Do Ginestry wjeżdża się szybko, a jeszcze szybciej wita ze znajomymi: buzia cmok cmok, na jak długo, ci vediamo piu tardi.

Wystarczą niedomknięte drzwi wejściowe lub klucz w zamku jako znak, że jesteśmy, i od razu pojawia się Renato z bukietem kwiatów cukinii lub garścią ruccoli, Gina z jajkiem prosto od kury i pytaniem na jak długo (aby dwa dni później pytać o to samo), przylatuje Annamaria na plotki.


Wyjazd zajmuje całe popołudnie, bo z każdym znajomym pożegnać trzeba się osobiście i na jego własnych śmieciach. I tak lata się od domu do domu: buzia cmok cmok, ci vediamo, no to przysiądź na chwilę. Siadasz w salonie na krześle pod ścianą. Kawa? Volentieri. Ciasteczko? No, grazie. Dolewka kawy? Proszę. To kiedy wracacie? I tak przez konstytucyjne pół godziny. Ostatnia buzia, cmok, cmok.

Pukasz do następnych drzwi. Salon, krzesło, kawa, czekoladka, kiedy wracacie, buzia. I następne drzwi, i następne....buzia, salon, krzesło, cmok, cmok, trzęsące się od nadmiaru kofeiny i cukru ręce. Następnego poranka wyjeżdżając w kierunku via Salaria zatrzymujemy się na ostatnie cappucino. To dostajemy bez całusów.

Policzyłam: w czerwcu żegnaliśmy się 5 godzin, pakowanie samochodu zajęło nam godziny dwie.

Lecę do Holandii na urodziny teściowej. Biuzia cmok, cmok. Ci vediamo w środę :-)

dwadzieścia lat temu przyznanie się w grzecznym towarzystwie, że lubi się pić Chianti lub Soave było winnym odpowiednikiem wybrania się do opery w obciachowych gaciach. Teraz się zmieniło: na koncert można pójść w jeansach i trampkach, a modnie jest pić Chianti (inna sprawa, że Chianti to teraz dobre wino, Soave z resztą też).Obciachem jednak pozostaje picie Lambrusco. 

I powinno obciachem być, bo jednak Lambrusco sprzedawane w supermarketach po euro za litr to trucizna typu wino owocowe - czar pegeeru, ciągnące siasiarą i kwasem - a w przypadku supermarketowego Lambrusco: cukrem. Są jednak odstępstwa od reguły: w Emilii-Romagnii, czyli na własnych śmieciach, nawet supermarketowe Lambrusco potrafi być przyjemnym winem, pasującym ładnie do fettucine z sosem mięsnym lub do modeńskiego gnoccho e tigelle. A jak się ma szczęście trafić na Lambrusco robione według 'przepisów babuni', z odpowiednich gron, to mówimy tu o winie bardzo dobrym. Umówmy się jednak: Lambrusco, nawet najlepsze, nie stanie w szranki z Barolo, Brunello, Taurasi czy Barbaresco, ale też pretensji do bycia winem wielkim nie ma. Choć mogłoby trochę pozadzierać nosa: szczepy Lambrusco znano już (i szanowano) w czasach etruskich. 


Dobre Lambrusco jest przede wszystkim winem wytrawnym, o przyjemnym owocowym bukiecie i lekko cierpkim smaku przypominającym trochę dereń, a trochę owoce jarzębiny. Nalewane do kieliszków wygląda jak musujący sok z czarnej porzeczki. Lambrusco 'pospolite' fermentowane jest w dużych kadziach; bardziej luksusowe fermentuje w butelkach. Czy jest różnica w smaku między wersją pospolitą a luksusową? Jest: lambrusco robione na szampana jest delikatniejsze, mniej owocowe w smaku, ma mniej cierpkiej goryczki, a więcej suchej wytrawności. Tak przynajmniej odebraliśmy lambrusco produkowane przez Ermete Medici z Gaida (okolice Reggio Emilia). A próbowaliśmy ich najlepszych Llambrusco: i Lambrusco Concerto, za które zostali nagrodzeni trzema kieliszkami przez Gambero Rosso i Slow Food, i Assolo (słodszą, choć nie lukrową, wersję Lambrusco) i Granconcerto, czyli Lambrusco delux. Nie podeszło nam w ogóle Grancorcerto rose, ale smakowało bardzo Granconcerto czerwone: nie powiem, że równało się z dobrym szampanem, bo nie równało, ale spokojnie może stawać do wyścigu z porządnym prosecco.


