tu 1. maja - międzynarodowy dzień ludzi pracy - a Lacjum, zatraciwszy klasową świadomość, świętuje początek sezonu bobowego. I zamiast w pochodzie z transparentami,defiladuje i z workami bobu albo przesiaduje w trattorii, łuskając strąki, zagryzając pecorino i popijając białym winem.



A że święto we Włoszech nigdy nie kończy się na jednym dniu, więc 2. maja w Osteria Nuova odbyło się uroczyste rozpoczęcie sezonu targowego. Do kupienia było wszystko: wierzba do wazonu, pęto kiełbasy, skrzynka truskawek, worek bobu, kosiarka do trawy, królik na obiad i kot do łapania myszy.
gdybym miała potrzebę posiadania wizytówek, to wczoraj dodrukowywałabym na nich nowy tytuł: lider opinii. Zostałam bowiem do brania udziału w portalu wnętrzarskim. Podobno znam się na designie i mam dużo do powiedzenia :-D

Czekając na oficjalne nadanie tytułu i ew. dyplom porządkuję zdjęcia z moich poczynań dekoratorskich. I zastanawiam się czy będę czytała portal, którego liderzy opinii mają takie mieszkania?


zielony stołek z krzesełka ciągnikowego to nabytek z niemieckiego ebayu. Z ebayu pochodzą też pojemniki na szczoteczki do zębów. Nowoczesna wersja tradycyjnych wzorów kwiatowych i patchworku to tkaniny projektu Lisy Bengtsson, sprzedawanej w Polsce przez sklep Markisol.
nie chodzi o śmierć na ołtarzu idei, a o dedykowanie domu świętemu. W tym przypadku św. Janowi Ewangeliście.

A było tak: Anna Maria wyremontowała stary dom z widokiem na nasz dom. My dwie i cała wieś zostałyśmy zaproszone na niedzielę, 16. maja, na godzinę 19:30. Przyszła orkiestra dęta (Stefano, mąż Anny Marii, gra na na trąbie czy innym puzonie) i ksiądz z figurką, którą uroczyście postawiono na półce w salonie. Ksiądz, po kolejnej szklaneczce wina białego domowej roboty stał nierówno i się bujał. Nie tylko on jeden z resztą, ale dyskusji, wykoczonych puentą sztachety wyrwanej z płota, zabrakło.
Nie brakowało pizzy, porcchetty, tramezzini (dwa rodzaje: z tuńczykiem i z mozzarellą), krokietów z ogórecznikiem, tortu z rumowym kremem, babeczek z owocami, penne z pecorino i oliwą, bukłaczków z winem białym i czerwonym.



Nie było za to Giny i Gino, brata Giny. Nie było też ich na procesji rannej procesji.
Lacjum (czyt. Lazio) z win do tej pory nie słynęło, ale postanowiono to zmienić. I chyba zaczyna być widać rezultaty: Cesanese del Piglio ma DOC i, jeśli wierzyć Gambero Rosso i Slow Food Guide, znaczek ma wpływ na jakość, bo pojawiło się na rynku trochę bardzo dobrych Cesanese i w nadal przystępnych cenach. Komentarz o przystępnych cenach (co dla mnie znaczy przedzial 5-15 euro) nie dotyczy jednak arystokracji, bo za Cesanese del Piglio Romanico 06 od prymusa z Anagni (Antonello Coletti Conti) do tanich bym nie zaliczyła (w sklepiku przy Piazza Garibaldi zapłaciłam chyba 19 euro), ale już od Terenzi kupiliśmy taniej (dwa rodzaje Cesanese - jeden za 7,50/butelka, drugi 16 euro, butelka przyjemnej białej Passeriny za 6) .

Po drugiej stronie A1, w prowincji Latina też jest kilka dobrych winiarni (znów powtarzam za Italian Wines 2009 wydanego wspólnym wysiłkiem przez Gambero Rosso i Slow Food), sporo ich nastawiło się na winorośla „globalne”, czyli merlot, cabernet sauvignon, shiraz, co z braku rodzimych szczepów wcale nie dziwi i, znów podobno, z dobrymi rezultatami. Nie kupiliśmy wiele, ale też nie udało się nam odwiedzić kilku winiarni; jednych z powodu bycia zamniętymi, drugich z braku znalezienia ich na mapie. Oprócz Giovanni Terenzi (Loc. La Forma, via Forese 13, 03010 Serrone (FR)) byliśmy jedynie na zakupach w Cantina Agricola Cincinnato (via Cori-Cisterna km 2, 04010 Cori (LT)). Nie znaleźliśmy ani Colletonno ani Marcella Giuliani, a Pietra Pinta (przy SP Pastine km 20,300 przy Cori) była zamknięta z powodu urlopu i nachodzących Dni Win Lacjum.

