Kiedyś mówiło się a Kodak moment, nadaje się do albumu rodzinnego, i strzelało zdjęcia aparatem z filmem kodaka. Tymi z ciepłą gamą kolorystyczną. Czasy się zmieniły. Kodaka kupują zapaleńcy fotografii analogowej, reszta łapie życia ajfonem. A w tle przygrywa Nokia tune :D 

  • Przy Redentore tłukł się facet. Najpierw sprawdzał reklamówkę znajomej: co ty, kurwa, nakupowałaś? Potem rozpoczął licytowanie ze znajomym: co wy chuje wiecie o Wenecji ja tu wszystkie kurwa zakątki znam. Wsiadł na to samo, co my, vaporetto i ustawiał tłum: nie widzisz że pani jest z kulą pora wstać i ustąpić miejsca (to do nastolatki ze słuchawkami). PROSZĘ się przesuwać do tyłu, bo ludzie nie mają gdzie stać (to przy San Marco). Wysiadł na przystanku Arsenale i dołączył do grupki mężczyzn rozłożonych na trawie pod drzewem. Słychać syczenie otwieranych puszek z piwem i jego głos: bo ja wenecju znaju. Czy jakoś tam.

  • Pani z Los Angeles:
    What's the deal with all those churches (o co chodzi z tymi wszystkimi kościołami?)
    Pani nie mogła doczekać się wypłynięcia do Palermo. Wenecji miała dosyć. Zapewne znała się z X., o którym pisałam niedawno.
  • Zatłoczona jedynka. Z prawej, nadające głośno podziwiające, nad głową brzęczenie innych podziwiających. Z lewej, starsza kobieta obserwująca miasto. Zapytałam czy nie dekoncentruje jej hałas? Ja pracuję w szkole, odpowiedziała i wróciła do patrzenia. 
Jeśli kupujesz makaron w sklepie to wiesz, że cavatelli przypominają krótkie ruloniki w prążki. Maszyny i dział sprzedaży gwarantują precyzję wykonania i jednolitość oznakowania.

szwajcarska precyzja
Gorzej gdy zechcesz zrobić cavatelli w domu. Szukając przepisu dowiesz się, że cavatelli mogą, ale nie muszą, być w prążki. Mogą być w kształcie ruloników, Lub naparstków. Lub łódeczek. Z cienkimi brzegami. Lub grubymi.

Do zrobienia cavatelli możesz użyć czubka zwykłego noża, apulijskiej la sferre, lub po prostu opuszków dwóch/trzech/czterech palców, rozcierając ciasto na zwykłej stolnicy lub na desce w wyrytym wzorem (na przykład rombami). Albo możesz ciasto rozcierać w dłoni.

Przy okazji zrozumiesz, że cavatelli to określenie mocno nieprecyzyjne, gdyż rozcierając ciasto jednym palcem robisz cavatelli (patrz zdjęcie w prawym górnym rogu), a dwoma - cecatelli, a czterema cortecce.

A tak w ogóle to powinno się mówić, że robi się strascinati, szurane kluski, do których należą również orecchiette. Nazwa strascinati pochodzi od czasownika strascinare, szurać lub rozwlekać, zaś samo strascinare okazuje się być precyzyjniejszą wersją innego czasownika - trascinare, który znaczy również ociąganie się lub wyciągnięcie kogoś (na przykład do teatru). Lub porwanie na fali entuzjazmu.  I choć precyzyjniejsze jest strascinare, to sam proces robienia klusek zwie się trascinamento.

Tak więc, porwana na fali etuzjazmu dla kluskowo-makaronowych historii, szuram palcami po desce, nie wiedząc sama co robię, bo nie tylko technika się liczy, ale również i region. Kluska o tej samej nazwie będzie wyglądała inaczej w Campanii a inaczej w Apulii. Ale, jak twierdzi Oretta Zanini de Vita: praktycznie niemożliwe jest zrozumienie różnorodności strascinati z Południowych Włoch.

I tego się trzeba trzymać :D

cavatelli, cecatelli, strascinati?

Przepis: do semoliny dodać szczyptę soli i dodawać letnią (niektórzy leją gorącą) wodę, cały czas wyrabiając, do momentu aż ciasto zacznie się zbijać w kulę. Precyzyjnych proporcji nie jestem w stanie podać. Wszystko zależy od mąki i wilgotności powietrza. Zagniatać długo i dokładnie, aż ciasto zrobi się gładkie i lśniące. Gotowe, przykryć ściereczką lub miską i odstawić na 30 min. Ciasto pokroić na kawałki mniej więcej tej samej wielkości i z każdego formować b. cienki wałek. Gotowe wałki kroić na kawałki 3-5 cm. Dobrze oprószyć mąką i naciskając ciasto opuszkami palców ciągnąć po desce do momentu w którym ciasto zacznie się zwijać w rulonik. 
Na parkingu w Sutri występowałyy dwa bezpańskie koty, którymi opiekują się nimi panie otwierające bramy i drzwi do zabytków (o teatrze rzymskim, zakrystii w skale i cmentarzu ponownego użytku będzie innym razem). Kotka występowała z udręce, a kot w ekstazie. Kocia wersja dzieła Irvinga Stone-a.


