w sklepie z antykami znaleźliśmy byłą szafę sklepową z szufladkami. Szafa życie kończyła sprzedając papier ścierny, sznurek i pająki (wnioskując z zawartości szuflad), choć pewnie zaczynała w karierę w wiejskim sklepie spożywczym z pretensjami do bycia delikatesami, bowiem ktoś nadał szufladom sznyt prawie mahoniowy, malując biedermayerowską wykończeniówkę na zwykłej i niezbyt dobrze wykończonej buczynie.

Dobry dzień dzisiaj, bo oprócz szafy sklepowej, którą szorowałam godzin 5, poczta przyniosła karafkę prawie kryształową i prawie srebrną (czyli tłoczone szkło i cyna) oraz filiżankę w palemki. Czekamy jeszcze na półmisek udający Miśnię, lampę biurową z lat 30., wagę kuchenną i garnek żeliwny.



Jest takie fajne angielskie powiedzenie one man's garbage is another man's treasure. Czyjeś śmiecie są dla kogoś innego skarbem, co jak najbardziej pasuje do nas, ekspertów od bida-antyków bawarskich :-)
Jestem przygotowana. Od tygodni znam odpowiedź na pytanie co mnie motywuje , gdyby  Pani, Zwierciadło, Cosmo, Elle, Kawa czy Herbata chciały pytać. Nie mam wątpliwości, że pytanie padnie gdy tylko redakcja zrozumie jak bardzo istotna jest moja odpowiedź dla dobra ludzkości.

A więc motywuje mnie blog. Robię więcej zdjęć, podciągnął mi się warsztat i przeczytałam instrukcję obsługi do Olympusa. Dla dobra blogu sięgam po książki, których bym wcześniej nawet w rękawiczkach do ręki nie wzięła. Przeczytałam w ten sposób wszystko w j. polskim co ma Italię w tle i przy okazji odkurzyłam Śmierć w Wenecji, dokładając ją do sterty książek do natychmiastowego przeczytania. Sięgnę do niej niebawem, za dwa-trzy lata....

Dzięki blogowi poznałam ludzi. Na przykład Beatę i Petera. Nie dosyć, że mieszkają prawie niedaleko, to jeszcze fajnie się z nimi rozmawia. Wczoraj, na przykład, rozmawiałyśmy o polskich przekleństwach i próbowałam sobie przypomnieć czy w amerykańskim angielskim jest odpowiednik polskiego 'o kurwa, ja pierdolę', gdzie kurwa wymawiana jest z pietyzmem oraz odpowiednim akcentem, a w 'ja pierdolę' akcent pada na drugą część słowa i  ę brzmi dobitnie. .Peter o kurwa z odpowiednim akcentem już zna. JC jeszcze nie, ale ma 14 dni by się podciągnąć. Za dwa tygodnie bowiem spotykamy się u nas: Beatka i Piotruś przyjeżdżają na wino. Będziemy pić Campanię: Fiano, Greco, Aglianico, Taurasi. Przy okazji wymienimy się adresami dobrych winnic i porobimy plany na rok przyszły, gdyż elity takie jak my powinny dojechać do Werony na targi wina i do Turynu na targi Slow Food. Pochwalę się im, że już mamy rezerwacje w hotelach w Rovereto i Trento. Nie dosyć, że genialnie odnalazłam hotele z których najbliżej jest do ulubionych restauracji i enotek, to jeszcze umiejętnie wynegocjowałam obniżkę ceny. Z czego jestem bardzo dumna, gdyż zaoszczędzone pieniądze będzie można przeznaczyć na następną książkę z Toskanią w tle lub, co bardziej prawdopodobne, na butelkę jakiegoś teroldego czy innego traminera. W październiku bowiem elity jadą do Trentino na traminer z Alto Adige i do restauracji w Trento. Do października jeszcze daleko, ale jakoś tak się składa, że weekendy do końca roku mamy pozaklepywane, bo to i goście najeżdżają (poznani przez internet), a to my jedziemy do Ligurii i do Ginestry, że o wypadzie do Holandii nie wspomnę.



