Mama Eli przysyła sms-a:
Czy smakowała nam liguryjska oliwa? 
Tak, bardzo. Właśnie wyjadamy resztki, mocząc w niej kawałki bułki. Smakuje inaczej niż nasza, ale równie dobrze.

Eli opowiada dużo o nas i o naszym domu; przede wszystkim jednak opowiada o wiosce. Miejscu, które - mimo zmian - pozostaje niezmienione. Od lat te same tradycje i symbole: sylwestrowe ognisko na placu przed kościołem pożera ubiegłoroczne śmieci i problemy; niedomknięte drzwi od mieszkania sugerują, że koniecznie trzeba zajrzeć i powiedzieć buon giorno. Woda źródlana z kamiennego zbiornika, sałata z ziół zebranych w polu. Świąteczny obiad dla gości: maccheroncini z sosem pomidorowym przyprawionym prawdziwkami i czarnymi oliwkami, jagnięcina w białym winie z rozmarynem, wino domowej produkcji, własna oliwa, karczochy z miętą, panettone na zakwasie i nalewka z granatów; ciasteczka w liściach laurowych.



Na wigilię Ginestra podaje spaghetti z sercówkami, dorsza z sosie pomidorowym, węgorza w białym sosie. Muszelki nadziewane ricottą i ziołami tradycyjną potrawą wigilijną nie są. Tak stwierdziła Gina, a potem powtórzyła cała wioska. W ognisku sylwestrowym spaliłam opakowanie po muszelkach. I obiecałam poprawę.


Zdjęcia z drogi do i z samej Ginestry; zimowe menu i śnieżne krajobrazy. Na tablicy witającej w Ginestrze widać nasz dom.
nikt tak nie umie zrobić zimy jak Bawaria. Prawa autorskie powinna sobie zastrzec. A zima w Bawarii wymieszana z rokoko to już w ogóle pełen zimowy wypas. Warte wyjazdu, nawet jeśli ostatnie kilkaset metrów tańczy się po lodzie, a powrót odbywa się w tłumie tych wracających do domu z nartami. Ale korki były gdzie indziej. Na przykład na trasie Innsbruck-Monachium. Razem jakieś 40 kilometrów.

 

Montecassino lub Monte Cassino - obydwie pisownie poprawne, choć drogowskazy pokazywały drogę do Abbazia di Montecassino, leżącego na Monte Cassino - wyglądało majestatycznie. Przynajmniej dziedziniec Bramantego sprawiał takie wrażenie. A może to zasługa widoków na Campanię? Lub oświetlenia?



Wrażenie prysło na następnym dziedzińcu, zwanym Chiostro dei Beneffatori (czyli Krużgankiem Dobroczyńców czyli tych co dali kasę): postawiono tam na straży wejścia do bazyliki dwie figury papieskie:  Clemens VIII(?) tańczy z jednej, Urban (X?) zaciska zęby z drugiej strony odźwieży upamiętniających żywot Benedykta. Nicki papieskie zapamiętałam na sto procent, gorzej z numerkami, a jeszcze gorzej z zapamiętaniem który był którym.  Ale kto by się tam numerkami przejmował; nawet autorzy przewodnika po klasztorze o rzeźbach nie wspominają. Albo im te numerki wiszą, albo wstyd im opisywać jednego takiego podrygującego, z wyrazem zarozumiałej tępoty na facjacie, albo boją się mułowatego zacięcia tego drugiego.

O historii klasztoru można poczytać na stronie Encyclopedii Katolickiej (po angielsku), ale warto zajrzeć na interactywną stronę samego klasztoru (po włosku jak i po angielsku): jest chronologia, jest wirtualny spacerek po klasztorze z opisami i galerią zdjęć. Patrząc na profesjonalnie wykonanie jakoś nie żałuję 2 euro wydanych na parking (zwłaszcza, że płacąc za parking dostałam sikanie w toalecie za darmo). Za pobyt na Montecassino, w przeciwieństwie do Subiaco, się płaci.

Tropami Benedykta na włoszczyźnie:
Casamari i Sacro Speco w Subiaco
wnioskując z e-maili, które ostatnio dostałam - w tym jeden grożący mi sprawą sądową o obrazę uczuć religijnych - postem o papieżu poruszyłam serca, choć niekoniecznie rozumy. Tak więc kontynuując- i tu cytuję jednego z anonimowych korespodentów - agresywną lewacką nagonkę na dorobek narodowy i atak na świętości, piszę niniejszym o Montecassino.





