Od tygodni wyrastał mi nowy temat. Wymagał koncentracji, gruntownego przeglądu tekstów źródłowych oraz prac laboratoryjnych. Co prawda wszystko można było robić nie wychodząc z domu, nie mniej jednak zabierało mi to dużo czasu. Oczywiście nauka nigdy nie jest zmarnowana, więc dowiedziałam się że mój piekarnik jest do wymiany (nierówno piecze), eksperymenty zakończyły się przednią bagietkąi konstatacją, że lavash i pita z żeliwnej patelni wychodzą lepiej.  Przede wszystkim jednak przekonałam się, że sprawa białego proszku w konteście międzynarodowym jest bardziej skomplikowana niż by się mogło wydawać.

Placek

Pizza chiena, pizza cioncia, pizza con ciccioli e uvetta, pizza i tanni, pizza di Maiyu, pizza di polenta, pizza frella..i tak dalej....

W Słowniku Kuchni Regionalnych (Dizionario delle Cucine Regionali Italiane, wyd. Slow Food Editore, 2008) naliczyłam tych pizz dwadzieścia dziewięć: słodkich, wytrawnych, pszennych, kukurydzianych, cieciorkowych, z nadzieniem i bez, malowanych na czerwono sosem pomidorowym i białych, bez sosu, ale za to z oliwą i solą gruboziarnistą.

Wszyscy wiemy, że pizza to Neapol, ale te 29. pizz to w dużej mierze placki z Lacjum; sam Rzym dorobił się - co prawda dopiero w latach 50. XX.wieku - własnego stylu robienia pizzy, choć niewątpliwie korzystał z wypracowanych w Neapolu metod wyrabiania ciasta. Pizza neapolitańska jest miękka, daje się złożyć jak naleśnik. Pizza rzymska z kolei jest cienka, daje się zwinąć w rulonik dopiero po odkrojeniu bardzo chrupiącego brzegu. No i jest inaczej wypiekana - temperatura w miejscu, w którym ułożony jest placek, to jakieś 250 - 280 stopni. I choć pizza po rzymsku jest popularna, to jedynie pizza napoletana stała się marką zastrzeżoną (od 2004 roku). Wszystkie znane mi źródła podają, że ciasto na pizzę (rzymską również) powstaje przez dodawanie mąki do wody wymieszanej z solą i odrobiną drożdży (a nie, jak przy wyrabianiu chleba, przez dodawanie płynu do mąki); z tego co widziałam, słyszałam i czytałam wynika że proporcje oscylują wokół 1,7 kg mąki na litr wody, 1 - 3 g świeżych drożdży i 50 - 60 g soli. Długie wyrabianie ciasta, 48 godzin wyrastania, ponad 300 stopni w piekarniku i pizzę neapolitańską można robić. Tylko z jakiej mąki?

Biały proszek

Mąki we Włoszech dzieli się na miękkie, średnie, twarde oraz mąki specjalnej troski :) Mąka miękka to tipo 0, wykorzystywana do wypieków słodkich, w tym takżesłodkiej pizzy nadziewanej ricottą  ze skórką cytrynową; średnia - tipo 00 - na makarony, choć nie wszystkie, gdyż niektóre robi się z mąki twardej. Potem jest mąka tipo 1 lub 2, przeznaczona na chleb, mniej lub bardziej razowy. Specjalną odmianą mąki pszennej jest manitoba, która oznacza twardą mąkę, z pszenicy kanadyjskiej, o wysokiej zawartości glutenu, którą dodaje się do słabszych mąk. Proste, prawda? Nie do końca, gdyż określenia manitoba używa się też na określenie innych mąk, więc nigdy nie wiadomo czy napis manitoba na opakowaniu mamy traktować dosłownie, czyt. mąka kanadyjska z bardzo wysoką zawartością glutenu, czy też metaforycznie, a więc mąka twarda pochodzenia włoskiego. Dlatego warto popatrzeć na drugą stronę woreczka z mąką by sprawdzić wartość W, i nie chodzi tu o waty, a o gluten:

  • W90 - 180 to mąka typu 0
  • W180 - 250 tipo 00
  • W 280- 350 mąki twarde
  • powyżej W 350 - manitoba