podejścia były dwa. Za pierwszym razem zapomniałam dodać jajko, więc ciasto - tłuste od wgniecionego masła - ślizgało się w misie, na co odpowiedziałam dosypując łyżkę mąki i szczyptę drożdży. Masło potrzebne do listkowania ciasta rozwałkowałam zbyt cienko, więc zrobiło się zbyt miękkie. I jeszcze wstawiłam gotowe rogaliki do piekarnika. 200 stopni, termoobieg i 15 minut pieczenia. To co wyciągnęłam z piekarnika było zbyt chrupiące by nazwać je cornetti.

Następnego dnia powtórka z uwzględnieniem wniosków wyciągniętych z pomyłek: składniki uszykowane, w kubku mocna kawa na pobudzenie komórek, cierpliwość włączona, bez termoobiegu i dodatkowej mąki. I choć pomysł z nadzieniem z konfitury pomarańczowej nie był najlepszym rozwiązaniem, to cornetti były takie jakie powinny być. Nie za maślane i nie za drożdżowe. Słodkawe, ale nie słodkie. Może ciut więcej listkowania i mniej glutowata glazura z frużeliny porzeczkowej......albo, jeszcze lepiej, frużelina morelowa.....



Cornetti czyli brioche (przepis z Jul's Kitchen)
roboty niewiele, ale trzeba ją rozłożyć na dwa dni
125 g mąki pszennej (typ 00)
125 g mąki chlebowej (ja dałam 550)
4 g soli
1/2 opakowania suszonych drożdży (płaska łyżeczka)
50 g mleka pełnotłustego
40 g letniej wody
1 jajko, lekko rozmącone
50 g cukru
skórka 1 pomarańczy
laska wanilii
30 g + 125 g masła

  1. Mąki, sól i cukier wymieszać. 
  2. Dodać do nich suszone drożdże rozpuszczone w mleku, wodę i rozmącone jajko. Zagniatać przez kilka minut. 
  3. Dodać 30 g miękkiego masła wymieszanego z nasionkami wanilii i skórką pomarańczową. Zagnieść jeszcze raz. Jeśli ciasto jest zbyt suche, dodawać po kropli wody, aż ciasto zbije się w gładką kulę. 
  4. Ciasto włożyć do dużej plastikowej torebki (musi mieć miejsce by wyrosnąć) i wstawić do lodówki na 24 godziny. Resztę masła, a więc 125 g włożyć między dwa kawałki pergaminu i rozwałkować na kwadrat. 
  5. Rozwałkowane masło wstawić do lodówki. 

I tu uwaga

wydawało mi się, że kwadrat powinien być cieniutki, natomiast w innym przepisie  wyczytałam, że kwadrat nie musi być duży, ale powinien być gruby.

24 godziny później:
  1. Ciasto zagnieść jeszcze raz, rozwałkować na kwadrat dużo większy niż powierzchnia schłodzonego masła. Na płacie ciasta ułożyć centralnie masło i brzegi ciasta założyć na nie jak rogi koperty. Skleić brzegi ciasta. 
  2. Rozwałkować tak, by ciasto miało tę samą szerokość, a wyciągnęło się wzdłuż (3 razy szerokość). W wyobraźni dzieląc ciasto na 3 części (stąd ta długość), placek składamy właśnie na trzy. 
  3. Złożony odwracamy o 90 stopni i znów rozwałkowujemy, tym razem na 4x szerokości. I składamy ponownie: dwie kawałki z brzegów składamy do środka, a potem to wszystko składamy na pół. 
  4. Ciasto zawijamy w folię i odstawiamy do lodówki na godzinę.

Schłodzone ciasto rozwałkowywujemy (ciasto powinno mieć 1/2 cm grubości), kroimy na trójkąty i zwijamy rogaliki, pamiętając że robimy włoskie cornetti, a więc porcje powinny być na 3-4 gryzy, rogi podwijamy, układamy na wyłożonej pergaminem blaszce i odstawiamy do wyrośnięcia na dwie godziny (mają podwoić wymiary). Pieczemy w nagrzanym do 200 stopni piekarniku. 15 minut powinno wystaczyć, by cornetti się ładnie zrumieniły. Jeszcze gorące posmarować roztopioną w rondelku frużeliną.

