trafia protestant do piekła. Pogoda piękna, słońce świeci, na horyzoncie plaża, błękitna woda, palmy kołyszą się na wietrze. Do duszyczki podchodzi elegancki pan w garniturze od Armaniego: „witam w piekle, czy chcesz zapoznać się z naszą ofertą? Tu możesz się zabawić, tam wypocząć, tu autobus, który podrzuci cię na plażę...” i tak sobie rozmawiając, spacerują po okolicy. W końcu podchodzą do śmierdzącej siarką dziury, z której bucha ogień i słychać jęki. „A co to?” pyta protestacka duszyczka. „To katolicy; chcieli, żeby tak wyglądało piekło”

Dowcip przywiozła z Mediolanu Eli, czyli nasza włoska przyjaciółka,
wierszyk na okazję:
jeszcze w polu tyle śniegu, jeszcze strumyk lodem ścięty
a pierwiosnek już na brzegu wyrósł śliczny, uśmiechnięty
 
jest oczywiste, że poeta popisząc o strumyku lodem ściętym miał na myśli strumyk w Górnej Bawarii; i nie strumyk a jezioro; i to nie każde jezioro, a Simsee.


pierwiosnek niezwykle grzecznie wygląda, jak nie on.
design z lotniska i znad jeziora


Lotniskowy McDonald’s jest designerski, z krzesłami małżeństwa Eamesów.  Frytki z ketchupem i ciepława coca-cola smakują lepiej, gdy siedzi się w DAR.

Wiosenne kolory ebayu



ostatnie zakupy dotarły do Wasserburga. Krzesło Eamesów, autentyk z włókna szklanego jest lekko przetrącone na brzegu. Chyba skleję taśmą; najlepsza byłaby taka z napisem „policja”.

Religijne rekwizyty



jeden z okolic Simsee, drugi z ebayu w solidnym gipsie austriackim.
wiadomo, że narty. Wiadomo, że Dolomity i autostrada Brennero. Ale Trentino to również (a może przede wszystkim) kuchnia.  I świetnie działająca informacja turystyczna z dobrze zaprojektowaną (ewenement jak na moje włoskie doświadczenia) stroną internetową.



Otóż owa informacja turystyczna wydawała (i nadal pewnie wydaje) Scopri il Gusto, czyli przewodnik kulinarny po prowincji. Z Scopri il Gusto (do znalezienia w informacjach turystycznych) wybraliśmy się w góry, w Valsugana. I w ten sposób odkryliśmy sery Trentino. Najlepiej pamiętam puzzone di moena z różowawą skórką i aromatem (lub- jak kto woli - smrodem) ziół górskich. Puzzone produkowany jest z niepasteryzowanego mleka krowiego, dojrzewa minimum 80 dni, czasami leżakuje 6-7  miesięcy. I nie polecam wiezienia go w nagrzanym samochodzie. W którejś wsi jadłam polentę z serem tosela. I próbowałam sera grana. To był dopiero odjazd! Grana z mostarda di frutta smakowała dobrze, ale jeszcze lepiej z miejscowym miodem. Już w Trento (Trydencie) miałam okazję ugryźć sera wyglądającego na camembert. Niestety, kozie sery i ja nie lubimy się nawzajem. Konsupcję caprino dokończył JC. Podobno był to jeden z najlepszych kozich serów jakie dane mu było kiedykolwiek jeść.


Lista mleczarni:
  • Caseificio Sociale Capitello di Fassa, via Pent de Sera 1, Capitello di Fassa
  • Caseificio Sociale val di Fiemme-Cavalese, via Nazionale 8, localita Bivio, 38033 Carano
  • Caseificio Sociale Comprensoriale Primiero, via Roma 179, 38050 Mezzano
  • Caseificio Sociale Preazzdo e Moena, via Fiamme Gialle 48, 38037 Predazzo


A polentę można jadać nie tylko z tosélą, ale również z kiełbasą. Każda dolina ma swój własny przepis na idealny zestaw mięsa i przypraw. Myśmy próbowali polentę z kiełbasą zwana lucanica, przyprawioną  cynamonem. A ja nie pamiętam w której dolinie to było,Popytam Eli. Jej tato pochodzi z Trentino. Może on coś wie?

