choć Villa Lante jest mokra. Bardzo mokra. Na tyle mokra, że mogłaby być pałacem Największego Deszczowca,

Blue Guide uważa, że jest to najpiękniejsza willa manierystyczna we Włoszech (ale najpiękniejsza jest, w/g Blue Guide, także Villa d'Este i Farnese, więc jak tu wierzyć?). Rzeczywiście, ładnie w Lante jest. Ale czy najładniej?

Pałacyk malutki, żeby nie powiedzieć- cienki, ale za to ma lustrzane odbicie: po drugiej stronie schodów jest stoi jego bliźniak. Piękny ogród, romantycznie zaniedbany. Przewrócona kamienna ławka, porośnięta mchem, kapiąca z balustrady woda. Nierealne wrażenie ogrodów Lante potęguje widok z tarasu. Villa jest bowiem otoczona miastem; tam gdzie kończą się tarasy i żywopłoty tam zaczyna się żywe i zabiegane miasto.

Do Lante warto zajechać, zwłaszcza jesienią. Bilety tanie (3 euro), nikt nie patrzy na ręce. I nawet kota przy bramie mają

i jeszcze o Lante

szkołę średnią zaliczyłam dawno (lub, jak kto woli, bardzo dawno) temu. Wspominać nie będę, bo i tak w necie jest za dużo opowieści z łezką w oku. Powiem jedynie, że w liceum, jako nawiedzona nastolatka, czytałam Stachurę. W sobotę pojechaliśmy do Czech, właśnie na piwo, Stachura się przypomniał: moja młodość i moje okolice. Ruszaj się Bruno, idziemy na piwo, niechybnie .....i takie tam.

Przejechaliśmy sobie wzdłuż bawarskiej granicy: Prochatice-Klaty. Piwo wypił JC w Prochaticach (ja nie, bo kierowca), zagryzając je gulaszem z knedlikami.

Prochatice i okolice były na tyle śliczne, że w przyszłą sobotę chcemy pojechać do Českych Budziejowic (czy jak się to pisze), tam nas jeszcze nie było, od stania w miejscu nie jeden zginął kwiat. No i uwielbiam Szwejka.

dostaliśmy BIC i IBAN konta bankowego ENEL. Możemy płacić za prąd z Niemiec, bez potrzeby wyjazdu do Bolzano. Musimy jedynie wymyśleć jak sprawdzać ile jesteśmy ENEL-owi dłużni. Strona internetowa z naszym kontem była do wglądu dla residenti. Teraz jesteśmy non-residenti i konta nie możemy oglądać. Tymczasowym rozwiązaniem było zadzwonienie do ENEL. Mamy dopłacić, napisać na przelewie magiczne słowa "ripristino forniture con contratto....", przesłać potwierdzenie przelewu. I jesteśmy rozliczeni za ostatnie 2-3 miesiące.

Z gazem jest tak, że gaz w domu mamy, ale nikt nie podpisał z nami umowy, nigdy też nie dostaliśmy rachunku za gaz. Rozmowa z ENI (od gazu) była krótka. Nie mogą nam przysłać umowy dopóki nie odłączą poprzedniego właściela. ENI potrzebuje numer codice fiscale poprzedniej właścicielki, a z braku takowego, chce numeru z gazomierza. Codice fiscale osoby od której kupiliśmy dom mamy, ale pani-to wiemy napewno-nawet nie wie gdzie są liczniki, więc jest pewne, że umowy z nikim nie podpisywała. Licznik natomiast jest w Ginestra, my w Wasserburgu. Oficjalne odczytywanie numerków odbędzie się więc w święta bożego narodzenia. A Nowy Rok zaczniemy rachunkiem za gaz.
nikt za nią nie dostał literackiej nagrody. A powinien.

