pada deszczyk równo, raz padnie na kwiatek, raz padnie na....

ciąg dalszy sprzątania głównych brudów. Pomazane przeze mnie okna straszą, ale reszta, sprzątana przez Anielkę, wygląda porządnie i prawie reprezentacyjnie,jeśli tak można określić pomieszczenia wyklejone różową tapetą, odklejającą się tu i ówdzie. Próbujemy umówić się ze ślusarzem z Poggio Moiano, ale jego małżonka nie jest w stanie zrozumieć że nie rozumiem jej narracji w stylu skrzynkowym nadawanej z prędkościa telegrafu. W końcu jednak udaje się nam ustalić, ze ślusarza nie ma w domu, ale możemy podjechać do nich i i wytlumaczyć o co nam chodzi.

Leje. Jesteśmy zmoknięci, przemarznięci i mamy dosyc. Pani ślusarzowa częstuje nas kawą i makaronem. Mamy okazję posluchać opowieści o kimś, kto mieszkał w Niemczech i któremu przytrafiło się nieszczęście. Opowieść kierowana jest do Hansa, który po włosku potrafi jedynie powiedzieć buon giorno, ale który dyplomatycznie potakuje głową i uśmiecha się ze zrozumieniem. Ja, też niewiele rozumiejąca, od czasu do czasu mamroczę 'poverino/poverina' i kiwam głową między kęsami spaghetti z oliwą i czosnkiem. Ślusarz będzie nam mógł założyć zamek jeśli pogoda będzie nieszczególna. Bo jest pora zbiorów oliwek, a oni mają własny gaj.

Raport z Ginestra: z sufitu na drugim pietrze kapie woda.

0 comments:

Post a Comment

Powered by Blogger.