oficjalnie zwie się gatto di patate lub gatto di Santa Chiara. Pochodzi z Campanii. I jest jedną z najsmaczniejszych potraw z ziemniaków jakie znam. W wersji tradycyjnej do puree ziemniaczanego dodaje się mozzarellę (lub fior di latte), wędzoną provolę, starty parmezan lub pecorino, prosciutto lub salame.
Ostatnio jednak z powodu braku mozzarelli, provoli, prosciutto i salame, wyprodukowałam skundloną i oszczędną wersję dania podstawowego, a więc z wędzoną ricottą i zwykłym provalone. Oczywiście gotowałam na oko, proporcje sobie wymyśliłam :D Ale co możne nie wyjść w zapiekance z kartofli?
2,5 kg ziemniaków, ugotowanych i ugniecionych na puree (lubię ugotować je z ząbkiem czosnku)
trochę mleka (do puree), tak na oko jakieś pół szklanki
kilka łyżek masła, choć bez masła też wychodzi
sól, pieprz
kilka łyżek masła
100 g wędzonej ricotty lub innego wędzonego sera, pokruszonego, startego na grubej tarce, pokrojonego w drobną kostkę
100 g provalone
z 8 łyżek startego parmezanu lub pecorino
dwa jajka
posiekana natka
bułka tarta i masło do sufletówki czy jak się to tam nazywa
180 stopni celcjusza i 30-45 minut na pieczenie
Do odcedzonych ziemniaków dodać masło i mleko, ubić na gładką masę. Do schłodzonego lekko puree dodać sery z wyjątkiem 2-3 łyżek startego parmezanu, dokładnie roztrzepane jajka (czasami lubię je zmiksować, są wtedy bardziej puszyste i gatto wychodzi delikatniejsze, trochę jak suflet), sól i pieprz do smaku (oraz pietruszkę, jeśli takową się ma). Wszystko dokładnie wymieszać, przełożyć do naczynia do zapiekania, wysmarowanego masłem i obsypanego bułką tartą. Przyklepać, ale niezbyt energicznie, bo jednak rozgrzane powietrze, ma właściwości spulchniające, posypać resztą parmezanu i piec do zrumienienia.
Dobre w wersji nagiej, doskonałe z sosem pomidorowym. I dobre odgrzewane, z patelni. A jak się do gatto poda czerwone wino z Campanii, na przykład Aglianico, to ma się bardzo elegancką kolację na cztery osoby.
Ostatnio jednak z powodu braku mozzarelli, provoli, prosciutto i salame, wyprodukowałam skundloną i oszczędną wersję dania podstawowego, a więc z wędzoną ricottą i zwykłym provalone. Oczywiście gotowałam na oko, proporcje sobie wymyśliłam :D Ale co możne nie wyjść w zapiekance z kartofli?
2,5 kg ziemniaków, ugotowanych i ugniecionych na puree (lubię ugotować je z ząbkiem czosnku)
trochę mleka (do puree), tak na oko jakieś pół szklanki
kilka łyżek masła, choć bez masła też wychodzi
sól, pieprz
kilka łyżek masła
100 g wędzonej ricotty lub innego wędzonego sera, pokruszonego, startego na grubej tarce, pokrojonego w drobną kostkę
100 g provalone
z 8 łyżek startego parmezanu lub pecorino
dwa jajka
posiekana natka
bułka tarta i masło do sufletówki czy jak się to tam nazywa
180 stopni celcjusza i 30-45 minut na pieczenie
Do odcedzonych ziemniaków dodać masło i mleko, ubić na gładką masę. Do schłodzonego lekko puree dodać sery z wyjątkiem 2-3 łyżek startego parmezanu, dokładnie roztrzepane jajka (czasami lubię je zmiksować, są wtedy bardziej puszyste i gatto wychodzi delikatniejsze, trochę jak suflet), sól i pieprz do smaku (oraz pietruszkę, jeśli takową się ma). Wszystko dokładnie wymieszać, przełożyć do naczynia do zapiekania, wysmarowanego masłem i obsypanego bułką tartą. Przyklepać, ale niezbyt energicznie, bo jednak rozgrzane powietrze, ma właściwości spulchniające, posypać resztą parmezanu i piec do zrumienienia.