Wnioski wyciągnięte
cornetti najlepiej smakują w godzinę po wyciągnięciu z piekarnika, więc wydaje mi się sensowne wstawienie ich do lodówki na ostatnie wyrastanie. Rano wystarczy tylko wyjąć je wcześniej by doszły do temperatury pokojowej, a potem do piekarnika....No i dobrze roztopiona frużelina, smarowanie porządnym pędzelkiem, jeśli nadzienie to z konfitury jagodowej, malinowej ewentualnie morelowej. Pomarańcza zbytnio przytłacza nutę pomarańczową samego ciasta.
W roku 1960 anonimowy redaktor pisał:

Chłędowski, mimo że nie reprezentował poglądów reakcyjnych, nie potrafił dostrzec i zrozumieć wielu zjawisk społecznych. Nie zdając sobie sprawy z istoty współczesnych ruchów społecznych w Galicji, nie zdołał przyłożyć miary właściwej do analogicznych zjawisk w wiekach minionych. Nie wolny od obciążeń burżuazyjno-liberalnych traktował niejednokrotnie walki ludu o władzę jako “ruchawki”, “anarchię”, sama zaś władza w rękach ludu oznaczała dla niego “tyranię pospólstwa”. Opisując dążenia plebejskie stosował kryteria środowiska, do którego należał. (Kazimierz Chłędowski Siena, Od redakcji; Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1960)

Trzy lata później, to samo wydawnictw wydrukowało notę biograficzną Giuseppe Tomasiego di Lampedusa. Nota zawierała informacje o krytyce Lamparta, ale - zapewne ze względów ideologicznych - przemilczała powody krytyki. A te związane były właśnie z ideologią.

Otóż po 2. WŚ radykalne zaangażowanie intelektualistów było we Włoszech prawie wymagane. Artyści mieli tworzyć społecznie odpowiedzialne dzieła sztuki, co -notabene - dało nam neorealizm w filmie i fotografii, a eksperyment i nowe spojrzenie na literaturę były nakazem dnia. I właśnie w imię postępu i tworzenia nowych wartości, Ellio Vittorini, jeden z najbardziej wpływowych pisarzy tego okresu, zrobił chyba wszystko by książka Lampedusy nie ujrzała dnia dziennego: najpierw wystawił jej niepochlebne świadectwo w wydawnictwie Mondadori  potem odrzucił rękopis w wydawnictwie Einaudi, w którym zajmował stanowisko dyrektora, zaś w okresie bezpośrednio po publikacji książki przez Feltrinelliego (książkę wydano z rekomendacji Bassaniego, pisarza nie związanego z marksistami) nakłonił wielu pisarzy do krytykowania książki jako 'reakcyjnej'.  Jak napisała Jadwiga Gałuszka w nocie biograficznej do polskiego wydania książki, krytykowano Lampedusę za staroświeckość języka i wtórność formy. Posądzano go o przyjęcie języka Vitaliano Bracatiego (notabene jednego z ideologicznie zaangażowanych pisarzy) oraz plagiat. Miał Lampedusa posłużyć się książką przyjaciela - Giuseppe Maggiore - Sette i mezzo, w której pojawia się don Fabrizio z siostrzeńcem przypominającego Tancreda. Zarzuty plagiatu były mocno nadciągnięte, gdyż na zbieżności imienia i okresie akcji kończy się podobieństwo obydwu powieści.

neo neorealismo z Ginestry

Pewnie krytycy szaleliby dłużej i więcej gdyby nie zimna kąpiel zgotowana im przez jednego z czołowych marksistowskich intelektualistów. Otóż Louis Aragon nazwał Lamparta jedną z najważniejszych powieści stulecia, dodając jednocześnie, że Lampart to prawdopodobnie jedyna włoska powieść. Z Aragonem Vittorini nie odważył się dyskutować i krytyka w końcu przycichła.....A że Historia jest muzą złośliwą, więc i ta opowieść ma swą paskudną puentę: jeszcze za życia Vittoriniego na ekrany wchodzi film Lucchino Viscontiego, jednego z twórców włoskiego neorealizmu, oparty na powieści Lampedusy. Film uznany jest za jeden z najlepszych filmów Viscontiego :D Dzisiaj Vittorini jest pisarzem  prawie zapomnianym, natomiast Il Gattopardo sprzedaje się nadal (New York Times podaje liczbę 3,s miliona sprzedanych książek), a w roku 1985 Włosi uznali Lamparta za najwspanialszą powieść XX wieku.

symbolizm czy neorealizm?


