szkoda, że nasz adres to Ginestra a nie Wenecja, bo stylizacja byłaby wtedy pełna: Brunetti, Paola, znajomi na stanowiskach :-)


dla osób nie znających inspektora Brunettiego link do strony poświęconej Donnie Leon, twórczyni serii kryminalnej z Brunettim.

Imiennik naszej Freddie, Freddie Marcury, śpiewał I’m travelling with the speed of light, czyli piosenkę o naszej małej czarnej.Dzisiaj obskoczyła salon, hol i kuchnię. Wyżarła Luckowi jego kurczaka z ryżem, Karolkowi tuńczyka z szynką. Była na oknie i na stole. Pozwoliła się pogłaskać (mnie) i powąchać (Darwinowi).

Przypomina nietoperza, czyli  Paola Freddie Pipistrello :-)
gdzie Freddie?
W kącie, przy szafie
Czy za szafę może wejść?
Nie, napewno nie
Za sekundę Freddie była za szafą. Północ, lamenty kocie i my z problemem. Decydujemy, że poczekamy trochę, bo szafa masywna, długa, przysunięta do ściany.  Może Freddie sama wyjdzie.

Nie wyszła. Nie przestała lamentować.

O 3 nad ranem zaczynamy ryć dziurę w plecach szafy. Tylna ścianka to nie dykta więc idzie ciężko. Wiertła z racji nocy i obawy o zdrowie Alicji po drugiej stronie lustra nie można użyć. Gdy skończyliśmy rycie zza szafy wychodzi Freddie i to nie przez nowe wyjście awaryjne, a dokładnie w tym samym miejscu w którym za szafę wlazła.Zanim udało się ja złapać, przemieściła się pod łóżko.

Łóżko, tak jak i szafa, jest pudłem rezonansowym.Spałam, czując się jakbym trzymała głowę przy boomboxie emitującym III. Symfonię Góreckiego, obłożona kotami: z jednej strony pod kołdrą przytulony Karolek, z drugiej Brunetti*




*szary, elegancki i mocno towarzyski, Huygens okazał się być przeciwstawieństwem tego z czym kojarzy się matematyk, astronom, pisarz, zwłaszcza holenderski. I takHuygens to teraz Brunetti, czyli Bruno.
to takie niderlandzkie powiedzenie, odpowiednik angielskiego bringing coal to Newcastle, znaczące tyle co nosić drzewo do lasu, choć o noszeniu wody do morza chodzi. Piję, niekoniecznie oczywiście :-), do wczorajszego postu o przyprawianiu Stingowi gęby idącego pod prąd i ideologicznego, gdy na tak na prawdę wydaje  się chodzić o kasę i pewny zysk; Toskanii reklamować nie trzeba: napis produkt toskański gwarantuje zbyt, niekoniecznie na półkach z żywnością dla biedoty.

I tak jak podziwiam kogoś kto decyduje się na produkcję wina w Arizonie czy w Dakocie, tak skrytykowałabym za robienie tego samego w Napa Valley jeśli sprzedawane byłoby to jako przejaw społecznikowstwa. Bo to tak jak wmawianie, że z miłości do przyrody i z szacunku dla tych, którym się nie udało, kupiliśmy sobie posiadłość w Konstancinie Jeziornej.

Inna sprawa, że z niepokojem patrzę na miasteczka z których znikają tubylcy (czego przykładem wydaje się być większość Toskanii, kawał Ligurii i Umbrii), a pojawiają się tacy jak my: przyjeżdżający na kilka miesięcy w roku. Nie mam zamiaru maszerować, protestować i ganić, ale mam świadomość zmiany i to niekoniecznie na lepsze. I mojego w tym udziału.
wyczytane w La Cucina Italiana (numer - bodajże - październikowy): Sting wprowadza na rynek produkty z własnego toskańskiego gospodarstwa.

