naszła mnie refleksja. Nie zrealizowaliśmy planu posiadania włoskiej bazy wypadowej. Zamiast miejsca z którego miały być podbijane tereny nieznane, mamy dom, wieś i sąsiadów. Przywiązaliśmy się do Ginestry i ludzi. A co za tym idzie, chcemy trochę pobyć na miejscu; nacieszyć się korytarzem bez zielonego kubła na deszczówkę, ciszą i widokiem z balkonu. Iść na kawę do Giny, zapukać do Renato. Fig nazbierać, nasmażyć konfitur. Zrobić ravioli z ziołami. Poprosić Marię o domową ricottę; byłaby w sam raz pod ten miód fasolowy kupiony na Roztoczu. Poszukać jeżozwierza, którego widziała Marta.
Jedziemy do Ginestra na dwa tygodnie. To strasznie mało czasu, bo jeszcze trzeba zajechać do Piglio po wino, a w Poggio Bustone poświętować porchettę. Czyli Materę, Bari, Trani, Oltranto, Lecce, Campobasso przesuwamy na inny termin. Grudzień? Albo już w nowym roku? Na przykład na wielkanoc....A może powinniśmy poczekać do emerytury? Zostało nam jeszcze jakieś 15-20 lat :-D
zdj: z Ginestry
Jedziemy do Ginestra na dwa tygodnie. To strasznie mało czasu, bo jeszcze trzeba zajechać do Piglio po wino, a w Poggio Bustone poświętować porchettę. Czyli Materę, Bari, Trani, Oltranto, Lecce, Campobasso przesuwamy na inny termin. Grudzień? Albo już w nowym roku? Na przykład na wielkanoc....A może powinniśmy poczekać do emerytury? Zostało nam jeszcze jakieś 15-20 lat :-D
zdj: z Ginestry
25 Sept 2010
23:08
Od lat zmieniam adresy; sprawdzam czym nowe miejsce różni się od starego i jak żyją ludzie po drugiej stronie płota. Wycieczki są nie dla mnie; pokazują jedynie jak miejsce wygląda. Ja chcę wiedzieć jakie dane miejsce JEST. Tak więc nie chcę zwiedzać. Chcę w miejscu BYĆ. Najlepiej 2-5 lat, tak aby przeżyć rok fascynacji wszystkim, ptem rok irytacji różnicami aby skończyć na akceptacji.
Jest to jakiś sposób na życie. Idealny? Nie. Nie mam korzeni. Niby jestem związana z Polską, ale tak nie do końca. Z Ameryką bardziej się teraz nie lubię niż lubię, choć mnie ukształtowała; Holandię podziwiam, ale na odległość. Z Belgii brakuje mi jedynie przyjaciółki, Polki z resztą, do której lubiłam wpadać na rozmowy i rozmówki.
Mieszkamy w Bawarii od (chyba) czterech lat. Jak długo jeszcze? Nie wiem. Zależy od pracy JC. Czy chciałabym się znów przeprowadzić? Niekoniecznie, chociaż Hall in Tirol (na zdj.) wygląda ciekawie. Pytanie tylko czy JC chciałby dojeżdżać z Austrii do pracy w Monachium :-)
No i, oczywiście, zawsze jest Ginestra; nasza doniczka w której próbujemy zapuścić korzenie......
Jest to jakiś sposób na życie. Idealny? Nie. Nie mam korzeni. Niby jestem związana z Polską, ale tak nie do końca. Z Ameryką bardziej się teraz nie lubię niż lubię, choć mnie ukształtowała; Holandię podziwiam, ale na odległość. Z Belgii brakuje mi jedynie przyjaciółki, Polki z resztą, do której lubiłam wpadać na rozmowy i rozmówki.
Mieszkamy w Bawarii od (chyba) czterech lat. Jak długo jeszcze? Nie wiem. Zależy od pracy JC. Czy chciałabym się znów przeprowadzić? Niekoniecznie, chociaż Hall in Tirol (na zdj.) wygląda ciekawie. Pytanie tylko czy JC chciałby dojeżdżać z Austrii do pracy w Monachium :-)
No i, oczywiście, zawsze jest Ginestra; nasza doniczka w której próbujemy zapuścić korzenie......
w listopadzie będzie nas już sześcioro: JC i ja, Lucek i Darwin, Freddie i Huygens. O Freddie, czyli Paoli Freddie, już wiecie. Huygens (czyta się HauHens a nie Huigens, HauzinHa a nie Huizinga :-) czyli po niderlandzku) jest dziełem przypadku. Lub szczęścia. Znalazłam go w sieci przypadkowo, zakochałam się w jego zielonych ślepkach i szarym futerku.A kotek był jeszcze niezaklepany. Po tygodniu dziennej dawki argumentów JC dał się przekonać. Przy okazji zrozumiał, że nie dyskutuje się z uczuciem :-) I że pewne koty trzeba mieć.
Pierwszy zestaw fotek: Freddie i Huygens (zdjęcia Freddie: Dwa Formaty; zdjęcia Homera- Huygensa: Mruczando), drugi: Lucek, Darwin i Luis Poulsen
Pierwszy zestaw fotek: Freddie i Huygens (zdjęcia Freddie: Dwa Formaty; zdjęcia Homera- Huygensa: Mruczando), drugi: Lucek, Darwin i Luis Poulsen
nie dosłyszałam ilu ich przyjechało, ale zapamiętałam procenty: największą grupą są Włosi (17%), na drugim miejscu Amerykanie (14%). Wszystko podane przez Radio2, bawarskie oczywiście.
24 Sept 2010
11:52
nie raz i nie dwa pisałam, że włoskie makarony to problem. Nazwy zmieniają się co kilkaset metrów. A jeśli nazwa pozostaje ta sama, to makaron wygląda inaczej. Albo wszystko naraz się zmienia.