Gdzie w tym zestawiu mieszczą się mąki typu 1 i 2 nie umiem z całą pewnością powiedzieć. Najsensowniejsze strony mąkom włoskim poświęcone, czyli Gambero Rosso i Forza delle farine z Lo Conte, zbyt mało precyzyjnie tłumaczą powiązania typu mąki i zawartości glutenu (W). Tak więc, jeśli komuś wpadnie do głowy pomysł wyjazdu do rzymskiego supermarketu po mąkę, przypominam: z tyłu opakowania patrz!. A jeżeli chcesz zastąpić mąkę włoską mąką innej narodowości, to życzę powodzenia. Moja próba zagniecenia ciabatty z niemieckiej mąki chlebowej (550), okazała się porażką choć 550 dobrze zastąpiła francuską T65, mąkę na baguettes de tradition française sur poolish, zaś rezultat - o niebo lepszy od bagietki od Francuza z Viktualienmarkt. 

Już później znalazłam informację, że niemieckie mąki zawierają ciut mniej glutenu od ich włoskich odpowiedników. Tak więc mąka włoska tipo 00, przeznaczona na makarony jajeczne, ma więcej glutenu niż mąka niemiecka przeznaczona na kluski. O ile? Nie wiem. Sprawdzając opakowanie mąki orkiszowej 1050, informacji o wartości W nie znalazłam. Mąki polskiej nie mam, więc nie umiem powiedzieć czy sprawa jest prostsza czy też może jeszcze bardziej skomplikowana. Po głowie mi się tylko tłucze, że jakaś mąka wrocławska, jakaś krupczatka, tortowa, chlebowa i grysik. Więc może grysik to semolina, tortowa to tipo 0, a wrocławska - 00?



Przypadkowa hodowla wizjonerów
Na zbożach - szczególnie na życie, jęczmieniu i pszenicy - pasożytuje claviceps purpurea, buławinka czerwona, odpowiedzialna za (a konkretniej - alkaloidy przez nią produkowane) za ergotyzm - chorobę której konwulsyjną wersję nazywano Tańcem św. Wita, a gangrenową - Ogniem św. Antoniego*. Przetrwalniki buławinki czerwonej, zawierające alkaloidy powodujące halucynacje, konwulsje oraz niedokrwienie kończyn, mielono razem z ziarnem. Tak więc przez kilka ładnych wieków ludzkość łaziła napruta jak stodoła, gdyż ze sporyszów buławinki czerwonej produkuje się dietyloamid kwasu lizergowego, czyli coś co znamy jako psychotrop LSD **. I w taki oto sposób okazuje się, że średniowieczni wizjonerzy i święci mogli mieć wiele wspólnego z Woodstockiem.

Obecnie szanse na spotkanie kogoś cierpiącego na ergotyzm są marne, nie mniej jednak wizje się trafiają. O wizji smoleńskiej pisać nie muszę, ale mam dwie inne, obydwie na bazie białego proszku: 

  • A więc monograno, czyli makarony z jednego gatunku zboża, odpowiedniej narodowości i w dodatku zbieranego z jednego pola. Pasta monograno ma być twardsza, bardziej aromatyczna i zawierać o wiele więcej błonnika (gdzieś wyczytałam, że trzy razy więcej). Wszystko w odpowiedniej cenie: we Włoszech pasta monograno od Felicetti kosztuje dwa razy więcej niż makaron od Garofalo, a w Niemczech aż cztery razy. 

  • No i placek z rodowodem, który ma sięgać czasów rzymskich, choć podejrzewam, że te rzymskie korzenie to raczej kwestia lingwistyki** i pobożnego życzenia. Nowy placek to pinsa romana, łącząca pizzę Lacjum, znaną w innych regionach jako focaccia, z typowymi dodatkami do pizzy: karczochami, brasaolą z ruccolą, prawdziwkami, surowymi pomidorkami i tak dalej. Ciasto na pinsę zagniata się ze specjalnej mąki, odstawia do lodówki na minimum 24 godziny, zaś placki formuje się bez użycia wałka, wygniatając palcami długie owalne pinse. 
Wraz z nastaniem pinsy pojawiły się też pinserie. Za pierwszą pinserię uważa się Pratolinę, zaś mąkę na pinsę (BTW: nazwa i skład zastrzeżone) musisz kupić tu, od pomysłodawcy hybrydowego placka  - Corrado di Marco.

Najlepsze jednak zostawiam na koniec: mieszanka na pinsę to mąka pszenna, ryżowa i sojowa. Zaś sama pinsa nie zawiera OGM, tak więc zachodzi cudowna przemiana modyfikowanej soi w niemodyfikowaną pinsę. Chyba ktoś w młynie di Marco nawąchał się bławinka czerwonego.