Dobre w wersji nagiej, doskonałe z sosem pomidorowym. I dobre odgrzewane, z patelni. A jak się do gatto poda czerwone wino z Campanii, na przykład Aglianico, to ma się bardzo elegancką kolację na cztery osoby.
23 Apr 2012
18:49
Regiony, jakby nie było, podzieliły się na tych z IGP lub DOP i tych, którzy geograficznie lub gatunkowo nie mieścili się w regulaminie obowiązującym zrzeszonych producentów. Tym ostatnim pozostało wyjść z czymś nieznanym. I tak zrodził się pomysł na butelkowanie oliwy z jednego szczepu, najlepiej miejscowego. W prowincji Latina szczepem zasiedziałym jest Itrana, lepiej znana jako pod nazwą 'oliwki z Gaety', którą do Lacjum miał podobno przywieźć Eneasz. Itranę, w przeciwieństwie do innych szczepów, stosunkowo łatwo rozpoznać w przyrodzie: jej listki są jaskrawnozielone od 'lakierowanej' strony, i seledynowe pod spodem.
Zielono smakuje też tłoczona z Itrany oliwa: owocowa, z mocną nutą pomidorową i pieprzem. Zdecydowana i ostra, nadaje się do moczenia w niej pokrojonych w słupki surowych warzyw. Itranę próbowaliśmy w Cantinie Cincinnato. I w końcu zdecydowaliśmy, że nie jest warta ceny. Nie pamiętam dokładnie ile chcieli za pół litra, ale chyba 9 euro, więc zdecydowaliśmy, że badania badaniami, ale z portfelem wypada się liczyć, zwłaszcza gdy za 9 euro można zupełnie dobrą butelkę wina kupić. Bowiem bez wina, tak jak bez oliwy, żyć się nie da. A oliwę mamy własną, ginestrową, zbieraną póżnym rankiem, tłoczoną w nocy w wioskowym frantoio.
Oliwki w Ginestrze zbiera się ręcznie. I nie skubie owocek po owocku, ale ściąga z gałęzi mocnym pociągnięciem dłoni. Dobrze jest mieć rękawice i połknąć prewencyjnie kilka ibuprofenów do porannej kawy, bowiem gałązki potrafią zrobić kuku. Można też zaopatrzyć się w wyprodukowaną w latach 70. ściągaczkę do oliwek, przypominającą dwa cosie do zbierania wody z szyb. Wkładasz między toto gałązkę, ściskasz mocno i ciągniesz z całych sił. Robią się od tego ściskania pęcherze na dłoniach i palców nie można wyprostować, ale i tak jest to lepsze niż udawanie, że ciągnięcie dłonią po listkach i galęziach wcale nie boli.
Oliwę Itrana można kupić w Cincinnato, via Cori-Cisterna km 2, 04010 Cori (LT), a butlkowane Moraiolo i Olivastro w Azienda Agricola Biologica Quattrociocchi, via Mole Santa Maria, 03011 Altari (FR).
![]() |
| po kwiatach i owocach je poznasz |
Zielono smakuje też tłoczona z Itrany oliwa: owocowa, z mocną nutą pomidorową i pieprzem. Zdecydowana i ostra, nadaje się do moczenia w niej pokrojonych w słupki surowych warzyw. Itranę próbowaliśmy w Cantinie Cincinnato. I w końcu zdecydowaliśmy, że nie jest warta ceny. Nie pamiętam dokładnie ile chcieli za pół litra, ale chyba 9 euro, więc zdecydowaliśmy, że badania badaniami, ale z portfelem wypada się liczyć, zwłaszcza gdy za 9 euro można zupełnie dobrą butelkę wina kupić. Bowiem bez wina, tak jak bez oliwy, żyć się nie da. A oliwę mamy własną, ginestrową, zbieraną póżnym rankiem, tłoczoną w nocy w wioskowym frantoio.
