28 Oct 2011
23:30
Udało mi się, mimo prób wycofania mnie z obiegu, dożyć pięćdziesiątki. Gdybym urodziła się dwadzieścia lat
wcześniej, jeśli nie załatwiliby mnie Niemcy, padłabym na szkarlatynę; prawdopodnie nie przeżyłabym różyczki, odry,
świnki lub bakteryjnego zapalenia krtani. Na szczęście urodziłam się wtedy kiedy się
urodziłam, antybiotyki były już na rynku, a przyroda jeszcze się nie zorientowała, że nasyłanie morderców
niekoniecznie eliminuje przeciwnika gdy ma on po swojej stronie
penicylinę.
Tak więc jestem żywa i zdrowa; odpukać w niemalowane drewno (lub po włosku - w żelazo). Nawet się dobrze trzymam na swój wiek, choć farba mi odłazi tu i ówdzie. W życiu też dobrze: sprzedałam serię akwareli, chcą bym napisała dla nich książkę, nie widuję się z bratową, a jutro jadę świętować 28. października kolacją w Pettirosso. Będzie nas czworo (Beata, Peter, JC i oczywiście ja) na kilka butelek wina; czworo do risotto z prawdziwkami (lub polenty razowej), czworo do tagliaty di manzo lub nadziewanej perliczki, czworo do deski serów, miejscowych wędlin, sałatki z wędzonym pstrągiem i winegretem cytrusowym. Dzień po, kelnerka postawi przede mną filiżankę z porannym cappucino, a na kolację najprawdopodobniej pójdziemy do Lo Scrigno del Duomo.
Wracam w niedzielę. Wracam do dłubania przy konspekcie książki, użerania się z ENI, malowania obrazów oraz zmiany kolorów. Ten odłażący róż to jednak nie ja :-)
Tak więc jestem żywa i zdrowa; odpukać w niemalowane drewno (lub po włosku - w żelazo). Nawet się dobrze trzymam na swój wiek, choć farba mi odłazi tu i ówdzie. W życiu też dobrze: sprzedałam serię akwareli, chcą bym napisała dla nich książkę, nie widuję się z bratową, a jutro jadę świętować 28. października kolacją w Pettirosso. Będzie nas czworo (Beata, Peter, JC i oczywiście ja) na kilka butelek wina; czworo do risotto z prawdziwkami (lub polenty razowej), czworo do tagliaty di manzo lub nadziewanej perliczki, czworo do deski serów, miejscowych wędlin, sałatki z wędzonym pstrągiem i winegretem cytrusowym. Dzień po, kelnerka postawi przede mną filiżankę z porannym cappucino, a na kolację najprawdopodobniej pójdziemy do Lo Scrigno del Duomo.
Wracam w niedzielę. Wracam do dłubania przy konspekcie książki, użerania się z ENI, malowania obrazów oraz zmiany kolorów. Ten odłażący róż to jednak nie ja :-)
27 Oct 2011
15:00
między przedwczorajszą notką o kulinarach Ligurii a dzisiejszym tekstem o urodzinach, przyroda rozprawiła się i z Monterosso, gdzie jedliśmy ryby, i z kolorową Vernazzą. Jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, sierpniowe zdjęcia z Vernazzy i z Monteroso mają w tej chwili wartość historyczną.
27 Oct 2011
13:13
nie przyznawajcie się, że wiecie to ode mnie, ale Liguria leży nad morzem :-) . Patrząc bowiem na listę tradycyjnych potraw liguryjskich trudno się tych dwustu iluśtam kilometrów wybrzeża morskiego dopatrzeć. Podobno dlatego, że wody liguryjskie są ubogie w ryby (tak twierdzi Anna del Conte). Ja tam ryb w morzu nie liczyłam, ale nawet jeśli ryb jest dużo, to nie znaczy, że przeciętnego liguryjczyka było na nie stać.