Dzięki blogowi poznałam też kilku świetnych kucharzy,  niektórych odwiedziłam i jesteśmy wstępnie umówieni na następne spotkanie przy stole. Z działki, na której stał stół zastawiony przednimi wędzonkami i wspaniałym pesto, pochodzą zdjęcia ogrodnicze  (patrz↑), które napewno spodobają się  Dobremu Wnętrzu. Boję się jednak, że skontaktują się ze mną zbyt wcześnie a ja nawet listy ulubionych sklepów wnętrzarskich nie mam. Podobno Ikea się nie liczy.  Przynajmniej nikt z ekspertów wnętrzarstwa  do zakupów w niej się nie przyznaje.
poniedziałek, 25 lipca

autor przesłał mi linka do blogu o Toskanii i Emilii. Trochę mnie zaskoczył, bo chyba bardziej  rozbieżnych światopoglądów to trudno w polskojęzycznej blogosferze ze świecą szukać:  Toscoemiliano jest o rozważaniach duchowych i sztuce życia z bogiem, a Włoszczyzna o dziwnych świętych i sztuce picia wina tak, by spróbować wszystkiego i nie wpaść pod stół.

Blogu nie przeczytałam. Przyznaję, że podtytuł mnie odstraszył :-) Ale autor wydaje się być sympatyczny, wymieniliśmy kilka majli światopoglądowych i okazało się, że mimo wszystko jest coś co nas łączy. Obydwoje lubimy sztukę sakralną, choć zapewne z kompletnie odmiennych powodów :-)


środa, 27. lipca
7:45
kiedyś zapewne powstanie lista blogów, których już nie czytam,  i wtedy akuratnie wypunktuję powody dla których przestałam je czytać. Ale do tematu powrócę, gdy będę w złośliwym nastroju.

Dziś jestem przyjazna: od rana świeci słońce, samochody warczą pod oknami, a turyści oglądają klatkę schodową: 'popatrz, schatz, jakie klimatyczne wnętrze!'. Ano klimatyczne. Tylko czy musicie łazić takim stadem, że zajmujecie całe podcienia? I czy nie da się podziwiać sieni bez blokowania wejścia do niej? Zwłaszcza gdy za wami stoję z kubkiem cappucino, rzodkiewkami w kieszeni i bochenkiem chleba pod pachą?

7:59
Wasserburg jest śliczny i zabytkowy. Tłumy ciągną, by go zobaczyć. Do Ginestry nie ciągnie nikt, a jedyne tłumy  jakie widziałam przyszły na darmową wyżerkę z okazji świętego Jana. I w ogóle nie byli to turyści, a miejscowi. Dobrze, że we Włoszech mieszkamy nieturystycznie. Turystycznie mieszka Aleksandra, gdyż mieszka w Pistoii. Aleksandra pisze mi, że podoba się jej język włoszczyzny. Zdanie może jeszcze zmieni :-). A ja podlinkowywuję jej toskański blog.

8:55
Nadal środa. Zadano mi pracę domową: napisać notkę biograficzną. Mam napisać o sobie. Dla RFM Classic. A ja o sobie lubię pisać albo poematy albo nic. Ma ktoś przepis jak napisać pean, który nie brzmi jak pean i jednocześnie nie mówi nic? Z chęcią skopiuję. I teraz lecę po następne cappucino. Wena potrzebuje smaru :-)
Obiecałam sobie w ubiegłym roku, że Włoszczyzna będzie tylko o włoszczyźnie: obrazki z niewłoskich wycieczek będę wstawiać na blogi fotograficzne, a na włoszczyźnie będzie tylko o Włoszech. W szerokim tego słowa rozumieniu. Tak więc dzisiaj będzie o ubiegłotygodniowych klasztorach z Badenii-Wirtembergi :-)

Bo to jak najbardziej włoski temat: jak klasztory to Kościół Katolicki, a jak Kościół to Włochy, boć katolicyzm to przecież import włoski. Moim (niezbyt) skromnym zdaniem, to jeden z gorszych projektów włoskich, ale biorę poprawkę na stan imperium rzymskiego (sypiące się) i próby uzdatnienia państwowej religii importem obcych bogów, więc Włochów za KrK rugać nie będę, zwlaszcza że po klasztorach i kościołach latać lubię. Tyle w ramach wstawki światopoglądowej.