Nie będę się wdawała w gdybanie czy trzeba było Montecassino zdobywać, czy też nie. Zwłaszcza, że jedni historycy twierdzą iż było to konieczne (otwarcie drogi na Rzym), inni  że nie, bo do Rzymu można było się dostać lądując w Anzio. Jedni chcieliby stawiać przed sądem pamięć generała Clarka, który wydał rozkaz prewencyjnego zbombardowania klasztoru, zabijając w ten sposób setki chroniących się w klasztorze cywilów, w tym kobiety i dzieci, inni zaś twierdzą, że generał zrobił to niechętnie, z rozkazu generała Alexandra, i uważają że ocena czynów z perspektywy współczesnej wiedzy jest niesprawiedliwa. Tak więc o tym pisać nie będę. Nie będę też pisać o czterech fazach bitwy, ani też o liczbie poległych, zwłaszcza że poległych Niemców nie dało się policzyć.

Chcę porozmawiać o sztuce i o snach generałów.


pomnik
Czy kiedykolwiek zastanawialiście się ile miejsca zajmuje 900 tysięcy zamorodowanych, a ile 1032 poległych? Ja tak. Dlatego w Montecassino zeszliśmy do polskiego cmentarza. 1032 nazwiska na tablicy. Cztery Ginestry. Jedna trzecia mieszkańców zabytkowej części Wasserburga.  Trudno powiedzieć, że rozczarowałam się cmentarzem, bo cmentarz nie powinien rozczarowywać, ale jak określić uczucie gdy widzi się blok z kamienia, zbitą skałę, w którą stapiają się pojedyńcze mogiły? Monument nie pokazał, że 1032 zwłok to jednak dużo.Mówi silni, zwarci, gotowi. A ja pytam, dlaczego nie pokazać jednostek? Zwłaszcza, że zginęli tak młodo...

Podobno generał Clark już po drugiej bitwie wprowadził  karę śmierci za dezercję.

i generałowie
Nie wiem jak się szkoli wojsko, nie byłam na strzelnicy, nie wiem jak wygląda trening wojskowy i czego się uczy oficerów. Z perspektywy osoby, która nie potrafi patrzeć w oczy rybie na talerzu, zastanawiam się jak sypia w nocy generał, który wysyła na górę kilka tysięcy żołnierzy i których wraca mniej niż połowa? Rozumiem, że wojna, że wielki plan, a nie indywidualny żołnierz....ale tak po wojnie, gdy fakty są znane i gdy już wiadomo, że zbombardowanie klasztoru ułatwiło sprawę Niemcom, że atak bezpośredni na Montecassino prawdopodobnie nie był konieczny, gdyż linię Gustava można było obejść od ’zadka’ tak jak to zrobił Juin, czy były głównodowodzący sypia wtedy snem sprawiedliwego?

Czy takiego Clarka goniły w nocy furie przypominając mu dumę, która kazała mu zdobywać Rzym, pozwalając Kesselringowi uniknąć ostatecznej przegranej, czyniąc tym samym zwycięstwo na Montecassino próżnym wysiłkiem? Jak sypiał po nocy taki generał Juin, którego marokańscy żołnierze, rozjeżdżając się po włoskich wioskach otaczających Montecassino, gwałcili kobiety (historycy sądzą, że było ich ponad 800), a próbujących ich powstrzymać, mordowali?

I czy takiemu Kesselringowi dobrze było z myślą, że wiedział ile potrzebował ciężarówek aby przewieźć zasoby archiwów klasztornych do Watykanu, ale po bitwie nie umiał policzyć własnych poległych?


Do języka włoskiego przeszło słowo marocchinate, ’zmarokowani’ jako wspólna nazwa zgwałconych lub zamordowanych ofiar Goumiers - kolonialnych oddziałów Juina.

Na podstawie:
jest cykoria; tylko nie cicoria a radicchio, bo tak nazywa się cykorię:-)

Ładne jest radicchio di Castelfranco: jasnożółte liście nakrapiane kolorem buraków. Najbardziej jednak lubię radicchio trevigiano: i to wczesne, zwane precoce, przypominające kształtem główki młodej sałaty rzymskiej, i to późne, czyli tardivo, o wąskich, lekko poskręcanych listkach i intensywnym kolorze.