A o historii pizzy w notce o pinocchio z 3. września 2009 roku
====
* Ogniem św. Antoniego nazywany też jest półpasiec, pewnie z racji podobieństwa początkowych objawów choroby.

** LSD uzyskuje się też z wilca wielkokwiatowego.

*** słowo pinsa pochodzi od pinsere - wydłużać, rozciągać.
od ilu przegadanych godzin liczy się znajomy? Jeśli od trzech, to poznajcie mojego dobrego znajomego - Maurizio Servę z Rivodutri. Pisałam o jego restauracji La Trota, teraz mogę pokazać jak Maurizio dekonstruuje klasykę. Makaron robi ze składników na prawie klasyczną amatricianę, a więc z podsmażonego z lukcrecją (to nowy element w klasyce, halka na sukienkę, stringi na jeansy) podgardla i pomidorów. Przerobioną na susz amatricianę dodaje do ciasta makaronowego, posypuje chrupiącym pogardlem (czyli element griscii), daje krem z pecorino podkręcony miejscową miętą i robi flagę włoską dodatkiem zielonego bobu. Ten bób podpowiada mi, że amatriciana alla griscia to potrawa majowa.


Dekonstruowanie klasyki...dobre to czy złe? Ocenę pozostawiamczytelnikom i widzom . Ja się tu tylko chwalę znajomym. Przyznaję, że kilkanaście lat temu miałam dobrego kumpla, który dekonstruował modę. Jego wizytowym zestawem była halka zarzucona na jeansy i bluzę z kapturem. Halek miał kilka. Najlepiej jednak czuł się w halce jedwabnej z koronką w kolorze łosiowym...Kumpel w zdekonstruowanym stroju na kolację do restauracji Maurizia nie przyjedzie, ale pewnie by furorę zrobił, zwłaszcza w tym łososiowym zestawie, pasującym jak ulał do makaronu w kolorze amatriciany. 

Inne zdekonstruowane amatriciany:
Cristiano Tomei z L'Imbuta (Luca)
Emanuele Scarello z Agli Amici (Udine)
Stara kronika filmowa. Od drugiej minuty zaczynają się migawki z Wenecji. Jak z innego świata: prawie pusty Canal Grande, Piazza San Marco bez tłumów.



Tak, to był inny świat. I nie chodzi jedynie o Wenecję. Prowadzenie kamery, dobra dykcja lektora, tekst literacką polszczyzną, pełne zdania - to jest właśnie inne.



Na swojską nutę gra natomiast piosenka o dumie narodowej, obywatelach gorszej kategorii a przede wszystkim swojski jest rząd,  którym kieruje prezes (nazywano go wtedy pierwszym sekretarzem) jedynie słusznej partii.
Z  letargu wybudziła Ginestrę walka o utrzymanie szkoły, którą - w ramach szukania oszczędności - wójt zamierzał zamknąć, w zamian ofiarując zespół szkół, z siedzibą w Monteleone. Ginestra argumentowała, że to ona ma największą szkołę w okolicy, wybudowaną społecznie i o 5 lat wcześniej niż ta w Monteleone. I Ginestra walkę wygrała. To do szkoły w Ginestrze dowozi się dzieci z okolicznych wiosek.

Obudzona z letargu Ginestra zdecydowała, że wydarzenia kulturalne, a więc obchody świąt różnych, powinny zostać odmłodzone. Nie obyło się bez ostrej wymiany zdań, bo niektórzy chcieli powolnej ewolucji, czyli zostawiamy tak jak jest a zmieni się samo. Druga strona argumentowała, że zmiany potrzebne są teraz, gdy jest szansa na zatrzymanie w Ginestrze młodych.

I tak kultura w Ginestrze przechodzi facelift. Folklorystyczna nuta nabrała międzynarodowego sznytu, czasami będącego porażką bo do bluesa Ginestra jeszcze nie dojrzała ;) i chyba nie dojrzeje. Raz że muzyka trudna, a dwa, że serce nie podskakuje radośnie do bluesowej liryki śpiewanej po angielsku z ciężkim włoskim akcentem.


