w końcu jednak nareszcie wiem jak zrobić zupę. I to nie pierwszą lepszą z brzegu, tylko najlepszą zupę z dyni. Jedliśmy takową, posypaną pokruszonymi amaretti, w restauracji gdzieś w Włoszech, pewnie w Emilii Romagnii.


Dziesięć lat później wymyśliłam co zrobić z dynią aby wyszła z niej idealna dyniowa zupa. Trochę wolno mi to poszło ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że dziesięć lat to tylko dziesięć krótkich zim i zbyt duża ilość materiału badawczego, bowiem przyjęłam tezę, że na smak i konsystencję zupy ma wpływ przede wszystkim rodzaj dyni. A gatunów dyni jest wiele :-) lub jeszcze więcej

Tymczasem na idealną zupę wystarczy upiec dynię, czyli skoncentrować smaki i odparować nadmiar wody, rozgotować w bulionie warzywnym, przetrzeć lub nie, i dodać dodatki:
  • włoskie czyli dodatki do najlepszej zupę jaką kiedykolwiek jedliśmy (patrz powyżej) : pietruszkę i gałkę muszkatułową, a przed podaniem posypać pokruszonymi amaretti
  • tajskie (patrz foto): starty imbir, trawę cytrynową, ostrą papryczkę, mleko kokosowe, a tuż przed podaniem odrobinę sosu rybnego i brązowego cukru dla podniesienia smaku, limonkę i posiekaną kolendrę
  • indyjskie: podsmażoną na ghee cebulę, imbir, kmin, nasiona kolendry i garam masala. Przed podaniem dodać jogurt
  • arabskie: podsmażone na oliwie goździki, kmin, ziele angielskie, czosnek, cynamon (czosnek posiekany, reszta w proszku). Przed podaniem podprawione sokiem z cytryny i świeżą oliwą
Dodatki trzeba trochę pogotować, żeby się smaki dobrze wymieszały i przegryzły; trochę soli, ew. pieprzu dosypać, do smaku.

Sprawa fotografii to inna sprawa, Do zdjęć najlepiej robić zupę z hokkaido.
układali kamienie jeden na drugim, jak klocki. Robili chatę z kamiennym dachem, kamienny chlew, oborę, kurnik; budowali mur oddzielający oliwki od pszenicy a owce od drogi.


Kamienie podzieliły krajobraz na kwadraty Mondriaana. Z kamienia ułożono faktury Ernsta.


Wejście do kamiennego legolandu jest darmowe. Mapy nie potrzeba: w Apulii kamienne mury są wszędzie. A i trulli nie brakuje.

Październikowe zdjęcia z okolic Trani, Castel del Monte i Andrii


wypad do Wrocławia udał się pod każdym względem. Nie dosyć, że dwa sierściuchy (choć może nazwanie prawie gołej Paoli futrzakiem jest przesadą) to jeszcze w galeri Domus (tej na ul. Stare Jatki) upolowaliśmy misę idealną na stół do Ginestry (choć w Waserburgu pięknie wygląda).
nie kolekcjonuję, to znaczy nie zbieram w sposób usystematyzowany czyli świadomy. O usystematyzowaną, lub - broń boże - dogłębną wiedzę też trudno mnie posądzić. Ale lubię stare rzeczy. Na przykład porcelanę. Kupuję to co mi w oko wpadnie, a wpada różnie: miałam, jak to pięknie określają moi znajomi z Gniezna, ciśnienie na filiżanki. Potem nastała era cukiernic, które obecnie służą jako pojemniki na dżemy, miód i mostarda di fichi. Jeszcze niedawno kupowałam mleczniki (piękny Villeroy Boch z lat 60.). A ostatnio lubię wazy i naczynia z deklami.



Cztery nowe stare wazy bywają potrzebne. Na przykład po to by wlać do nich waterzoi van vis (czyli rosół z dużą ilością pora i selera, zaciągnięty śmietaną i żółtkiem, z dodatkiem ryby i ziemniaków) i postawić w całej okazałości na świątecznym stole. Bowiem w drugi dzień świąt, czyli w Santo Stefano, mamy gości. Menu już opracowałam: będzie belgijskie, z elementami Holandii, Polski i USA. A więc waterzoi, mule w białym winie i porach, cykoria zapiekana pod beszamelem (jeśli odpowiednią cykorię znajdę w prowincjonalnym sklepie) oraz gulasz z octem i goździkami czyli holenderskie hachee. Na deser triffle z piernika i musu czekoladowego. I pewnie stanę na wysokości zadania robiąc klasyczny eggnog.