Czy tylko mnie przeszkadza, że Sting jest takim samym produktem jak jego sosy pomidorowe?  I że w gębie przyprawianej mu jako osobie niezależnej i świadomej, najwyraźniej jest tyle prawdy co mięsa kurzego w chicken McNuggets? Bo gdyby był tym za którego się podaje, to sosy pochodziłyby z chociażby z Irpinii. Lub z Eboli.
Kto mógł lub chciał już uciekł, zostawiając za soba rozwalone trzęsieniem ziemi domy i zbankrutowane gospodarstwa; reszta odbudowuje i próbuje zaczynać od nowa. A podobno jest ciężko. Nie udało się stworzyć DOP Irpinia dla oliwy tłoczonej z ravecce, zabytki legły w gruzach, a chętnych jedynie na atmosferę miasta jest niewielu. Prawdziwi turyści i prawdziwe pieniądze ciągną na wybrzeże, do Irpinii przyjeżdżają nieliczni szukający nieprzetartych szlaków.

Przeglądając Gambero Rosso można zauważyć, że największe kulinarne okazje znajduje się w Irpinii a nie na Wybrzeżu Amalfi (btw: chyba tylko Mediolan ma więcej restauracji, w których cena jest zbyt wysoka w stosunku do jakości). Gdy w Toskanii przyzwoitych trattoriach robi się rezerwacje z 4-5. dniowym wyprzedzeniem, w Irpinii restauracje (o wiele lepsze od tych toskańskich) na codzień świecą pustką.



Czasami lepiej nie pytać jeśli nie jest się przygotowanym na odpowiedź; spadają wtedy różowe okularki i przypomina się  sienkiewiczowskie dokąd, kurwa, idziemy? Nie jest to, co prawda, moje pytanie, bo ja za kilka godzin wsiądę do auta z klimatyzacją i wrócę do wsi, która quo vadis jeszcze nie zna, ale trudno o nim zapomnieć, zwłaszcza gdy próbuje się rozmawiać z tubylcami o życiu.

Dokąd idzie Irpinia pokazał właściciel La Pergola w Gesualdo, zawożąc nas do Di Prisco, winnicy w Contrada Rotole (Fontanarossa). Pasqualino di Prisco nie należy do ludzi marketingu, nie chwali się i nie nadyma. Taurasi, za które dostał trzy kieliszki od przewodnika Vini d’Italia (wydawanego wspólnie przez Gambero Rosso i Slow Food) na rok 2010, zaczyna sprzedawać poza granice Włoch (ma przedstawiciela w Berlinie), choć najbardziej do tej pory znany był z doskonałych białych Fiano di Avellino i Greco di Tufa.
 
Od Antonio z La Pergola dostaliśmy dobrą broszurę organizacji Mesali: oprócz dwujęzycznej informacji o członkach, zawiera ona również przepisy oraz informacje o sklepach i B&B w okolicy. Mesali zrzesza restauracje promujące miejscowe specjały: chleb z orzechami laskowymi pieczony w piecach opalanych łupinami orzechów; jagnięcinę pieczoną w sianie, jabła anurche. Wspiera ich Slow Food Italia. Mam pobożne życzenie: żeby wystarczyło cierpliwości i kapitału.

Już zastanawiam się czy bożonarodzeniowy obiad będę jadła w miejscowym Da Alvero czy w La Pergola?
taki przewrotny tytuł przyszedł mi do głowy po przeczytaniu autobiografii Anny del Conte. Kobieta pisze dobre książki kucharskie (podobno najlepszą ich część, czyli tło historyczno-kulinarne, obrabiał mąż autorki) ale na przepisach kończy się jej talent literacki. Risotto z Pokrzywami (bo tak sobie przetłumaczyłam tytuł) to rozszerzona (i cholernie sztywna) wersja curriculum vitae: w roku tym i tym wyszłam za mąż, skończyłam kursy, kupiłam dom, potem go sprzedałam, przeprowadziłam się, porodziłam dzieci, znów się przeprowadziłam. Dane historyczne przeplatane są listą wpływowych osób (lub osób z tytułami, niekoniecznie naukowymi) które udało się jej poznać. CV dodatkowo wzbogaca tło kulinarne, ale jest ono zbyt płytkie i pobieżne by fascynowało. Są, co prawda, przepisy, które mają się komponować z treścią rozdziału, ale rezultaty są tak sztuczne że niepotrzebnie się fatygowano i marnowano papier. Na odległość widać neon ’uwaga, teraz będzie kreatywnie i na luzie’. Przepisy dobre, ale co z tego, skoro jest ich mało....