![]() |
| skubanie na siatkę |
Oliwki w Ginestrze zbiera się ręcznie. I nie skubie owocek po owocku, ale ściąga z gałęzi mocnym pociągnięciem dłoni. Dobrze jest mieć rękawice i połknąć prewencyjnie kilka ibuprofenów do porannej kawy, bowiem gałązki potrafią zrobić kuku. Można też zaopatrzyć się w wyprodukowaną w latach 70. ściągaczkę do oliwek, przypominającą dwa cosie do zbierania wody z szyb. Wkładasz między toto gałązkę, ściskasz mocno i ciągniesz z całych sił. Robią się od tego ściskania pęcherze na dłoniach i palców nie można wyprostować, ale i tak jest to lepsze niż udawanie, że ciągnięcie dłonią po listkach i galęziach wcale nie boli.
Oliwę Itrana można kupić w Cincinnato, via Cori-Cisterna km 2, 04010 Cori (LT), a butlkowane Moraiolo i Olivastro w Azienda Agricola Biologica Quattrociocchi, via Mole Santa Maria, 03011 Altari (FR).
Badię wybudował Celestyn gdy jeszcze nie był papieżem, a jedynie Pietro da Morrone, zakonnikiem benedyktyńskim. Celestyn, któremu cyfra V nie przyniosła szczęścia, po pięciu miesiącach urzędowania w Rzymie, złożył insygnia i w nagrodę został aresztowany przez własnego następcę. Resztę życia spędził w twierdzy Fumone. Badia, którą wybudował, w XIX wieku przerobiono na więzienie. Krużganki służyły jako dziedzińce spacerowe, w refektarzu urządzono najpierw więzienną kantynę, a później warsztat stolarski.
Badię, którą wybudował Pietro da Morrone, znany również jako Pietro Angelerio, zniszczyło trzęsienie ziemi z 1705 i klasztor odbudowano w stylu barokowym. Wkrótce rozwiązano zakon celestynów i, tu nie jestem pewna, czy więzienie w Badii powstało za sprawą Napoleona, czy też dzięki zjednoczeniu Włoch, a może gdzieś po środku, na przykład w roku 1850.
Gdy w Badii powstawało więzienie, od dawna nie było już Staufenów, po których pozostały resztki akweduktu w Sulmonie i zapiski o próbach osuszenia jeziora położonego jakieś 20 km od Sulmony, zaś Bonifacy VIII, a więc ten, który zamknął w twierdzy Pietro da Morrone, odsiadywał od lat przynajmniej 500 pośmiertny wyrok za sodomię i świętokupstwo.
Gdy zamykano więzienie w Badii jezioro położone 20 km na zachód od Sulmony i 25 od Badii, było już osuszone. Dzieła dokonał Alessandro Torlonia, którego ród zarządzał papieskimi finansami.
Gdy pod koniec lat 50. ubiegłego wieku zamykano więzienie w Badii, Torlonia nie miał już ileśtam setek hektarów Piana del Fucino, które bezskutecznie próbowali osuszyć i Klaudiusz i Sztaufenowie. Ziemie rozdano między miejscowych małorolnych. Zanim jednak to nastąpiło, Ignazio Silone, napisał książkę o tym jak wyglądało życie w abruzyjskiej wiosce położonej niedaleko od Piana del Fucino, Sulmony i Badii.
Ostatnie trzęsienie ziemi, choć zniszczyło Santa Maria di Collemaggio, miejsce ostatniego spoczynku Pietro da Morrone, nie zaszkodziło znacząco Badii.
W podziemiach barokowego kościoła można podziwiać polichromie i sklepienia pozostałości po gotyckiej początkach Badii.
Badię, którą wybudował Pietro da Morrone, znany również jako Pietro Angelerio, zniszczyło trzęsienie ziemi z 1705 i klasztor odbudowano w stylu barokowym. Wkrótce rozwiązano zakon celestynów i, tu nie jestem pewna, czy więzienie w Badii powstało za sprawą Napoleona, czy też dzięki zjednoczeniu Włoch, a może gdzieś po środku, na przykład w roku 1850.
Gdy w Badii powstawało więzienie, od dawna nie było już Staufenów, po których pozostały resztki akweduktu w Sulmonie i zapiski o próbach osuszenia jeziora położonego jakieś 20 km od Sulmony, zaś Bonifacy VIII, a więc ten, który zamknął w twierdzy Pietro da Morrone, odsiadywał od lat przynajmniej 500 pośmiertny wyrok za sodomię i świętokupstwo.
