n

inne światło bo inna pora roku, ale nadal włosko
dzisiaj na placu boju zostaje czwórka. U Muscat zdiagnozowano daleko posuniętą niewydolność nerek. Dializa nie wchodzi w rachubę. Jadę po JC i gnamy do Rosenheim, żeby się pożegnać z madame.
są takie, że ich specjalnie nie ma. A przynajmniej ich nie widać. Na św. Jana w maju nad via Pratarello przeciągnięto światełka (niektóre nawet przypominały śnieżynki) a na święta bożego narodzenia już ich nie było. Nie było też choinki na placu (ani przed siedzibą gminy w Monteleone). Co niektórzy powiesili sobie migające światełka na balkonach. Przy wjeździe do Ginestra ktoś straszył napisem auguri z wypalonym pierwszym u. Pan Jezus dostał w prezencie nowy sznurek, którym jest przywiązany do krzyża, i czerwony różaniec na szyję.


Anna Maria zrobiła ciasteczka świąteczne: miód i orzechy włoskie. Pokrojone w kostkę i włożone między liście laurowe (dla zachowania świeżości i nadania aromatu). Ustawiła też szopkę. Bo szopka, w przeciwieństwie do choinki, jest prawdziwą włoską tradycją.

Rodziny oderwały się od panettone , najechały klasztor w Greccio i urządziły sobie passagiattę w wąskich korytarzach. Nie po raz pierwszy dziwowaliśmy się tradycji nakazującej wycieczkę rodzinną do miejsca, którym nikt nie jest zainteresowany. Od czasu do czasu ktoś pstyknął zdjęcie komórką, ktoś zadzwonił, a ktoś inny zastanawiał się nad menu w pobliskiej restauracji. Na szopki nikt specjalnie nie patrzył, bo i szopkę ma w domu.

A poza granicami Ginestry najpopularniejszą dekoracją, oprócz migoczących lampek, był mikołaj wchodzący po linie na balkon lub na drzewo.

nie z racji nastroju, a z powodu kolorytu.

Zaczynaliśmy słońcem i upałem (pisałam już o dogrzewaniu mieszkania, które od października wychłodziło się do temperatury lodówki); dwa dni później wtoczyła się mgła.

Ogrzewanie niby działało, ale nie było ciśnienia w kaloryferach i 12 godzin grzania podniosły temperaturę jedynie o 3 stopnie. JC, inżynier z dyplomu :-), wiedział, co prawda, że trzeba wody dolać, ale nie jak jej dolać. Trzeba było dzwonić po Mario. Mario przyjechał, pokazał i nawet butelkę prosecco przywiózł. O truflach Z. nie rozmawialiśmy, ale o oliwie tak. Obiecał 20 litrów, podobno przedniej jakości: kiepskie zbiory, ale za to napakowane esencją smakową,

W wigilię, gdy temperatura wnętrza przeszła magiczną cyfrę 10° i zaczęliśmy się obierać z warstw swetrów (a ja również kalesonów) przyszedł w odwiedziny Renato (to ten od kwiatów cukinii; matka Giuseppe, po którym odziedziczyliśmy dom, była ciocią Renato). Przyniósł nam w prezencie butelkę oliwy. Pytany o gatunek oliwek, wzruszył ramionami. Kto by się tym przejmował? Po prostu oliwa.
nie istnieje narodowa kuchnia włoska, ale każdy bodajże region ma do zaoferowania coś, co wyemigrowało poza jego granice i godnie go reprezentuje. Mediolan wyeksportował panettone, bożonarodzeniową babkę drożdżową, którą w Weronie i na wschód od Werony zwie się pandoro.  W Sabina panettone też jest. Powiem więcej: jest lepsze od mediolańskiego oryginału, bo - w przeciwieństwie do wielkomiejskich technologii - w Sabina rzeczy robi się po staremu, czyli na zakwasie.


