedicastello

 Makaronu nie chcieliśmy, bo makaron mamy w domu. Ale do stolika podszedł kelner i zaczął nam zdanie zmieniać: z primi mamy domowej roboty tagliatelle i linguine. Te pierwsze z kurkami lub z sosem ze świeżych pomidorów. Do linguine podajemy moscardini (malutkie ośmiorniczki). 

No i jak tu było nie zamawiać makaronu? Musieliśmy.

Na dworze upał, w karafce pół litra białego wina, w szklaneczkach spritz winny z wodą mineralną, stół pomalowany przez właściciela - artystę w tulipany holenderskie, a tu kelner zmusza do wysiłku podejmowania decyzji: na drugie możemy podać pikantny gulasz cielęcy, wołowinę duszoną w teroldego i dzika w sosie własnym. Do tego polenta lub ziemniaki z piekarnika. I gdyby chciało nam się podejść do stołu przy wejściu do kuchni, to są tam ustawione przystawki warzywne. Nie podeszliśmy, z trudem nalaliśmy po jeszcze jednej szklaneczce białego wina, dopełniliśmy wodą mineralną i wyciągnęliśmy okulary słoneczne. Słońce odbijające się od kolorowych tynków dawało po oczach.

Gdy w domach wokół piazzy zatrzaskiwano okiennice, na stole stawiano miskę z piegowatą polentą, talerze z gulaszem oraz wołowiną duszoną w teroldego. Poprosiliśmy o dodatkowe pół litra wina, bo to w karafce wyparowało w upale. I na wszelki wypadek zamówiliśmy jeszcze jedną mineralną.

Godzinę później tłumaczyłam, że na tiramisu to my już miejsca nie mamy. Ale wrócimy na nie za miesiąc, gdy zatrzymamy się w Trydencie w drodze do Ginestry.

Trattoria Piedicastello
Piazza Piedicastello
Trento
tel. 0461 230730
nie przyjmują kart kredytowych i nie mają strony internetowej.
Włochy znalazłam w Yorkshire. Mówiono tam, co prawda, po angielsku, ale czułam się tam jak we Włoszech. Przede wszystkim dlatego, że wszyscy których spotkaliśmy mieli nam coś do opowiedzania. Pani w wędzarni podała nam przepis na parkin i wdała się w dyskusję o najlepszych herbatach (jej zdaniem najmocniejszą, a więc najlepszą, robi Taylors of Harrogate). W barze w York słuchaliśmy wykładu o wpływie centrów handlowych na życie miasta. Uczestniczyliśmy w przeglądzie piw miejscowych (najbardziej smakował nam Blackout z Cropton Brewery), wylizywaliśmy telerzyki po puddingu z chleba, nie potrafiliśmy odmówić sobie jeszcze jednej łyżeczki lodów rabarbarowych. Miejscowe sery jedliśmy z krakersami. I nawet nie wiem, które nam najbardziej smakowały: czy z owsem, czy może z solą morską. Albo te ciemnoszare, przypominające węgiel kamienny, zagniatane z czarnej mąki. Okazało się też, że Cornish Blue nadal jest naszym ulubionym serem z błękitną pleśnią, ale nie gardzimy wędzonym dojrzałym cheddarem czy prostym Wensleydale, zwłaszcza na kawałku keksu z bakaliami.
moores i dales Yorkshire

Sunday roast i yorkshire pudding potrafi być sexy, zwłaszcza gdy podają go w Wensleydale Heifer, a dobrze zrobione fish and chips (a takie są w Mad Magpie w Whitby), to sprawa warta poświęcenia i prawie dwugodzinnej przejażdżki po lewej stronie drogi. Powiem tak, fish and chips z Mad Magpie mogą stanąć w szranki z najlepszymi potrawami rybnymi z Włoch. I jeszcze dodam, że ten, kto twierdzi, że angielska kuchnia jest kiepska, nie wie o czym mówi.