Gdy zamykano więzienie w Badii jezioro położone 20 km na zachód od Sulmony i 25 od Badii, było już osuszone. Dzieła dokonał Alessandro Torlonia, którego ród zarządzał papieskimi finansami.
Gdy pod koniec lat 50. ubiegłego wieku zamykano więzienie w Badii, Torlonia nie miał już ileśtam setek hektarów Piana del Fucino, które bezskutecznie próbowali osuszyć i Klaudiusz i Sztaufenowie. Ziemie rozdano między miejscowych małorolnych. Zanim jednak to nastąpiło, Ignazio Silone, napisał książkę o tym jak wyglądało życie w abruzyjskiej wiosce położonej niedaleko od Piana del Fucino, Sulmony i Badii.
Ostatnie trzęsienie ziemi, choć zniszczyło Santa Maria di Collemaggio, miejsce ostatniego spoczynku Pietro da Morrone, nie zaszkodziło znacząco Badii.
W podziemiach barokowego kościoła można podziwiać polichromie i sklepienia pozostałości po gotyckiej początkach Badii.
Filozofię życia Brunetti okroił do minimum: pełna micha pachnąca tuńczykiem ewentualnie pstrągiem, poduszka oraz parapet z widokiem na ulubione przez wróble drzewo. No i umiejętność unikania konfliktu z Karolkiem, który ostatnio dokonał puczu i został dyktatorem stada.
15. marca JC wszedł w wiek, który prywatnie nazywamy vintage: jeszcze nie antyk, ale zdecydowanie styl retro. No więc mój mąż zapytał: co chciałabyś robić w moje 50. urodziny? A ja mu powiedziałam, że chciałabym je świętować w Trydencie.
Od Dolomitów buchało wiosną: góry okrywała zielona mgiełka, pachniały drzewa z różowymi kwiatami, forsycje szalały na żółto, w restauracjach menu zakwitło mleczem. W Lo Scrigno del Duomo podano nam prosecco i sałatkę z mleczu, jajek w mundurkach i chrupiacego boczku, a w Il Libertine, naszej ulubionej restauracji położonej po drugiej stronie Adygi, w dzielnicy Piedicastello, mogliśmy się w mleczu tarzać, mieli bowiem menu mleczowe, co nazwano menu tarassaco, w nawiasie denti di leone: bezmączne placki ziemniaczane z sałatką mleczową, ravioli nadziewane mleczem i owczą ricottą, tagliata wołowa (niestety, w sosie winnym) z podsmażanym na oliwie mleczem. Używaliśmy jak króliki, żując gorzkawe łodyżki, przełykając delikatne listki, wylizując talerze po różnych sosach, przy okazji wznosząc toasty za ciężkie życie gryzonia. Pogody ducha nie była w stanie zmącić świadomość, że po raz kolejny zgubiłam szalik i rozjeżdżające się na kamiennej kostce nogi w trzewikach na skórzanych podeszwach. Bezmleczowa była deska miejscowych serów w Lo Scrigno, ale za to z różnymi wytrawnymi konfiturami i gorzkawymi miodami.
Gorzko było na ulicach Trydentu. Wszędzie proszący o wsparcie, jedni bardziej, drudzy mniej natarczywie.
Grupa kawoszy przy stolikach, kompletnie obojętnych na chodzącego między nimi chłopaka w dziurawym swetrze. Pochodził z Sudanu (a może z Ugandy?) i zbierał na wyjazd z Włoch. Jak twierdził, a mówił dobrze po angielsku, nie ma na jedzenie.
W parku przed stacją kolejową, pod pomnikiem Dantego, sypialnia bezdomnych i tłumy kręcące się pod urzędem po drugiej stronie ulicy. Z tego co zrozumiałam, w soboty dawano zasiłek.
W niedzielę całe miasto zamknięto i urządzono wielki targ. Kupić można było wszystko. Drzewko oliwne słusznego wzrostu też. Bez drzewka oliwnego, ale za to z workiem suszonych owoców wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w kierunku domu, bo JC chciał wracać bocznymi drogami. Za Bolzano skończyła się wiosna i pojawiła się pierwsza informacja, że przełęcz na JOT jest zamknięta do wiosny. E tam, powiedział JC, przecież nie jest powiedziane, że musimy przez nią jechać. Po godzinie, w polu pokrytym zmarzniętym na kość śniegiem, zawracał w kierunku Bolzano. Innej drogi niż przez przełęcz na Jot nie było.