Tradycyjne panettone mediolańskie bardziej przypomina dobrze wyrośnięty placek drożdżowy niż polską babkę wielkanocną (tę kopiuje 'industrialne' panettone w pudełkach) i tak właśnie wyglądały nasze panettone, bo zgodnie z rodzinną tradycją, przeprowadziliśmy badania naukowe kupując panettony dwa:
Panettone z Rieti (na zdjęciu;nie pamiętam nazwy piekarni, choć zainteresowanym mogę wytłumaczyć jak do niej dojść) posypane było płatkami migdałów i granulkami cukru, które kształtem przypominały karmę dla królików lub kulki przeciw ślimakom ogrodowym. Niezależnie od skojarzeń, panettone było bardzo dobre: rodzynek i bakalii było w sam raz, ciasto lekkawe i mocno waniliowe. Bardziej jednak smakowało nam minimalistyczne, bo bez ozdób, panettone z Castelnuovo di Farfa robione na prawdziwej bidze gronowej i nie z rodzynkami a z podsuszonymi miejscowymi winogronami. Pewnie zasługą tradycyjnego zakwasu było to, że ciasto zachowało i puszystość i wilgotność przez ponad tydzień, a okruchy zrobionych z resztek panettone tostów francuskich wylizywaliśmy metodą Darwina z talerzy. W przyszłym roku pewnie zdecydujemy się na spróbowanie panettone z prosecco lub z jagodami (bo i takie mieli).

W ubiegłym roku próbowałam zrobić własne panettone według przepisu znalezionego w sieci. Wszystko poszło dobrze: i konsystencja była odpowiednia i wyrosło prawidłowo 3x. Jednak wyjęte z piekarnika bardziej przypominało bułę babci Zosi niż puszyste ciasto. W następnym roku zrobię panettone w/g przepisu z anice&cannella, tego na prawdziwej bidze. Bo chcę Annie Del Conte udowodnić, że - wbrew jej opinii - panettone da się zrobić w domu. A jeśli mój wypiek się nie uda, zawsze mogę podjechać do La Forneria di Andrea Diafani.
Że z majstrami bywa różnie, wiedzieliśmy od zawsze. W Holandii porysowali nam szklany stół tnąc na nim rury; w Belgii remont łazienki zajął im 12 miesięcy a niedokończone elementy poprawiała inna (niekoniecznie lepsza) ekipa; w Niemczech kafelkarz wziął sobie premię uznaniową w postaci niewykorzystanych, ręcznie robionych kafelków. We Włoszech zaś mamy do czynienia z szantażem.

Giancarlo został najęty aby zreperować cieknący w kilku miejscach dach. Podpisaliśmy odpowiedni kontrakt, poszarpaliśmy się o rusztowanie, upierdliwego sąsiada, ale w czerwcu było po wszystkim. W lipcu, dzięki Marcie i Joepiemu, dowiedzieliśmy się, że nadal cieknie. Giancarlo ostukał i obiecał naprawić. We wrześniu nie mógł nic zrobić, bo nie padało i nie wiedział skąd się leje. W październiku nie mógł, bo nie wiedział jak odebrać klucz od Anny Marii. W listopadzie padało za dużo. 30. grudnia w końcu przyszedł, ale tylko po to, żeby nam powiedzieć, że
  1. okno cieknie
  2. jest źle
  3. będzie jeszcze gorzej
  4. wymiana okna będzie nas kosztować 1000 euro

Teoretycznie możemy podać go do sądu. Ostatecznie najęliśmy go do reperowania przecieków na nie do zmiany koloru dachówek z powodów estetycznych. Tylko że:
  1. sprawa sądowa kosztować będzie więcej niż 1000 euro
  2. zajmie więcej niż kilka miesięcy
  3. okno będzie cieknąć do zakończenia sprawy; stan się pogorszy

