Blogspot nie lubi się z Linuxem i nie chce z nim współpracować, co uzależnia mnie od innego systemu operacyjnego a tym samym od laptopa JC. Stąd też spiesznie sfastrygowana strona włoszczyzny; jutro powinno być lepiej. Chyba :-D
Olio santo, czyli aromatyzowana peperoncino oliwa z Abruzji.

Przepis jest najprostszy z prostych, mniej skomplikowany niż budowa deski.

Potrzebna jest oliwa, ostre papryczki i sól. Papryczki rozkroić, oczyścić precyzyjnie z nasionek, posypać solą, odstawić na dni kilka, aby pozbyły się wilgoci, a tym samym możliwości pleśnienia. Potem trzeba je przełożyć na sito, dobrze opłukać i pozostawić w spokoju na godzinę lub dwie aby wyschły, po czym przerzucić do słoika, zalać oliwą i odczekać znów.

Święta najlepiej wychodzi z dziewicy, więc i oliwa powinna dziewicza, a jeszcze lepiej extra dziewicza. Ilość papryczek zależy od upodobania, mnie się chyba za szczodrą ręką peperoncino sypnęło i mam pół litra oliwy, którą dziury w stole mogę wypalać. Abruzja olio santo używa do wszystkiego. Ja lubię smażyć na niej jajka sadzone, smaruję nią grillowane warzywa i mięso. I maluję nią liście tulipanów w doniczce. Skutecznie odstrasza koty.

Przepis z Il Cucchiaio d'Argento: Cucina Regionale

W Ginestra widoki są chlebem powszednim. Oczywiście pod warunkiem, że jest grudzień, wczoraj padało, a dzisiaj świeci słońce.


A teraz objaśnienia::
po lewej stronie, czyli tam przy dużym drzewie jest Wietrzysty Zakątek i Cafe Sport. Przed nami gaje oliwne należące do Poggio San Lorenzo i Monteleone, trochę bardziej po lewej samo Monteleone (to od Mutua Tribulesca i św. Wiktorii), a najbardziej po lewej najwyższe Góry Sabińskie, za którymi kryją się Orvinio oraz jeziora Salto i Turano. Poggio San Lorenzo i Torricella in Sabina to już inna panorama :-)
na ogół zdarza mi się o około czwartej nad ranem. O tej właśnie godzinie były mąż wiózł mnie do szpitala w Walnut Creek na wycięcie wyrostka, o czwartej trzęsło Ginestrą i o czwartej zwlokłam JC z łóżka skrzecząc, że umieram i ma mnie zawieźć do kostnicy.

W końcu nie umarłam. We wtorek wycięto mi woreczek żółciowy z kilkoma kamieniami. Jeden był wielkości meteorytu, który walnął dawnu temu w Oregon i dzięki czemu powstało jezioro Crater oraz indiański mit, odpowiednik naszego mitu o Wielkiej Powodzi.

W wiejskim szpitalu było sympatycznie. Gdyby nie siostra Heidi, pończochy elastyczne i codzienne zastrzyki przeciwko trombozie, byłoby jeszcze sympatyczniej. Czas odmierzałam cieniem:
O której miałaś operację?
Nie wiem, ale cień lipy padał na wtedy na zieloną ścianę; więc mogło być wczesne popołudnie
Ze wszystkich szpitali, w których do tej pory urzędowałam jako pacjent, tu było mi najlepiej: pokój samodzielny, z widokiem na park, salowa mówiąca po włosku.Potrenowałam zależność czasu przeszłego i zaprzeszłego oraz czas przyszły prosty i złożony. Nawet raz złożyłam, chyba poprawnie, jedno zdanie z trybem łączącym, czyli tak zwanym congiuntivo. 


Czytałam książki. Niektóre po trzy razy, gdyż nie przewidziałam iż w szpitalu czas płynie wolniej, a czyta się szybciej (szpitalny wariant  kontinuum czaso-przestrzeni?) i miałam za mało lektur.W sumie przeczytałam:
  1. Vows of Silence. The Abuse of Power in the Papacy of John Paul II; Jason Berry i Gerald Renner; Free Press, New York
  2. A Day in Tuscany. More confessions of a Chianti tour guide; Dario Castagno with Robert Rodi: The Globe Pequot Press, Guilford, Connecticut
  3. Classic Italian Recipes. 75 signature dishes; Anna Del Conte; Hamlyn, London
  4. Francesco's Kitchen. An intimate guide to the authentic flavours of Venice; Francesco da Mosto, Ebury Press
  5. Winnica w Toskanii; Ferenc Mate, Prószyński i S-ka
  6. American Pastoral; Philip Roth, Vintage Book, London
  7. Francesco's Italy. A personal journey through Italian culture - past and present; Francesco da Mosto; BBC Books
  8. Between Salt Water and Holy Water. A history of Southern Italy; Tommaso Astarita;  W.W. Norton&Co., New York, London.