Oto moja lista najpiękniejszych nazw makaronów włoskich:
abbotta pezziende (nakarm żebraka) z Abruzzo, przypominające krojone po skosie łazanki

chianche
przetłumaczyłabym je jako kocie łby, choć nazwa odnosi się do płyt kamiennych popularnych w Apulii)

ave marie (zdrowaśki), na Sycylii przypominają paciorki różańca, gdzie indziej znów to drobne i krótkie rurki; zawsze z dziurką

bricchetti
(kijki) z Ligurii

cappellacci dei briganti (czapki brygantów) z Molise i Lazio

code di topo, mysie ogonki z Lacjum i Abruzzo

fieno di canepina, siano z Canepina (czyli miejscowości z okolic Viterbo)

fregnacce--w dialekcie Lacjum znaczy to drobnostki, drobne oszustwa. A pierwotna nazwa pochodzi od dialektowego określenia kobiecych narządów płciowych (fregna)

gloria patri i pater noster (ojczenaszki) z Umbrii lub z Lacjum

lenzzolere e cuscenere (prześcieradła i poduszki) z Molise, przypominające bardzo nierówno pokrojone łazanki

occhi di passero (wróble ślepka)

pisarei (małe siusiaki) z Emilia

vipere cieche (ślepe żmije) z Lacjum, ręcznie uformowane spaghetti i zwinięte w kłębek; właśnie jak wylegujące się na słońcu żmije.

zavardouni czyli bałaganiary, z Emilia Romagna


poezję znalazłam w Encyclopedia of Pasta Oretty Zanini de Vita (tu o niej pisałam)
obiektywnie

  1. otwarty codziennie od 9 do 13 i od 15 do 18
  2. Położony nad rzeką Amaseno
  3. Z XI wieku; kościół wybudowano w XIII wieku
  4. Twórca współczesnych drzwi wejściowych: Pietro Canonica
  5. Klasztoru zwiedzać nie wolno; mieszka w nim ok. 20 cystersów

subiektywnie

Nie można wierzyć przewodnikom. Czytając o Casamari można bowiem dojść do wniosku, że większego cudu ze świecą szukać: klasztor założony przez benedyktynów, przejęty przez cystersów wybudowany na terenie rzymskiego municipium. Wspaniałe kolumny, ciekawe sklepienia, przyklasztorne muzeum. Jechać, zwiedzać i dziwować się. Pojechałam z JC. Zachwytów nie było: kościele ciemno więc nic nie widać, dziedziniec postury marnej, rzymska czy jakaś kolumna przy drzwiach....Nie było do czego wzdychać. Najbardziej podobała mi się rzeźba papieża (Marcin V?, twórcy nie udało się jeszcze ustalić): w rozwianych szatach, zarozumiała i z - pewnie niezamierzonym - wyrazem bezdennej głupoty na twarzy.

Do Casamari wróciłyśmy jeszcze z Z.

Z., miłośniczkę wszystkiego co średniowieczne i klasztorne, Casamari też nie zachwyciło. Może dlatego, że w Casamari był tłok, gdyż przybyła doń, z gościnną wizytą, figurka z Lourdes? Tak więc wnętrza kościoła znów nie dało rady zwiedzić, dziedziniec udekorowano biało-niebieskimi proporczykami z plastyku hałasującymi na wietrze. Za to posąg papieża nadal robił wrażenie.
„Rodzina Połanieckich” z angielskimi napisami (ósma minuta i 46 sekund). dla TV Polonia (?):
- Jak się czujesz kociątko moje? (pan Stach do Lidki)
- how are you my pussy? (Pan Stach do Lidki po angielsku)
Wychodzi na to, że Stach nazwał Lidkę swoją cipką przy ludziach. I ani pani Emilia, ani polonia, ani Roman G. nie zaprotestowali.
czy widzieliście kiedyś The Twilight Zone? Krótkie filmy o wydarzeniach, które zaistniały na granicy dnia i nocy? Bo my, w projekcie zwiedzania Kampanii, trafiliśmy do Twilight Zone. Po włosku: Buonalbergo :-) Byliśmy tam tuż przy końcu niedzielnej siesty. Jeśli mnie pamięć nie myli, nie widzieliśmy ludzi. Nie słyszeliśmy głosów. Spotkaliśmy jedynie dwa koty. Twighlight Zone.



Buonalbergo leży jakieś 30-40 km na wschód od Benevento, u podnóża Appeninów. Podobno zachowały się w nim mury twierdzy lombardzkiej, której nie udało się nam znaleźć.