Obiad ma być elegancki. Czy do eleganckiego obiadu potrzebny jest obrus? Jeśli tak, to muszę na ebay bo obrusu nie mamy. Ceraty i podkładek też nie :-)
czy oliwkobranie we wsi. I znowu bez nas. Ale to już po raz ostatni, w przyszłym roku jesteśmy zgodzeni na żniwa: ja z litości, JC z racji słusznego wzrostu który pozwoli mu zbierać owoce z najwyższych gałęzi. Drabiny nie potrzeba, powiedział Stefano, mąż Annymarii.

Pracowników będzie więcej; wszyscy rwą się do pracy w której zapłatą jest 5 litrów oliwy na dzień (leccino, pendolino, carboncella i frantoio)  plus dożynkowa impreza we frantoio. Mama Annymarii już lepi ravioli. Podobno najlepsze we wsi.


Ginestra oliwki zbiera ręcznie, głównie dlatego że niektóre stoki mają nachylenie 45°, maszyna tam nie wejdzie. Frantoio jest wioskowe. Można w nim kupić miejscową oliwę. Zielonkawo - złocistą, pachnącą owocami, z nutką pieprzu na zakończenie.
gugiel

Włoszczyzna czy wloszczyzna to sprawa klawiatury, ewentualnie programu z polskimi literkami (z którego korzystam pisząc włoszczyznę). Różnice są może nie koniecznie w jakości haseł co w ich ilości: wloszczyzna w google.com daje prawie 4 tysiące haseł, włoszczyzna 65 tysięcy. Polskojęzyczny google jest lepszy: 76 tysięcy haseł dla wloszczyzny i 84 dla włoszczyzny, w większości poświęconych mrożonkom i suszonkom. Wytrwały, skłonny do wertowania stron, może się dowiedzieć jak ugotować tradycyjne spaghetti na włoszczyźnie. A rzeczona włoszczyzna okazuje się być typową polską potrawą :-)





Q and A na http://zapytaj.com.pl

Na podstawie języka polskiego wyjaśnij znaczenie słowa „włoszczyzna” i napisz, jaki związek ma ono z królową Boną
włoszczyzna-danie typowo włoskie. królowa bona żona Zygmunta była włoszką i z Włoch sprowadziła do nas wiele włoskich przypraw i dań


posagowa włoszczyzna
zanim użyto po raz nazwy włoszczyzna w odniesieniu do wiązki marchwi, pietruszki, selera, pora i liścia kapusty, była włoszczyzna skrótem myślowym określającym wszystko co włoskie. Tak więc włoszczyzna to Dama z Łasiczką, Orlando Szalony oraz krużganki na zamku w Baranowie.

Twierdzi się, że modę na włoszczyznę przywiozła w posagu Bona, żona Zygmunta Starego, której - oprócz włoszczyzny - przypisuje się sprowadzenie do Polski pomidorów, fasolki szparagowej, kalafiorów i niechęci do Habsburgów. Jedynie niechęć do Habsburgów jest dobrze udokumentowana :-); moda na włoszczyznę panowała zanim Bona stanęła na polskiej ziemi, a w renesansie większą popularnością niż warzywa cieszyły się włoskie pasztety (Janusz Tazbir, Mówią Wieki, nr. 1, 1975 ze strony Muzeum Pałacowego w Wilanowie).


i co z tą włoszczyzną? Nie wiem. Nikt nie chce mi powiedzieć w którym momencie włoszczyzna zaczęła życie jako zestaw marchwi, pietruszki, pora i liścia kapusty. I dlaczego przypisuje się go Włochom?


Zyg zyg marchewka

Marchew znali starożytni Rzymianie, a w księdze korzeni i ziół Dioskoridesa (z roku 512 naszej ery) pojawia się ilustracja przedstawiająca jej korzonek. Co prawda Karol Wielki polecał marchew jako warzywo pożyteczne, ale tak naprawdę marchew na stołach Europy zaczęła gościć dzięki Arabom. W XII wieku marchew zadebiutowała w Hiszpanii, 100 lat później we Włoszech, a jeszcze później w Holandii. Tak w starożytności jak i w średniowieczu mylono ją z pietruszką i dopiero Linneusz uporządkował sprawy nazewnictwa. Obecny wygląd zawdzięcza marchew Holendrom, którzy rozpropagowali pomarańczowy korzonek w Europie. Mówimy tu o końcu XVI, początkach XVII wieku. Podobno Huis van Oranje to tytuł nadany właśnie z z powodu marchwi.