Nie będę pisać recenzji, gdyż dość was nimi zanudziłam. Powiem krótko: Dario Castagno nie da się lubić. Z przyjemnością przeczytałam, że zostawiła go żona. A gdybym miała go określić jednym słowem to słowo zaczynałoby się na ch, kończyło na j, a po środku miałoby tylko jedną literkę u.

Kuchnia Wenecji jest ciekawa, książka o Italii przewidywalna. Polecam bardzo Vows of Silence, Philipa Rotha i Annę Del Conte. Z przepisów tej ostatniej będę korzystać, więc dokładniejsze omówienie książki tak czy owak nastąpi.

Historię Południowych Włoch muszę przeczytać po raz drugi: nadal nie umiem połapać się w Średniowieczu, Adegawenach i Aragonach, Hohenstaufenach i Rogerach z Normandii. O papieżach nawet nie wspominając.

A w książce Mate, choć przyjemnej i przeczytanej, z racji braku innych lektur, trzykrotnie, znalazłam zbyt wiele błędów rzeczowych, aby brać ją poważnie.

Jakby ktoś chciał nadrobić zaległości w czytelnictwie to sugeruję pobyt w szpitalu. Lub czekanie na włoskiej poczcie. Żałuję jedynie, że z wycięciem woreczka żółciowego nie mam już na stanie nic, co nadaje się do amputacji, a więc tym samym nie będę mogła sprawdzić jak wygląda pobyt we włoskim szpitalu......



PS 1: Przy okazji dostałam legitymację, którą muszę nosić zawsze przy sobie: mam rzadko spotykaną grupę krwi z jeszcze rzadziej spotykanymi antyciałami. 

PS2: metaforyczny opis woreczka żółciowego złożyłam ze zdjęć zrobionych jesienią w Bonn i Westerwald oraz wiosennych ujęć z Norymbergi.
No więc było się gdzieś tam w tych Włoszech… I się wróciło. Bo w końcu kiedyś, wcześniej czy później, zawsze się wraca. I już podarte mapy się na miejsce wstawiło. Torby, walizki, plecaki z niechęcią się rozpakowało. Brudy z odrazą się do pralki wrzuciło. Nazajutrz do roboty z przymusu się poszło. (ze wstępu, obszerniejszy fragment do przeczytania na stronie wydawnictwa, czyli tu)

Trafiłam na nią dzięki czytelniczce włoszczyzny, zamówiłam natychmiast gdyż a) była to książka o o Apulii b) wydało ją Czarne w serii Sulina. W tej serii jest też Zrób sobie raj Szczygła, którą to książkę bardzo sobie cenię. Tak więc nabyłam, drogą internetową, z dostawą do domu  Gdzieś dalej, gdzie indziej Dariusza Czai.

Pewne rozdziały były lepsze, inne gorsze; czasami czułam niedosyt informacji konkretnych. Chciałabym, na przykład, przeczytać w przypisach że do rozdziału o architekturze Castel del Monte i o życiu jego inwestora, Fryderyka II Hohenstaufena, autor posłużył się czymś więcej niż przewodnikiem turystycznym (nawet jeśli był to przewodnik obszerny)....

Są też rozdziały bardzo ciekawe: chociażby rozważania na temat bitwy pod Cannae. Nie za bardzo wiem jaką rolę grał w tej opowieści miejscowy pies, oprowadzający autora po terenie, ale albo ja nie zrozumiałam metafory albo przeoczyłam aluzję do Charona, Cycerona czy innego przewodnika po świecie tajemnym. Z przyjemnością czytałam rozdział o Sassi, kamiennej dzielnicy Matery i z rozkoszy zapomniałam nawet sprawdzić z jakich pomocy naukowych korzystał autor :-), co jest ewenementem, gdyż na ogół sprawdzam wszystkie przypisy, dokładnie przeglądam indeks i jeszcze sprawdzam w sieci.

Szkoda, że w książce jest tak mało stron. I zdjęć też mało. Chciałoby się więcej. Przydałoby się poczytać o Molfetcie, więcej o Trani (tu mi się fakty opisane w książce nie zgadzają z tym, co pamiętam z miasta), Barletcie, Canosie.


