poukładałam obrazki kojarzące mi się z rokiem dwa tysiące dziesiątym; nie ustawiałam ich według klucza, nie próbowałam racjonalizować a tym bardziej medytować. Jest w zestawie jakaś nieskładna historia, choć brakuje w niej głównych elementów: moich obrazów, portretów Peppera i Muscat. Jeśli czegoś żałuję to tego, że obydwu kotom nie robiłam zdjęć.

Czego nam życzę na rok następny? Chociażby fotela Aalto obitego tkaniną Josepha Franka. Że o różowej Vespie nie wspomnę :-)

Wszystkim czytelnikom życzymy miłych świąt i udanego Sylwestra. Do zobaczenia w nowym już roku


do gotowej bazy (upieczona dynia rozgotowana w bulionie) wkruszyć kawał gorgonzoli. Wlać marsalę. Pogotować kilka minut. Posypać grzankami z parmezanem. Lub nie.

Albo wkruszyć stilton. Wlać porto. Pogotować kilka minut. Posypać grzankami. Lub nie.

Proporcje: na zupę z dyni 1,5 kg potrzeba 150-200 gr gorgonzoli; mniej, jeśli dodaje się ostrzejszy ser. Alkoholu wedle upodobania (mnie pasowało jakieś 1/4-1/3 szklanki).

jak zrobić zupę

zaczynam marzyć o wiośnie :-)
Poggio Moiano ma jedną porządną restaurację: Da Maria Fontana, słynącą z makaronów i coratelli. Coratella to siekanka z podrobów, najczęściej jagnięcych. Samo określenie pochodzi z Lacjum, ale trudno dojść gdzie wymyślono pierwszą coratellę. coratellę. Zna ją bowiem Sardynia, Abruzja, Marche oraz południowa Toskania (Dizionario delle Cucine Regionali Italiane).


Do restauracji trafiliśmy na makarony, a konkretnie na maccheroncini. Maccheroncini to cieniutko pokrojony makaron. Ręcznie (!) cieniutko pokrojony makaron. Samo wałkowanie i rozciąganie ciasta na makaron jest sztuką; równe pokrojenie jest cudem. Wiem, bo próbowałam kroić fettuccine.

Tak jak trudno jest pokroić dobrze makaron, tak sztuką jest posiekanie coratelli. Nie może być za gruba, nie powinna być posiekana na miazgę. Czyli ma być w sam raz. Podsmażona na oliwie,podduszona w winie, przyprawiona peperoncino, najlepiej smakuje z chlebem.

Coratella w Da Maria Fontana jest pikantna i soczysta. Czyli dobra. Ale lepszą jedliśmy w Osteria di San Cesario, gdzie podają najlepsze l’abbacchio, znane w pozostałej części Włoch jako l’agnello, oraz najcudowniejszą pieczoną wieprzowinę. I to mówię ja, mieszkanka Bawarii znanej z pieczeni wieprzowej z sosem piwnym :-)

na zdj. coratella i maccheroncini w Da Maria Fontana
====================
Adresy:
Da Maria Fontana
v.le Manzoni 13
Poggio Moiano
tel. 0765876169
otwarci tylko na obiady od wtorku do niedzieli włącznie


Osteria di San Cesario
via F. Corridoni 60
San Cesareo
tel. 069587950
www.osteriadisancesario.it
zamknięci w niedzielę wieczorem i cały poniedziałek
nieczynni w okresie letnim od 15 do 31 sierpnia
rezerwacja konieczna

to nie zapowiada się najlepiej.Mamy jechać: cztery koty, 80 saszetek z Almo Nature i kilka z Miamor (znalazłam, kupiłam, spróbujemy), pudło z książkami, wyprana pościel i my.

Tymczasem


Sypie śnieg. Sypie i tu i tam, czyli i w Austrii i górach wzdłuż B3a.

Wyjeżdżamy w pojutrze? Niekoniecznie: w piątek Brenner i Bagno di Romagna mają być słoneczne, ale południowa Umbria i Sabina już nie. Prognoza nie wygląda najlepiej: 10 cm śniegu w górach między Terni a Rieti.

Sobota nie pasuje. Pogoda ma być lepsza, ale jadąc w sobotę  nie kupimy chleba (choć kawa, mleko i wędlina do dostania w Cafe Lo Sport).  Rozsądek przegra z żołądkiem; ruszamy w piątek.