Tak więc na przysłowiowym liguryjskim stole stawiano gar zupy rybnej (czasami był to ciuppin, a czasami buridda), być może jakieś kalamary nadziewane, pastę z dorsza, marynowane sardynki (z których najsławniejsze są te z Monterosso), ale raczej niewiele więcej. Mięso też jedzono od święta, bo Liguria pastwiskami nie stoi. Eli mówiła mi, że jej babcia pochodząca z okolic La Spezia, pierwszy raz w życiu jadła masło i ser z mleka krowiego gdy poszła na służbę do bogatej rodziny w Piemoncie. Babcia Eli w liguryjskim epizodzie swojego życia krasiła potrawy oliwą, zbierała zioła w górach, hodowała króliki na mięso, gotowała troffie z ziemniakami i fasolką szparagową, lasagnę układała z płatów makaronu i pesto, a makaron zagniatała z mąki i wody
Troffie z pyrami i fasolką ugotował nam kolację Livio. Fabrizia podała marynowane sardynki z Monterosso. Ryb spróbowaliśmy w Monterosso al Mare: obryzaliśmy smażone na głębokiej oliwie sardynki, dzieliliśmy się filetami ryby zwanej w miejscowym dialekie lama, a gdzie indziej we Włoszech nazywanej spatola ligura (czytaj: pałasz ogoniasty), zaś tradycyjne potrawy liguryjskie jedliśmy w restauracji Amici w Varese Ligure, do której zaprosili nas Livio i Fabrizia, rodzice Eli.
Spróbowaliśmy więc nadziewanego chlebem i ziołami żołądka jagnięcego, czyli jedliśmy cima ripiena. Cimę robi się też z podbrzusza jagnięcego lub cielęcego. A podaje się z marynowanymi warzywami lub wytrawną owocową konfiturą. Oprócz cimy były jeszcze krokiety z podrobów - stecchi, do których dodaje się podobno również jądra kogucie; minestrone z pesto, królika z oliwkami i orzeszkami piniowymi, kilka rodzajów torte di verdure, a więc tart z warzywami, grzanki z kawałkami dojrzałej słoniny, croxetti z sosem piniowym, troffie z kwiatami cukinii.
Nie udało się nam jednak sprobować najbardziej znanej liguryjskiej potrawy czyli cappon magro. Zimą musimy wrócić na krupnik zwany mesciuà (pisana tez mesc-ciuà ).
Ristorante Amici, via Garibaldi 80, 19028 Varese Ligure (SP), wwww.albergoamici.com
Przepisy kuchni liguryjskiej oraz etymologię co barwniejszych nazw potraw można znaleźć w:
Tak więc na przysłowiowym liguryjskim stole stawiano gar zupy rybnej (czasami był to ciuppin, a czasami buridda), być może jakieś kalamary nadziewane, pastę z dorsza, marynowane sardynki (z których najsławniejsze są te z Monterosso), ale raczej niewiele więcej. Mięso też jedzono od święta, bo Liguria pastwiskami nie stoi. Eli mówiła mi, że jej babcia pochodząca z okolic La Spezia, pierwszy raz w życiu jadła masło i ser z mleka krowiego gdy poszła na służbę do bogatej rodziny w Piemoncie. Babcia Eli w liguryjskim epizodzie swojego życia krasiła potrawy oliwą, zbierała zioła w górach, hodowała króliki na mięso, gotowała troffie z ziemniakami i fasolką szparagową, lasagnę układała z płatów makaronu i pesto, a makaron zagniatała z mąki i wody
Troffie z pyrami i fasolką ugotował nam kolację Livio. Fabrizia podała marynowane sardynki z Monterosso. Ryb spróbowaliśmy w Monterosso al Mare: obryzaliśmy smażone na głębokiej oliwie sardynki, dzieliliśmy się filetami ryby zwanej w miejscowym dialekie lama, a gdzie indziej we Włoszech nazywanej spatola ligura (czytaj: pałasz ogoniasty), zaś tradycyjne potrawy liguryjskie jedliśmy w restauracji Amici w Varese Ligure, do której zaprosili nas Livio i Fabrizia, rodzice Eli.
Spróbowaliśmy więc nadziewanego chlebem i ziołami żołądka jagnięcego, czyli jedliśmy cima ripiena. Cimę robi się też z podbrzusza jagnięcego lub cielęcego. A podaje się z marynowanymi warzywami lub wytrawną owocową konfiturą. Oprócz cimy były jeszcze krokiety z podrobów - stecchi, do których dodaje się podobno również jądra kogucie; minestrone z pesto, królika z oliwkami i orzeszkami piniowymi, kilka rodzajów torte di verdure, a więc tart z warzywami, grzanki z kawałkami dojrzałej słoniny, croxetti z sosem piniowym, troffie z kwiatami cukinii.
Nie udało się nam jednak sprobować najbardziej znanej liguryjskiej potrawy czyli cappon magro. Zimą musimy wrócić na krupnik zwany mesciuà (pisana tez mesc-ciuà ).