No właśnie: jak odmieniać nazwy własne, kończące się podwójnymi zgłoskami: Molfetta czyli Molfetcie czy też może Molfeccie? Barletta, Barletcie, Barleccie czy tylko Barlecie?

Gdzieś dalej, gdzie indziej
, Dariusz Czaja, wyd. Czarne, seria Sulina
9 marca, choć mógł to być również 6 lub 7 marca, za to na pewno roku 1274, umiera w klasztorze Fossanova święty Tomasz z Akwinu, który jeszcze świętym nie jest. Klasztor nie należy już do Benedyktynów, a do Cystersów, którzy posługują się Regułą Benedyktyńską jako że z Benedyktynów się wywodzą. Klasztor dostają w okresie poprzedzającym śmierć Innocentego II. Papież wynagradza w ten sposób Bernarda z Clairvaux (który umrze dopiero 10 lat później) za wsparcie go w sporze z antypapieżem Anacletusem II. Tak więc między 1130, kiedy to  Bernard wskazuje na Innocentego jako prawowitego namiestnika Chrystusowego na tronie Piotrowym, a 24. września 1143 roku, czyli dniem śmierci Innocentego II, mamy sprawę dwóch papieży (tymczasowo) rozwiązaną i klasztor w rękach Cystersów.


Symbolem nowej ery jest łopata służąca do wykopania fosy, która osuszy okoliczne mokradła i nada klasztorowi nowe imię: Fossa Nuova, Fosa Nowa, Fossanova.


Cystersi zmieniają wygląd kościoła. Do starych, romańskich, dobudowują elementy gotyckie; do świętego Szczepana, pierwszego patrona klasztoru, dołącza Matka Boska, Królowa Niebieska. Jakoś nie jest pewne w którym roku połączono romańszczyznę z gotykiem burgundzkim: jedni twierdzą, że roboty rozpoczęto w roku 1163, inni zaś że w 1170, a jeszcze inni że 1183. Z resztą, czy takie istotne? Przy okazji poprawiono krużganek, dobudowano skrzydło gościnne. Czy w nim umarł Tomasz z Akwinu? Może i tak. Apartamenty gościnne pochodzą z drugiej połowy XII wieku. Daty więc się zgadzają.

Śmierć jeszcze nie świętego, ale już czczonego, gwarantuje popularność. Do Fossanovy ustawiają się kolejki chętnych do obejrzenia pozostałości Tomasza z Akwinu. Nie na długo. Jakieś 100 lat później szkielet znajduje się już w Tuluzie, niebawem dołącza do niego czaszka świętego. Opat Fossanovy twierdzi co prawda, że prawdziwe relikwie są zamurowane w ścianie przy chórze, ale magia miejsca pryska.

Fosa niby nadal ta sama, kościół nadal błyszczy gotykiem burgundzkim, ale to już nie wystarcza. W końcu klasztor przechodzi w ręce innych, tych którym sława nie jest potrzebna, czyli  Cystersów Ściślejszej Obserwancji, znanych Trapistami.


Jednak tylko wpływy tych pierwszych Cystersów są najbardziej widoczne. Pozostał po nich i kościół i krużganek, i sale kapituły, i refektarz, i kwatery zakonników (niestety, nie można ich w tej chwili zwiedzać) i zabudowania nowicjatu oraz skrzydło gościnne, które obecnie jest w remoncie i trudno ocenić kiedy, i czy w ogóle, zostanie udostępnione dla zwiedzających. Fosa, która osuszyła bagna i nadała imię, nadal napełniona jest wodą.
 
O Fossanova po polsku: zakon franciszkanów.pl
Fossanova w wikipedii: wikipedia.org
oficjalna strona klasztoru (po włosku): abbazia di fossanova.it
godziny otwarcia i mszy: abbazia di fossanova.it
Na stoliku pod kolumną po lewej stronie ktoś położył stertę broszur. Na jednej z nich zdjęcie Supermana w pelerynie i purpurowym pasie na czarnej sutannie. Zakonników nie widać, choć już nie Trapiści a Zakon Braci Mniejszych Konwentualnych (Franciszkanie) zarządza klasztorem. Oprócz nas  klasztor zwiedza jedynie para turystów mówiących po niemiecku. Zanim ja obejrzałam kolumny jednego skrzydła krużganka, oni zdążyli obfotografować wszystko i pognali dalej. Jak widać na przykładzie, zwiedzanie kontemplacyjne przegrywa z mendykanckim :-).
wypisy z Za dużo słońca Toskanii, Dario Castagno, wyd. Pascal z dodatkiem ilustrowanym
własnym.