No i krajobrazy. Te domki z kamienia. Te owce beczące na łąkach. Te chmury przewalające się nad wzgórzami poszatkowanymi kamiennymi murkami. Gdyby nie dom w Ginestrze, chciałabym mieszkać w Yorkshire. Tylko nie w Yorkshire od moors, tylko Yorkshire od dales, koniecznie w Constable Burton. Mojej ulubionej wiosce północnych rubieży Włoch.
15. marca JC wszedł w wiek, który prywatnie nazywamy vintage: jeszcze nie antyk, ale zdecydowanie styl retro. No więc mój mąż  zapytał: co chciałabyś robić w moje 50. urodziny? A ja mu powiedziałam, że chciałabym je świętować w Trydencie.


Od Dolomitów buchało wiosną: góry okrywała zielona mgiełka, pachniały drzewa z różowymi kwiatami, forsycje szalały na żółto, w restauracjach menu zakwitło mleczem. W Lo Scrigno del Duomo podano nam prosecco i sałatkę z mleczu, jajek w mundurkach i chrupiacego boczku, a w Il Libertine, naszej ulubionej restauracji położonej po drugiej stronie Adygi, w dzielnicy Piedicastello, mogliśmy się w mleczu tarzać, mieli bowiem menu mleczowe, co nazwano menu tarassaco, w nawiasie denti di leone: bezmączne placki ziemniaczane z sałatką mleczową, ravioli nadziewane mleczem i owczą ricottą, tagliata wołowa (niestety, w sosie winnym) z podsmażanym na oliwie mleczem. Używaliśmy jak króliki, żując gorzkawe łodyżki, przełykając delikatne listki, wylizując talerze po różnych sosach, przy okazji wznosząc toasty za ciężkie życie gryzonia. Pogody ducha nie była w stanie zmącić świadomość, że po raz kolejny zgubiłam szalik i rozjeżdżające się na kamiennej kostce nogi w trzewikach na skórzanych podeszwach. Bezmleczowa była deska miejscowych serów w Lo Scrigno, ale za to z różnymi wytrawnymi konfiturami i gorzkawymi miodami.


Gorzko było na ulicach Trydentu. Wszędzie proszący o wsparcie, jedni bardziej, drudzy mniej natarczywie.

Grupa kawoszy przy stolikach, kompletnie obojętnych na chodzącego między nimi chłopaka w dziurawym swetrze. Pochodził z Sudanu (a może z Ugandy?) i zbierał na wyjazd z Włoch. Jak twierdził, a mówił dobrze po angielsku, nie ma na jedzenie.

W parku przed stacją kolejową, pod pomnikiem Dantego, sypialnia bezdomnych i tłumy kręcące się pod urzędem po drugiej stronie ulicy. Z tego co zrozumiałam, w soboty dawano zasiłek.

W niedzielę całe miasto zamknięto i urządzono wielki targ. Kupić można było wszystko. Drzewko oliwne słusznego wzrostu też. Bez drzewka oliwnego, ale za to z workiem suszonych owoców wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w kierunku domu, bo JC chciał wracać bocznymi drogami. Za Bolzano skończyła się wiosna i pojawiła się pierwsza informacja, że przełęcz na JOT jest zamknięta do wiosny. E tam, powiedział JC, przecież nie jest powiedziane, że musimy przez nią jechać. Po godzinie, w polu pokrytym zmarzniętym na kość śniegiem, zawracał w kierunku Bolzano. Innej drogi niż przez przełęcz na Jot nie było.

Przypisek biologiczny: na menu w Lo Scrigno mlecz zwano denti di cane. W Il Libertino wytłumaczono mi, że denti di leone, denti di cane i tarasacco to jedno i to samo. Jak się potem okazało, że jedyniw w Trydencie, bowiem denti di cane to nie mlecz, ale roślinka przypominająca fiołki alpejskie tudzież drobne owoce morza.
pytanie tylko z jakiej bajki, choć napewno nie jest ona disneyowska. Jeśli już to bardziej andersenowska, choć światło jakby nie to...a trafiliśmy do niej gdyż JC chciał klimatów Południa. A że w Fondi już byliśmy, więc Południa postanowiliśmy poszukać po drugiej stronie granicy Lacjum.

