gdy jeszcze nie wiedziałam co to jest design i gdy zdejmowałam a gwoździa pluszowego banana, który dołączył w koszu do rodziny porcelanowych łabędzi i wózka z żółtymi jedwabnymi różami, którymi to obiektami JC udekorował mieszkanie, Artemide już produkowało lampę tolomeo.

Tolomeo poznaliśmy osobiście 5 lat później, gdy nie mieliśmy pomysłu na oświetlenie naszej gandawskiej sypialni i właściciel nieistniejącego już sklepu oświetleniowego polecił nam właśnie tolomeo jako niedrogą opcję lampy, którą możemy zainstalować we wnęce za łóżkiem.



W Ginesttra mamy kolekcję Tolomeo: blat roboczy doświetla faretto, w pudle leży jeszcze inne faretto, czekające na swoje miejsce; przy łóżku mam tolomeo pinza. A w ubiegłą sobotę kupiliśmy tolomeo biurkowe. Będzie pasować do sypialni.

Jak na osobę, której pierwsze tolomeo wcale się nie podobało z racji bycia metalowym i mało eleganckim (był to okres mojego niewyrobienia designerskiego: marzyłam wtedy o łazience w trawertynie. Koniecznie beżowym!) , to tolomeowe szaleństwo mi dobrze idzie. I żeby nie było, że nie wiem co lubię: dotychczasową kolekcję tolomeo mam w kolorze srebrnym.Nowe tolomeo jest pokryte emalią, mającą  nawiązywać do emaliowanych naczyń poustawianych w różnych kątach Casa di Giuseppe.
zdecydowanie objazd tematyczny, kompletnie nie związany z tematami włoskimi, ale chciałabym powiedzieć, że w dawnym gandawskim klasztorze dominikanów (a może karmelitów), czyli Het Pand, mieści się EHOC (Etty Hillesum Onderzoekscentrum) -  instytut zajmujący się spuścizną Etty Hillesum. Etty, tak jak Anna Frank, pisała pamiętnik z Zagłady. Trudno powiedzieć na ile Nieuniknione zmusiło ją do zmiany postawy, ale widać jak z dnia na dzień Etty zmienia się z przestraszonej i osaczonej w świadomą swego losu i własnych wyborów wolną osobę. Brzmi to dziwnie, prawda? Ale Etty miała wybór. Mogła wyjść z obozu w Westerbork i nigdy doń nie wrócić; miała przyjaciół którzy pomogliby jej znaleźć schronienie. Hillesum jednak do obozu wraca. Uważa, że ma pomagać tym, którzy nie mają wyboru. I razem z nimi wsiada do pociągu do Auschwitz. W tym samym transporcie jedzie cała jej rodzina: rodzice i dwóch braci. Młodszy z nich, Mischa, utalentowany i obiecujący pianista, decyduje się towarzyszyć rodzicom choć, tak jak Etty, miał możliwość ucieczki. Rodzice idą do gazu zaraz po przyjeździe, czyli 10 września 1943 roku. 30 listopada ginie Etty. Mischaumiera 31. marca 1944. Drugi brat, Jaap, doczekał wyzwolenia w Bergen-Belsen ale umiera w drodze powrotnej do Holandii.


Co jakiś czas odnajdują się nieznane dotychczas listy Etty. Pisała ich dużo z obozu w Westerbork. Pamiętników więcej nie będzie; ostatni zeszyt z zapiskami Etty zabrała ze sobą w podróż do Auschwitz. Już z pociągu odjeżdżającego w kierunku Auschwitz, Etty wyrzuca kartkę pocztową zaadresowaną do Christine. Odnajdują ją miejscowi i odnosząc na pocztę. Jest to ostatni list Etty Hillesum z Westerbork.

Pamiętniki Etty wraz z listami z Westerbork wydano po raz pierwszy w Holandii w roku 1986. Dziesięć lat później pamiętniki przetłumaczone były już na 12 języków. Polskie wydanie Przerwane Życie, w tłumaczeniu Iwony Piotrowskiej, ukazało się w w roku 2002 (drugie wydanie w 2007), nakładem wydawnictwa WAM. WAM wydało też listy Etty.

zdjęcia Gandawy i z wystawy rzeźb Maen Florin w centrum sztuki na Patershol.
dawno o książkach nie było, choć powinno. Nadrabiam niniejszym zaległości, a że pogoda ładna, więc i komentarz ciepły. Trochę nie w charakterze, ale akurat dzisiaj mam powód. Książka mi się podoba i to nie tylko z powodu dobrych przepisów.