Trevigiano smakuje mi z patelni grillowej, skropione oliwą i posypane gruboziarnistą solą; lub podsmażone z kawałkami prosciutto lub pancetty i wymieszane z polentą. Albo z risotto i posypane serem Montasio.

Giorgio Locatelli (Made in Italy. Food & Stories) pisze, że pokrojone w paski lub całe liście radicchio można ugotować z miodem lub likierem; karmelizować w cukrze i podawać z duszonymi owocami; zapiekać z ricottą w tartach; wymieszać z mascarpone i ricottą i używać jako nadzienia do cannoli.




dwa rodzaje trevigiano i radicchio di Castelfranco.

Dizionario delle Cucine Regionali Italiane wymienia:
  1. radicchio rosso di Treviso
  2. radiccio variegato di Castelfranco
  3. radicchio canarino
  4. rosa di Gorizia
  5. radicchia di Lucca
  6. radicchio bianco fior di Masera
  7. bianco variegato di Lusia
  8. rosso di Chioggia
  9. rosso di Verona
  10. variegato bianco di Bassano 
Il Cucchiaio d’Argento Cucina Regionale
Większość odmian radicchio pochodzi w prowincji Veneto, a więc możliwe jest że opowieść o początkach radicchio jest prawdziwa: radicchio di Treviso to wynik prac Franza van den Borre, rodem z Flandrii, projektanta ogrodów, który postanowił udomowić dziko rosnące radicchio. W roku 1874 wyhodował swoje pierwsze, dając początek tradycji kulinarnej i gatunkowi radicchio rosso di Treviso.
czego się najbardziej boi właściciel kota? Że będzie lekarstwo musiał kotu dawać. Z zastrzykami mniejszy problem: łowisz, a zanim zaprotestuje, wbijasz igłę. Najgorzej jest z tabletkami: trzeba kota złapać, unieruchomić, otworzyć paszczę, wcisnąć tabletkę do pyska, pchnąć jak najgłębiej, pomasować gardło lub popukać w nosek. Tylko że kot ma pazury, ostre zęby i zwinny język. Czasami nie wystarczy wcisnąć tabletkę między ściśnięte kły, bo kot, zwierzę cwane i uparte, potrafi schować ją pod językiem i wypluć przy pierwszej nadarzającej się sposobności. Stąd każdy właściciel wie, że po podaniu tabletki kota trzeba ponownie złapać, unieruchomić, otworzyć mu pysk i sprawdzić pod językiem i koło zębów, w razie potrzeby przesunąć tabletkę na język, pomasować gardełko, postukać po nosku, aby za kilka minut zaczynać polowanie na kota, unieruchamianie, otwieranie japy...



Paola, nasze futrzane dzieciątko Paola,  w wieku zaledwie 5 miesięcy, tydzień temu miała ruję. Ruję przetrwaliśmy a teraz wkraczamy w dłuższą, i nie mniej kłopotliwą, terapię antybiotykową bowiem, jak to często u devonek bywa, Paola cierpi na po-rujową infekcję narządów rodnych.  A więc zastrzyk u weterynarza i seria antybiotyku w tabletkach. Dwa razy dziennie przez pięć dni. Tabletka, ręcznik, naganiacz, wszystko gotowe....tylko kota nie ma. Zniknęła.

Pewnie przyjdzie mi dzwonić do doktora Schiele, że jednak przyjeżdżamy na ten zastrzyk. Jeśli, oczywiście, znajdziemy Paolę. Jak mówiłam: łatwiej przeciągnąć wielbłąda przez ucho igły niż dać kotu lekarstwo.
gdyby Błota Pontyjskie nie urodziły Hydry, Itri na mapie by nie było; mieszkańy kolonii Amyclae - wspomnieniu po peloponeskim Amyclae - nigdy by z domów nie musieli uciekać i nie wybudowaliby miasta, a ja w roku 2011, 19. stycznia, o godz. 22:58, nie miałabym o czym pisać.


Gdybym tak mogła mieć jeszcze jeden dom we Włoszech, to miałabym go w Itri, które to Itri ja w przedszkolu z drewnianych klocków budowałam: łuk nośny tu, ściana tam, czerwony dach nad wszystkim. Sensu i logiki w tym moim budowaniu nie było, ale najwyraźniej już w wieku rajstop bawełnianych na szelkach czułam instynktownie średniowieczne rozwiązania architektoniczne.