W-q-wieni, możemy nająć kogoś innego, ale:
  1. trzeba tego kogoś znaleźć, co niekoniecznie będzie łatwą sprawą, jako że Francesco-będąc z Rzymu-nie zna miejscowych dachowców, a na Mario- dobrego znajomego Giancarlo-nie możemy w tej sprawie liczyć
  2. sprawa gwarancji na dach: weźmiemy kogoś nowego i gwarancja przestaje być tym czym powinna, bo wkracza argument, że to z naszej wina bo dachówki pospadały, bo nieodpowiednia osoba instalowała okno

Tak więc okno będzie wstawiał Giancarlo; nową, niższą wycenę wynegocjował Francesco. Roboty zaczną się pod moją w Ginestra obecność, czyli w maju. Kupiliśmy więc wielki zielony pojemnik na deszczówkę i podstawiliśmy w odpowiednim miejscu.

Przed wyjazdem, JC sprawdził poddasze. Giancarlo nie zamnął należycie okna. Podejrzewam go o premedytację.

PS: oczywiście Giancarlo od początku wiedział co jest nie tak; nasze dyskusje co i gdzie cieknie, pytanie o klucz i wizję lokalną to była gra na zwłokę, bo wizji lokalnej nie było. Giancarlo nawet nie pofatygował się aby odebrać klucz od Anny Marii.
bo mi po niej odbija :-D Otóż w przypływie fali bezkrytycznego samouwielbienia postanowiłam zgłosić włoszczyznę do konkursu na blog roku 2009, Kawa ewidentnie mi zaszkodziła, bo najpierw wyprodukowałam głupawy opis, a potem długo nie mogłam się zdecydować do której klasy włoszczyznę zapisać: podróże? hobby? życie prywatne? Najwyraźniej brakuje kategorii przypadki szczególne: schizy, psychozy i natręctwa,
W Umbrii wylał Tybr, trochę terenów podtopionych. Wracając do domu bawarskiego wjechaliśmy w Toskanii w zimę, która tak na prawdę skończyła się w Dolomitach, okolicach Trento, bo nawet Werona była biaława.



A Ginestra? Zaczęło się dobrze: prawie 20° (co pozwoliło dogrzać wychłodzoną do lodówkowej temperatury rezydencję), słońce i dojrzewające cytryny za płotem u sąsiada. Skończyło się deszczem na zewnątrz i wewnątrz (nadal cieknie okno na poddaszu, Gianfranco niczego jeszcze nie zdążył naprawić), a na przyczepach ustawionych wzdłuż Salarii pojawiły się pierwsze pachnące pomarańcze Tarocco z Sycylii.
do Ginestra wyjechaliśmy we wtorek. Było nas tylko pięcioro.

Pepper już z nami nie pojechał. Ominęła go jazda przez 9 godzin, mieszkanie przez ponad dwa tygodnie w domu ze stromymi schodami i kanonada noworoczna, czyli wszystko to czego nie znosił. Więcej smędzenia z mojej strony nie będzie, chociaż Peppera kochałam,




Jak to zwykle z tragediami bywa i ta ma swoje jaśniejsze strony: Lucek zaczął być kotem towarzyskim i przytulającym się; Darwin wypierzył się na prawie całym ciele z wyjątkiem łepka między uszami. A ja dziękuję losowi, że choroba Lucka i Muscat opóźniła wyjazd. Przynajmniej wiedzieliśmy do kogo dzwonić i dokąd jechać.Decydując się na operację gdy Pepper nie mógł chodzić, później lecząc alergie, a na końcu wstrzykując mu insulinę, zdecydowaliśmy że kupujemy kotu dodatkowe kilka lat życia. Jakoś nie przyszło nam do głowy, że w pewnym momencie skończy się nam możliwość wyboru. I to gwałtownie. O 23:20 Pepper nie mógł chodzić; o 24:00 był prawie kompletnie sparaliżowany. Godzinę później było po wszystkim. Diagnoza: zator aortowy. Nie do uratowania.
Powered by Blogger.