Przypisek biologiczny: na menu w Lo Scrigno mlecz zwano denti di cane. W Il Libertino wytłumaczono mi, że denti di leone, denti di cane i tarasacco to jedno i to samo. Jak się potem okazało, że jedyniw w Trydencie, bowiem denti di cane to nie mlecz, ale roślinka przypominająca fiołki alpejskie tudzież drobne owoce morza.
Od Dolomitów buchało wiosną: góry okrywała zielona mgiełka, pachniały drzewa z różowymi kwiatami, forsycje szalały na żółto, w restauracjach menu zakwitło mleczem. W Lo Scrigno del Duomo podano nam prosecco i sałatkę z mleczu, jajek w mundurkach i chrupiacego boczku, a w Il Libertine, naszej ulubionej restauracji położonej po drugiej stronie Adygi, w dzielnicy Piedicastello, mogliśmy się w mleczu tarzać, mieli bowiem menu mleczowe, co nazwano menu tarassaco, w nawiasie denti di leone: bezmączne placki ziemniaczane z sałatką mleczową, ravioli nadziewane mleczem i owczą ricottą, tagliata wołowa (niestety, w sosie winnym) z podsmażanym na oliwie mleczem. Używaliśmy jak króliki, żując gorzkawe łodyżki, przełykając delikatne listki, wylizując talerze po różnych sosach, przy okazji wznosząc toasty za ciężkie życie gryzonia. Pogody ducha nie była w stanie zmącić świadomość, że po raz kolejny zgubiłam szalik i rozjeżdżające się na kamiennej kostce nogi w trzewikach na skórzanych podeszwach. Bezmleczowa była deska miejscowych serów w Lo Scrigno, ale za to z różnymi wytrawnymi konfiturami i gorzkawymi miodami.
Gorzko było na ulicach Trydentu. Wszędzie proszący o wsparcie, jedni bardziej, drudzy mniej natarczywie.
Grupa kawoszy przy stolikach, kompletnie obojętnych na chodzącego między nimi chłopaka w dziurawym swetrze. Pochodził z Sudanu (a może z Ugandy?) i zbierał na wyjazd z Włoch. Jak twierdził, a mówił dobrze po angielsku, nie ma na jedzenie.
W parku przed stacją kolejową, pod pomnikiem Dantego, sypialnia bezdomnych i tłumy kręcące się pod urzędem po drugiej stronie ulicy. Z tego co zrozumiałam, w soboty dawano zasiłek.
W niedzielę całe miasto zamknięto i urządzono wielki targ. Kupić można było wszystko. Drzewko oliwne słusznego wzrostu też. Bez drzewka oliwnego, ale za to z workiem suszonych owoców wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w kierunku domu, bo JC chciał wracać bocznymi drogami. Za Bolzano skończyła się wiosna i pojawiła się pierwsza informacja, że przełęcz na JOT jest zamknięta do wiosny. E tam, powiedział JC, przecież nie jest powiedziane, że musimy przez nią jechać. Po godzinie, w polu pokrytym zmarzniętym na kość śniegiem, zawracał w kierunku Bolzano. Innej drogi niż przez przełęcz na Jot nie było.
Przypisek biologiczny: na menu w Lo Scrigno mlecz zwano denti di cane. W Il Libertino wytłumaczono mi, że denti di leone, denti di cane i tarasacco to jedno i to samo. Jak się potem okazało, że jedyniw w Trydencie, bowiem denti di cane to nie mlecz, ale roślinka przypominająca fiołki alpejskie tudzież drobne owoce morza.
11 Apr 2012
14:58
gdybym wygrała milion milionów w totto, to chyba niewiele bym zrobiła inaczej, choć zapewne odkupiłabym od sąsiadów to, co kiedyś było częścią należącą do Casa di Giuseppe, a więc ogród z widokiem na Monteleone i dzwonnicę. I pociągnęłabym szybki internet do wioski. No i pewnie pogadałabym z Alessandro Capellaro o architekturze wnętrz oraz o tym, co ewentualnie możnaby jeszcze zrobić Casa di Giuseppe.