Hydra i amycleus uśmiechają się z herbu, łącząc czas mityczny z rzeczywistością, w której nazwa Itri pochodzi od łacińskiego iter (lub od zniekształconego imienia boga Mitrasza, czczonego w pobliskich jaskiniach), a wieża Santa Maria Maggiore, błyszcząc bizantyjskim splendorem, przypomina o Peloponezie. Wieża jakimś cudem nie podzieliła losów samej świątyni, zbombardowanej w czasie wojny.

Po zabudowaniach kościelnych zostały kawałki ścian, kilka łuków i przeświadczenie, że wojskowym powinno odebrać się bomby i samoloty, a dać w zamian pukawki i balony z wodą.

Do Itri wchodzi się tak, jak właziło się na zjeżdżalnię od śliskiej i spadzistej strony. Jest stromo i jest wąsko. Na głównej arterii ja i mały fiat to o samochód za dużo; zaś robienie zdjęć ulicy to makrofotografia.

Kilkadziesiąt metrów od pozostałości po San Maria Maggiore stoi kościół pod wezwaniem Świętego Michała Archanioła, tego od miecza, który pewnie by się mieszkańcom Amyclae przydał, ale wtedy aniołów z mieczem nie było i dzięki temu powstało Itri. Św. Michał Archanioł jest w stylu arabsko-normańskim, z majoliką ozdobioną dzwonnicą, pamiętającą wiek XI, gdy miasto należało do Księstwa Gaety.

Na przeciwko Michała Archanioła stoi dom (Signum Salutis, róg lewy dolny), który mogłabym mieć. Przypomina on moje rysunki z przedszkola, gdy pani dawała kredki świecowe, a ja bazgrałam zamaszyście, tworząc dzieło świadczące o moim instyktownym wyczuciu kolorystyki Itri :-D

Dodatkowe informacje:
w Itri jest do zwiedzenia zamek z XIIIw; można go zwiedzaćod poniedziałku do piątku, z wyjątkiem czwartku, od 16 do 18.
ustalono, że cud był i dokonał go Jan Paweł II. Joseph Benedykt XVI Ratzinger zdecydował, że beatyfikować będą pierwszego maja, dodając dotychczas świeckiej uroczystości nowy wymiar. I dobrze; po cholerę upamiętniać śmierć roboli domagających się 8 godzinnego pracy skoro można upamiętnić cud.

Oczywiście co niektórzy pytają jak to było z przyjaźnią papieża z Padre Maciel-em, ale kardynał Angelo Amato w wywiadzie dla Famiglia Cristiana kategorycznie stwierdza, że JP2 nic nie wiedział o podwójnym życiu Maciela. I ja tam Amato wierzę, bo nie dosyć że poważny człowiek i kardynał, to jeszcze reprezentant Watykanu, organizacji znanej z otwartości i obiektywności. Tak więc dziennikarze piszący na temat przymykania oczu na przestępstwa Maciela zwyczajnie kłamią. Kłamie  Domosławski w artykule Sekrety Kościelnej Monarchii, kłamią Renner i Berry prowadzący przez 15 lat śledztwo w sprawie Maciela i zdecydowanie kłamie Juan Vaca, który napisał do Wojtyły list opisujący molestowanie go przez Maciela. Podobno Vaca wysłał list  w roku 1989 i podobno nawet dał tłumaczowi przysięgłemu do przetłumaczenia, ale Amato mówi, że Wojtyła i tak nic nie wiedział. Pewnie tłumacz kiepski. Podobno byli jacyś inni seminarzyści, którzy pisali do ża w tej samej sprawie, ale wszyscy wiedzą że młodzi i głupi, pewnie im się w głowach poprzewracało. A z resztą pisał o nich Berry,więc się nie liczy. Wróg choć niby swój; katolik. Konspiracja i tyle. W każdym razie nie ulega wąpliwości, że wszyscy kłamią, prawdę mówi Amato; a Wojtyła nic nie wiedział.

Gdyby rozpisywano konkurs na emblematy nowego błosławionego, miałabym projekt jak w mordę strzelił: trzy małpki -  jedna z łapkami na oczach, druga z łapkami na uszach, trzecia z łapkami na ustach.

A pierwszego maja będę w Ginestra  bez dostępu do telewizji, radia oraz internetu. Do Rzymu się tego dnia nie wybieram. A dzień ludzi pracy świętować będę jak co roku: miską świeżego bobu, kawałkiem pecorino i kieliszkiem prosecco.
Właściciel naszego domu lubił pogadać z Viją po francusku. Najczęściej o pogodzie; o sobie mówić nie chciał. Zmarł prawie pięć lat temu. Na razie nie udało mi się znaleźć na miejscowym cmentarzu tablicy z napisem Giuseppe Ombres.


