wracasz w poniedziałek, 9 stycznia, do pracy. Paskudna pogoda.Nie lubisz poniedziałku. I w dodatku masz świadomość, że skończył się okres świąteczny i następne kilka dodatkowych dni wolnego będą albo na Wielkanoc, albo gdy dopadnie cię grypa.

Tak więc wleczesz się do pracy, marząc o dniu, który pozwoli ci się zaaklimatyzować po wigiliach, sylwestrach i 3 królach. Stawiasz na biurku kubek z kawą, odpalasz komputer....i czytasz:

Czasami tak mam: zapominam o kluczach w drzwiach i gdzie położyłam komórkę. Nie pamiętam naszego numeru telefonu i w którym roku wzięliśmy ślub. Dzwoniąc do Kasi w Warszawie wykręciłam numer Kasi z Wrocławia, oznajmiając, że zaraz u niej będę. Ostatnio jednak przeszłam samą siebie. W ramach usprawniania i racjonalizacji miejsca pracy oraz współpracy z wydawcą, zrobiłam porządek ze zdjęciami. Przejrzałam, zwiększyłam rozdzielczość i zadbałam o jakość materiału, czyli zrezygnowałam z formatu .jpg. I żeby wszystko sprawnie poszło, zamiast bawić się w klikanie zdjęcie po zdjęciu, załadowałam wszystko do jednorazowej przesyłki. Wszystkie 518 zdjęć, o rozdzielczości 300 pikseli, w formacie .tiff. W sobotę rano, po prawie dwóch dniach pracy FileZilla przesłała ich 320. A potem zawiesiłam serwer odbiorcy. Na dwa dni.
Ty sprzątasz serwer, a ja próbuję ustalić, które zdjęcia są na liście nieprzesłanych (jest ich 138) zmieniam format z tiff na jpg. I przygotowuję je do wysyłki na adres nowego serwera, takiego mniej potrzebnego, 'do zablokowania'.


koleś naszego wieszcza Mickiewicza Adama, Bogdan Jański, doznał objawienia i zajął się działalnością religijną. Stworzył w Rzymie ogranizację Zmartwychwstańców, mającą na celu promowanie wartości chrześcijańskich.


O Zmartwychwstańcach nigdy wcześniej nie słyszałam, a trafiłam na nich odwiedzając sanktuarium Montorella, o którym to wspomina mój włoski przewodnik po Lacjum. Montorella, położona tak wysoko w górach, że dojazd przez wiele miesięcy był niemożliwy z powodu obsunięć ziemi, a gdy drogę naprawiono, to my nie mogliśmy do saktuarium trafić, gdyż mapa Lacjum i nasz TomTom nie znały jego położenia. Ale w końcu do Montorelli dojechaliśmy w listopadzie, kierując się na Capranica Prenestina, a potem jadąc po szczytach i nad urwiskami (w niektórych miejscach brakowało barierek) dotarliśmy do klasztoru tylko dla orłów.

 
Podobno w jaskini na tyłach kościoła mieszkał przez dwa lata św. Benedykt. Nie za bardzo w to wierzę; po cholerę Benedykt, idący z Nursii (lub Subiaco. Lub z Montecassino) do Rzymu miał włazić na górę z widokiem na Campanię Rzymską? Skąd wiedział, że nad urwiskiem będzie jaskinia do wynajęcia? Ale niezależnie od faktów historycznych, mitów założycielskich i innych legend, do Montorelli warto zajechać. Jedzie się wzdłuż górskich pastwisk (takich z krowami alpinistkami), a sam klasztor jest pięknie położony. No i jednak łza się w oku kręci patrząc na groby braci zakonnych: prawie same polskie nazwiska. Polski papież też tam był. Jest tablica pamiątkowa i dwa posągi. Na jednym z nich odwiedzający wieszają różańce i koraliki.

Mentorellę więc polecam. Jest polsko, atmosferycznie, inaczej. A jak kogoś nie kręci architektura i krowy wędrujące z pastwiska na pastwisko, to zawsze może zastanowić się jak św. Benedykt wspiął się na górę i czy latał na lotni, bo z Montarelli loty mogłyby być zaje....ste.

dodatkowe informacje:
jak dojechać
godziny otwarcia
O Zmartwychstańcach w polskiej Wiki
biografia kolesia Mickiewicza
pierwotnie miały być naj roku 2011, a więc zamierzałam pisać o Ligurii. Chciałam też wspomnieć o internetowych znajomych i przyjaźni zawartej dzięki temu, że ktoś chciał czytać o Włoszech i trafił na Włoszczyznę. I o marmurowym blacie na szafce w sypialni, ogrzewaniu, które (w końcu) działa oraz zbiorach oliwek. I jeszcze o odkrytych miejscach, poznanych ludziach i winnicach, nowym futerku Paoli, samsungowym tablecie pozwalającym mi podróżować z 15 książkami na raz bez dopłaty za dodatkowy bagaż.