Z Gaida wyjeżdżaliśmy z kilkoma kartonami Lambrusco Concerto (lambrusco 'pospolite') i Granconcerto. Kilka butelek podarowaliśmy Fabrizii i Livio. To wy lubicie lambrusco? zapytała Fabrizia. I nie było w tym pytaniu ani odrobiny wyższości. Fabrizia z Mediolanu, wychowała się na Lambrusco: jej rodzina pochodzi z okolic Modeny. A my, przywożąc dobre Lambrusco, zarobiliśmy najwyraźniej kilka plusów bowiem zaproszono nas na następny raz; z Lambrusco lub bez:-)

I jescze o Lambrusco: tradycyjne, czyli to produkowane przez zapaleńców i miłośników, robi się ze szczepów Grasparossa, Maestri, Marani, Monstericco, Salamino and Sorbara. Lambrusco od Eremete Medici jest ze szczepu Salamino.

Ermete Medici & Figli 
Localita: Gaida
via Newton, 13
42040 Reggio Emilia 
www.medici.it 
nie sprawdzam listy włoskich kulinarnych bestsellerów, ale oglądam uginające się półki w księgarniach: makarony, czekolada, przetwory, antipasti, gotuj szybko, gotuj wolno, na gazie i na grillu. I zawsze wśród tych opcji wszelakich można zobaczyć Il Cucchiaio d'Argento, Srebrną Łyżkę, a ostatnio nawet Srebrną Łyżkę regionalną.


O Srebrnej Łyżce Regionalnej już pisałam, koncentrując się na elementach toskańskich. Teraz, gdy albo mam pisać o Ligurii albo wspominać czerwiec w Ginestra, chcę dorzucić kilka dodatkowych zdań i pochwalić się łyżką posrebrzaną :-)

Otóż Il Cucchiaio d'Argento: Cucina Regionale mam. Zaznaczyłam w niej nawet kilka przepisów, czego nie uczyniłam w jej sławniejszej starszej siostrze (do tej pory korzystam jedynie z przepisu na bezproblemowy suflet). I tak zamierzam jeszcze w tym roku wyprodukować piconi al pecorino (kruche pierożki z Marche), insalata di limon di Sorrento, gnocchii alla bava (kopytka z mąki gryczanej), gnocchi della Valli di Lanzo (też kopytka i też z mąki gryczanej, ale z dodatkiem ziemniaków).

"Nasze" Lacjum Srebrna Łyżka Regionalna  definiuje jako kuchnię rzymską. A więc jest kuchnia rzymska pasterzy i kuchnia rzymska rolników. Jest kuchnia rzymska producentów wina. Jest też żydowska kuchnia rzymska. I przepisy to odzwierciedlają:
  • pomidory nadziewane ryżem,
  • kwiaty cukinii w cieście (nadziewane mozzarellą lub provaturą i sardelami),
  • suppli al telefono (czyli krokiety z mozzarellą),
  • makaron z brokułami i płaszczką,
  • zupę pomidorową zagęszczana grubo mieloną semolin (minestra tuscia),
  • stracci di Antrodoco (szmaty z Antrodoco, czyli naleśniki nadziewane cielęciną i mozzarellą),
  • chrupiące kotleciki jagnięce,
  • karczochy
  • pan'unto (czyli grzankę) z kiełbasą,
  • płotki z rodzynkami,
  • ślimaki w pomidorach.