Nowy był też konkurs na najlepszą szopkę. Szopki były różne: szydełkowa stajenka, święta rodzina z żarówek, otoczenie stajenki z kabli, recyklinowa szopka z buteleczek po actimelach, Jezusik z herbatników, Beltejem z kloców Lego. A więc i pomysłowo i nowocześnie. Głosy oddawane wyświetlano na ścianie domu koło poczty. I tylko samo oddawanie głosów okazało się radośnie staroświeckie: dwa rodzaje kartek wyborczych i ostry przedwyborczy lobbying: niektórym wyborcom wręczano wypełnione kartki do głosowania :)

Jako cudzoziemcy nie wpłacamy składek, nie uczestniczymy w walnych zebraniach i nie decydujemy o kierunku zmian. Ale możemy partycypować. I tak w sierpniu na rynku zawisną fotografie: Ginestra z okien Casa di Giuseppe (dosłownie i w przenośni)

O ile dwie rzeczy naraz to jak cię mogę, daję radę. Ale trzech już nie. Stąd też brak postów na blogu, bo od tygodni dwóch porządkuję zdjęcia - mam ich dużo - w różne miejsca powtykanych;  i myślę o wyborze zdjęć na wystawę w Ginestrze. O wystawie zdań kilka pojutrze jutro. Teraz natomiast odnalezione fotografie z drogi niedawno odkrytej, schowanej między pagórkami, kończącej się ostrą wspinaczką na drogę tuż przy napisie Ginestra wita.

Strada Provinciale 578 (zwana Salto - Cicolana od nazwy regionu w którym się zaczyna i od jeziora wzdłuż którego przebiega) to, przynajmniej w naszym przypadku, najwygodniejszy sposób dojazdu do A24/E80, a więc autostrady na Chieti i Teramo.

I choć historia drogi, która kiedyś łączyła państwo Burbonów z państwem kościelnym, jest interesująca, to opowiedzieć chcę o tym co kryje się za ścianą gór po lewej stronie SP578 (po prawej stronie mamy jezioro Salto).  A jest tam Płaskowyż Rascino (Altopiano di Rascino to oficjalna nazwa, choć spotkałam się też z określeniem Piana, Pian lub Pani di Rascino).

Z drogi do Fiamignano, stanowiącego bramę wjazdową na płaskowyż, rozciąga się widok na góry Sabiny, które - poprzetykane poranną mgłą - kojarzą się z dekoracją w teatrze lalek lub ilustracją w książce tłumaczącej unione - technikę malarską Renesansu. Lasy na zboczach w ochrach, cynobrach i karmazynach, by pozostać przy malarstwie, zaś w zagłębieniach skał kwitną jeszcze amarantowe cyklameny.




Sam płaskowyż jest w sepii.

Wszędzie osty; nie te sterczące w niebo , ale rozłożone na kamieniach jak ośmiornice. Pobocza tu i ówdzie porośnięte kolczastymi krzewami o twardych owocach, obciągniętych czarną skórką, co upodobnia je do główek mikroskopijnych mumii, w których z racji rozmiaru  nie można dopatrzeć się ani wyszczerzonych ząbków ani struktury czaszki. Zarys gór w oddali (Altopiano di Rascino ma, podaje włoska Wikipedia, 5 km szerokości i 7 km długości), któraś z nich to Monte Nuria, ale która to, nie umiałam wtedy powiedzieć. No i ścieżka dźwiękowa: szelest ostów, skrzeczenie jakiegoś ptaka i szuranie podeszw po kamieniach.

Szukałam miejsca w którym dawno temu ukrywało się czterech neofaszystów. Nie podaję nazwy ich organizacji gdyż jedne źródła mówią o Squadre d'Azione Mussolini czyli SAM, inne zaś o Avangardia Nazionale, a jeszcze inne o Ordine Nero. Niewiele też znalazłam o jednym z nich, zabitym na Altipiano Giancarlu Espostim , choć podobno miał uczestniczyć w ataku na Piazza della Loggia (Brescia), gdzie w podłożona w koszu na śmieci bomba zabiła 8 i raniła 100 uczestników protestu antyfaszystowskiego.


Gdybyśmy żyli w czasach mitów to można by było napisać, że bogowie za karę zamienili Giancarla Esposti w kamyk, oset lub w grudę zaoranego pola. A tak wypada jedynie napisać, że zginął 30. maja 1974 roku przy próbie ucieczki i nie znalazłam poświęconej mu tablicy pamiątkowej.

Tyle po ciemnej stronie opowieści.