O Alessandro mówi się. I to dużo. I sporo pisze, zwłaszcza po tym, jak pokazano tzw. box house we Florencji.
Architekt przerobił dawny warsztat stolarski na coś do czego łka moja artystyczna dusza śmieciarza: bardzo proste, by nie powiedzieć siermiężne, wnętrze, mnóstwo upcycling - w tym przypadku stare urny wyborcze i skrzynki, kropla koloru w lampach vintagowych.
O lofcie zwanym Box House dowiedziałam się z blogu Japanese Trash i z French by Design, więcej doczytałam ze strony b-arch architettura.
O Alessandro mówi się. I to dużo. I sporo pisze, zwłaszcza po tym, jak pokazano tzw. box house we Florencji.
Architekt przerobił dawny warsztat stolarski na coś do czego łka moja artystyczna dusza śmieciarza: bardzo proste, by nie powiedzieć siermiężne, wnętrze, mnóstwo upcycling - w tym przypadku stare urny wyborcze i skrzynki, kropla koloru w lampach vintagowych.
O lofcie zwanym Box House dowiedziałam się z blogu Japanese Trash i z French by Design, więcej doczytałam ze strony b-arch architettura.
9 Apr 2012
10:58
sądziłam, że będę mogła pisać książkę i włoszczyznę. Myliłam się. Albo buty, albo spodnie. Albo blogujemy, albo piszemy książkę, zwłaszcza gdy ma się ambicję by zamieścić w niej nieodgrzewany materiał. 28. lutego myślałam już że skończone. Nie było. Z rozrachunku końcowym wyliczono, że napisałam broszurę a nie książkę i muszę dopisać 100 tysięcy znaków. Wiecie ile to jest? To bardzo dużo, zwłaszcza dla osoby, której cały dzień zajmuje napisanie blogonotki o ryżu :D
Ale nie o tym. Nadal nie mam pozwolenia od wydawcy by chwalić się genialnym tytułem i zajebistymi tytułami rozdziałów (być może jedynymi artystycznymi wartościami dzieła mojego życia), ale mam cichą nadzieję, że to co napisałam będzie lepsze od książki, która przyszła dzisiaj z poranną pocztą. Kupiłam w merlinie Włochy. Podróż na Południe Anny Marii Goławskiej. Od razu zaznaczam, że całej książki nie przeczytałam, ale mam za sobą lekturę rozdziałów o Bominaco, Rieti, dzięki czemu dowiedziałam się, że Rieti leży w Abruzji, a dwa kościoły w Bominaco - S. Pellegrino i Santa Maria Assunta pozamieniały się miejscami i Santa Maria zeszła z górki, a Pellegrino, jak na Pelegryna przystało, wdrapał się na wzgórze.
Poczytałam też o Trani i Molfettcie(akurat obydwa miasta znam), zajrzałam do opowieści z Abruzji, dla rozrywki pozakreślałam w teksie literówki. I to by było wszystko co mam do powiedzenia na temat lektury. Nie powiem, żeby nie czytać, ale też nie będę zachwalała, bo jak jak na książkę o podróży na południe Włoch to jakby za mało. Jest trochę klimatu, ale brakuje głębi. Powinno więcej informacji o miejscach (jeśli książka miała być przewodnikiem) lub dużo więcej obserwacji, kulinariów, rozmów (jeśli miała opowiadać o podróży).
Podobno pani redaktor czytająca moje wypracowanie jest profesjonalistką. Mam nadzieję, bo literówek narobiłam bez liku, zaś składnia niektórych zdań utwierdza mnie w przekonaniu, że liceum humanistyczne z rozszerzonym językiem polskim nie wzbogacił mojej wiedzy i tak w ogóle to nie był trafiony wybór. Powinnam była wybrać szkołę kopania rowów. Tak więc liczę na panią redaktor. A tak w ogółe to boję się, że z te 400 tysięcy znaków z kawałkiem okaze się takim takim kundlem stylistycznym jak książka Anny Marii Goławskiej.