I tak trafiliśmy do Teano, miasta o którym nie wiedzieliśmy nic, poza tym że leży w Campanii i ma ładną nazwę. Spodobało się nam od pierwszego wejrzenia, choć na placu przed pocztą wybudowano cementową konstrukcję przestrzenną, mającą zapewne spełniać funkcję dekoracyjną, choć jej wartości artystycznjej nie byłam w stanie docenić. Reszta miasta, mocno wyludniona z powodu pory obiadowej, przypominała salonik rokokowy z powycieranymi brokatami, odpadającą pozłacaną sztukaterią i mętnymi lustrami, czyli miała to co lubię ostatnio najbardziej: atmosferę i ślady używania. Czego nie miała, to nie miała w centrum żadnej trattorii, która by nas nakarmiła. Wiem, bo pytałam miejscowych, zamykających żaluzje i zatrzaskujących drzwi. Odesłano nas to pizzerii: skręćcie w prawo, na rozjeździe odbijcie w prawo, w dół. Pizzeria jednak zamknięta była. Może i dobrze, bo nazywała się Mexico...A my wróciliśmy na parking obok urzędu miasta, posterunku carabinieri i kościoła, by wsiąść w samochód i wrócić do restauracji przy podjeździe do miasta, która z racji neonu i koloru wędzonego łososia jakoś nie przypadła nam do gustu.


trzy kolory Teano

Ale, jak to w bajkach bywa, dynia zamieniła się w karocę, a restauracja z pomarańczowymi podpiętymi artystycznie firanami, we wspaniałe miejsce. Przede wszystkim jedliśmy przy stole pokrytym białym papierem, co mnie zawsze pozytywnie nastawia do miejsca, zwłaszcza gdy na ścianie telewizor miga najnowszymi wiadomościami. Kelner opowiedział o lazanii, którą dzisiaj zrobili i zasugerował zakąskę z porcji miejscowej kiełbasy z miejscowymi marynatami, tubylcy wpadali po naczynia z kawałami lazanii na wynos, za plecami siedziała rodzina z dziadkiem, któremu trzeba było pokroić makaron. I w ogóle swojsko było, zwłaszcza gdy na koniec pojawił się kucharz i porozmawiał o lazanii (przekładanej jajkiem na twardo i kawałkami kiełbasy) i planach kulinarnych na lato. Podałabym wam adres tego świetnego miejsca, ale - niestety - na rachunku na który liczyłam, nie było adresu. Jeśli znajdziecie szary budynek z kilkoma sklepami przy podjeździe do centrum Teano (po lewej stronie), to restauracja jest zaraz obok. Straszy neonem, tarasem i kolorem tynku.

Bardzo lubimy bajki, więc do Teano jeszcze wrócimy. Mamy do zwiedzenia miasto, a w nim (cytuję za wikipedią):
  • katedrę
  • Loggione, czyli coś w stylu gotyckim wybudowanym na fundamentach rzymskich
  • zamek
  • św, Piotra z freskami
  • św. Benedykta z pięknymi kolumnami
  • i klasztor św. Franciszka
  • uścisk dłoni z Teano :D
Przy wyjeździe z Teano, tuż przy drodze do Calvi Risorta, znaleźliśmy kościół, który wydaje się być pod wezwaniem św. Paryda (tak sobie spolszczyłam angielskiego S. Paride). Nie było żadnych tablic informacyjnych (i nie spotkaliśmy nikogo, kto byłby gotowy nam cokolwiek o kościele powiedzieć), ale fakty się zgadzają: południowy wschód od Teano, paleo chrześcijańskość bryły...itd.

Powered by Blogger.