CORI (LT)
Z nabytków wypiliśmy jedynie dwa białe: wspomnianą już Passerinę od Giovanni Terenzi i Bellone Lazio z Cincinnato (IGT, 2007). Smaku Passeriny nie pamiętam i, przejęta, nie prowadziłam notatek. Wiem jedynie, że nam bardzo smakowała, bardziej niż Bellon, które, jak wynika z notatek, jest przyjemnie słodkawe. Pachniało rozgrzaną ziemią i ginestrą (co mnie zawsze przyjacielsko nastawia) i pewnie smakowało jak ginestra, której jeszcze nie jadłam. Potem była nuta ziołowa i korzenna, czyli goździkowa i cynamonowa. Producent sugeruje, że wino ma posmak wanilii. Ja tego nie zauważyłam, ale w zamian czułam minerały (na minerałach się nie znam; kamieni i skał nigdy nie lizałam, więc trochę te minerały daję na wyrost) i śladowe ilości czarnego pieprzu.


Ale nie o winach miałam pisać, a miasteczku przypadkowo odkrytym na obrzeżeach Monti Lepini: domy na górze, za plecami skały, w dole równina Lacjum. Trafiliśmy tam szukając winiarni, ale dreptaliśmy po uliczkach z czystej przyjemności. Jak to zwykle w nie-toskanii bywa, informacje na temat miasteczka są skąpe; informacja turystyczna zamnięta, więc mogę jedynie napisać to, co znalazłam w wikipedii:

Cori ma 10 tys. mieszkańców, stoi w nim świątynia Herkulesa i ma saktuarium maryjne. Resztę można sobie dopatrzeć na zdjęciach :-)

Strony winiarni, których wina kupiliśmy:
Cantina Agricola Cincinnato
Antonello Coletti Conti
Giovanni Terenzi

Strony winiarni,polecanych przez Italian Wines 2009, od których, z powodów wyłożonych powyżej, win nie kupiliśmy:
Pietra Pinta
Colletonno
Marcella Giuliani
W Osteria Nuova sprzedają najlepsze pod słońcem (niekoniecznie Toskanii) ravioli. Lubię te z mięsem, ale kocham te z ricottą, szpinakiem i ziołami. La Bella Italia miała w maju artykuł o kulinariach Sabiny; m.in. podali adres sklepu z makaronami w Rieti, słynący z doskonałych ravioli.. Poszliśmy z JC sprawdzić i kupić trochę materiału badawczego. Przynieśliśmy do domu ravioli z ricottą i szpinakiem. Dobre,nie powiem, ale nadzienie delikatniejsze, mniej ziołowe. I jakieś takie cienkie.... Więc choć o 1,50 tańsze na kilogramie, to jednak przegrywajją z Osteria Nuova.

No ale badania nad ravioli z La Fettucina w Rieti to sprawa drugiej połowy maja, gdy był już u nas samochód z JC i do sklepu można było dojechać.Moja dzisiejsza opowieść ma datę wcześniejszą, gdzieś z okolic świętego Jana Ewangelisty. Nazbierałyśmy z Anielką ziół na rowie. W sklepiku wiejskim była świeżutka ricotta owcza. Gina podarowała nam dwa jajka prosto spod kury. Jaja i na oko odliczone 200g mąki (tipo 00) dały ciasto; owcza ricotta ze sklepiku (jeszcze ciepła!) z dodatkiem mentuccii, szałwii, dzikiego majeranku i parmezanu robiła za nadzienie.

Nie sądzę, abym chciała powtórzyć doświadczenie. Namęczyłam się nad ciastem: najpierw przy zagniataniu - walczyłam z konsystencją ciasta, potem walczyłam z materią, próbując rozciągać ciasto przy wałkowaniu (albo ja nie umiem rozciągać, albo ciasto było za sztywne. Albo i jedno i drugie), potem przy wałkowaniu. Zrezygnowałam z pomysłu robienia ravioli. Kwadratowej szklanki nie posiadam, a nożem nie podejmowałam się kroić kwadratów z ciasta o kształcie elipsy, mapy Ameryki Południowej czy rombu w rzucie. Powstały kółka a z nich agnolotti. Zgrabne z resztą. Wrodzona skromność nie pozwala mi się chwalić, więc napiszę jedynie, że smakowały całkiem dobrze. Przynajmniej tak było zaraz po ich zrobieniu.Nieumiejętnie przechowane (?) straszyły. Wyschnięte wierzchy smakowały jak zelówki z kiepskiej skóry, a niewystarczająco podsypane mąką spody zmieniły się w budyń mączno-serowy.