Ristorante Amici, via Garibaldi 80, 19028 Varese Ligure (SP), wwww.albergoamici.com
Przepisy kuchni liguryjskiej oraz etymologię co barwniejszych nazw potraw można znaleźć w:
- Classic Food of Northern Italy, Anna del Conte, wyd. Pavilion, 2004
- La grande cucina regionale: Liguria. Corriere della Sera, 2005
- Il Cucciaio d'Argento: Cucina Regionale; Editoriale Domus, 2008
- oraz na stronie: http://www.moldrek.com/liguria.htm
Włosi nie piją bruderszaftów. Od dopiero co poznanej osoby nie
doczekasz się ’to może będziemy na ty?”. Włosi są subtelniejsi. A ty masz umieć odczytywać znaki.
Pytają come si chiama? Powiesz: mi chiamo Maja i jesteście na ty. Przedstawisz się sono Maja Stoop i zostajesz la signora.
Wszystko to wytłumaczyła w sobotę Eli. JC uczy się od niej podstawowego włoskiego. A ja, pochylona nad Polityką i bezczelnie podsłuchująca, próbowałam sobie przypomnieć, czy odczytałam poprawnie ginestrowskie sygnały i czy naprawdę jestem z Gino, Renato, Annamarią, Luccą i Stefano na ty, a z Giną na Pani, czy powinno być zupełnie odwrotnie :-)
Na szczęście uścisk ręki i jest mi miło wydaje się być pozbawiony podtekstów. Piacere wystarczy. Albo zamiast piacere: molto lieta (jeśli mówisz jako Maja) lub molto lieto (jeśli masz na imię JC).
Powyższe zasady dotyczą sytuacji prywatnych. Dla malarza malującego od tygodni trzy piętra naszego domu pozostanę la signora Stoop, choć piliśmy razem kawę i słuchaliśmy Pavarottiego siedząc na pudłach z książkami. Ale mam mówić do niego Gianfranco, choć wiem że nazywa się Cozze.
Pytają come si chiama? Powiesz: mi chiamo Maja i jesteście na ty. Przedstawisz się sono Maja Stoop i zostajesz la signora.
Wszystko to wytłumaczyła w sobotę Eli. JC uczy się od niej podstawowego włoskiego. A ja, pochylona nad Polityką i bezczelnie podsłuchująca, próbowałam sobie przypomnieć, czy odczytałam poprawnie ginestrowskie sygnały i czy naprawdę jestem z Gino, Renato, Annamarią, Luccą i Stefano na ty, a z Giną na Pani, czy powinno być zupełnie odwrotnie :-)
Na szczęście uścisk ręki i jest mi miło wydaje się być pozbawiony podtekstów. Piacere wystarczy. Albo zamiast piacere: molto lieta (jeśli mówisz jako Maja) lub molto lieto (jeśli masz na imię JC).
Powyższe zasady dotyczą sytuacji prywatnych. Dla malarza malującego od tygodni trzy piętra naszego domu pozostanę la signora Stoop, choć piliśmy razem kawę i słuchaliśmy Pavarottiego siedząc na pudłach z książkami. Ale mam mówić do niego Gianfranco, choć wiem że nazywa się Cozze.
24 Oct 2011
08:30
Karolek ma już dwa lata. Wydoroślał i wypracował metody kontrolowania tłumu: Brunettiego gryzie, Paolę ignoruje, Lucka ustawia po kątach. Uwielbia skórki pieczonych pomidorów, rozmaryn i soczewicę.
Brunetti interesuje się kuchnią, czyli tym co jadł i co będzie jadł. Najbardziej lubi jagnięcinę, choć mortadellą nie gardzi.
Paola ostatnio mieszka pod pokrowcem fotela.
Lucek uwielbia Włochy, zwłaszcza w słońcu :-)
Mniszkówna Helena wiecznie żywa jest. Ta specjalistka od żądz wypełzających na usta i ordynata w uprzęży powróciła w wielu wcieleniach i pisze blogi. Od miesięcy wycinam z nich ulubione cytaty. Teraz chcę się nimi podzielić. Nazw blogów jednak nie podaję, gdyż nie chcę
Mniszkówien (i Mniszków) deprymować. A nuż kupią sobie słowniki poprawnej
polszczyzny, zaczną zastanawiać się nad składnią i czar pryśnie.
zagęszczona znaczeniami atmosfera
pod powiekami zostały rzeźby
dzięki za energetyczne słowa
Obfitość wszelka i w stopnie Celsjusza i w dobra wszelkie
Teksty pisane czarnym drukiem pochodzą z blogów. Naprawdę.