Po jasnej  jest samochód ciągnący za sobą tumany kurzu, stado kóz przechodzących przez drogę, domy z kamienia i grube grudy ziemi na zaoranych polach. To pod soczewicę, którą znów zaczyna się w Rascino kultywować. Nigdy nie widziałam pól soczewicy, nie wiem jak kwitną, nie wiem czy pachną i czy lubią je pszczoły, ale drobniutka jak żwir soczewica z Rascino ma kolor płaskowyżu  i nadaje się na zimową zupę, do której w Ginestrze wrzucają kawał szperki, kilka pomidorów, gałązkę rozmarynu i liście laurowe. A tuż  podaniem polewa gęstą zupę młodą mętną oliwą.

Na Altipiano di Rascino zamierzam wrócić. Jeśli wierzyć filmowi, wiosną i latem zmienia paletę



Włoskie linki, polskich brak:

Altopiano di Rascino
Monte Nuria 
Giancarlo Esposti
SlowFood o soczewicy z Rascino

zdjęcie ze strony projektanta
 
na zdjęciu wygląda jak prawdziwa żarówka, taka staroświecka, ze 'sprężynką' w środku. Dokładny opis rozwiewa iluzję: płaska powierzchnia z plexi z  LEDem.

Ale że zaprojektował ją Andrea Ciappesoni, więc i dla niej znalazło się (wirtualne) miejsce na Włoszczyźnie.  I chyba na wirtualnym pozostanie. Ciekawość ciekawością, ale czy gotowa jestem wydać 80 euro za żarówkę? I to nawet nie wiadomo czy w cenę wliczony jest kabelek z którego ta niby żarówka mogłaby dyndać...

Żarówkę zgłoszono do A'Design Awards & Competition. A za konkursem stoi OMC Design Studios SRL, czyli też Włosi. W lutym dowiemy, się kto nagrodę wygrał, bo przecież nie żarówka?
Wymuszona problemami z komputerem bezczynność uświadomiła mi jak bardzo potrzebna jest zmiana. Niby były pomysły na posty, ale jak przyszło do ubierania ich w słowa - niemoc. Całkowity ugór.


Teraz komputer pachnie świeżością, po trzech tygodniach w Ginestrze wschodzą nowe pomysły, zaś lektury poszerzyły zasób słów. Wracam więc na pole z włoszczyzną.....
przydałby się, zwłaszcza do tego z własną firmą budowlaną lub chociażby wypożyczalnią rusztowań, gdyż rusztowania potrzebne przy robotach dachowych wynajmuje się płacąc ileś tam za metr kwadratowy powierzchni. A że dom wysoki i długi (chyba że wymyślą jak robić dach od węższej strony) to i najbardziej kosztowną rzeczą wymiany dachu będzie rzeczone rusztowanie. No ale sufity nam się podniosą. I będzie można w końcu zrezygnować z wiaderka na deszczówkę ustawionego, a jakże, w sypialni.....

PS: bajkowe lasy z okolic Albaching, Bawaria
kamiennie
się lubi Castelmezzano, do którego się jeszcze bardziej przekonało po fakcie, gdy w sieci się znalazło więcej informacji niż podawał przewodnik po Apulii i Bazylikacie. Dodam, że przewodnik po Bazylikacie tylko z nazwy, bo niewiele informacji o rzeczonej Bazylikacie zawierał. Ale, jak się rzekło, w siecie informacje się znalazło, i teraz już wiadomo, że przypadkowo się trafiło na perełkę z widokami, historią i kulinariami.

już wiosennie

W Castelmezzano się było w maju, a się zachciało wrócić do wspomnień gdy w czasie niedzielnego spaceru po lesie padło pytanie zasadnicze: jak teraz wygląda Castelmezzano?
bawarsko i jesiennie
 No i się okazało, że pogoda w nim bawarska: 13 stopni w ciągu dnia, 4 w nocy. Co niespodzianką nie było, gdyż w połowie maja też zimno było i rękawiczki bardzo by się przydały, ale tylko na dwa dni; dnia trzeciego niespodziewanie się zrobiła wiosna i Dolina Basento wymieniła dywan z szarozielonego na soczyście zielony, mieniący się w słońcu - jak na prawdziwy jedwabny dywan przystało - czerwienią miejscowej koniczyny.