Pisałam o Srebrnej Łyżce, najpopularniejszej włoskiej książce kucharskiej, ale miałam doń zastrzeżenie: brak przepisów regionalnych. No i Srebrna Łyżka posłuchała mego utyskiwania; wydała Il Cucchiaio d’Argento: Cucina Regionale. Nabytek pokazałam Anniemarii i Stefano. Pochwalili zestaw z Lacjum, zwłaszcza informacje o historii sosu z Amatrice, zgodnie przyznali nagrodę publiczności za włączenie przepisu na nadziewane ryżem pomidory. Mnie spodobał się przepis na święconą oliwę z Abruzjii (olio santo to autentyczna nazwa oliwy z aromatyzowanej papryczkami), atrakcyjne fotografie i kolekcja notatek pod przepisami, na ogół dotyczących historii przepisuchoć są też i inne ciekawostki. I choć mogłabym czepiać się wielkości i wagi (w sensie fizycznym, a nie znaczeniowym) dzieła, to o niepotrzebnym kartonowym opakowaniu na książkę nie wspomnę :-)






A że jutro zabieram się za omawianie książek o Toskanii  (Dom w Toskanii Anity Stojałowskiej, Za dużo słońca Toskanii Dario Castagno i Codzienność w Toskanii Frances Mayes) to i wypiszę z książki listę przepisów toskańskich. Tak oto mamy:
  • sugo fegatini
  • peposo
  • crostini di cavolo nero
  • crostini rossi alla chaintigiana
  • raviggiolo
  • pappa col pomodoro
  • pancotto di Viareggio
  • minestra garfagnina di farro
  • garmugia
  • la ’nana’ sulle pappardelle
  • pici all’estrusca
  • capppone con i gobbi
  • faraona ai porcini
  • coniglio alle mele
  • frittatine in trippa
  • fegatelli
  • arista al finocchio
  • trippa alla fiorentina
  • fagiano in salmi alla toscana
  • cacciucco alla livornese
  • gamberi in dolcefote
  • cavolfiore in umido
  • fagioli nel ’fiasco’
  • sformato di gobbi
  • biscotti di Prato
  • costata di ricotta garfagnina
  • castagnaccio alla pistoiese
  • zuccotto

Na co macie ochotę? Bo ja na zupę rybną czyli cacciucco. I na sformatto di gobbi, czyli wytrawny budyń z kardów.

w sumie romantyczna Gandawa:
  • Het Pand, dawny klasztor, prawdopodobnie Dominikanów, choć gdzieś wyczytałam że należał do Karmelitów.
  • Kościół Św. Mikołaja, należący kiedyś do rzemieślników. Bogaci i arystokratyczni, a przynajmniej predendujący do bycia elitą, mieli swój własny kościół - Św. Bawona (St. Baafs). Obydwa kościoły powstawały jeszcze w czasach romańskich, kończono je w gotyku, z tym że gotyk Mikołaja jest wcześniejszy. Odrestaurowywują go, rekonstruując polichromie: w tej chwili widać je w części chóru i przy wejściu.
  • Mały i Duży Beginaż; obydwa ciekawe architektonicznie, ale też fascynująca jest sama historia beginaży jako instytucji pomocy społecznej lub, jak kto woli, kobiecej samoobrony. Ostatnia beginka z Małego Beginażu zmarła w roku 2005. Duży Beginaż z czasem zamieniono na mieszkania socjalne dla najbiedniejszych; sam beginaż kontynuowano w Sint-Amandsberg.
  • Dzielnica Milionerów, położona z daleka od zabytkowego centrum. Leży niedaleko od linii kolejowej i stacji Gent Sint-Pieters: perełka wszystkich stylów Miedzywojnia: styl międzynarodowy, neoromantyzm, neorokoko. Dodatkowego smaczku dodają nazwy ulic: chociażby Onafhankelijkheidlaan, czyli Aleja Niezawisłości. Albo taka Vaterlandlaan brzmi dziwnie patriotycznie w kraju, który chce się podzielić i nie być już państwem.
  • No i widoki na wieże: dzwonnicę miejską czyli Belfort i na Bawona. Jeśli wejdzie się na most św. Michała to wtedy widać również wieże od Mikołaja (znaczy widzi się to), a za plecami ma się gotyckie wieże i barokowe kopuły Św. Michała oraz ścianę dawnego klasztoru czyli Het Pand.
Oprócz sławnych miejsc, fotografowałam też te nieznane. Jak widać, nadal lubię Gandawę. Zakochałam się w niej prawie 15 lat temu i zauroczenie, mimo zniechęcenia do Belgii w ogóle, mi nie przeszło. Nadal uważam ją za jedno z najciekawszych miast Europy. I to piszę ja, mieszkająca z zabytkowym bawarskim miasteczku oraz pomieszkująca niedaleko od Rzymu.

bardzo mi lubię moje zabawki: białą dyktę, statyw, dzienną żarówkę i aparat.  Dzisiaj bawiąc się nimi wypstykałam drogę do nikąd. Nawet myślałam, żeby te rezultaty jakoś intelektualnie pokazać, wiersz okolicznościowy załączyć. Że niby włoszczyzna to nie byle lepsza włoszczyna, ale taka luksusowa, z kawałkiem kapusty włoskiej.  Ale mnie jakoś nie do twarzy w luksusie celofanu i niewygodnie na tacce, więc nic z intelektualizmu i dołączania do elity nie wyszło. Ale co miało wyjść jak ja ostatnio samo badziewie czytam?