zagęszczona znaczeniami atmosfera
- Niezwykle mistyczne deszczem krajobrazy
- Upalnie snuliśmy się po wyludnionym miasteczku
- mały chłopczyk na rowerku rozbijał pustkę uliczek
- Wokół placu gęsto przysiadły domy
- ciągle na mym uniesieniu cieniem kładzie się fragment historii Włoch
- A czasem nie mówić nic i poszukać ciszy, która nie rani i nie dzieli
- słońce leniwie opuszcza niebo nad miastem
pod powiekami zostały rzeźby
- spijał z ust przewodnika każdą informację
- Tym razem piękna dopełniał, a właściwie przepełniał już i tak jego ogrom wspaniały chór
- stworzone aby zachwycać, nawet gdy stuletni tynk zmęczony uderza już o chodnik
dzięki za energetyczne słowa
- żer dla ciekawskiego nosa
- Ja jestem skrajnym przeciwnikiem cukru
- moja babska ciekawość wzrasta w postępie geometrycznym
- czas już naglił umówioną godziną
- sofrito czyli posiekane warzywka
- W końcu znaleźliśmy ratunek, mój był w postaci loda
- 700g zblendowanych pomidorow
Obfitość wszelka i w stopnie Celsjusza i w dobra wszelkie
- czekamy w wielkiej niecierpliwości
- reszta ścian jest niedostępna oglądowi
- z odwagą zaatakowaliśmy dwa dania
- Uratujmy to, co może zniknąć pod ciężarem własnej starości
- uniknąć przewiania na skroś, przez wszystkie moje skromne zwoje mózgowe
Teksty pisane czarnym drukiem pochodzą z blogów. Naprawdę.
Może i takie wirtualne karmienie to raczej znęcanie się nad głodnymi, zwłaszcza w porze obiadowej, ale przestrzeganie zasad ateistów nie obowiązuje, jako iż pojęcie moralności uczuć wyższych jest ateistom, informuje portal mocno wierzący, kompletnie obce; więc nie czuję się zobowiązana, choć co nieco mi się o uszy obiło: na przykład to, że powinnam nagich przyodziać i podróżnych w dom przyjąć. Do domu jak najbardziej, choć lubię gości polecanych przez kogoś, z przyodziewaniem nagiego trochę gorzej, bo ja na nagie ciała patrzeć lubię (zwłaszcza gdy są dobrze uformowane), ale z karmieniem nie ma problemu, zwłaszcza gdy wpadniecie do Ginestry we wtorek lub piątek, bowiem w jednym z tych dni jemy na kolację zuppa di pesce, która zupą jest jedynie z nazwy.
Najprawdziwsza zuppa di pesce składa się z minimalnej ilości płynu oraz maksymalnej ilości ryb i owoców morza. Ryb powinno być ze cztery gatunki (nazw wam nie podam, bo ich po polsku nie znam, a po włosku nie pamiętam) a do tego owoce morza (krewetki, kałamarnice, małże, ośmiorniczki, sercówki) i pomidory. A wszystko to ułożone "od niechcenia" w głębokim półmisku wyłożonym zrumienionymi grzankami, które pięknie wchłaniają sos.
A jak na stoisku w Osteria Nuova zabraknie składników na zuppa di pesce to ugotuję wam krewetki z fenkułem i białym winem. I nawet ścierki do wytarcia łapek podam, bo obieranie krewetek to brudna robota.
I krewetki i zuppa di pesce na zdjęciu. Smacznego :-P
Przepis na zuppa di pesce: świeżutkie ryby i owoce morza, kilka pomidorów obranych ze skórki i pokrojonych w grubą kostkę, niewielki ząbek czosnku, trochę białego wina, kawałek ostrej suszonej papryczki, garść pietruszki, kilka grzanek z dobrego chleba. Na oliwie podsmażyć czosnek i pietruszkę, wrzucić pomidory, wlać wino. Gdy pomidory zaczną puszczać sok, zacząć dodawać owoce morza, zaczynając od tych wymagających najdłuższego gotowania, czylii ośmiorniczek i kałamarnic. Dodać ryby, oczyszczone ale nadal z głowami, krewetki oraz ugotowane wcześniej w białym winie małże i sercówki (płyn z gotowania przecedzić i odparować tak by pozostało tylko kilka łyżek wywaru, który dodaje się na początku, czyli w fazie początkowej robienia pomidorowej bazy potrawy). Pomijając czas potrzebny na czyszczenie skorupek, obskubywanie wąsów z krewetek i tym podobnych czynności, gotowanie zuppa di pesce zajmuje niecałe 45 min.