Ale o tym nie będzie.

W niedzielę C zastrzelił mnie pytaniem o przeboje ostatniej dziesięciolatki i od niedzieli nad nimi pracuję. Bo dużo się wydarzyło; przeprowadziliśmy się do Bawarii, zamieszkaliśmy w Casa di Giuseppe, zaczęłam pisać Włoszczyznę, nauczyłam się trzymać aparat fotograficzny, poznałam polską klawiaturę i zaczęłam korzystać z TypeIt oraz Darktable. Od czterech lat polskie literki (i nie tylko) do włoszczyzny  wstawiam dzięki internetowemu pogramowi Tomka Szynalskiego. A zdjęcia w formacie RAW z Olympusa E3 obrabiam w Darktable: poprawiam white balance, ustawienie kolorów i czasami zmieniam kolor na czerń i biel, przetwarzając je zbiorowo na format tiff lub jpg. Na moim starym laptopie Darktable pracował bardzo niemrawo, ale na nowym (choć wcale nie topline, tylko z lepszą kartą graficzną) program pracuje jak ta lala. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że tak TypeIt jak i Darktable są nie tylko dobre, ale też i darmowe. A więc reklama im się należy. Tak jak i ludziom budującym linuxowy OS do mojego laptopa.

Grazie mille!

Linki:
Typeit Tomka Szynalskiego
Darktable
Kubuntu czyli linuxowy OS

w Bawarii wkrótce zaczną kwitnąć tulipany, zaś w Lacjum, 50 km w linii prostej od Rzymu,skrobaliśmy warstwę lodu z szyb samochodu, W Pozzaglia Sabina, 18 km w linii krzywej od 'naszej' Ginestry, mieli najprawdziwszą zamieć. Wiem, bo się w nią wpakowaliśmy jadąc na piątkową pizzę. Jak tak dalej pójdzie to trzeba będzie kupić sobie psy do zaprzęgu, bo koty to nas raczej przez zaspy nie pociągną.
Sabina

Przy okazji poszukiwań szlaków redykowych przekonaliśmy się, że pomysł jeżdżenia bocznymi drogami niekoniecznie sprawdza się w Abruzji. Droga, która na mapie wydawała się niewinnym kilkukilometrowym objazdem, okazała się być trasą slalomu wielkiego. I to w dodatku na tyle wąską, że nie dało się zawrócić. Pięć kilometrów jechaliśmy pół godziny, od czasu do czasu tańcząc na lodzie nad urwiskiem.
Lacjum, okolice Rieti. Sulmona, Gran Sasso i Maiella w Abruzji

W górach Abruzjii wypasały się krowy. Nie wiedziałam, że jest rasa żywiąca się śniegiem i kosodrzewiną :)

może niekoniecznie BARDZO włoska, bowiem z Mediolanu pochodzi, a Mediolan to raczej taka trochę inna Italia. Ale niezależnie od procentów Italii w Mediolanie, atmosfery świątecznej było w nim z 99% (albo więcej): kilometrowa kolejka do Abercombie (aż dziwne, bo wydawało mi się, że Mediolan lubi modę inaczej), choinki, panettone i światełka, czyli dyskretnie, choć podobno z powodów gospodarczych a niekoniecznie z potrzeby odrapania świąt z pazłotka i sztucznego śniegu. Jeśli brak pstrokatych ozdób choinkowych, minimalistyczne i monochromatyczne dekoracje sklepowe to przejaw oszczędności w trudnych czasach to mogę jedynie wrzasnąć niech żyje kryzys!

I tym przydługim wstępem przechodzę do meritum, a więc życzeń świątecznych:
smacznego barszczu, chrupiącego karpia i szampana z dobrą nalepką oraz fajnych prezentów pod choinką.
 

PS: Włoszczyzna świętuje we wschodnim Lacjum, gdzie nie ma srebrnych światełek, a jeśli cokolwiek jest podświetlone to tylko dlatego, że ktoś gdzieś źle ustawił timer :-)

że moda, że buty, że via Napoleone. wie każdy. I jeszcze budynek Pirelli i secesja zwana Liberty. I neoklasycyzm, renesans, gotyk, styl lombardzki, czerwona cegła, Leonardo, Carraccio, Ponti, Bramante.


Ale na design (i sztukę) włazi się w Mediolanie na każdym kroku. A to kolorowa mozaika w tunelu (i powtórzona na wieży ciśnień przy torach kolejowych), a to wystawa krzeseł, kinkiet w palarni kawy, kolor tramwaju, rowery miejskie.