Chciałam tekst pod poemat satyryczny ułożyć, a konkretnie pod Monachomachię Ignacego Biskupa (!) Krasickiego. ale mi niezbyt idzie. Nie dosyć, że klasztorów zwiedziliśmy razem 5 (a więc czterech brakuje) to bram ułomków mam zero. Jedne bramy są za dobrze zachowane by je nazwać resztkami, a tam gdzie mogłby być resztki - nie ma nic. Najwyraźniej niemiecki Gründlichkeit albo odrestaurowywuje albo wyburza; form przejściowych nie ma. Tak więc z Monachomachii zostają jedynie cytaty umieszczone pod zdjęciami....Szkoda, mogło być tak ładnie i literacko, a będzie tylko ładnie i włosko.



Najpierw Reichenau: klasztory wybudowane na trasie pielgrzymkowej do Rzymu. Czyli pierwsza włoska koneksja. Klasztory pobenedyktyńskie, a więc św. Benedykt, Nursia (czyli obecna Norcia w Umbrii). Benedykt Reichenau nie odwiedził, ale do pokrewieństwa z Subiaco czy Montecassino  klasztory Ober-, Mittel- i Niederzell mogą się poczuwać. Katedra w Mittelzell jest pod wspólnym patronatem Marii i św. Marka, tego samego co patronuje Wenecji. Podobno w relikwiarzu znajdującym się w skarbcu katedry są jego szczątki (Marka). Pytanie tylko jak to jest możliwe, skoro Wenecja świętego w całości wykradła z rąk Infidelów i przemyciła w kontenerze z wędzonymi szynkami, aby z szacunkiem pochować zwłoki (pewnie jeszcze pachnące wędzonką) w bazylice na głównym placu miasta? Czy Mittelzell ma kawałki świętego ukradzione Wenecji, czy kawałki ukradli zanim Wenecja ukradła resztę, czy raczej mówimy o świętym Marku bis, relikwiach umownych, jakich pełno było w Europie w średniowieczu, gdzie dobra relikwia gwarantowała popularność i napływ turystów? Na pytanie na razie nie znalazłam odpowiedzi, ale mamy następną koligację włoską.

W przewodniku po zabytkach Reichenau doczytałam jeszcze, że preromańskie polichromie w Niederzell (a może chodziło o polichromie w Oberzell?) są w stylu lombardzkim, czyli wnaciąganym włoskim :-). I jakby tego było mało, to Egino, biskup Werony w czasach Karolingów, był pochodzenia alemańskiego. Suma sumarum, klasztory w Reichenau mają tyle włoszczyźnianych powiązań, że i na 9 klasztorów starczy, czyli włoszczyzna pierwszej jakości. Dobrze to, bo i w Bebenhausen i Blaubeuren, włoskie koligacje trzeba mocno naciągać.




I Bebenhausen i Blauberen leżą na terenach Szwabii, a Szwabia to dom rodzinny Staufów; tych Staufów z których wywodził sięł Fryderyk II, władca południowych Włoch. Dodatkowo Bebenhausen to klasztor pocysterski, a więc - choć Cystersi to koligacje francuskie - to nie da się ukryć, że zakon opierał się na Regulae Benedicti (wpływy włoskie!), klasztor w Bebenhausen jest dalekim krewnym klasztorów cysterskich we Włoszech, chociażby Fossanova, Casamari i Valvisciolo z Lacjum (o nich pisałam wcześniej).



A jeśli wierzyć angielskojęzycznej Wiki, to Blaubeuren należał początkowo do Benedyktynów. I tak oto okazuje się, że włoszczyznę można znaleźć wszędzie. A jak się odpowiednio spreparuje tekst i selektywnie potraktuje fakty, to i Reichenau i Bebenhausen i Blaubeuren można uznać za włoską kolonię :-)


Tyle mojego. Resztę proszę sobie doczytać:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Reichenau_(wyspa)
http://www.sacred-destinations.com/germany/bebenhausen-monastery.htm
http://en.wikipedia.org/wiki/Blaubeuren_Abbey 