Ale nie o tym. Nadal nie mam pozwolenia od wydawcy by chwalić się genialnym tytułem i zajebistymi tytułami rozdziałów (być może jedynymi artystycznymi wartościami dzieła mojego życia), ale mam cichą nadzieję, że to co napisałam będzie lepsze od książki, która przyszła dzisiaj z poranną pocztą. Kupiłam w merlinie Włochy. Podróż na Południe Anny Marii Goławskiej. Od razu zaznaczam, że całej książki nie przeczytałam, ale mam za sobą lekturę rozdziałów o Bominaco, Rieti, dzięki czemu dowiedziałam się, że Rieti leży w Abruzji, a dwa kościoły w Bominaco - S. Pellegrino i Santa Maria Assunta pozamieniały się miejscami i Santa Maria zeszła z górki, a Pellegrino, jak na Pelegryna przystało, wdrapał się na wzgórze.
Poczytałam też o Trani i Molfettcie(akurat obydwa miasta znam), zajrzałam do opowieści z Abruzji, dla rozrywki pozakreślałam w teksie literówki. I to by było wszystko co mam do powiedzenia na temat lektury. Nie powiem, żeby nie czytać, ale też nie będę zachwalała, bo jak jak na książkę o podróży na południe Włoch to jakby za mało. Jest trochę klimatu, ale brakuje głębi. Powinno więcej informacji o miejscach (jeśli książka miała być przewodnikiem) lub dużo więcej obserwacji, kulinariów, rozmów (jeśli miała opowiadać o podróży).
Podobno pani redaktor czytająca moje wypracowanie jest profesjonalistką. Mam nadzieję, bo literówek narobiłam bez liku, zaś składnia niektórych zdań utwierdza mnie w przekonaniu, że liceum humanistyczne z rozszerzonym językiem polskim nie wzbogacił mojej wiedzy i tak w ogóle to nie był trafiony wybór. Powinnam była wybrać szkołę kopania rowów. Tak więc liczę na panią redaktor. A tak w ogółe to boję się, że z te 400 tysięcy znaków z kawałkiem okaze się takim takim kundlem stylistycznym jak książka Anny Marii Goławskiej.
29 Mar 2012
23:23
dziwne początki
nie ma zgody co do ryżu. Jedni twierdzą, że przywiózł go do Włoch Aleksander Wielki z wyprawy do Indii. Inni zaś uważają, że ryż , nie odmiany azjatyckiej a afrykańskiej, przywieźli do Rzymu kupcy feniccy lub greccy. Ktokolwiek by to był, to zapomniał do woreczka z ryżem dołączyć instrukcję gotowania i Rzymianie do końca byli przekonani, że ryż nadaje się jedynie na lekarstwo.
Ryż ponownie trafia do Europy za sprawą Arabów, którzy przywieźli ze sobą ryż japoński (jest jeszcze ryż indyjski i jawajski) i rozpoczęli jego kultywację w Hiszpanii i na Sycylii, ale przez prawie całe średniowiecze ryż traktowany jest albo jako lekarstwo na dyfteryt, albo - w formie mączki - jako środek zagęszczający, ustawiany na półce z przyprawami i korzeniami :D
XIV-wieczna Liber de Coquina sugeruje użycie mączki ryżowej dla uzyskania pożądanej konsystencji biancomagiare, ale już w napisanej jakieś pół wieku później Libro del arte coquinaria Mistrza Martino z Como pojawia się pierwszy przepis na samodzielną potrawę: ryż gotowany w mleczku migdałowym.
Ryż trafia na stałe do włoskiej świadomości za sprawą inżynierii i rodu Sforzów, którzy rozpoczęli kultywację ryżu w Lombardii. W 1475 Galeazzo Maria Visconti wyraża zgodę na eksport ryżu do Ferrary. Potem ryż zostaje wpisany na na listę jedzenia dla biedoty, razem z polentą i kartoflami, co powoduje, że kucharze przestają o ryżu pisać. I to na długie lata, bo biedoty na książki kucharskie stać nie było, a bogatych nie kręciło posądzenie o plebejskie gusta.
niezdecydowane risotto
Podobno pierwsze risotto zawdzięczamy Neapolowi i Aragonom, ale jakoś brakuje wystarczających dowodów na potwierdzenie tej tezy. Legendą wydaje się też być opowieść o początkach risotto na sposób mediolański: flamandzki mistrz od witraży postanowił dodać do ryżu przygotowanego na ślub córki odrobinę szafranu, którym farbował szkło.