Na następną porcję ravioli wybieram się do Anny Marii. Podobno jej mama jest ich mistrzynią. Oczywiście zawsze też mogę zadzwonić do punku produkcyjnego w Osteria Nuova.



m.in. nowa katedra, stare duomo. A reszta ze starego miasta
chociażby wycieczka do Apulii. Szkoda, że tylko na jeden dzień i że zajeżdżając do San Giovanni Rotondo (tego od Padre Pio), nie mogliśmy zobaczyć więcej i dokładniej. Nawet nie za bardzo mam się czym chwalić, bo raptem widzeliśmy Gargano i Tavoliere, czyli na szachownicę pól pozostała po rzymskich latyfundiach, doskonale z resztą widoczną ze wzgórz Gargano i ociupinkę Terra di Bari



Gdzieś około 14, gdy w końcu udało się nam trafić do Santa Maria di Siponto (co nie było sprawą prostą z racji braku odpowiednich oznakowań drogowych) JC skierował samochód na południe wychodząc prawdopodobnie z założenia, że tylko podróż w kierunku Terra di Bari ukróci moje jojczenie o architekturze romańskiej regionu. Dojechaliśmy do Molfetty. Najpierw długo krążyliśmy po miasteczku, bo znów brakowało użytecznych oznakowań typu ’duomo vecchio’ czy ’centro storico’, ale gdy już zaparkowałam przy plaży i spojrzałam na błękitne morze i wieże katedry, szczęka mi opadła i tak pozostała przez następnych kilka godzin. Rok temu piałam z zachwytu nad Termoli w Molise. Molfetta była jak Termoli razy 10. Obfotografowałam, co się dało: seledynowe okiennice, kolorowe pranie na balkonach, niebieskie niebo, wszystkie ściany duomo i nową katedrę, graffiti na ścianie i punkt zbioru używanego oleju.


Niewiele można znaleźć informacji o Molfeccie. Blue Guide Southern Italy zawiera jedynie kilka zdań na temat kościoła San Corrado di Baviera (czyżby był z Bawarii?) i jeszcze mniej o nowej katedrze. Informacja turystyczna była zamnięta, księgarnia też, a na stacjach benzynowych nie uświadczysz ani mapy regionu ani przewodnika.

Duomo vecchio,czyli kościoł San Corrado, rozpoczęto budować w XII wieku, a skończono dopiero 200 lat później, dzięki czemu kościół wygląda tak jak wygląda: czyli atrakcyjny zestaw różnych przybudówek, nadbudowek i przystawek oraz pałacu biskupiego, przed który wchodzi się obecnie do kościoła. Na zwiedzanie wnętrza już się nie załapaliśmy bo choć tablica głosiła otwarcie obiektu o 16:00 to i tak o 16:30 wszystko i tak było zamknięte.



Informacja turystyczna
oficjalna strona miasta
trochę o historii po angielsku
angielskojęzyczna wikipedia
hotel w miescie 
a Gambero Rosso, instytucja kttórej ufamy w sprawach kulinarnych, poleca restaurację rybną Bufi przy via Vittorio Emanuele  15 (tel. 0803971597) nie należącą do tanich, ale za to o cenach niższych niż wskazywałaby na to jakość podawanych potraw. Bufi otwarta jest na obiad i kolację; dzień wolny od pracy to niedziela wieczorem i cały poniedziałek; urlop robią sobie w styczniu i w sierpniu, można u nich płacić kartami kredytowymi, za co powinni dostać dodatkowego plusa a przed wybraniem się do restauracji radzę zadzwonić i sprawdzić czy na prawdę są otwarci (ostatecznie pewne rzeczy działają inaczej we Włoszech, a zwłaszcza na południe od Rzymu)
przyjechaliśmy na zimę. W Ginestra padało i lało na przemian; z powodu ulewy świętego Jana odwołano i przeniesiono na wczoraj. 15. maja odbyła się procesja, zakończona otwieraniem parasolek, ale koncertów i konkursu tańca towarzyskiego już nie zobaczyłyśmy.

Nie było też Giancarlo, który miał zatkać cieknące okienko w dachu. Giancarlo nie dojechał najpierw z powodu deszczów, potem z powodu obsuniętych kawałków gór (droga ss314 zamnięto pod Poggio Moiano; osunęła się ’nasza’ góra i ruch puszczono przez Ginestrę; do Monteleone nie dało się dojść, bo i tam kawał nawisu plus drzewa zjechały piętro niżej, wprost na drogę) i obsuniętych terminów, a w końcu z powodu święta narodowego czyli 2. czerwca. Był natomiast Francesco-architekt odebrać klucze od mieszkania. Dach będzie reperował ktoś inny; najprawdopodniej pod koniec czerwca.

Też z powodu deszczu a potem z powodu problemów zdrowotnych Giny, leczonych w Rzymie u córki, nie było proszonej kawy z Giną. Impreza została przesunięta na inny, niesprecyzowany bliżej, dzień w 2010.

PS: świętego Jana Ewangelisty obchodzi się w piątek, sobotę i niedzielę w połowie maja. W tym roku wypadło to na 13-14-15.
do cywilizacji z internetem. Dzisiaj pada na ryja po dziesięciogodzinnej podróży w trzydziestoparostopniowym upale. Nawet nie ma siły żeby napisać jak fajnie było i jak bardzo kapał dach. Od jutra(chyba) zaczynają się opowieści o Lacjum (niestety, nadal niebędącym moim latyfundium; nawet o laudemio nie ma mowy), Apulii i Campanii (bo i tam byliśmy przelotnie). Mam nawet zdjęcia :-)
Powered by Blogger.