Więcej o kulinariach trydenckich do doczytania na stronie www.trentino.to
nie po drodze na Litwę, a w drodze do Włoch, polecam mały objazd przez Rosenheim. Od 25. marca do 10. października w Lokschuppen (Rathausstrasse 24, otwarte w tygodniu od 9 do 18, w weekendy 10-18) będzie wystawa o przyprawach i korzeniach, ich pochodzeniu i wykorzystaniu. Wystawie patronuje Schuhbeck, importer tychże, posiadacz kilku sklepów kolonialnych w Monachium (informacja dla tych, którzy chcą bardziej zboczyć z drogi; adresy na stronie Schuhbecka).

Jeździmy do Włoch przez Europabrucke, Przełęcz Brennera i dalej A22. Widujemy na trasie dużo samochodów z Polski, stąd też wnioskuję, że jest to najpopularniejsza wśród Polaków droga na Włochy. Tak więc może zjazd do Rovereto na wystawę w Il Mart? Od 5. maja do 18. października można zobaczyć wystawę zatytułowaną Mendini>Depero.

Do Il Mart jeździliśmy zanim trafił się nam dom w Ginestrze i Rovereto oraz całe Trentino odsunęliśmy na bok. Czasami, jadąc w kierunku na Modenę i widząc zjazd Rovereto Nord powtarzam sobie słowa reklamy widzianej przy autostradzie w Kalifornii „if you lived here you’d be home right now”. Do Rovereto mielibyśmy tylko 4 godziny jazdy, do Ginestry mamy 9.


Wracając do Il Mart i wystaw: widzieliśmy świetne wystawy o futuryźmie, włoskim designie wczoraj i dziś, szkło weneckie, więc zupełnie odpowiedzialnie i z ręką na sercu mogę stwierdzić, że Il Mart dobrym muzeum jest: wystawy profesjonalnie i nowocześnie przygotowane, doskonały sklep z pamiątkami, a sam budynek też wart zobaczenia. Projektował go bowiem Mario Botta ze Szwajcarii, architekt odpowiedzialny za SFMOMA, czyli San Francisco Museum of Modern Art . Czy to przypadek, że Botta projektuje dla miejsc w których już mieszkam lub do których chcę się przeprowadzić? :-)

Il Mart jest na Via Portici 38, wystawy można zwiedzać od wtorku do niedzieli od godz. 10 do 18, cena biletu 6€ (zniżkowy 4).

Wydaje mi się, że ponad rok temu pisałam już coś o Rovereto. Jeśli tak, to nie wiem pod jakim tagiem post umieściłam, bo pod Trentino go nie ma. Jeśli jednak tmi się tylko wydaje, że pisałam, to pora wzbogacić dietę o masło orzechowe, które ponoć dobrze na głowę robi. Niezależnie od stanu moich klepek i umiejętności dołączania odpowiednich tagów, twierdzę (po raz pierwszy lub po raz kolejny), że do Rovereto warto zjechać. Zabytków specjalnych tam nie ma, ale jest kameralnie, młodo (miasto uniwersyteckie) i można naprawdę dobrze zjeść:

chyba najlepszą restauracją w mieście jest Novecento de l’Hotel Rovereto (Corso Rosmini 82d). Jedliśmy tam kilka razy, za każdym razem z przyjemnością. Raz trafiliśmy na świetne ravioli z dynią, innym razem na bollito misto, wyciągane z kotła na oczach klientów, krojone na miarę. A jeszcze przy innej okazji próbowaliśmy canederli ze szpinakiem. W karcie win sporo win od Castel Noarna (właściel i hotelu i restauracji), ale nie ma na co narzekać. Nie pamiętam nazwy wina czerwonego, które wtedy piliśmy (Rafaello? Romeo?) i które nam smakowało. Oczywiście chciałam sprawdzić nazwę na stronie winnicy, ale wina już nie ma. Może przestali produkować? Jeśli tak, to jadę odebrać butelki, które przywiozłam jako prezenty.

Osteria del Pettirosso (corso Bettini 24, www.osteriadelpettirosso.com)
następna dobra restauracja z jeszcze lepszym wyborem win i z pięknym wnętrzem. Na parterze jest bar i knajpka na szybkie zakąski. Prawdziwa jadalnia jest w podziemiach (kamienne wnętrze, wina dookoła, dyskretna obsługa). Specjalność zakładu to kuchnia regionalna: risotto z pęcaku i Marzemino (miejscowe czerwone wino), sery z gór.

