Nabywając dom w Ginestra, dostaliśmy w prezencie podłączony gaz. Od września 2008 próbujemy dostać zań rachunek. Najpierw trzeba było podać numer kontraktu poprzedniego właściela, potem szukaliśmy numeru licznika. W listopadzie obiecano przysłać na nasz bawarski adres kontrakt do podpisania. Nie doszedł. Nie było go też w Ginestra. Gaz nadal mamy.

W skrzynce był za to rachunek z Monte dei Paschi za styczeń. Winni jesteśmy 6,60. Konto zamknęliśmy w grudniu.

wysypisko z Wasserburga

wystawa Marii Lassnig, pierwszej kobiety która otrzymała profesurę na akademii sztuk pięknych w krajach niemieckojęzycznych. Trudno nazwać jej obrazy pięknymi: babe na Vespie była jednym z łagodniejszych. Seria o molestowaniu i przemocy dawała po nerwach, mój ulubiony obraz: naga kobieta mierzy w obserwatora z rewolweru jednocześnie przykładając lufę drugiego do własnej skroni, ruszył mnie jeszcze bardziej. Szkoda, że nie można było fotografować we wnętrzu a wybór pocztówek z obrazami był nieśmiały: zabrakło w nim najmocniejszych obrazów.


Trzeba koniecznie do Monachium, zobaczyć na własne oczy.
i na czarno, bo choć wielu z zabitych nie lubiłam i nie szanowałam ich opinii, to jednak szkoda. Ludzi szkoda.

do prawie odważnych prawie balkon należy: Darwin bez Beagle
bo 6 dni temu suszyłam zimne gacie nad zalewem i się solidaryzowałam

Tuż za rogatkami Poggio Moiano, przy SS314 na Orvinio, po lewej stronie stoi znak pokazujący drogę na Lago del Turano. Warto w nią skręcić i dojechać do zalewu zwanego jeziorem.



Najlepiej jest tam pojechać wczesną wiosną, gdy nie ma jeszcze najazdów hunów, miasteczka są ciche, a na większości barów i restauracji wiszą kłódki. Można wtedy przejść spokojnie przez jeden z mostów, zajrzeć do wsi na skarpie (sorry, nie zapisałam nazwy), a w lesie obejrzeć dzikie cyklameny i prymule. Można też pośliznąć się na oleistym błocie i usiąść dupą w mętnej kałuży, a potem można próbować się suszyć wystawiając zadek do zimnego wiatru :-) Jeśli nie jest to październik, listopad, grudzień, styczeń lub luty, mniej ubłoceni mogą pójść na obiad, bo podobno nad Lago del Turano można dobrze zjeść. Co zamierzam sprawdzić przy najbliższej okazji i nie omieszkam o tym napisać.

Wracając znad zalewu wjechaliśmy w demonstrację. Pozzaglia, miasto rodzinne świętej Augustyny (pierwsze o niej słyszę, ale było oficjalnie na drogowskazach więc powtarzam), oprotestowywało il forno. Il forno to na ogół piekarnia. W Pozzaglia il forno znaczy krematorium, które ktoś postanowił w okolicy uruchomić i, jeśli wierzyć transparentom, bez pytania Pozzaglii o zgodę. Gdyby nie zabłocony tyłek pewnie bym się i do protestu przyłączyła bo wyglądał mi na dobrze obstawiony kulinarnie i trunkowo.

PS dla wielbicieli Monty Pythona: gdziegdzieś między zalewem a protestem znalazłam ołtarz z dwoma chudymi Jezusami. Przy następnej okazji dowiozę jednego grubego, 24 apostołów i kilka kangurów. Eric Idle i John Cleese też by się przydali, choć chyba mam większe szanse na ściągniecie Benedykta nr 16.

wychodząc z baru weszlimy na Kargula (o Kargulu czytaj m.in. tu i tu); był w dobrym nastroju, słonecznym; zagadnęłam o pogodzie, że niby ładna
ano ładna; ale całą zimę padało
w Bawarii mieliśmy śnieg
a tu lało nonstop; no i trzęsienie ziemi
trzęsienie ziemi? Gdzie, kiedy, bo nic nie słyszałam?
w L’Aquilla, rok temu
Kargul lubi rozpamiętywać nieszczęścia żeby szczęścia nie zapeszyć. Nie chciałam psuć słonecznego nastroju przebijając jego nieszczęścia moimi: śniegiem już w październiku, cieknącym dachem, plackami odpadającego tynku na parterze naszej 'willi', koślawych drzwiach balkonowych, stromych schodach i łaciatych kafelkach w korytarzu. Nie przypomniałam mu też, że trzęsienie ziemi to i ja przeżyłam w ubiegłym roku.