Ligurię reprezentują między innymi przepisy  na sos orzechowy, karczochowy i sos sardelowy, na panissę, capponadę z Riviera di Ponente i z Riviera di Levante, żołądek nadziewany, placek z fasoli, i jeszcze przepis na klasyczne troffie, pesto, królika po liguryjsku. Dodatkowo pod przepisami są podawane przykłady pasujących win. Do bakłażana alla parmigiana pije się Aglianico Del Taburno Rosso, do fiori di zucca fritti in pastella Frascati Spumante, do gatto di patate (przepis z Campanii) - Fiano di Avellino.

I powiedzcie mi, jak takiej książki nie lubić?

Ponieważ Il Cucchiaio d'Argento zostało przetłumaczone na j. angielski, więc może i Il Cucchiaio d'Argento Cucina Regionale też dostąpi tego zaszczytu? I jak już o życzeniach mowa, to życzyłabym sobie by zachowano wygląd włoskiego oryginału, gdyż przy prawie każdym przepisie są zdjęcia potrawy co zaliczam książce na plus.

 I o Srebrnej Łyżce i o Srebrnej Łyżce Regionalnej już pisałam: http://wloszczyzna.blogspot.com/2010/08/srebrna-yzka.html,  http://wloszczyzna.blogspot.com/2011/03/kulturalna-woszczyzna.html

A przystojna łyżka posrebrzana z targu staroci

il pidocchio (l.mn. pidocchi) wsza lub skąpiec;
pidocchioso skąpy, zawszony
pidocchiosamente skąpo, oszczędnie


do wszej plaży idzie się prawie wzdłuż wybrzeża, czyli przez dawny tunel kolejowy przerobiony na ścieżkę rowerową i przejście dla pieszych łącące dolne tarasy Anzo z zachodnimi rubieżami Cinque Terre. Za dawnym domem dróżnika schodzi się milionem schodków na kamienną plażę, zwaną il Pidocchio. Nie wiem ja, nie wie Fabrizia i Livio (z Anzo związani od 1972),skąd wzięła się ta pchla nazwa.

Z plaży Pidocchio można do Anzo wracać ścieżką. Ścieżka, tak jak kuchnia liguryjska, jest bardzo oszczędna. Z pół metra szerokości, przyklejona do skały z prawej strony i zawieszona nad morzem po lewej. Trochę ciasno, trochę stromo i mocno straszno, zwłaszcza gdy dochodzą doń odgłosy wzburzonego morza. A jak ma się lęk wysokości i nadaktywną wyobraźnię przypominającą o trzęsieniach ziemi (dawno ich w Ligurii nie było, więc może akurat jest teraz pora na ustawienie płyt tektonicznych w okolicach Framury?), pożarach (czy iskra z pożaru pod Aula może dolecieć do tego suchego konara wiszącego mi nad głową?) i lawinach kamiennych (czy rozmowa z JC może spowodować osunięcie głazów?), to jest mocno niewesoło mimo pięknych widoków.


Ścieżką przeganiano kiedyś owce, a z nimi pewnie wędrował retyk pcheł i wszy. Więc po powrocie do mieszkania w Anzo, na wszelki wypadek bo nie lubię ani wszy ani pcheł i nawet myślenie o nich powoduje u mnie świąd, przezornie weszłam pod prysznic. I albo wszy wytopiłam, albo nic się do mnie nie przyczepiło. Nawet komary sobie odpuściły i wolały gryźć JC.


Jak masz czas i ochotę, to możesz podjechać do Varese Ligure i kupić sobie stempelek do robienia wzorzystego makaronu zwanego (w Varese i we Framura) croxetti. Po drugiej stronie rzeki, a więc na obrzeżach dzielnicy bizantyjskiej, mieszka pan strugający stempelki do croxetti. Można opracować swój własny, czyli rodowy, wzór a można też i zapożyczyć z niezagospodorowanych tradycyjnych. Jak już sobie kupisz stempelek to możesz wrócić do domu i zająć się chałupniczą produkcją krążków. Masz do wyboru: albo robisz croxetti po liguryjsku czyli z mąki, wody i jajek, albo po piemoncku i zwiesz je croset. Jeśli do ciasta dodasz mleko i bułkę tartą to masz crosit, również z Piemontu.