W książkach kucharskich risotto pojawia się w drugiej połowie XIX wieku. I o ile nie ma zgody co do tego kto, kiedy przywiózł ryż i kto wymyślił risotto, to już w zgranym chórze twierdzi się, że technikę gotowania risotto wypracowano w Piemoncie i w Lombardii.
po kształcie go poznasz
- risi comuni (ryże pospolite) mają krótkie, okrągłe ziarenka a w gotowaniu rozpadają się na papkę, stąd też używane są do robienia deserów lub dodawane do zup. Najczęściej spotykane to balilla i ambra
- risi semifini (gatunek rosa marchetti, padano, vialone nano, venere), o okrągławym kształcie i niedługim ziarenku, dodaje się do zup wymagających długiego gotowania oraz do robienia krokietów
- z risi fini (ribe i sanandrea) robi się na nadzienie i zapiekanki ryżowe
- risi superfini, a więc arborio, baldo, roma, carnaroli, to ryże na risotti, choć jak to we Włoszech bywa, ogólna klasyfikacja nie zawsze przystaje do regionalnego podejścia do kulinariów, i tak na przykład Veneto (Wenecja Euganejska) lubi gotować risotto z vialone nano, a więc z odmiany semifino, szczególnie tej pochodzącej z Grumolo delle Abbadesse.
to samo, na trzy sposoby. A więc może być risotto, ale istnieje też nazwa risot. Lub risoto. I tak jest risotto alla pilota, ale jest też jego pierwowzór, czyli risot menà, posypane chrupiącą drobnicą krewetkową oraz risoto coi bruscandoli z pędami chmielu.
ryż na tysiące sposobów
a więc alla lombarda (z żółtkiem, masłem i parmezanem), alla valtellienese (gotowany z kapustą), riso con il preboggion, czyli forma przejściowa między zupą a risotto, przyprawiana pesto, rapata z Lombardii, riso in tortiera z Kalabrii. I risotti; alla certosina lub campagnola, risotto po mediolańsku lub z florencku; z brukwią, fasolą, nacią, bobem, groszkiem, krewetkami, krabami, sercówkami, węgorzem, pstrągiem, z winem białym, z parmezanem, z winem czerwonym (sławne jest risotto z okolic Langhe, gotowane z Barberą), z wątróbkami, nerkami, flaczkami...
risotto obowiązkowe
z bobem, gdy bób jest jeszcze bardzo zielony, można wtedy podarować sobie obieranie go ze skórki. Zimą koniecznie risotto z podrobami (wątróbka, żółądki, serca drobiowe) podlewanego rosołem aromatyzowanym kawałkiem cynamonu i goździkami (risoto coi rovinassi, przepis z Wenecji Euganejskiej). Latem risotto z kwiatami cukinii lub dyni, z młodą cukinią, mieszanką ziół znalezionych na rowie. Aromatyzowane skórką cytrynową lub świeżym liściem laurowym. Podlewane białym winem lub resztką prosecco. Z kawałkiem gorgonzoli, pecorino, parmezanem, fontiną.
A w maju, oprócz risotto ze świeżym bobem, zawsze gotuję risi e bisi, nasze najulubieńsze risotto.
Informacja dla harcerzy
pamiętacie piosenkę mamma ciao, mamma ciao? O obozie, lesie, chodzeniu po górach? Włoski oryginał to tradycyjna pieśń o ciężkim życiu pracowników na polach ryżowych. Tak, tak, za czasów PZPR ACTA jeszcze nie było, pożyczać melodię wolno było, nawet jeśli przy okazji zarżnęło się klasową wymowę pierwotnego dzieła :D
Informacje pochodzą z:
- The Oxford Companion to Italian Food, aut. Gillian Riley, Oxford University Press, 2007
- Italian Cuisine. A Cultural History, aut. Alberto Capatti i Massimo Montanari, tłum. z włoskiego Aine O'Healy, Columbia University Press, New York, 2003
- Dizionario delle Cucine Regionali Italiane, Slow Food Editore, 2008
- Gastronomy of Italy, Anna Del Conte, Pavilon, 2001
- historia ryżu (po włosku) i po angielsku
- oraz z La Cucina Italiana
Powered by Blogger.