O zimie przypominały informacje, że do Pietrapertosy nie dojdziemy - górski trakt dla owiec, osłów i turystów zamknięto z powodu osuniętego zimą zbocza - i przypominały grube łańcuchy przymocowane do ścian domów stojących wzdłuż najostrzejszego podejścia via Regina Margherita, a służące do podciągania się w miesiącach jesienno-zimowych, gdy w Castelmezzano leży śnieg.

zimowo

Się pamięta: stroma Via Regina Margherita, przesmyki uliczek, które są jednocześnie schodami łączącymi tarasy wioski. Długie podejście do punktu widokowego (tylko się nie wie czy to via Marconi czy też inna ulica, której nazwy na mapie wioski nie zaznaczono, bo chyba nie jest to via Margherita?). Pionowe schodki wyryte w wielkiej skale, wiszącej nad domkami poniżej. Domki wryte w skałę, wąski ogródek na półce skalnej.

Później się wyczytało, że schodki należały do zamku normańskiego, sama nazwa wioski pochodzi od Castrum Medianum, zamku średniego, który razem z zamkiem w Pietrapertosa i Brindisi di Montagna pilnował Doliny Basento, oraz że początków Castelmezzano trzeba szukać w Bizancjum i w historii Templariuszy. Nie znalazłam wiarygodnej informacji o powiązaniach tego zakonu z Castelmezzano, ale w kościele Chiesa Madre di S. Maria można obejrzeć wyryty w skale krzyż templariuszy, o czym się dowiedziałam już po powrocie z Castelmezzano. Herb wioska ściągnęła z pieczęci zakonu: dwóch siedzących na jednym koniu rycerzy (co z prawami autorkimi, znakiem zastrzeżonym i tak dalej?)

W Chiesa Madre di S. Maria stoi figurka madonny, w koralowej sukni z błękitnym fartuchem w gwiazdy malowanym. Sama madonna siedzi sztywno jak na królową przystało, długa gruba szyjaprosta jak słup, twarz nieruchoma, z przenikliwym spojrzeniem ciemnych oczu i chyba obietnicą uśmiechu na zaciśniętych wargach. Na kolanach trzyma Jezusa z dojrzałą twarzą zmęczonego mężczyny, ale o dziecięcych stopkach, jedną z których otula dłoń madonny, ale jakby od niechcenia lub jakby madonna wstydziła się tego matczynego gestu.

Czy jest to Madonna dell'Olmo, madonna od wiązów? Chyba tak, choć w sieci znajduję zdjęcia dwóch różnych madonn o tej samej nazwie.

Się rzekło, że do Pietrapertosa nie można było dojść. Więc nie miało się okazji zobaczyć zamku, najstarszej dzielnicy zwanej L'Arabata, w średniowieczu zamieszkałej przez Arabów. Się nie było w Brindisi di Montagna, nie zeszło się do rzeki Basento, ale usłyszało to i owo, chociażby o tym, jak po zjednoczeniu Włoch, gdy rozsypał się jeden system, a jeszcze nie wykształcił drugi, okolice Castelmezzano stały się siedzibą band, miejscowa arystokracja (bo i takowa w Castelmezzano była) albo się przenosiła w inne, bardziej bezpieczne miejsca, albo sprawiała sobie ciężkie bramy i grubsze mury. W dwudziestym wieku ruszyła emigracja, potem zesłania przeciwników faszyzmu do wiosek na południe od Eboli, a jeszcze później akwedukt i kanalizacja i turystyka. Tę ostatnią reprezentują gospodarstwa agroturystyczne i kilka B&B oraz dobra restauracja Al Becco della Civetta, w dziobie sowy, w samym Castelmezzano. Że można tam dobrze zjeść, pisać nie muszę. Dodam jedynie, że pieczoną jagnięcinę uznaliśmy za najsmaczniejszą jaką nam kiedykolwiek podano. A mnie zachwyciły suszone papryki, cudownie chrupiące w zębach i smak krwistego steka. Oczywiście z miejscowych krów...rasy podolskiej ;)

====
Castelmezzano w wiki, w Discover Basilicata, oraz w Slow Europe
Castelmezzano jako jedna z najpiękniejszych wiosek Włoch: i Borghi piu belli d'Italia
O templariuszach w wersji audio  i wideo


Ristorante Al Becco della Civetta
Vico 1° Maglietta, 7 85010 Castelmezzano (PZ)
Tel.: +39 0971 986249

a jako niedrogą noclegownię z miłą obsługą i widokiem na Dolomity polecam Al balcone delle dolomiti, do której wspinaliśmy się via Regina Margherita  wracając z Al Becco della Civetta.




Powered by Blogger.