Stappomatto (corso Bettini 56a; www.stappomatto.com) czyli winiarnia: prosecco na kieliszki, dobry wybór win z prowincji, genialny talerz serów (wszystko miejscowe)

I na koniec moje najulubieńsze: Il Trivio (campiello di Trivio 11, www.altrivio.it) i restauracja w winnicy Tarczal (w Marano D'Isera, czyli po drugiej stronie rzeki, www.detarczal.com)/. Il Trivio to lekko upiorne wnętrze (słoneczniki, słoneczne przecierki na ścianach i potęga luster) oraz genialne potrawy: pasztet z warzyw i mus z wątróbki,  risotto ze świeżym selerem naciowym, gorgonzolą dolce i orzechami włoskimi, stek z sosem ziołowym. Ciekawe desery, dobra karta win, kiepska kawa.

Do Tarczal trzeba jechać samochodem (co ogranicza konsumpcję wina), ale położenie na terenie winnicy (stoły na zewnątrz) i staroświeckie wnętrze warte są zachodu. Tarczal podaje potrawy regionalne oraz wędliny i sery z okolicznych wiosek. Byliśmy tam dwa razy, w odstępnie 6. miesięcy. Menu wydawało się to samo, więc za trzecim razem wybraliśmy się spacerkiem po Rovereto. I trafiliśmy na Il Trivio. Tarczal polewa wina własne, warto więc spróbować Marzemino z którego słyną, zagryzając kiełbasą lub kozim camembertem.

Wszystkie wymienione przeze mnie miejsca w Rovereto (czyli bez Tarczal) są w Gambero Rosso z 2008 roku (sprawdziłam). Novecento ma 76 punktów (czyli jeden widelec), Il Trivio 74 punkty, Stappomatto dostał jedną butelkę (znaczy się: dobry bar). Dodatkowo Gambero uważa, że tak Novecento jak i Stappomatto oraz Il Trivio są okazją cenową. Warto więc tam pojechać. A nuż się zorientują, że trzeba podnieść ceny?
Starzeję się, więc zauważam zmiany. Z wiekiem przychodzi rozluźnienie mięśni i zahamowań, więc pewnie lada dzień zacznę korzystać z pampersów, snując przy tym opowieści ’o moich czasach’. Mam fundusz pampersowy (świnia-skarbonka) i zaczynam spisywać wspomnienia, bo nie wiadomo jak to z pamięcią będzie:
Rok 2010, luty: w Gandawie znikają flamandzkie klimaty, wkracza styl międzynarodowy: zamiast żydowsko-alzackiego klimatu Bloch (najlepsze pieczywo i serniki oraz najbardziej obciachowe wnętrze w mieście) mamy teraz Zara Home. Przy Vleesmarkt zakwitło logo Subway. Po Peeters, czyli sklepie prowadzącym sprzedaż biustonoszy, skarpet i serów, pozostał jedynie napis w oknie.


 
Jeszcze dobrze nie rozpakowałam walizki, torby i torebki, a już chcę wracać, bo może pod moją nieobecność zrobią z Gandawy drugą Brugię? I wraz z aluminiowymi oknami, odpadającym tynkiem, zniknie klimat miasta? Wygląda na to, że jedynie Kaiser Karel Straat, do niedawna najbrzydsza ulica w centrum, nadal trzyma fason - jest wyświechtana, niekoniecznie szlachetnie, pachnąca wilgotną piwnicą i frytkami.

Niecałe 3 lata temu widywałam Gandawę rasistowską i ksenofobiczną: Patrick, który obejmował stanowisko dyrektora muzycznego w Handelbeurs musiał oduczyć się akcentu z Brugii; nasza wspólnota mieszkaniowa (12 mieszkań, dwa sklepy; razem 30 głosów), nie zgodziła się na sprzedaż mieszkania czarnoskóremu prawnikowi (za byli sprzedający i trzech cudzoziemców, czyli my i francuskojęzyczna pani P. z 5 piętra).  Podobno było w Gandawie gorzej, zaś Brugia- mimo wyglądu miasta idealnego - jest tak samo rasistowska jak Gandawa.

