zrobiona przez firme budowlana z Casaprota. Że elektryka i bojler będzie do zrobienia wiedzieliśmy; teraz dopowiedziano resztę:
wymiana dachu-30 tysięcy ( w tym rusztowanie za 6)
ogrzewanie 10k
burzenie ściany w kuchni i zrobienie łazienki następne 20K
nowy tynk na balkonie 5K
nadzór budowlany prawie 20K
plus podatek 21%
ale za to wypolerują nam podłogę i zrobią spadziste sufity w sypialniach.

Sufitów spadzistych w sypialniach i łazience nie chcemy nawet gdyby było nas nie stać. Nigdy mnie nie kręciły, ale do tego domu to nawet nie będą pasować. Gemetra 20-letni będzie robót doglądał, gdy nawet nie za bardzo wie o co w remoncie chodzi.

Płakać się chce.
Chcemy mieć włoskie konto, bo rachunki za prąd trzeba jakoś płacić. Idziemy do Monte Paschi dei Siena, banku z tradycjami, stroną internetową i opcją konta internetowego.

Po godzinie kopiowania dokumentów (codice fiscale, paszporty, pozwolenia na pobyt w Niemczech i aktu kupna domu) wiemy już, że dzisiaj konta nie otworzymy. Jesteśmy cudzoziemcami i potrzebna jest zgoda centrali na piśmie. Obiecujemy wrócić w grudniu żeby zakończyć formalności.
otwarta. Bruno, ślusarz, przyjechał z piłą i nowym zamkiem. Cantina jest większa (i brudniejsza) niż nam się wydawało. Ma nawet drugą część, za zakratowaną bramą. Bruno specjalizuje się w metalu. Z przyjemnością zrobi nam eleganckie okna i drzwi w aluminium, bo drewno na ogół paczeje i nic dobrego z niego nie wychodzi. Obiecujemy się z nim skontaktować, gdy zdecydujemy się na wymianę okien.
ciąg dalszy sprzątania głównych brudów. Pomazane przeze mnie okna straszą, ale reszta, sprzątana przez Anielkę, wygląda porządnie i prawie reprezentacyjnie,jeśli tak można określić pomieszczenia wyklejone różową tapetą, odklejającą się tu i ówdzie. Próbujemy umówić się ze ślusarzem z Poggio Moiano, ale jego małżonka nie jest w stanie zrozumieć że nie rozumiem jej narracji w stylu skrzynkowym nadawanej z prędkościa telegrafu. W końcu jednak udaje się nam ustalić, ze ślusarza nie ma w domu, ale możemy podjechać do nich i i wytlumaczyć o co nam chodzi.

Leje. Jesteśmy zmoknięci, przemarznięci i mamy dosyc. Pani ślusarzowa częstuje nas kawą i makaronem. Mamy okazję posluchać opowieści o kimś, kto mieszkał w Niemczech i któremu przytrafiło się nieszczęście. Opowieść kierowana jest do Hansa, który po włosku potrafi jedynie powiedzieć buon giorno, ale który dyplomatycznie potakuje głową i uśmiecha się ze zrozumieniem. Ja, też niewiele rozumiejąca, od czasu do czasu mamroczę 'poverino/poverina' i kiwam głową między kęsami spaghetti z oliwą i czosnkiem. Ślusarz będzie nam mógł założyć zamek jeśli pogoda będzie nieszczególna. Bo jest pora zbiorów oliwek, a oni mają własny gaj.

Raport z Ginestra: z sufitu na drugim pietrze kapie woda.
od Suzie dowiadujemy się, że każda wieś ma kilka państwowych ujść wody. W Ginestra jest ono przy wjeździe do wsi. Jeszcze inne znaleźliśmy na głównym placu starej cześci wioski, czyli za rogiem od naszego domu. A jeszcze później odkrywam wodopój u podnóża 'naszej' góry.

Czy na blogach można kląć? Jeśli tak to: o kurwa!
wody mieć na razie nie będziemy bo nie zostały zapłacone rachunki za wodę z dwóch poprzednich lat. Możemy zacząć szarpać się z właścielką i Stefano, którzy twierdzili że dom jest czysty, albo zapłacić, złożyć podanie o podłączenie wody i dopiero zacząć się szarpać. Wybieramy opcję dwa. Miła pani w gminie wystawia nam rachunek na 560 euro, który trzeba zapłacić na poczcie. Poczta, dzięki bogu, jest na parterze urzędu gminy. Niestety, nie przyjmują kart kredytowych a my nie mamy wystarczającej sumy w gotówce. Pocztę zamykają o 12:30; jest już 11:30 a najbliższy bankomat w Osteria Nuova, 8 km dalej. Wyścig z czasem wygrany, rachunek zapłacony, podanie o podłączenie przyjęte. Wodę będziemy mieli na początku grudnia. Przy okazji poznajemy pana odpowiedzialnego za nadzór budowlany w gminie. Jest naszym sąsiadem w Ginestra. I od niego dowiadujemy się, ze pani od której odkupiliśmy dom jest sprzedawcą krzakiem, właścielem domu w rzeczywistości byl Stefano z Case di Famiglia.