Trochę dodatkowych informacji:
wszystkie klasztory w Reichenau są otwarte od 9 do zachodu słońca; trudno dowiedzieć się na 100% co to znaczy, bo w jednym miejscu podają godzinę 16 jako godzinę zamknięcia, gdzie indziej 17; ta sama uwaga dotyczy zwiedzania w niedzielę: trudno jest mi powiedzieć czy można w niedzielę zwiedzać czy też nie. Wejście do skarbca w Mittelzell kosztuje 2 euro od osoby; skarbiec niedostępny jest w czasie przerwy obiadowej. W sobotę po południu otwarty był od godziny 15. Przy Oberzell obsiano pole miejscowymi kwiatami polnymi. To warto zobaczyć; na tyłach Mittelzell jest herbarium z ziołami z ksiąg przeora Walahfrieda Strabo.


pytają mnie:  co ty tam robisz w Ginestra przez miesiąc czy dwa, przecież nie masz samochodu internetu telewizji;
a ja mówię, że siedzę

Siedzę, na przykład, na ławce niedaleko od poczty. Obok mnie kobieta, która zawsze chodzi w szafirowych laczkach i rybaczkach obszytych koronką, i rozmawiamy sobie o pogodzie. Albo o jej suczce powsinodze, która wabi się Perla. I o tym, że Perla wyżera karmę miejscowym kotom. Albo o ładnie kwitnących pelargoniach.

Siedzę też koło Padre Pio i czekam na roznoszące się po wzgórzu io sono il tuo fruttaiolo. Co przypomina mi, że mamy wtedy wtorek lub piątek po południu i mam kupić warzywa od pana z Rieti.


Codziennie rano siedzę przy czerwonym stoliu pod murem, naprzeciwko baru. Piję cappuccino, zagryzam rogalikiem; jeśli siedzę przy czerwonym stoliku w środę, to słucham babskich plotek, bo w środę mamy babską obsługę w barze i babski dzień przed barem. Jeśli jest wtorek lub czwartek, to również czekam na Cessidio i jego warzywa, przerabiając odmianę czasowników nieregularnych. Lub rozwiązując krzyżówki z serii condordane dei medi e tempi verbali. Lub sylabizując biografię Vivaldiego.

Czasami idę posiedzieć gdzie indziej: na przykład na stromych schodach w Poggio Moiano. Schodzi się nimi z do najstarszej części miasta  przypominającej termitierę.

Albo siedzę na kamiennej ławce patrząc na Santa Vittoria w Monteleone.

Chodzę też posiedzieć w gościach; siedziemy razem Annamaria, jej mama, teściowa, która codziennie przychodzi z wizytą, oraz ja i czekamy na powrót Stefano z pracy. Pijemy kawę i milczymy. Albo pijemy kawę i opowiadamy sobie o czereśniach. Lub o szyciu firanek.


Siedzę też na balkoniej i czekam na zachód słońca. Albo siedzę na parapecie w korytarzu i czekam na wschód słońca.


Suszony makaron to pasta secca. Jego przeciwieństwem jest makaron świeży, czyli pasta fresca. Ten drugi często trafia do rosołu, zwłaszcza jeśli jest rodzajem pierożka lub, rzadziej, płatem lasagna i wtedy mówimy o pasta in brodo. Tak pasta fresca jak i pasta secca może stać się pastasciutta, zyli przeciwieństwem pasta in brodo, pod warunkiem, że ma się durszlak lub sito. Gotujemy makaron, cedzimy i mamy pasta asciutta. Asciutto znaczy pozbawiony wody, odcedzony, a że Włosi cenią sobie płynność wypowiedzi, więc pasta i asciutta złączono w jedno: pastasciutta.

Pastasciutta to miska dziennego makaronu, nasz makaron powszedni :-) A żeby makaron lepiej wchodził, trzeba go czymś omaścić. A więc sos pomidorowy, ragu, gorgonzola rozpuszczona w śmietanie (lub kluszczance), oliwa z czosnkiem i peperoncino, carbonara, Norma, putanesca, amatriciana.....Albo skwarki z podgardla, przesmażone z kawałkami cebuli i wszystko posypane peccorino. Oczywiście ugotowany makaron moża przyprawić na sucho dużą  ilością startego pecorino i grubo mielonym czarnym pieprzem, co akurat sosem nie jest, ale jest smaczne. I wtedy mamy pastasciutta z cacio e pepe, tradycyjną potrawę z Lacjum.