Chociażby takie fettucine (l. poj. fettuccina): czasami nazywa się gnocche pelose lub lane. Lub lane pelose. Lub ramicce. Lub sagne. Grubsze fettuccine to maccheroni w Umbrii , tajarelloni w Abruzji, strenghe w Marche i lasagne na Sycylii. Fettuccine z Lacjum (z wyjątkiem Colonny gdzie przybrały imię pincinelle) to nic innego jak wstążki znane gdzie indziej jako tagliatelle (l. poj. tagliatella), węższe tagliatelle to tagliolini.
Tak jak w przypadku fettuccine, tagliatelle może się różnie zwać: tagliatelle smalzade ((Trydent - Górna Adyga), lesagnetes w Wenecji Euganejskiej a konkretnie w okolicy Cortiny D’Ampezzo, badele w Lombardii; a tagliolini to bassotti w Emilii - Romanii lub tajulin sa’l agagg w gwarze z Marche (piękna nazwa; nie wiem jednak jak się ją wymawia :-))
W Toskanii, a konkretnie w Valdarno, maccheroni to wstążka cienko rozwałkowana i grubo krojona, czyli pappardella (l. mn. pappardelle) a tagliolini to wstążki grubo wałkowane, ale za to wąskie.
W Lacjum tagliatelle mogą zwać się sagne w Cociarii, lub fettuccine w pozostałej części regionu, choć i tu jest odstępstwo od reguły, bo fettuccine z z Subiaco podawane w rosole zwą się sciaquabaffi. W Górach Sabińskich sciaquabaffi w rosole to curioli.
Jeśli to wydaje się zbyt proste, to dodam, że w Lacjum są dwa rodzaje fettuccine: jedne to wstążki znane jako tagliatelle a drugie fettuccine to fettuccine tylko grubsze :-)
Wariacje
w Umbrii fettuccine wymieszane z miodem i orzechami są tradycyjną potrawą bożonarodzeniową. Czy często spotykaną, trudno mi orzec, gdyż nigdy nie byłam w umbryjskim domu.W górach Aosty, w Apeninach w pobliżu Parmy oraz w północno-zachodniej Toskanii (czyli, m.in. w Garfagnana) fettuccine zagniatane są z mąki kasztanowej. A podaje się je podsmażane z kapustą włoską i żeberkami.
Tagliatelle zagniatane z samych żółtek, czasami z dodatkiem odrobiny wina, to specjał z Langhe (Piemont), zwany tajarin. Tajarin z dodatkiem mąki kukurydzianej to tajarin di meliga. I jeśli już o dodatkach do tagliatelle mowa, to w Ligurii i Lombardii zagniata się zielone ciasto, czyli z dodatkiem ogórecznika. W Górnej Adydze i górach Friuli do ciasta wlewa się świeżą krew.
W okolicy Piacenzy tagliatelle podaje się z sosem orzechowym, z w Civitella di Romagna zapieka z rosołem i sosem serowym zagęszczanym żółtkami i doprawianym cynamonem.
Złota wstążka
Oczywiście Włochy nie byłyby Włochami, gdyby nie powstał model idealnej fettucciny. Idealna fettuccina to fettuccina bolognese, czyli wstążka bolońska, zarejestrowana oficjalnie w roku 1972 przez boloński oddział Accademia Italiana della Cucina. Regulamin podaje (i tu cytuję za O. Zanini de Vita, bo na stronie informacji o fettuccine nie mogłam znaleźć), że idealna fettuccina ma po ugotowaniu szerokość 8 mm, czyli 1/12,270 wysokości Torre degli Asinelli gdyż „każda inna szerość [wstążki] spowoduje utratę jej niepowtarzalnego charakteru”. Jeśli komuś leży na sercu niepowtarzalny charakter bolońskiej tagliatelli, to zaraz poleci z suwmiarką i sprawdzi czy maszynka do krojonie wstążek jest odpowiednio skalibrowana. Po czym podziękuje instytucji nazdzorczej, że określając złotą miarkę nie zapomniała o podaniu szerokości surowego produktu. Tak więc dozwolona szerokość surowej fettucciny bolognese to 6,5 do 7,0 mm. Resztę, czyli 1,5 do 1 mm załatwia twardość ciasta i gotowanie. Niestety, Accademia nie podaje miary twardości i nie precyzuje czasu gotowania.Wnioski, czyli co z tego zapamiętać?
Nic. Zamówić lane/ sagne/ fettuccine/ tajarin/ lasagne/ tagliatelle/ maccheroni (niepotrzebne skreślić) z sosem. Reszta jest nieistotna......źródła:
Encyclopedia of Pasta, aut. Oretta Zanini de Vita
seria La Cucina Regionale Italiana, wyd. Newton & Compton Editori
Italian Cuisine, aut. Alberto Capatti i Massimo Montanari
23 Sept 2010
14:14
muzeum rupieci z siedzibą w Wasserburgu i filią w Ginestra powiększyło się o dwa eksponaty. Krzeseł nie potrzebujemy, ale czy można było przejść obojętnie obok eksponatu pokrytego surowym lnem? Albo nie kupić skrzypiącego krzesła kreślarskiego? Nabytki z targów staroci w Irlham i Forsting, czyli mojej najbliższej bawarskiej okolicy. Metalowy pojemnik z deklem też z targu staroci. Stylizacja własna a sień wasserburska.
wczoraj była polska, dzisiaj bawarska. Za ładna, żeby nie pokazać. Tak więc, niekoniecznie we włoskich klimatach: zdjęcia z Chimsee i mojego Wasserburga
22 Sept 2010
11:23
21 Sept 2010
08:12
Powered by Blogger.