I moja ukochana igła - nitka - pętelka czyli rzeźba na Piazetta Cadorna, projekt projekt Claesa Oldenburga i Coosje van Bruggen. Zaś serce bezpowrotnie oddałam Fontannie Tajemniczych Łaźni Giorgio de Chirico za cudowne położenie (w tle faszystowskie łuki siedziby muzeum, które pojawiają się też w malarstwie de Chirico), rzymskiego herosa i pstrokatego łabędzia (ale bez Ledy).


Pewnie miłość, jak to z urlopowymi i delegacyjnymi romansami bywa, okaże się jednorazowym skokiem na bok, bo przecież w Mediolanie nie dotarłam do Brery, nie obejrzałam Wieży Valasca. I przede wszystkim nie zwiedziłam muzeum Marino Marini, którego kocham niezmiennie od lat.
próbuję się ogarnąć po podróżach zagranicznych. Jak na razie z tym ogarnianiem niezbyt idzie, bo wrażeń dużo i to niejako w dwóch wersjach językowych. Analizie wzruszeń i wkurwień nie pomaga buczenie pralki, włażące na plecy koty i ogólny burdel zwany przepakowywaniem walizek. W piątek ruszamy bowiem w kierunku Ginestry, więc jakieś porządki trzeba zrobić, choć woli brak.

W Ginestrze JC ma odpoczywać, ja mam nadrabiać zaległości w pisaniu, gdyż jak na razie moim jedynym sukcesem literackim jest tytuł i spis treści.

Ciąg dalszy prania gaci, czyli poniedziałek
lepiej. Pralka jakoś mniej przeszkadza, a obróbka skrawaniem zdjęć dała wymierne rezultaty: nie mam zdjęcia tramwajowego ratlerka, ale za to przypomniało mi się bollito misto z Morimondo.

Do Morimondo pojechaliśmy obejrzeć lombardzką bazylikę, przy okazji sprawdzając menu w Trattorii San Bernardo i rezerwując stolik na godzinę 20, co było posunięciem właściwym, bowiem na bollito do San Bernardo ściągnęły tłumy.  Jakby nie było Mediolan czcił nie tylko świętego Ambrożego, ale też i początek zimy. A zimą Lombardia je bollito.


Lombardzkie bollito z Morimondo (a trzeba wam wiedzieć, że są różne wersje bollito, tak jak są różne wersje bigosu, flaków i żuru) składało się z nóżek, kaszanky, kawałków koguta, ozorka i przerośniętych kawałków wołowiny. Do tego wszystkiego trzeba było sobie przynieść marynaty (cukinie, marchewki, kalafior, seler naciowy), salsa verde (oliwa, natka, orzechy i czosnek) oraz musztardę owocową z  bufetu wyszykowanego na środku sali. Zanim michy z bollito wjechały na stół podano nam miseczki z flakami gotowanymi z ziemniakami i fasolą oraz półmisek z głowizną.

Kaszanka, czyli sanguinaccio, była słodka, musztarda owocowa pikatna, marynaty w sam raz octowe i chrupiące, mięso odchodziło od kości. Nażarliśmy się po uszy, inaugurując tym samym i zimę i  moją pierwszą wizytę w Mediolanie. Inauguracja miała miejsce w Trattoria San Bernardo w Morimondo, via Roma 1 (tel. 02 94602192, zamknięci we wtorki), w środę, 7. grudnia. I od środy było coraz gorzej. Musiałam zjeść rosotto z szafranem i ossobucco, odwiedzić 4 kościoły, jeden klasztor, obejrzeć wystawę malarstwa Artemisii Gentileschi, przejść wzdłuż Naviglio Grande oraz próbować Grana Lodigiano, pić kawę i chrupać prażone ziarna kakao.

Powiedzcie sami, czy po tych wszystkich przejściach nie należy mi się współczucie i urlop? :-D
czasami lepiej byłoby nie mieć poczty internetowej. Dzisiaj, na przykład dostałam e-maila od Anny Marii: zmarła Zia Rita
Zia Rita, to mama Stefano, męża Annymarii.
Zia Rita to ta od od sklepu, który mieścił się w na parterze naszego domu;
ta od ślimaków w sosie pomidorowym:
ta odmawiająca różaniec w kuchni wtórując transmisji z kaplicy w San Giovanni Rotondo i przygotowująca kanapkę z solonymi sardelami i młodą cebulą.

U Zii Rity siedziało się pod ścianą w kuchni, słuchało opowieści o Padre Pio, piło kawę. witało sąsiadów wpadających na chwilę.
Powered by Blogger.