Zamiast słusznego wiersza wpisuję pierwszy z brzegu, a właściwie nie z brzegu tylko ze strony 20, o moich ulubionych (zaraz po kotach) zwierzątkach, czyli otwornicach.Wiersz napisała Wisława Szymborska, którą - jak dobrze pójdzie  - zobaczę 18. marca w Norymberdze. I poproszę o autograf, właśnie na stronie 20:
No cóż, na przykład takie otwornice.
Żyły tutaj, bo były, a były bo żyły
Jak mogły, skoro mogły i jak potrafiły

Może nawet zacznę niedługo ich hodowlę w tym krytym basenie, który mamy w naszej caldaii :-D Pohodowałabym sobie te otwornice; wyprodukowany przez nie kamień mógłby mi posłużyć do stuknięcia się w głowę.

PS: o czytanym ostatnio badziewiu napiszę w przyszłym tygodniu, żeby wam week-endu nie psuć.
od zawsze wiadomo, że Włosi zostawiają w domu najlepsze produkty (wina, sery, wędliny, makarony, pomidory, pomarańcze, sardele, kapary - czy coś pominęłam?) a eksportują to, czego szanujący się Włoch do ust nie weźmie. Wiem, przesadzam, ale tylko trochę :-D

Włosi nie są wyjątkiem; tacy Anglicy mają wspaniałe sery, a na eksport idzie pomarańczowe coś zwane umownie prawdziwym cheddarem; namówili także prowincję Darjeeling by najlepsze herbaty wysyłała do nich;  1st Flush Darjeeling kupiony u Dallmayra w Monachium to mizerna namiastka tego co  przyszło w paczce z Anglii. Nawet JC, którego ulubioną herbatą jest espresso, zauważył różnicę.

Wygląda na to, że Twinings (bo twiningsowska była zawartość paczki) ma dwie różne oferty: dla swoich i eksportową. Nawet klasyka, czyli English Breakfast, smakuje inaczej choć wygląd tego nie sugeruje: i ta z Anglii i ta  kupiona w Bawarii przypomina czarne farfocle. Ale różnica w smak jednak jest, zwłaszcza gdy do herbaty doleje się mleka.

Tak więc wniosek nasuwa się sam: trzeba mieć miesięczny bilet na samolot - po herbatę do Anglii, po ser do Północnej Holandii i Yorkshire, po truskawki do Polski. Dobrze chociaż że chleb robią smaczny i w Ginestra i w Wasserburgu.

Paola bardzo urosła, nabrała futerka :-) Karolek w końcu też. Nadal jest ostrożny, sprawdza wszystko dokładnie. W przeciwieństwie do Brunettiego, który najpierw robi a potem myśli, czyli nadal spada z kolan, kaloryfera, kanapy, stołu. Karolek dba o linię, je z umiarem i nie wszystko. Żarłokiem w rodzinie jest Brunetti;  żre wszystko -  masło i ser, dietetyczne jedzenie Lucka, kiełbasę i tzatziki z czosnkiem.
jedziesz Salarią w kierunku wschodnim. Mijasz Rieti. W Antrodoco przejeżdżasz na drugą stronę rzeki Velino (a może tam to tylko strumień?) i zaczynasz wspinać się pod górę. Droga odbija w lewo, ty widzisz drogowskaz na museo i B&B, a sekundę później kamienną wieżę.

Witam na łąkach asfodelowych.



Odremontowany klasztor wygląda jakby porzucono go w pośpiechu: puste butelki na stołach, poprzewracane krzesła. Miało tu być muzeum tradycji wiejskich i bed and breakfast. W zamian masz tablicę z godzinami otwarcia i wielką kłódkę na drzwiach. Nie wiadomo, czy powieszaną tymczasowo, czy tak już na zawsze. Na gałęzi dynda zasuszony owoc granatu, reszta gnije pod nogami. Przerośnięty ogród i jaskrawo pomarańczowe jagódki na krzaku. W dzwonnicy brakuje drzwi i mogłabym zajrzeć do środka, ale w końcu brakuje mi odwagi. Prawie nad  klasztorem wisi wielki wiadukt, pewnie obwodnicy SS4.