Jutro kupujemy łańcuchy. I saperkę z logo Audi :-).
Kawaler Charles de la Motte chlapnął jęzorem i przeszedł do historii nazwając Włochów tchórzami. Odpowiedział mu Ettore Fieramosca, w imieniu honoru włoskiego wyzywając Francuzów na pojedynek.
13 lutego roku 1504, czyli w czwartym roku Drugiej Wojny Włoskiej, na polach między Corato a Andrią toczy się turniej o honor. 13 Francuzów pod wodzą Charles-a de la Motte (Włosi nazywają go Charles de Torques) nadchodzi od strony Ruvo di Puglia. Fieramosca, rodem z Capui, kondotier na usługach króla Neapolu z drużyną włoską idą od Andrii. Mają walczyć do krwi, zwycięzca zabiera konie i kaukcję w wysokości 10 dukatów od głowy. Nad wszystkim czuwa ciało sędziowskie: Zurlo, Vela Spinola, Lopez (po stronie włoskiej), Broglio, Mutibrach, Bruet and Sutte (strona francuska). Walkę rozpoczęto na koniach i z lancami; skończono pieszo na miecze i topory. Wygrali Włosi; nie wiem z jaką przewagą.

Choć wynik wojny poznano dopiero rok później, Barletta znała już swoją przyszłość. Wiedziała, że od tego dnia będzie uroczyście świętować, każdej ostatniej niedzieli czerwca, rocznicę Disfida di Barletta.

Na zdj. wrześniowa Barletta.
gdyby komuś nie wystarczało włoszczyzny lub, odpukać w niemalowane (po polsku) lub w żelazo (po włosku), włoszczyzna mu się kompletnie przejadła, to jest w sieci trochę polskich blogów o tematyce włoskiej. Po sąsiedzku czytam inifinita letizia della mente candida (i stregatti) z Apulii oraz Kuchnię pod wulkanem z Campanii.

Są też blogi toskańskie: Dom w Toskanii (ukazała się książka pod tym samym tytułem, której nie czytałam i raczej czytać nie będę), Toskańskie Zapiski Spełnionych Marzeń (jest też książka, widziałam na półce w Empiku; nie pamiętam tytułu) oraz opowieść o domu w okolicach Cortony czyli blog  W Stronę Toskanii.

Już nie po polsku, ale za to w dwóch wersjach językowych, jest w sieci  La Cucina Italiana, do której zaglądam w poszukiwaniu wiedzy. Tu zwracam uwagę publiczności na artykuł o kawie  oraz o oliwach.
Jeśli ktoś chce się przyczepić do czegokolwiek w Lacjum to do jakości księgarni. W Rieti porządnej księgarni (a za porządną uważam księgarnię z której chciałoby się wynieść połowę zasobów z sekcji kulinariów i prawie wszystko z sekcji turystyka włoska) nie ma.

Ale właśnie w Rieti kupiłam słownik kuchni regionalnych, czyli Dizionario delle Cucine Regionali Italiane wydane przez Slow Food Editore. Książkę polecam tym wszystkim, którzy lubią alfabetyczne podejście do sprawy. Na stronie 19., na przykład, wytłumaczono na czym polega fenomen acquacotty i niektóre acquacotty opisane są szczegółowo, jako osobne hasła:
  • Acquacotta di Gubbio robiona jest z czerstwego chleba rozgotowywanego w wodzie po gotowaniu cykorii, a pod koniec gotowania wrzuca się doń skwarki przesmażone z drobno posiekaną cebulką.
  • Acquacotta di abbòjeli pochodzi z okolic Viterbo, gdzie gotuje się ją z pąków zioła znanego jako tamaro (Tamus Communalis L.) lub lokalnie jako abbòjeli. Ta acquacotta zagęszczana jest jajkiem, a podaje się ją z kromką chleba zrumienioną nad ogniem.
  • Acquacotta di patate z Umbrii, do której, oprócz oczywistych ziemniaków i aromi (patrz post tematyczny) dodaje się pomidory i dużo pecorino.

Mój język włoski nie jest na tyle dobry abym mogła ocenić poziom pracy redaktora (musiałam, na przykład, sprawdzać znaczenie słowa germogli), co z kolei wiedzie mnie do komentarza na temat innej książki czyli The Oxford Companion to Italian Food Gillian Riley, wydanej przez Oxford University Press. O ile podoba mi się zawartość (choć mogłoby być więcej haseł) i lekkość pióra autorki, to zdecydowanie czepiam się pracy redaktorskiej. Nie każdy musi wiedzieć, że Foggia pisze się Foggia a nie Fogia, ale jak można nie zauważyć w artykule półstronnicowym, że panettone nazywane jest najpierw pannetone a później panettone? Na miejscu wydaje się być pytanie o jakość korekty w przypadkach ważniejszych niż błędy w pisowni.

Że jakość pracy redakcyjnej szwankuje (i nie tylko w wydawnictwach polskich) wiadomo już od dawna , ale wydawałoby się że nazwa Oxford Press zobowiązuje. Możliwe jest, że błędów faktograficznych w książce nie ma, zaś nieliczne błędy ortograficzne nie negują jakości wydania bowiem wiadomo  że nie ortografia książkę czyni.
jeśli nie chce się zmywać naczyń to w niedzielę szuka się podwykonawcy, czyli kogoś kto postawi talerz przed nosem a potem go zabierze i umyje za nas. Czyli idzie się na obiad. 