Dobrze zrobiłam; chłopina odszedł zadowolony, marmocząc o groźbie przymrozków i gradobicia. A my poszliśmy fotografować wiosnę.

Nie pomyślałam żeby zrobić rezerwację w Trattoria da Alvero. A gdy pomyślałam, to albo nie miałam pod ręką numeru telefonu, albo mi się myślało później... I gdy przyjechaliśmy do Da Alvero wszystkie stoliki były roztasowane: signora, trzeba było zadzwonić.....

ale
Gdyby Da Alvero prowadził program lojalnościowy to mielibyśmy w nim złotą kartę klienta. Alvero wie, że mieszkamy w Sabina, że przyprowadzamy do niego wszystkich naszych gości; pytaliśmy go gdzie załatwić podłączenie wody i gazu. I to zobowiązuje. W niedzielę zobowiązało go do zapewnienia nam posiłku. Stolik postawiono w przedsionku, nakryto żakardowym obrusem, dano butelkę wina, wodę mineralną i koszyk z chlebem.

Właśnie w tym przedsionku, między lodówką na lody a pomieszczeniem pracowniczym poczułam, że jesteśmy sami swoi: turyści dostaliby wizytówkę Santa Chiara w Torricella, gdzie mają więcej miejsc i widok na dolinę.

(po)dano
antipasto1: wędliny, jajko na twardo, chleb z mąki durum (na szczęście)
antipasto2: coratella di agnello, czyli pikantne podroby jagnięce. Lekki smaczek nerek, ale niezbyt intensywny, czosnek, chyba cebula i napewno oliwa. W sam raz do chleba zrumienionego nad ogniem

primo1
: strozzapretti z aglione, czyli sosem z oliwy, czosnku, peperoncino i świeżych pomidorków, rozciapcianych w gotowaniu :-)
primo2: risotto z krewetkami i dzikimi szparagami. Moje pierwsze dzikie szparagi! Chyba lubię je bardziej niż te hodowlane: są słodsze, mają intensywniejszy smak.

secondo1: pieczyste: plaster pieczeni cielęcej, kawałek jagnięciny z czosnkiem i rozmarynem; jako przystawka sałata dobrze przyprawiona oliwą i solą
secondo2 z głębokiej oliwy: sera karczochów w cieście i kotleciki jagnięce w panierce z polenty. Cytryna do skropienia

dolce1
: pierwsze truskawki z sokiem cytrynowym i cukrem
dolce2: kawałek pizzy pasquale (domowej roboty i bez cynamonu), kawałki czekolady, odłupane młotkiem z wielkiego jaja wystawionego w sali głównej.

grand finale
: prosecco i kawa (ta ostatnia z plastykowych kubeczków; problem z maszyną do mycia filiżanek)




na mecie
Najedzona byłam już po primi; napchana po zestawie pieczeni; oświeciło mnie po kieliszku wina, a wiarę we własne możliwości odzyskałam po pierwszym kęsie smażonych karczochów. Kotleciki jagnięce były kulinarnym objawieniem i trzeba je było jeść.
W zachwyt wprawił mnie rachunek. Za wino, wodę, prosecco, kawę i 8 potraw zapłaciliśmy razem 60 euro.
Niedzielę świąteczną kończyliśmy w fotelach, z książką w ręku i filiżanką mocnej herbaty z plasterkiem cytryny, a planowane na kolację penne w sosie z fekułu i butelka vernaccia przyjechała z nami do Wasserburga.