Przepis na tę zupę pochodzi z Apulii.
20 Oct 2011
12:30
na pchlim targu w Irlham znalazłam perełkę. Czerwona była, z końcówkami
pięknie chromowanymi. Stała sobie na polu zamienionym (tymczasowo) na
parking. Poleciałam ją sfotografować, gdyż nigdy do tej pory nie udało
mi się zobaczyć Isetty na żywo. Nie wystawiano jej na sprzedaż. Może to
i dobrze, bo ja jestem bankowo do tyłu, a jest Isetta - oprócz różowej Vespy - mrocznym przedmiotem mego pożądania. I nawet nie
upierałabym się przy kolorze, jeśli tylko byłby czerwony.
Isetta z Irlham to produkcja niemiecka, a konkretnie BMW, ale zaprojektowali ją Włosi, tak z resztą jak Vespę i inną ikonę designu - Ape. Isetta, czyli zdrobnienie nazwy Iso - producenta m.in. lodówek , to projekt z 1952 roku duetu Ermenegildo Preti - Pierluigi Raggi. Ich Isetta miała dwusuwowy silnik, paliła 5,6 litrów na 100 km i można ją było schować w kieszeni :-) Napewno mieściłaby się w bagażniku jakiegoś współczesnego wypasionego SUV: miała bowiem jedynie 229 cm długości i 137 cm szerokości. Wsiadało się do niej od przodu, a w razie wypadku kierowca mógł się ewakuować przez dach. Jako że silnik Isetty pochodził z motorowerów produkowanych również przez Iso spA, nie rozpędzała się za bardzo: aby osiągnąć prędkość 50 km/h potrzebowała 30 sekund, a wyciągnąć z niej było można maksymalnie 75 km na godzinę. Iso wypuściła na rynek dwa modele Isetty: Turismo z półką na walizkę i Autocarro czyli samochód dostawczy. I o ile Isetta Turismo przegrała z Fiatem 500 i zaprzestano jej produkcji już w roku 1956, to we Francji Velam Isetta żyła do roku 1958, podobnie z resztą jak w Hiszpanii, gdzie popularnością cieszyła się wersja dostawcza Autocarro. Isetta przypadła do gustu w Niemczech. Zacząło ją produkować BMW.
Niemiecka wersja Isetty, czyli ta którą widziałam w Irlham, zachowała nazwę i sporo z wyglądu, ale technologicznie była już innym samochodem. Isetta 300 i Isetta 250 (i krótkotrwale Isetta 600, większa siostra miniaturowej dwustopięćdziesiątki i trzysetki) miały jednocylindowy silnik czterosuwowy, wyciągała prawie 90 km na godzinę, a paliła jedynie 3 litry na 100 km. Niemcy dodatkowo zainstalowali ogrzewanie (którego we włoskiej serii nie było), lampy po bokach, a jeździć nią mogli posiadacze karty rowerowej. Isettę, także w wersji luksusowej czyli z przesuwanymi oknami, BMW produkowało do 1962 roku.
I to by było na tyle. Nie znalazłam informacji ile Isett wyprodukowali Włosi. BMW wypuściło ich na rynek 161,728.
Dodatkowe informacje:
Isetta po polsku
na blogu o Isetcie
włoszczyzna o Ape i o Vespie
Isetta z Irlham to produkcja niemiecka, a konkretnie BMW, ale zaprojektowali ją Włosi, tak z resztą jak Vespę i inną ikonę designu - Ape. Isetta, czyli zdrobnienie nazwy Iso - producenta m.in. lodówek , to projekt z 1952 roku duetu Ermenegildo Preti - Pierluigi Raggi. Ich Isetta miała dwusuwowy silnik, paliła 5,6 litrów na 100 km i można ją było schować w kieszeni :-) Napewno mieściłaby się w bagażniku jakiegoś współczesnego wypasionego SUV: miała bowiem jedynie 229 cm długości i 137 cm szerokości. Wsiadało się do niej od przodu, a w razie wypadku kierowca mógł się ewakuować przez dach. Jako że silnik Isetty pochodził z motorowerów produkowanych również przez Iso spA, nie rozpędzała się za bardzo: aby osiągnąć prędkość 50 km/h potrzebowała 30 sekund, a wyciągnąć z niej było można maksymalnie 75 km na godzinę. Iso wypuściła na rynek dwa modele Isetty: Turismo z półką na walizkę i Autocarro czyli samochód dostawczy. I o ile Isetta Turismo przegrała z Fiatem 500 i zaprzestano jej produkcji już w roku 1956, to we Francji Velam Isetta żyła do roku 1958, podobnie z resztą jak w Hiszpanii, gdzie popularnością cieszyła się wersja dostawcza Autocarro. Isetta przypadła do gustu w Niemczech. Zacząło ją produkować BMW.