Autorka, jak sama przyznaje, jest z pokolenia osób traktujących życie prywatne jako życie prywatne, czyli przemilcza wiele rzeczy. Zaś autobiografia ma to do siebie, że wymaga od autorki - jeśli nie kompletnego wybebeszenia - to przynajmniej introspekcji. Tej w Risotto na antipasto nie wystarczy: autorka duma o zbliżającej się śmierci i zastanawia się do którego państwa będą należały jej prochy; wzruszający jest też fragment w którym pisze o śmierci męża. Natomiast kilka zdań o własnych zdradach małżeńskich i porażkach kulinarnych wydaje się być wciśniętymi między strony maszynopisu i nie za bardzo pasującymi do „artystycznej koncepcji” całego „dzieła”. Widzę tu rękę redaktorki/redaktora pragnącej dodać pikanterii mdłej opowieści.

Szkoda że skoncentrowano się na sprawach tortu z zakalcem i skrzypiącego łóżka (metaforycznie mówiąc), a nie na tematach, które mogłyby zainteresować : rozszerzonych opisach życia Mediolanu czy prowincjonalnej Anglii w okresie przed- i powojennym, opowieści o rodzinie autorki; nie ma też wiele o różnicach kulturowych, przystosowywaniu się do życia w innym kraju, nauce języka, podróżach z mężem Anglikiem po Włoszech. Przede wszystkim widać problemy warsztatowe: chronologiczna narracja, sztywność języka, nieudolne przechodzenie z tematu na temat.

Nie lubię Anny del Conte. Mam szacunek dla jej wiedzy, ale nie chciałbym jej poznać. Nie lubię snobowania się na listę tytułów arystokratycznych a już napewno nie chcę czytać, że księżna X jest interesującą osobą bo jest księżną.

Jednakże nawet lektura przeraźliwie nudnej książki potrafi czegoś nauczyć. I tak dowiedziałam się, że szacunek ma się dla kogoś lub dla czegoś; forma do kogoś, do czegoś jest poprawna choć rzadziej używana (Wielki Słownik Poprawnej Polszczyzny PWN) i że Anna del Conte robi carbonarę z dodatkiem białego wina. Przepisu jednak nie podaje. Jeszcze jeden powód, żeby jej nie lubić :-)



Anna del Conte
Risotto with Nettles. A memoir with food
Chatto & Windus, London, 2009
Tam gdzie się kończyły mury obronne a zaczynał szpaler opuncji broniący widoku na naleśnik Tavoliere i wzgórza Gargano, spotkaliśmy dwa psy. Jeden z nich, kuzyn wyżła i pitbulla, odprowadził nas do samochodu. Miał dziwny wyraz pyska, gdy zatrzaskiwałam drzwi auta. Czyżby miał nadzieję, że znalazł nową rodzinę? I wiecie co, tego psa i jego mądrych oczu nie mogę zapomnieć. Tak jak nie mogę zapomnieć bieli uliczek w średniowiecznej części miasta.
Stefano (nie mylić ze Stefano, mężem Annymarii) próbuje od minimum trzech lat wejść na rynek w Ginestra.
Rynek nieruchomości ma się rozumieć.

I nic.

Nie pomogła szybka sprzedaż domu (kupiliśmy my), nie pomogły ogłoszenia i plakaty przy Salaria.

Ginestra domy sprzedaje bez ogłoszeń; a szukanie posiadłości zaczyna się w barze, nie w internecie.