 -------------------------
Lampart  Giuseppe Tomasi di Lampedusa, tłum. Zofia Ernstowa, Państwowy Instytut Wydawniczy. wyd. 2, 1963
The Last Leopard, A Life of Giuseppe di Tomasi di Lampedusa, David Gilmour, eLand London, 2007 (w Polsce ukazała się jako Ostatni Lampart. Tłumaczenie Anna Wójcicka. wydawnictwo Sic!, 2009)

dom poetów (zdj. Ghetti)
Niedawno czytałam w Corriere, że włoska mafia inwestuje w branżę turystyczną. Podobno wypasione hotele i co lepsze B&B to świetna pralnia nie tylko pościeli ale też i pieniędzy. Nie wiem czy za coraz lepiej wyglądające wnętrza odpowiedzialny jest jakiś don Corleone czy też dobrzy architek wnętrz, ale trudno nie zauważyć, że Południe wygląda designersko coraz lepiej. Do wydłużającej się  listy miejsc wartych zobaczenia dopisuję B&B MareSole w Ginostrze. I nawet nie wiem, czy bardziej podobają cementowe (?) kafelki na posadzkach czy biało-błękitna kuchnia? A może wolę widok na błękitne (a jakże morze) i dymiący Stromboli? W każdym razie, chciałabym tam pojechać choćby jutro.

na zdj. Casa dei Poeti, B&B MareSole
Ginostra, Isola di Stromboli (Isole Eolie),
98050 Messina(ME)
info@ginostra-bb.com
Tel 090 981 1787 lub +39 338 717 2110
ucz się, ucz, byś nie zginęła w tłumie
Nowy adres internetowy do Il Vecchio Mulino otrzymany od Bei przypomniał mi o włoskich przymiotnikach, które mogą się wydawać sprawą nieskomplikowaną, czyli semplice, ale na krótko, bowiem semplice okazuje się mniej proste, gdy uświadomisz sobie, że semplice z frazy una semplice affirmazione (niewinna afirmacja) nie jest tym samym semplice z una domanda semplice (łatwe pytanie).

Postawienie przymiotnika przed - zamiast za - rzeczownikiem może mieć kolosalne znaczenie w sytuacji, gdy una domanda semplice pochodzi od zazdrosnego włoskiego kochanka, który chciałby wiedzieć od kogo dostałaś smsa. A ty, zaskoczona, przez pomyłkę mówisz mu, że od Pawełka, il vecchio amico, a więc od kogoś z kim przyjaźnisz się od lat, a zamierzałaś powiedzić, że od pana Pawła, un amico vecchio, który kiedyś był kumplem twojego nieżyjącego już dziadka. I przez przymiotnik w niewłaściwym miejscu znajdujesz się w un'amara situazione, bo zazdrosny Giorgio stawia ci przed nosem un caffè amaro, czyli bez cukru, i chowa się za otwartą na ogłoszeniach gazetą, zaś a ty - przez komórkę tłumaczysz la vecchia amica, że właśnie stałaś się una ragazza sola, zaręczyn nie będzie i w tej chwili  twoją una sola idea jest zadzwonienie po taksówkę .


stare przyjaciółki i stare znajome

Mam jedynie nadzieję, że nie pożyczysz Giorgio pieniędzy na kupno nowego motocykla, bo wtedy nie powiem ci, że masz pecha i jesteś una povera donna, ale że jesteś spłukana, a więc la donna povera....


*********
una certa situazione - specyficzna sytuacja. Una notizia certa - evidentne, gwarantowane ostrzeżenie, uwaga.

una sola idea - jedyny pomysł, una ragazza sola - w tym przypadku: singielka

X. ma dosyć Wenecji. Był w niej ze dwadzieścia razy, a więc o jakieś 19 razy za dużo, by się czegoś nowego dowiedzieć.. Rozumiem X.  Przeładowanie materiałem. Ile razy można patrzeć na różowo-biały pałac dodżów, białą bryłę Redentore, pasek Giudecci, San Giorgio Maggiore wynurzający się z wody?



Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że X. bredzi, bo Wenecja nie może się znudzić. Ja z kolei twierdzę, że X. twardy dysk się zawiesił. Bo Wenecja oglądana po raz kolejny jest nadal zajebistsza od zajebistych. Wystarczy tylko zresetować wyobraźnię. A na Giudecce zauważy się wtedy zakład oczyszczania miasta, w Cannaregio magazyny z ręcznie malowanymi logo Spar, McDonald'sa, real i wirtual w oknach, a w sestiere Castello - ogłoszenie o ekologicznym pochówku. Natomiast w zatłoczonym vaporetto zauważy się pana z obsługi, który mógłby pozować dla Missoni, Prady i Vuittona razem wziętych. Albo grać główną męską rolę w moim  erotycznym śnie z Wenecją w tle.

X:zresetowana w Wenecji wyobraźnia przydatna jest też we Włocławku, Kaliszu, Brodnicy, Koszalinie, Tomaszowie,  Kielcach i w Radziejowie Kujawskim :D


Powered by Blogger.