Niewiele udało się znaleźć informacji: klasztor wybudowali Benedyktyni w X wieku; zburzyli Normandowie i odbudował opat Sinibald (czyżby od Rocca Sinibalda?). Wiek XIII to era świetności klasztoru, konkurującego - podobno skutecznie - z położoną na zachód Farfą. Patronami klasztoru są święci Kwirynus i Julita. Dziwni to święci: trzymiesięczny Kwirynus zostaje zamęczony, gdyż jego matka - Julita, podrapała twarz rzymskiego konsula. Można się domyśleć, że w odpowiedzi na żądania wyrzeczenia się wiary. Czy coś w tym rodzaju. Julita wybrała śmierć dziecka i dlatego została świętą. A Kwiryn jest świętym, choć go nikt nie pytał czy chce umrzeć za wiarę. Dziwni święci, rodzina szmatławych kotów szaro-czarno-burych, porzucona betoniarka: duchy na łąkach asfodelowych obrzeży Sabiny.


Dodatkowe informacje:
  • Klasztor ss Quirico e Giulitta znajduje się przy SS4 (via Salaria) między Antrodoco a Micigliano
  • Nie chwal mi śmierci..pochodzi z Odyseii (p. 11) w tłumaczeniu Z. Kubiaka, a homerycki hymn Do Demeter dostarczył wersów: skrycie podał jej, aby zjadła, słodką pestkę granatu..., również z tłumaczeniu Z. Kubiaka. Obydwa wypisy pochodzą z Mitologii Greków i Rzymian (wyd. Świat Książki 1999)
podaje się za miasto sztuki, a reklamuje jako najprzyjaźniejsze turystom. I chyba ma rację. Schodów jest tyle by zaciekawić, jednego czy drugiego z aparatem, do skręcenia- powiedzmy - w lewo, w kierunku kościoła Santa Maria Assunta. Jest też wystarczająco płaskie by pociągnąć wzrok wzdłuż domów przy głównej ulicy w kierunku zamku Caetanich. Jest kilka zabytków, ale nie za dużo: porządny kościół z dzwonnicą (przypominającą tort urodzinowy z wisienkami), a we wnętrzu są do zobaczenia dobre freski i tron biskupi z ołtarza rzymskiego; jeden zamek, kilka widoków na Błota Pontyjskie, dwie piazze o dziwnych kształtach, jedna loggia z ładnym podcieniem, kilka zaułków, drzewka pomarańczowe za każdym płotem i otwarta piekarnia sprzedająca miejscowy specjał piekarniczy czyli raviolę, ciastko kruche w kształcie raviolo, nadziewaną kremem cytrynowym lub jeżynowym. A w toaletach miejskich czysto i pachnąco. Oraz gra muzyka. Czego jeszcze chcieć?


Chociażby więcej Lacjum a mniej Toskanii. Jakoś Sermoneta do serca mi nie przypadła, choć zachwycona byłam jej dekoracyjnością.




Zjeżdżając z góry natknęliśmy się na ruiny jakiegoś kościoła, które zaczynały ginąć w powojach i bluszczach. To był zdecydowanie mój klimat. Tylko że tam nie było gdzie zaparkować. A dodatkowo trzeba uważać na kierowców, którzy ignorują napis zakazujący podjazdu pod górę od tej strony. I pod górę podjeżdżają. Do Sermonety, właśnie dla tego kościoła chcemy wrócić. Wydawało mi się, że jedna ze ścian się kompletnie osunęła i odsłoniła ścianę pokrytą pastelowymi freskami.

Na zdjęciach Sarmoneta i najbliższe okolice. Kilka kilometrów od Sarmonety leży klasztor Valvisciolo, o którym pisałam 13. stycznia

wiadomości z Sermonety na wiki news: http://www.wikio.it/italia/lazio/sermoneta
o mieście: http://it.wikipedia.org/wiki/Sermoneta
Opowieść sprzed lat powiedzmy dwóch i trzech miesięcy:


Trzeba zamówić blat do kuchni. Najlepiej kamienny i najlepiej gdyby go nam do stalowych rurek przykręcili. Jedziemy do sklepu z kuchniami. Ja jestem przygotowana: sprawdziłam w podręcznym słowniczku angielsko-włoskim jak się nazywa rusztowanie po włosku. No więc tłumaczę, że mamy meble kuchenne typu la forca. I pan za żadne skarby nie może zrozumieć o co mi chodzi, najwyraźniej niezorientowany w trendach> Blat zamawiamy u kamieniarza, już nie tłumacząc jakiego typu mamy kuchnię.



Okazało się potem i wiele miesięcy później iż mówiłam o szafocie a nie o rusztowaniu. Rusztowanie to il ponteggio czyli scaffolding, a la forca to szafot czyli scaffold.

Jak to czasami dobrze mieć duży i porządny słownik. A jeszcze lepiej mieć go przed faktem niż po :-)

Na zdjęciu figura z wystawy Maen Florin w gandawskim centrum sztuki czyli Caermenerklooster na Patershol.
Powered by Blogger.