Niemiecka wersja Isetty, czyli ta którą widziałam w Irlham, zachowała nazwę i sporo z wyglądu, ale technologicznie była już innym samochodem. Isetta 300 i Isetta 250 (i krótkotrwale Isetta 600, większa siostra miniaturowej dwustopięćdziesiątki i trzysetki) miały jednocylindowy silnik czterosuwowy, wyciągała prawie 90 km na godzinę, a paliła jedynie 3 litry na 100 km. Niemcy dodatkowo zainstalowali ogrzewanie (którego we włoskiej serii nie było), lampy po bokach, a jeździć nią mogli posiadacze karty rowerowej. Isettę, także w wersji luksusowej czyli z przesuwanymi oknami, BMW produkowało do 1962 roku.
I to by było na tyle. Nie znalazłam informacji ile Isett wyprodukowali Włosi. BMW wypuściło ich na rynek 161,728.
Dodatkowe informacje:
Isetta po polsku
na blogu o Isetcie
włoszczyzna o Ape i o Vespie
18 Oct 2011
13:30
jest sos z fasoli. Jadłam go rok temu w La Pergola w Gesualdo (tutaj link z adresem) i teraz postanowiłam go odtworzyć, bo sos z fasoli i suszonych prawdziwków pasuje mi do pory roku. Sos się udał. I choć zrobiłam go z ciecierzycy (co dało mu lekko ziarnistą konsystencję) to był na tyle smaczny, że wszedł przebojem na listę najważniejszych sosów mojego życia. Czyli kulinarna wersja Ruchu Palikota :-)
Przepis na sos do 1/2 kg makaronu:
Namoczyć i ugotować 1/4 kg ciecierzycy (choć inna fasola też może być), dodając doń garść suszonych prawdziwków* i soląc tuż pod koniec gotowania. Osobno przesmażyć na oliwie drobno posiekaną cebulę, kilka ząbków czosnku, kilkanaście igiełek rozmarynu i garść posiekanej natki.
Z ugotowanej fasoli wygrzebać plasterki prawdziwków. Prawdziwki posiekać drobno, fasolę wraz z płynem zmiksować, dodać do niego posiekane grzyby i podsmażoną cebulę, wlać kilka łyżek świeżej oliwy dla odświeżenia smaku. Sos dodatkowo rozcieńczyć kilkoma łyżkami wody od gotowania makaronu (ma mieć konsystencję jogurtu).
No i makaron: najbardziej pasuje sosu mezze maniche rigate lub inne duże muszle. Na pewno nie spaghetti ani też drobne rurki: sos jest za ciężki.
*Jeśli mamy szczęście bycia właścicielem prawdziwków świeżych, to można sobie darować gotowanie fasoli z suszonymi grzybami, a prawdziwki pokrojone podsmażamy z cebulą.
Przepis na sos do 1/2 kg makaronu:
Namoczyć i ugotować 1/4 kg ciecierzycy (choć inna fasola też może być), dodając doń garść suszonych prawdziwków* i soląc tuż pod koniec gotowania. Osobno przesmażyć na oliwie drobno posiekaną cebulę, kilka ząbków czosnku, kilkanaście igiełek rozmarynu i garść posiekanej natki.
Z ugotowanej fasoli wygrzebać plasterki prawdziwków. Prawdziwki posiekać drobno, fasolę wraz z płynem zmiksować, dodać do niego posiekane grzyby i podsmażoną cebulę, wlać kilka łyżek świeżej oliwy dla odświeżenia smaku. Sos dodatkowo rozcieńczyć kilkoma łyżkami wody od gotowania makaronu (ma mieć konsystencję jogurtu).
No i makaron: najbardziej pasuje sosu mezze maniche rigate lub inne duże muszle. Na pewno nie spaghetti ani też drobne rurki: sos jest za ciężki.
*Jeśli mamy szczęście bycia właścicielem prawdziwków świeżych, to można sobie darować gotowanie fasoli z suszonymi grzybami, a prawdziwki pokrojone podsmażamy z cebulą.
17 Oct 2011
15:23
Powered by Blogger.