Hans kupuje 24 butelki San Pellegrino do mycia podłóg. Dzieki niej Anielce udaje się zmyć najgłówniejszy brud i zeskrobać pamiątki po wizytach kotów.
Przyjechaliśmy z pomocniczką żeby posprzątać dom. Ogarniemy sypialnię i łazienkę w dwa dni i, mieszkając pod własnym dachem, będziemy porządkować resztę.

Enel wykazał się punktualnością i dotrzymał zobowiązań. Mamy prąd, ale nie we wszystkich gniazdkach. Nie ma za to wody i mieszkanie jest przeraźliwie zimne. Wracamy więc do hotelu w Rieti. Jutro pojedziemy do urzędu gminy zapytać o wodę. I chyba kupimy grzejnik na parafinę.
przyjechał geometra z ekipą budowlaną żeby porozmawiać o remoncie. Wytłumaczyliśmy sobie czego od siebie nawzajem oczekujemy. Porozmawialiśmy o potrzebie wymianie dachu, naprawie balkonu i polerowaniu marmurów a przy okazji padło pytanie o kotłownię =pomieszczenie z bojlerem. Myśmy czegoś takiego na planach nie widzieli. Ekipa remontowa, bardziej zorientowana w realiach grzewczych, wymyśliła, że nasza caldaia musi być za metalowymi drzwiami pod tarasem sąsiada. Na wszelki wypadek zapytałam kilku sąsiadek. Więc na pewno nasz bojler jest w miejscu, które do nas nie należy.
impreza u notariusza, nazywana potocznie podpisywaniem aktu notarialnego. Imprezowiczów dużo i tak:
  • my, sztuk dwie
  • 1 tłumaczka aktu notarialnego
  • 1 agent nieruchomości, czyli Stefano, który ucharakteryzował się na naszego świadka a w rzeczywistości był tam jedynie aby potwierdzić, że otrzymał od nas pieniądze
  • 1 właścielka domu z 2 świadkami
  • 1 notariusz z różowym zegarkiem na ręku, garniturze od Armaniego i o wyglądzie amanta

Notariusz czytał umowę z predkościa karabinu maszynowego, potem Suzie tłumaczka czytała angielskie tłumaczenie, potem wszystko zostało podpisane i rozpoczęła się główna część spotkania, czyli wymiana adresów restauracji i dyskusja o kawie. A potem ja zadałam głupie pytanie o klucz do domu. Właścielka go nie miala, notariusz też nie. Zadzwoniono więc do agencji która obiecała dostarczenie klucza do Ginestra Sabina między 15 a 16, ale nie później niz 16:30. Po czym rozeszliśmy sie w kierunku restauracji, bo pora była obiadowa.

Już bez pomocy kancelarii Colletti i Co., z siedzibą w Rzymie i Monachium, najmujemy rzeczoznawcę do wyceny, bo czas nagli. Są chętni na dom, zbliża się też okres wakacyjny. Stefano z agencji dzwoni codziennie, obiecuje współpracę, ale rzeczoznawcy do domu nie wpuszcza. Geometra pisze dzieło z serii fantasy; wycena oparta jest na domniemaniach własnych i aktach z urzędu gminy. Najwyraźniej mamy tydzień cudów bo wychodzi mu, że dom jest wart więcej niż cena sprzedaży i bank przyjmuje jego wycenę. Stefano jeszcze straszy sprzedażą komuś innemu, ale o tym innym (fikcyjnym chyba?) kupcu słyszymy od dluższego czasu. Najwyraźniej mamy tydzień nie tylko cudów ale i fikcji literackiej.

Kancelaria Colletti i ska przejmuje negocjacje. Sprawdzają stan prawny, szukają dziury w całym i próbują nakłonić Stefano do minimalnej współpracy. Ale Stefano dostał swoje 4%, więc nie ma powodu żeby się fatygować. Udaje mi się jednak wymusić na nim wywiezienie śmieci i rozwalających się mebli.

Musimy wyrobić sobie Codice Fiscale. Bez tego nie możemy kupić domu. Podobno musimy jechać do Włoch. Na szczęście konsulat w Monachium ma uprawnienia. Dostajemy kartę z cyferkami i literkami. To nasz numer fiskalny. Oficjalne dokumenty przyślą za kilka tygodni.
Powered by Blogger.