Stefano podpadł. Trudno powiedzieć czym, bo Ginestra milczy na ten temat, a pytania o Stefano są ignorowane. Po prostu nie istnieje w zbiorowej świadomości wioski.

Tak jakby nigdy w niej nie był. A był - to kilka miesięcy temu - gdy w lipcu wieszał na drzwiach list otwarty do właściciela byłej masarni chcesz sprzedać szybko? Zadzwoń do profesjonalistów.

Drzwi od masarni się otwiera i zamyka, baniaki z oliwą i winem wnosi i wynosi, list wisi; Stefano nadal nie widać w Ginestra, choć ma w swoim portfolio domy i w Poggio Moiano i w Monteleone.

Wieś, najwyraźniej, nie lubi Stefano. Może nie podobało się pośrednictwo w sprzedaży domu którego było się prawnym właścicielem? Domu kupionego na aukcji i ’sprzedawanego’ przez podstawioną osobę? A może za próby wykopania miejscowych z remontu:

właściciel domu ma firmę remontową. Wszystko zrobi po znajomości
Nie jesteśmy na tyle istotni dla wioski aby posądzać ją o akt solidarności z nami, cudzoziemcami, pomieszkującymi od czasu do czasu w casa di Giuseppe, zwłaszcza że szelmostwa Stefano zdają się wpisywać w ogólny klimat robienia interesu: nieuregulowane rachunki za wodę i gaz, gdy - rzekomo -  wszystko zostało uregulowane i sprawdzone przez odpowiednie organa państwowe, to raczej norma niż wyjątek (teraz wiemy, że trzeba sprawdzić w gminie przed podpisaniem umowy wstępnej) tak z resztą jak i twierdzenie, że dom wymaga niewielkiego remontu, gdy do zrobienia jest elektryka, łazienki i dach (o niedomykających się oknach i wyszabrowanym kotle co centralnego nawet nie wspominając). Nie, Stefano albo wcina się w miejscowy układ sił albo podpadł czymś zupełnie innym. Na przykład różową koszulą, tablicami rejestracyjnymi z Viterbo, rzymskim adresem firmy, SUV z GPSem lub trąbieniem w niedzielę.

Tak więc ulica w Ginestra na temat Stefano nie rozmawia. Najwyraźniej wyroki o śmierci cywilnej wydaje się w Ginestra za zamkniętymi drzwiami.
Starzeję się. Umierają pisarze, których czytałam od lat: w czerwcu tego roku zmarł Jose Saramago; 30. listopada pojawił się nekrolog H. Mulischa, mojego ulubionego (obok Saramago) pisarza.

I choć nie cenię sobie Siegfrieda, tak chcę do niej wrócić jako do opowieści o umierającym pisarzu i jego dziele życia: książki o Adolfie Hitlerze.Nie sposób nie dopatrzeć się w ostatniej książce Mulischa wątków, jeśli nie autobiograficznych, to przynajmniej osobistych: schorowany pisarz spotyka osobę, która opowiada mu o dziecku A. Hitlera. Rozmowy posłużą owemu pisarzowi jako kanwa do książki mającej raz na zawsze rozwikłać zagadki historii i wytłumaczyć na czym polegał fenomen Hitlera. Pisarz dzieła nie kończy. Nie ma ostatecznego podsumowania. Harry Mulisch, ciągle powracający do wątków losu, przypadku, przeznaczenia też nie kończy dziełem które podsumowywałoby jego wieloletnią fascynację 2.Wojną Światową. I to nie koniecznie historią konfliktu ale dwuznacznością wyborów. W Aanslag przesunięcie ciała zamordowanego policjanta pod inny dom uratowało życie Żydom i spowodowało śmierć rodziny narratora.  Golem w De Procedure morduje swojego twórcę, ale śmierć jednostki ratuje życie społeczności. Ojciec Mulischa został osądzony jako kolaborator, ale współpraca z hitlerowcami (przez jego ręce przechodziły zrabowane Żydom majątki) uratowała życie żonie Żydówce i synowi.
Powered by Blogger.