I choć statystyki psują mi narrację nie chcę być gołosłowna, zwłaszcza że przed minutą (wolno piszę :-) stwierdziłam, że Flandria jest rasistowska. Jeśli wyniki w wyborach o czymś świadczą (a udział w wyborach jest w Belgii obowiązkowy) to obecność w polityce skrajnie prawicowego Vlaams Belang świadczy o przekonaniach obywateli. Oficjalna strona internetowa partii podaje, że mają w radach miejskich i samorządach ponad 800 miejsc:
  • prowincja  Limburg 44 na 99 miejsc
  • Zachodnia Flandria 35 na 102,
  • Wschodniaj Flandria (czyli również w Gandawie) 93 na 163
  • Antwerpia 213 na 305 miejsc
Sprawdziłam dodatkowo w necie: w Brugii mają 8 na 47 głosów, w Gandawie 9 na 51. Nie mogę wypowiadać się o Brugii, ale w Gandawie polepszyły im się wyniki, bo za moich czasów mieli między 2 a 5%, teraz mają 17%.


 


Co w Belgii lubię? Oprócz frytek, krokietów, gulaszu na piwie, naleśników drożdżowych, czekolady, cykorii, zielonego sosu do węgorza, lubię belgijskich projektantów mody i dekoratorów wnętrz, Belgowie wydają się być odpowiedzialni za modę na niedokończone marynarki i wnętrza. Kocham ich łączenie nieodrestaurowanego z nowym, rezygnację z dopracowywania detali, pozostawianie starych elementów architektonicznych nawet jeśli nie są najwyższej klasy.

Jak tak zebrać wszystko do kupy (przywiązanie do mody,niechęć do administracji państwowej, korupcja i kumoterstwo, kombinowanie) to w sumie Belgia ma dużo wspólnego w Włochami, choć kryminalny element Włosi nazywają mafią, a Belgowie rządem :-)

A ja?  Ja czuję się lepiej we Włoszech niż w Belgii. I mogę przestać chwalić się obiektywizmem, bo najwyraźniej słońce i wino mają przewagę nad deszczem i piwem, nawet jeśli tym piwem jest Westvleteren - najlepsze piwo na świecie.
bo nie trzeba czytać przewodnika turystycznego; nie jest też konieczna wizyta w informacji turystycznej. A łażąc bez planu można trafić na cuda, lub na miasto z gaciami opuszczonymi na pół masztu:

 


 
Najgorzej wracać na stare śmiecie. Wszystko chciałoby się dokumentnie zobaczyć, porównać. A tego - ni chu chu - nie da się zrobić, bo człek i starszy się zrobił, perspektywa mu się zmieniła (dioptrie też) i widzi jakoś inaczej.

 

  



Tam, gdzie kiedyś musztardę miejscową sprzedawali, teraz jest kawiarnia w której espresso kosztuje ’jedyne’ 3 euro (50 centów za kawę, 2,50 za wnętrze). Sklep z dywanami tybetańskimi zniknął; na jego miejscu jest ultra kolorowy sklepik z tapetami, poduszkami i różnymi innymi zbędnikami:

  
Sklepik nazywa sie Huiszwaluw (adres: Jan Breydelstraat 33). Nazwy kawiarni nie pamiętam (nie tylko dioptrie, ale i pamięć inna :-)), ale wystarczy tylko pójść na Vleesmarkt: kawiarnia jest po prawej stronie, zaraz obok piekarni. Po drugiej stronie placu są stare jatki, a za plecami jest Europa Bank. 

Na zdjęciach:
Patershol, sklep jedwabniczy przy Sint Jacobsplein, Jan Breydelstraat, roboty przy Michielsplein, sikająca Wenus-po drugiej stronie rzeki przy MIAT, samochód najczęściej stoi przy S. Anna Plein, zestaw czerwony to Patershol, okolice Sleepstraat, a restauracja czerwona to Sint Salvadorstraat (chyba).

W kwietniu 1999 roku siedząc z JC w barze Towers (spalił się w czerwcu), wyglądając przez okno w kierunku kościoła św. Mikołaja lub w katedry (tak, tak...Towers miał takie widoki) zapytałam z głupia pęk co musimy zrobić, żeby tu zamieszkać? Pod koniec lipca tego samego roku malowałam z Irką ściany naszego mieszkania na Kortrijksesteenweg, żeby sześć lat później nie móc się doczekać wyjazdu do Wasserburga; Belgia (choć nie Gandawa) wychodziła nam bokiem, zaś przeprowadzka zadziwiająco przypominała ucieczkę.



Gandawa nadal mi się podoba, ale inaczej. Gust mi się zmienił. Zamiast od średniowiecza do secesji chodziłam teraz od obtłuczonej ściany do pomazanej bramy. Widziałam inaczej, choć dyskutować można czy lepiej... Wiem, że mam pociąg do atrofii i uwielbiam romantyzować rozkład :-D
 

Powered by Blogger.