o pizzy wielkanocnej z Lacjum słyszałam, a jakże. Znalazłam nawet na nią przepis w Food of Lazio. O czym autorka nie wspomniała, a mnie nie przyszło do głowy, że pizza pasquale jest tą inną pizzą - wyglądającą jak babka wielkanocna czy mniej wyrośnięte panettone, a smakującą jak hot tamales, cynamonowe cukierki sprzedawane w Kalifornii (a może też i w innych stanach?). Przynajmniej tak smakowała pizza z Castelnuovo di Farfa. Robiono ją z ciasta chlebowego; pytałam. Nie ma w niej ricotty (którą podała w przepisie O. Zanini de Vita). Za to sera było dużo w pizzy serowej, następnej pizzy wielkanocnej wyglądającej jak babka drożdżowa. I o ile od pizzy pasquale wolę panettone na zakwasie, tak pizza serowa jest nie do pobicia. Do pełni szczęścia zabrakło nam jedynie wina; cesanese wyszło, czerwone z Magliano też. A do sklepu nie chciało się jechać :-(

Na zdjęciach: pizza pasquale, pizza serowa i sałata

dwa dni to za mało żeby nacieszyć się i słońcem i kwiatami i soczystą trawą. I w ogóle Ginestrą.

Gina w wiosennych fioletach, Renato zalatujący świeżym winem, sklep z nową lodówką i nowym asortymentem: wiejska kiełbasa, mascarpone i odchudzony jogurt. Przyjechaliśmy na procesję: trąby, bębny, ksiądz z tubą i wierni ze świeczkami. Jezus na noszach jakby bardziej opalony i drobniejszy, bardziej odrapany z farby.





My urządzaliśmy salon, który - w zależności od punktu widzenia - można uznać za salon książki lub oświetleniowy. Lamp mamy bowiem (za) dużo, wszystkie spokrewnione ze sobą materiałem (żelazo) i kształtem. Oprócz targania lamp, książek, dysków, przeganiania kotów z kąta w kąt i jeżdżenia fotelami, byliśmy na spacerze i jedliśmy wielkanocnie: spróbowaliśmy pizzę pasquale, która jest babką a nie plackiem, a Da Alvero zaserwował nam obiad wielkanocny. Na wszystko mam dowody: i na pizza pasquale i na chleb w Da Alvero i na wiosnę.

Jakby kogoś interesowały inne zdjęcia mieszkania to wkleiłam ich więcej na forum Wnętrza Mieszkań
Goje włoscy nauczyli się od Żydów jedzenia bakłażanów (pisałam o tym w ubiegłym roku), Rzym zaadoptował karczochy po żydowsku i fasolę z sałatą Na karczoch yi bakłażany za wcześnie, ale fasolę ugotowałam przedwczoraj. Wystarczyło jej na dwa dwa razy: pierwszego dnia jedliśmy ją z ryżem, wczoraj wsypałam doń dwie garście orecchiette i wyszło mi coś z pogranicza drugiego dania i gęstej zupy, czyli idealne pasta e fagioli - potrawa prymitywna w swojej prostocie, mocno niewyględna i na wskroś wegetariańska, zaś smaczna bardzo. Dziadek M., który był wiadomego pochodzenia, byłby ze mnie bardzo dumny, choć michę fasoli popijaliśmy bardzo niekoszernym winem czerwonym.



Gdyby ktoś chciał sobie koszernie zjeść przy wielkanocy to potrzebuje 50 dag fasoli namoczonej na noc i odsączonej, dwie marchewki, kilka ząbków nieobranego czosnku, cebulę lub dwie, kilka ziarenek pieprzu i jako że potrawa z Lacjum –liście laurowe. Wszystko to wsypać do szybkowara, zalać wodą i gotować jakieś 15 min. Dodać 2 czubate łyżki pomidorów (miałam włoski podwójny koncentrat), osolić, wsypać grupo pokrojoną sałatę rzymską (jedna duża lub 2-3 małe). Zamknąć szybkowar i dokończyć gotowanie w 5 min. Jak smakuje fasola tłumaczyć nie muszę, gotowana sałata jest przyjemnie gorzkawa. Podejrzewam, że potrawa w sam raz na dzień po, ale empirycznie nie dało się sprawdzić. Raz że pakowanie na wyjazd, dwa że wino marki 10,50 za pięć litrów nam się skończyło zanim morze zaczęło zaszumieć w uszach. Mam nadzieję, że Cantina Sociale w Magliano Sabina będzie otwarta w sobotę w ramach przedświątecznego wspierania potrzebujących.

Przepis wypatrzony w książce Oretty Zanini de Vita o kuchni Lacjum
Powered by Blogger.