Czyżby więc marchew pojawiła się w Polsce razem z modą na włoszczyznę? Czy zaczęli ją kultywować pod osadnicy holenderscy? A może jednak przyjechała z Boną?

i cała reszta
W przeciwieńtwie do marchwi, selera nikt nie musiał importować, bowiem dzikie odmiany selera rosną w prawie całej Europie. Znali go starożytni Grecy, którzy czcili go jako świętą roślinę, i starożytni Rzymianie, wykorzystujący ją w kuchni, choć uważali że seler w odpowiednich warunkach może przynieść nieszczęście :-) W średniowieczu, od Karola Wielkiego poczynając, seler zrobił się w Europie bardzo popularny. Najpierw jako roślina lecznicza, później jako przyprawa, a obecną formę selera naciowego zawdzięczamy XVII wiekowi i Włochom.


A kapusta popularna była w północnej Europie już w czasach rzymskich. Kato polecał kapustę moczoną w occie jako dobre lekarstwo na kaca. Pory znano i w starożytnym Egipcie i starożytnym Rzymie; w Średniowieczu stały się pory najpopularniejszym warzywem Europy, zwłaszcza Włoch i jeśli nie trafiły do Polski z modą na włoszczyznę to mogła je rzeczywiście przywieźć królowa Bona. Dla towarzystwa kapuście, która raczej już w Polsce była. Najbardziej włoska jest pietruszka, która pochodzi w południowych Włoch. I to ona, w towarzystwie pora, jest najprawdziwszą włoszczyzną we włoszczyźnie.


oraz ostatnie słowo
Po czterech dniach poszukiwań nadal nie mam odpowiedzi kto i kiedy nazwał zestaw warzyw włoszczyzną. Oczywiście nie wiadomo też kto ukuł powiedzenie włoszczyzna jako określenie wpływów włoskich. Na pewno nie byłam to ja, bo ja włoszczyznę zaczęłam pisać niespełna trzy lata temu....


trochę od podwórka i bardzo na szybko bo jednak nie wystarczyło czasu aby powędrować trasą inną niż droga Radisson -  Rynek. Trafiliśmy do Literatki,herbata i kawa nieszczególne, ale wnętrze atmosferyczne i wygodne.
Szkoda tylko, że nie połączyli kawiarni z księgarnią; wolałabym tam zostawić pieniądze za książki niż w wielkim Empiku.


Kupiłam prawie wszystko z listy: co prawda bez najnowszej Torańskiej i Tochmana, ale mogę sobie zrobić raj (M. Szczygieł), znaleźć rajską dolinę wśród zielska (J. Hugo-Bader), poznać  Kapuścińskiego w wersji non-fiction (A. Domosławski) oraz obejrzeć obrazki polskiego street-artu (E. Dymna i M. Rutkiewicz). No popatrzeć na kilka dobrych ilustracji
z niezapowiedzianą wizytą zjawiła się u nas Eli z rodzicami. Przelotem, bo jechali do Chiemsee na wesele przyjaciół. Zwiedzanie mieszkania rozpoczęli od kuchni, a konkretnie od resztek zapiekanki ziemniaczanej. I tak eleganckie towarzystwo z Mediolanu raczyło się naszym wczorajszym obiadem o temperaturze ambiente. Łyżkami, prosto z naczynia.

Zapiekanka smakowała
każdy ci powie, że najważniejsze są materie prime. Bez nich nie ma ricotty, nie uda się minestra i l’abbacchio pachnące czosnkiem i rozmarynem. Bo materie prime, niezależnie od tego co powiada wielki słownik włosko-polski, to materia pierwotna. Od niej zaczyna się Wielki Bang, początek wszystkiego we włoskiej kuchni. Materię pierwotną trzeba szanować, umiejętnie dobierając przyprawy, bowiem głównym przykazaniem kulinarnym w kuchni włoskiej jest maksyma lekarzy: przede wszystkim nie szkodzić.....



W okolicach Irpinii o materie prime nie trudno: cały region to jeden wielki sad i ogród. Kucharzy dobrych też nie brakuje. Jest na przykład Franca, kiedyś architektka, teraz kucharka. Franca gotuje na modłę miejscową, czyli alla contadina. Maccheroni z sosem fasolowym i grzybami, przekładaniec bakłażanowo ricottowy udekorowany chrupiącymi skórkami warzywa, kotleciki jagnięce, chleb orzechowy. W maju Franca piecze jagnięcinę. Podaje ją na stół w wielkim półmisku: między wilgotnymi włóknami siana leżą kawałki aromatycznego mięsa.

Jestem z Francą umówiona: w przyszłym roku przyjeżdżamy w maju. Właśnie na jagnięcinę. Antonio mówi, że do cosciotto d’agnello cotto nel fieno di maggio najlepiej pasuje Taurasi. Od Di Prisco oczywiście.

Restauracja La Pergola
via Freda, 4
Gesualdo (AV)
tel. 0825401435
zamknięci w środy
Powered by Blogger.