O makaronach już było. I to sporo:

o pastasciutta
poezja w nazwie

miska tradycyjnego makaronu
książki o makaronach, choć nie kucharskie: [1], [2]

o wstążkach, pierogach i ich historii,
ulubiony makaron
makaron z prażonej pszenicy
jak dawniej robiono makaron
makarony regionalne: Lacjum: biedamakaron z Lacjum, pasta all'amatriciana, pasta z Sabiny
sos z fekułu i gorgonzoli
najważniejsze sosy mojego życia


czyli zdecydowałam się na publikowanie równolegle mniej prywatnych fragmentów włoszczyzny na stronie RFM Classic. Spodobał mi się list zapraszający do współpracy i nie mogłam się oprzeć tytułowi serii "między blogiem a prawdą".


JC zapytał co ja chcę z tej współpracy mieć oprócz świadomości, że moje nazwisko (a właściwie jego nazwisko) wisi obok w na stronie obok nazwiska popularnego pisarza? Ja nawet nie wiem co ja z tego chcę mieć....długopis z napisem? A jak dobrze pójdzie, to używany motorower na raty?
zdaniem znajomych wszystko było ukartowane: zawiłość oficjalnego tekstu przyklejonego na murach Ginestry i brak rzetelnej informacji tłumaczącej za i przeciw w przystępny sposób. Nie do końca doinformowana, gdyż nie byłam w stanie zrozumieć oficjalnego języka ogłoszeń rządowych i przeczytać drobnego druku, mogłam polegać jedynie na informacjach z wykładów w barze. A wykładów było dużo, gdyż wioska tygodniami dyskutowała o zbliżającym się referendum. Wykładowcy, zgodnie i ponad podziałami politycznymi, twierdzili że rząd liczy na tradycję. A tradycją jest, że przeciętny Włoch nie głosuje w referendum.

 
Oczywiście nikt z klasy rządzącej nie przyjechał do naszego baru. Bo gdyby przyjechał, to by się dowiedział, że coś się szykuje. Z resztą nie tylko w naszym barze: przed wejściem do sklepu w Osteria Nuova rozdawano ulotki pod wymownym tytułem Jak Głosować, a w Rieti wolontariusze tłumaczyli akuratnie co znaczy TAK a co znaczy NIE, dodając iż chodzi o pryncypia, czyli reaktory nuklearne i wodę. Reaktorów nuklearnych to my w gminie nie mamy, ale wody dużo to i owszem, co z resztą mogę potwierdzić jako posiadaczka cantiny z basenem pokaźnej wielkości wypełnionym wodą źródlaną, oraz podmiękających od czasu do czasu ścian na parterze. Choć głosować mi w referendum nie wolno, to na wszelki wypadek wpisałam się na listę osób nie wyrażających zgody na prywatyzowanie wody.

W niedzielę rano w barze spotkaliśmy pana od urn wyborczych.  Był w ubranku z lampsami i łańcuchem na szyi. Pod szkołą, udekorowaną flagami i strażą honorową z carabinieri, kręcili się miejscowi czekający na otwarcie lokalu wyborczego. Już w godzinach przedpołudniowych wiadomo było, że quorum raczej będzie osiągnięte i że plan rządowy liczenia na narodową inercję i tumiwisizm nie wypalił. W niedzielę po południu zaczęto promować wyjazd na krótki urlop, z dala od hałasu miejsca zamieszkania i stresu urn wyborczych. Nic nie pomogło. Włosi, zgodnie z tradycją bycia nieprzewidywalnymi, poszli głosować :-)

Nie będzie prywatyzacji wody: źródła w Farfie mogą dostarczać wodę do rzymskich fontann; Górna Sabina i Cicolana do Toskanii i Umbrii. Właśnie opracowywuję projekt legitymacji 'oficjalny dostawca wody', która to legitymacja upoważniałaby mnie do wchodzenia poza kolejką do Uffizi i Villi Borghese. A jakby ktoś nie chciał jej zaakceptować to zawsze mogę zagrozić, że zakręcę kurek w cantinie ;-)
Powered by Blogger.