Zagniatasz ciasto (mąka, jaja, woda), rozwałkowywujesz niezbyt cienko, wkładasz w praskę ze stempelkiem. I tak produkujesz, produkujesz i produkujesz. Jak ci się w końcu skończy ciasto (lub cierpliwość), gotujesz gotowe krążki. Jeśli ugotowałeś/aś croxetti to podajesz je z pesto,  sosem z pinioli (bez bazylii) lub jakimkolwiek innym bezpomidorowym sosem aromatyzowanym majerankiem. Jeśli zaś wystemplowałeś/aś croset to podajesz je z sosem serowym, najlepiej na bazie tomy. A jeśli masz michę crosit (tego z bułką tartą i mlekiem dodanym do ciasta) to przyprawiasz je jedynie masłem.

Oczywiście możesz olać domową produkcję i pójść na croxetti do restauracji, chociażby do Amici w Varese Ligure, gdzie podają croxetti z sosem orzechowym i parmezanem. Idąc gdzieś indziej do restauracji (na przykład w Bieli, Alexandrii, jakimkolwiek mieści Emilii-Romagnii) ryzykujesz,że na menu croxetti nie będzie. Będą zaś corzetti tiae co-e-die, torsellini, crosetti, croset lub crosit :-)

nazwy podawane za encyklopedią, czyli Encyclopedia of Pasta (aut.Oretta Zanini de Vita, wyd. University of California Press)
a my z Wasserburga do Framury. W górach wyświetlono napis coda na rozjeździe Aula. A nad górami pojawiły się dwa słupy dymu. I nie była to włoska próba obejścia cen za rozmowy telefoniczne poprzez nadawanie znaków dymnych. W Auli palił się las.


W Niemczech zamknięto by całą autostradę. We Włoszech zamknięto prawy pas. Ciągnęliśmy sobie wzdłuż pożaru, wędząc się jak speck przy kominie. Dymiła ziemia, sosny jeszcze skwierczały; pewnie w ogniu piekły się orzeszki piniowe. Na plaży w Anzo patrzeliśmy jak samolot straży pożarnej nabiera wody do zbiorników. Pewnie na gotowanie troffie :-), które - z ziemniakami i fasolką szparagową - idealnie pasują do pesto. Tego z dodatkiem prażonych orzeszków piniowych.
na pamiątkę daniny dostarczanej rodowi Fieschi przez wdzięczne miasto, piekarnia di Germano stworzyła amaretti dei Fieschi, czyli ciasteczka o smaku migdałów i konsystencji najdelikatniejszych bez. Pani w sklepie wytłumaczyła, że do masy marcepanowej dodaje się białka i zmielone gorzkie migdały. Na kartce przyczepionej do opakowania podano skład:
  • albume d'uovo, 
  • mardorle, 
  • zucchero, 
  • mandorle amare, 
  • nocciole, 
  • zucchero a velo.

Trochę się tymi orzechami laskowymi zdziwiłam, bo za żadne skarby nie mogłam ich wyczuć. No ale wierzę Il Forno na słowo. Niech im będzie, że orzechy w ciasteczkach są.

Amaretti smakowały mi na tyle by zmusić mnie do pojęcia prób stworzenia ich namiastki. Zacznę niezwłocznie, pewnie gdzieś w okolicach przyszłego lata :-), gdy w końcu uda mi się spotkać gorzkie migdały.

Tak w ogóle, to oprócz amaretti z Varese próbowałam też liguryjskich amaretti z pestek moreli  (oczywiście obranych z łupiny). Były też miękkie amaretti z Novary. Wszystkie smakowały mi bardziej niż te najsławniejsze, czyli di Saronno.