str. 182-3:
Najzabawniejsza odmiana [mojego imienia] pochodzi od pewnego szacownego dżentelmena z Waszyngtonu, który pomimo że się przedstawiłem jako Dario, przez cały ranek mówił na mnie Louie.
Kiedy zasiedliśmy do lunchu, zapytałem go w końcu, dlaczego upiera się przy tym imieniu zamiast mojego własnego. Spojrzał zdziwiony i powiedział:
Przecież zapytałem rano recepcjonistę kto jest moim przewodnikiem; wskazał na ciebie i powiedział Louie.
Wyjaśniłem mu, że lui znaczy po włosku on.

str. 186:
Jedna klientka całkowicie zbiła mnie z tropu, kiedy zapytała, gdzie znajduje się w Sienie ulica Pioxi. Coś tam widziała i chciała wrócić, więc zanotowała nazwę. Powiedziałem, że w Sienie nie ma takiej ulicy ani żadnej o podobnej nazwie. Złoszcząc się z powodu mojej oczywistej głupoty, wałkowała mnie, zarzucając niewiedzę, do chwili kiedy, całkiem przypadkowo, natknęliśmy się w trakcie zwiedzania na Via Pio XI.
str. 33:
Dario, do kogo należy ten zamek?
[...]
Do Ricasolich.
Aha, do RicasOlich
Nie - poprawiłem ich - Nie RicasOli, ale RicAsoli, z akcentem na A-
W tym momencie ktoś poprosił, abym to przeliterował - R-I-C-A-S-O-L-I - odparłem,
A jak się nazywa zamek Ricasolich?
Brolio - odpowiedziałem, już chyba po raz siódmy.
Brolio - powtórzyła zamyślona. -A do kogo należy?
Do Ricasolich, starego, toskańskieg rodu - odparłem
Aha, RicasOli - przytaknęła z potwierdzeniem
str. 64-5:
Daario, widzieliśmy już tyyle zabytków autorstwa tej saamej, włoskiej rodziny. W każdym mieście, we wszystkich muzeach i galeeriach są dzieła tej samej rodziny, z różnych wieeków. Jak to jest możliwe, aby jeeedna i ta sama rodziiina mogła wyprodukować tyylu geniuszy?
Choć jestem obeznany dość dobrze z włoską sztuką, nijak nie mogłem sobie przypomnieć takiej dynastii, więc zapytałem:
A kogo pani ma na myśli?
Ściszywszy głos, jakby wypowiedzenie tego nazwiska inaczej niż szeptem było barbaryzmem, powiedziała:
Rodzina Circa
str 65-6:
Dario - zapytała po chwili - jak to jest możliwe, że we Włoszech jest tak dużo amerykańskich restauracji?
Zacząłem wyjaśniać, że w ciągu kilku ostatnich lat otworzono sporo sieciowych barów szybkiej obsługi w centrach większych miast, choć jest ich mniej niż w innych krajach, ale wtedy przerwał mi jej mąż.
- Nie, Dario, moja żona nie miała na myśli McDonalds’, ale te wszystkie pizzerie, które widzieliśmy po drodze. Coś mi się wydaje, że wy, Włosi, bardzo polubiliście naszą pizzę
str 67:
Z początku zamierzali odwiedzić takie miasto artystów, co się nazywa Florencja, ale ponieważ nie mogli go znaleźć nawet na najdokładniejszych mapach, postanowili zamiast tego pojechać do Sieny. Stąd zamierzali się udać do Firenze.
Dużo dobrego o nim słyszeliśmy - powiedział - i pomyśleliśmy, że to niezła alternatywa dla Florencji.
Coś co się trzyma kupy? Ma początek, środek i zakończenie? Wszystkie wątki doprowadzone do końca? Czyli dobrą książką jest Dom w Toskanii? Niekoniecznie, bo jednak książka to trochę więcej niż przestrzeganie schematu, który - w przypadku Domu w Toskanii - wygląda tak:  zakochujemy się -  kupujemy - tragedia - podnosimy się.