Na parterze, gdzie teraz przechowujemy narzędzia i gdzie stoi bawarski kredens, rodzina De Stefanis miała sklep. Godziny otwarcia znaczyły dzwony kościelne.

Na świętego Giovanni-ego Stefano zbierał na łące ślimaki, które mama gotowała w garze ustawionym na kominie. Stefano ślimaki wydłubywał wykałaczką, a sos spływał mu po rękach. Resztki sosu w garnku wycierał  kawałkami chleba, pieczonego raz w tygodniu w rodzinnym piecu. Do ślimaków nikt nie dodawał masła i czosnku tak jak to robią Francuzi. Gotowało się je z czosnkiem, pomidorami i ziołami znalezionymi w polu. Najlepsze ślimaki można było znaleźć na stoku południowym, kiedyś widocznym z naszego okna, dzisiaj zasłoniętym przez dom Viji.

Angellino dumny jest z drzwi. Najporządniejsze drzwi we wsi, powiada. Robił je w roku 1968; roku nowego dachu i nowej łazienki. Giuseppe miał pieniądze i stać go było na jakość. Dlatego drzwi nadal wyglądają jak nowe, a dach wytrzymał ponad trzydzieści lat.

Wpólnik oszukał Giuseppe a okradli do końca prawnicy. Cztery domy w Rieti cholera wzięła i pod koniec Giuseppe jadł raz dziennie. Czasami Gina przynosiła mu jajko od kury a czasami miskę makaronu. Siedział sam, rozmawiał po francusku z Viją, a drugie piętro (to z sypialnią w której umarła jego matka) i parter, gdzie rodzice Stefano mieli kiedyś sklep, wynajmował Albańczykom, którzy zostawili po sobie brudne talerze i czerwone napisy na ścianie. Po Giuseppe dostały się nam dwa święte obrazy, krucyfiks i zdjęcie grupy dzieci przed budynkiem szkolnym. Zdjęć samego Giuseppe jeszcze nie widziałam, bowiem matka Giuseppe, rodzona siostra matki Renato, z siostrą nie rozmawiała. Tak więc Renato zdjęć kuzyna nie ma.

Na tablicy witających podróżnych w Ginestra widać dom. Po lewej stronie jest wieża zamku z tyłu dzwonnica kościoła. Za bicie dzwonów odpowiada Renato i dlatego czasami dzwony biją dwa razy, a czasami wcale.


Jestem przekonana, że nazwę spaghetti bolonese wymyślił jakiś Amerykanin, który w Amatrice spróbował spaghetti polanego czerwonym sosem z kawałkami mięsa. Bo komu innemu jak nie Amerykaninowi może się wydawać, że Amatrice leży na przedmieściach Bolonii, a frytka - wynalazek belgijski (jedyny sensowny, oprócz piwa i gofra, wynalazek belgijski) pochodzi - jak nazwa wskazuje - z Francji, co z kolei sugeruje amerykańskie przekonanie iż Belgia leży we Francji;a  Polska, w opinii moich amerykańskich znajomych z uniwersytetu,  graniczy zaś  z Argentyną, a latają po niej białe niedźwiedzie.

Wieść gminna głosi, że sos z Amatrice to nowoczesna, czyli pomidorowa, wersja bardziej tradycyjnego sosu alla gricia (lub griscia, bo i taka nazwa jest poprawna). Wieść gminną potwierdzają źródła czyli Dizionario della Cucine Regionali Italiane i Cucchiaio d’Argento: Cucina Regionale.

Do Amatrice warto pojechać chociażby dlatego, że tylko w Amatrice podaje się do sosu spaghetti. Reszta Włoch sięga po bucatini. Ale i samo miasto warte jest kilku godzin wędrówki: dwa kościoły (Sant’Agostino w stylu gotyckim, San Francesco w stylu romańskim), poczta w w zabytkowym pałacu, dwie bramy, park, dzwonnica miejska. No i widoki na góry. Że o poplątanej historii miasta nie wspomnę. Przechodziło z rąk do rąk i, jeśli mnie pamięć nie myli, to było nawet w rękach hiszpańskich.
Powered by Blogger.