A tak w ogóle to do Varese Ligure wrócimy i nie tylko po amaretti dei Fieschi. Mam do zwiedzania ogród poklasztorny i do zjedzenia resztę pozycji z menu w restauracji Amici. O kolacji w Amici opowiem przy innej okazji :-)

Il Forno di Germano
Piazza Vittorio Emanuele 5
Varese Ligure (SP)
Wziął cyrkiel i zakreślił koło na mapie. Szpic wbił tam gdzie miał stanąć zamek rodowy, promień wyznaczały brzegi rzeki Crovana. Rysował miasto idealne, obrazujące porządek świata doczesnego. W roku 1161 już stało. W największe koło, którego obwód był jednocześnie murem warownym, wpisano następne koła: łuki podcieni, wybrukowane uliczki, ściany domów. Cięciwy nie było. Od zamku, czyli środka koła, odchodziły promienie tras przelotowych zakończonych bramą. Cudowny kamienny krąg miał zapewnić kontynuację dobrobytu, który ciągnął od wybrzeży Zatoki Genueńskiej, przed Dolinę Vara, aż do samej Parmy. Magiczny krąg wyniósł dwóch z rodu na tron papieski, drugiego z nich na bardzo krótko, ale zaszczyt - a nie jego trwałość - się liczy. Razem z bogactwem pojawili się w kole Varese Ligure złotnicy bizantyjscy. Przywieźli ze sobą nie tylko umiejętności ale też i obcą wiarę. Na wszelki wypadek nie pozwolo im zamieszkać w obrębie magicznego koła. Na stokach wzgórza po drugiej stronie rzeki wybudowano im dzielnicę, którą w 1515 połączono z miastem kamiennym mostem, przypominającym - tak jak inne kamienne mosty - most zwodzony: o stromych podejściach, z wyraźnie zaznaczonym szczytem. 


Magię czarodziejskiego kręgu przerwała waśń. Fieschi z Varese Ligure zadarli z genueńskim rodem Doriów. Nie pomogły kamienne koła: Fieschi przestali się liczyć. Co prawda ród dotrwał do wieku XIX, ale to nie oni a Brigitta Caranza ufundowali klasztor Augustynów, wyrywając tym samym fragment kamiennego koła.


Tyle  o historii Varese Ligure, po trosze zmyślonej, gdyż warowny zamek będący środkiem koła istniał już przed rokiem 1161, czyli rokiem rozpoczęcia budowy miasta. Nie wiadomo też kiedy do Varese Ligure przyjechali bizantyjczycy, choć Grecki Most wybudowano na pewno w roku 1515. Fragment miasta na planie koła nadal nadal istnieje; przechodząc przez współczesny już most na drugą stronę Crovany dochodzi się do dzielnicy greckiej (il Quartiere Grexino) i do greckiego mostu. Klasztor Augustynów to obecnie kościół parafialny pod wezwaniem św. Filipa Neri i Teresy z Avilli. Podobno można podziwiać piękny klasztorny ogród, do którego ja nie dotarłam, zajęta wędrówkami po magicznych kręgach uliczek średniowiecznego miasta i próbowaniem amaretti dei Fieschi, o których opowiem przy innej okazji.

JC twierdzi, że mi odbija. Ja z kolei uważam, że się rozwijam twórczo. Mój gust sądzi, że ewoluuje. Konto narzeka, że nie da rady a koty skrzeczą, że zabieram im miejsca do spacerów.



A wszystko to za sprawą pasji do porcelany, której prywatna i mocno eklektyczna kolekcja powiększyła się o wyszczerbioną wazę na owoce, zdekompletowany zestaw do kawy, ręcznie zdobioną wazę, imbryk do herbaty z przetrąconym uchem i dzbanek do kawy bez dekla.
Powered by Blogger.