Mogę ujadać na schematyzm, ale przynajmniej wiadomo o czym Dom w Toskanii jest. Konia z rzędem temu, kto w jednym zdaniu powie mi, co miał autor na myśli pisząc Za dużo słońca Toskanii. Albo co, oprócz prób wyjaśnienia skomplikowanej i artystycznej duszy, sprowokowało Frances Mayes? Książka Dario Castagno to luźny zbiór ciekawostek o ludziach, coś rodzaju Pudelka w wersji książkowej. Codzienność w Toskanii to pseudointelektualne dywagacje na temat sztuki w szczególe i życia w ogóle, przeplatane wypisem prawd objawionych (Wenus jest gwiazdą), listą własnych zasług oraz spisem znajomych prawdziwych i urojonych (Robert Redford i Lucca Signorelli).

Dobra książka czyli co? Na pewno artyzm. A jak artyzm to język; Dom w Toskanii napisany jest ładnym i eleganckim językiem. Tylko że w pewnym momencie zaczyna się czuć przesyt; to co sprawdza się w krótkich zapiskach, razi w formie dłuższej. Wygląda więc na to, że częścią artyzmu jest umiejętność zmiany tonu. Ton zmieniają dialogi. Spieszę dodać, że DOBRZE napisane dialogi. Tych DOBRYCH w Domu w Toskanii nie ma, kiepskich jest cała książka. Straszą nadętym stylem i sztucznością wypowiedzi. Brakuje im jedynie koturnów i maski, która sygnalizowałaby 'uwaga, teraz będzie mądrze'. Ale to co przystoi teatrowi greckiemu nie przystoi książce. Lepiej brzmi Codzienność w Toskanii, ale to tylko dlatego, że autorka, prawdopodobnie świadoma własnych ograniczeń, zrezygnowała z wymiany zdań między bohaterami. Dobre od strony dialogowej jest natomiast Za dużo słońca Toskanii: tu słychać głosy: jazgotliwy pani Taylor, poekscytowanych Basiek, powolny - i czasami ironiczny - samego Dario.

W każdej książce, oprócz dialogów, liczy się jeszcze jeden głos: głos narratora. A gdy narrator jest jednocześnie jednym z bohaterów narracji, głos ten nabiera dodatkowego znaczenia, gdyż wiarygodność opowieści zależy od utrzymania tego samego tonu. Ani Frances Mayes ani Dario Castagno problemu z tym nie mają, ma natomiast A. Stojałowska. Anka, narratorka i jednocześnie podmiot literacki :-), jako narratorka mówi językiem powolnym i wyważonym, eleganckim i wyszukanym, ale już dialogach Anka nie stroni od ostrych wypowiedzi, czasami posługując się wulgaryzmami. Tylko że wychodzi jej to tak sztucznie, że chciałoby się zapytać czy przypadkiem nie próbuje udawać kobiety wyzwolonej i wyluzowanej.

Tak, proszę szanownych czytelników, wygląda przegląd książek kupionych i pożyczonych (niektórych już nawet skradzionych :-), ale nie przeze mnie, tylko ukradzionych mnie). Żadna z nich nie jest dobrą książką, ale niektóre nadają się na wakacyjne czytadła. Jeśli kogoś kręcą ciekawostki o strasznych turystach, to bardzo polecam zbiór opowiastek Dario Castagno. Nawet jeśli nie wiadomo o czym tak naprawdę jest ta książka, to przynajmniej można się pośmiać. No i rozdział o wojennych poplątanych losach Włoch jest doskonale napisany.

Jeśli ktoś lubi Dom nad Rozlewiskiem to może i polubi Dom w Toskanii, choć nie jestem tego taka pewna. Domowi w Toskanii brakuje plejady charakterów;  o ile za najgorszą częścią (relatively speaking, of course) Domu nad Rozlewiskiem można uznać jej początek, to w przypadku Domu w Toskanii kiepska jest druga część książki; ta wydaje się być pisana w pośpiechu i na skróty.

Frances Mayes mogę polecić jedynie największemu wrogowi; no ale ja bardzo nie lubię megalomanii. Nawet u siebie, choć, jak wszyscy wiemy, jestem pod każdym względem doskonała (ostatnio podciągnęłam się z gramatyki - i nie tylko włoskiej - a od wczoraj wieczorem wiem na czym polega różnica między solenizantem a jubilatem :-D)

Omawiane książki:
  • Codzienność w Toskanii, Frances Mayes, wyd. Prószyński i S-ka
  • Dom w Toskanii, Anita Stojałowska, wyd. Zysk i S-ka
  • Za dużo słońca Toskanii. Opowieści o Chianti, Dario Castagno, wyd. Pascal
I jakby kogoś kręciły okładki to najładniejszą ma książka Dario Castagno.
Powered by Blogger.