Ze słownika:
bu'ono (a), buono
1) good un buon pranzo: a good lunch; (stai) buono: be good; che buono (cibo)!: this is nice!
2) (benevolo) buono (con): good with, kind to
3) (giusto, valido) right; al momento buono: at the right moment
4) (adatto) buon a/da: fit for/to; essere buon a nulla: to be no good- or- use anything

al'bergo ghi,
hotel; albergo diurno: public toilets (with washing and shaving facilities etc); albergo della gioventu: youth hostel

tak mi się od Szekspira zaczyna. Bo Romeo i Julia idealnie się do Fossanovy wpisują, mimo że Fossanova to Lacjum a nie Veneto, a klasztor (i to bez balkonu) domu w Weronie nijak nie przypomina. Klimat sentymentalny, a za zabudowania przyklasztorne, teraz obrośnięte powojem, winoroślą i amarantowymi kwiatkami, częsciowo odpowiada romantyczny wiek XIX. Klasztor, onegdaj bardzo wpływowy (mieli nawet posiadłości na Sycylii) należał najpierw do benedyktynów, później przeszedł w ręce cystersów. Z czasów świetności, przypadającej na XI-XIII wiek, pozostały krużganki, część mieszkalna klasztoru i stary szpital.

Klasztoru i kościoła nie udało nam się zwiedzić: niepotrzebnie pojechaliśmy do nudnego jak flaki z olejem Casamari (fotorelacja na dniach, gdy uporządkuję zdjęcia i zdecyduję czy chcę na naukowo czy na subiektywnie Casamari pokazywać), do Fossanova przyjechaliśmy więc o 13. Wszystko było już zamknięte. Pochodziliśmy jednak dookoła. Wiemy już, że chcemy wrócić.

Klasztor można zwiedzać w godz: 8-12 i 15-17:30 (latem 8-12 i 16-19:30)

Wycieczkę do Fossanova można połączyć z odwiedzinami w ogrodach Ninfy i reszta szekspirowskiego klimatu jak znalazł. Tylko pewnie już nie Julia i Werona, a Tytania i lasek w okolicach Aten.

BTW: jeśli już o Szekspirze mowa, to warto obejrzeć Much Ado About Nothing (Wiele Hałasu o Nic). Sceneria piękna (mimo że Toskania ;-)) i boski duet Kenneth-Emma. Uczta dla oka i ucha.
bo na Mozarta się nie nadaję: wygląda na to, że Wenecji niewiele zostało, zamienia się w skansen. Dzisiaj (powtarzam za NOS Journal z Holandii) odbył się na Canale Grande symboliczny pogrzeb miasta: liczba Veneziani spadła poniżej magicznej cyfry 60 000. Urząd miasta co prawda uważa, że mieszkańców jest więcej, ale nie jest w stanie podać dokładnych danych.

Kilka lat temu, po powrocie z Wenecji, pisałam w artykule, którego nikt nie chciał wydrukować, że Wenecja umiera nie jako zabytek, ale jako organizm miejski. Dzisiejszy pogrzeb to puenta do mojej tezy. Być może, zamiast opowieści o urokach Wenecji, powinnam zacząć myśleć o nekrologu w odcinkach.
to pomyślałabym że jestem w Wielkopolsce


11. października
Leonessa słynie z ziemniaków. Stąd też i komentarz w poznańskich pyrach.

Jak na imprezę poświęconej ziemniakowi, kartofli było przeraźliwie mało. Dużo było Umbrii. Za dużo, moim zdaniem. Leonessa jest przecież częścią Lacjum,co prawda, od stosunkowo niedawna. Tak więc Lacjum reprezentowały jedynie stoiska z Leonessy. Jedno z kiełbasami, drugie z pecorino, a trzecie z mozzarellą.

Czy nam się podobało? Nie. Ciasno i komercyjnie.

Było RAI, z kamerami, ale bez Berlusconiego; nikt wywiadu ze mną nie przeprowadził, czyli następne rozczarowanie.

Ne dopchałyśmy się do gnocchi di patate . Kolejka jak za oponami w komunie, brakowało jedynie zapisów i sprawdzania listy obecności.

A winogrona fragolino, kupowane w Poggio Bustone za 1,50, w Leonessa kosztowały 3 euro. Najwyraźniej stopa inflacji w Umbrii jest wyższa niż Lacjum
Powered by Blogger.