Najczęściej idziemy do Da Alvero na niedzielną jagnięcinę, ale czasami decydujemy się na podróż: jedziemy całe 10 km do Torricella in Sabina. W Torricella jest La Ginestra, która, oprócz zabójczych widoków na góry i doliny Sabiny, ma najlepsze lody w okolicy (sprowadzają je z lodziarni w Antrodoco), przyzwoitą pizzę oraz doskonałe kiełbaski z grilla (miejscowej produkcji). W niedzielę zaś podają zestawy obiadowe. Albo bierze się ziemię albo morze, czyli albo mięso albo owoce morza. My zawsze idziemy do La Ginestra na to drugie, bo mój owocowo-morski tudzież rybny repertuar jest ograniczony, a La Ginestra zawsze podaje coś, czego nigdy wcześniej nie jadłam. Lub po prostu robi to lepiej niż ja. Ostatnio, na przykład przyniesiono marynowane sercówki i ośmiorniczki, mule z cieciorką i peperoncino oraz fritto misto. Oczywiście zamiast fritto mogliśmy zamówić rybę, ale fritto misto smażone na tutejszej oliwie to poezja. A poezję kulinarną obydwoje bardzo lubimy.

Można też w niedzielę pojechać w góry. A  konkretnie do Forca Canapine. A jeszcze konkretniej do schroniska górskiego, w którym można zjeść potrawy górali z Marche lub Umbrii. Oczywiście menu nie ma; je się to co mają. Dla nas mieli domowe fettucine z miejscowymi grzybami (można jeszcze było dostać ragu), zakąski (marynowany bakłażan, wędliny, bruschette z oliwą rodem z Marche). A na deser dali najlepszą panna cottę jaką kiedykolwiek jadłam, a jadłam wiele razy bowiem panna cotta, oprócz creme brulee i creme caramel, to mój najukochańszy deser. Zamawiam go przy każdej okazji, nie zrażają mnie nawet sosy z butelki którymi na ogół deser jest polewany.  W Al Kapriol sos był z miejscowych jeżyn, a panna cotta była delikatna, rozpływała się na języku i nie miała żelatynowatej konsystencji tak często spotykanej gdzie indziej (na przykład w Da Alvero. Nie żebym nie lubiła galaretki śmietankowej :-))

Dodatkową atrakcją Al Kapriol są szmaciane kwiatki,  kraciaste zasłonki, przerośnięte pelargonie, złote serwetki  i sosnowa (a może świerkowa?) boazeria. Z resztą La Ginestra, choć ma widoki i położenie, urodą dekoracji też nie grzeszy. Bardziej przypomina świetlicę niż przytulną restaurację, a najfajniejsze stoliki są na zadaszonym tarasie.
 
===============
Kilka konkretów:

Al Kapriol (adres znaleziony w Gambero Rosso); otwarci cały tydzień, choć robią sobie urlop późną jesienią (lub wczesną zimą :-) czyli od 5. listopada do 7. grudnia. Adres: Arquata del Tronto, loc. Forca Canapine, 4; tel. 0736808119.

La Ginestra: Ornaro Basso, fraz. Torricella in Sabina tel. 347.0305380 lub 347.3570544. Jak dojechać tłumaczy strona internetowa http://www.laginestrarieti.altervista.org/chisiamo.html , choć przy drodze (jadąc od Ornaro Basso) są drogowskazy. I nie panikować: w pewnym momencie jedzie się prawie polną drogą. W dodatku bardzo wąską i pełną dziur.



Obydwa miejsca oferują noclegi
 
Na zdjęciu: Al Kapriol
z molami do tej pory nie miałam do czynienia, więc gdy zobaczyłam pierwsze złociste motylki byłam zachwycona. A zanim się zorientowałam, motylki skolonizowały garderobę i kanapę pokrytą filcem. Zaczęliśmy walkę: ja kontra motylki. Okazało się, że wielu opcji nie mam, a o kompletniej anihilacji przeciwnika nie ma mowy: ma być humanitarnie i sprawiedliwie. Co trzy miesiące trzeba było pryskać (na nasze mieszkanie wychodziły trzy ekologiczne spraye) i wieszać nowe lepy. Walczyliśmy regularnie, przez prawie dwa lata, a moli nie ubywało. W końcu przywiozłam prawdziwą chemię z Polski; reszty dokończyła zima. Okazało się bowiem, że mole przylatywały z zewnątrz, a konkretnie z mieszkania piętro wyżej. Uciekały przed remontem, a do naszego mieszkania dostawały się przez otwarte na oścież okna i kocie drzwi (JC odpiłował dolną część drzwi prowadzących na krużganek będący kocią łazienką).

To jest tak jak się mieszka w zabytkowym domu i nie zna się na motylkach :-)

Przy okazji kilka moli próbowało wyemigrować do Włoch, dokując się w kłębkach włóczki. Uciekinierów wybiłam. Na szczęście mole nie wiedzą, że nie dobrze jest siadać na białych ścianach gdy ma się złote skrzydełka....


Mam nadzieję, że moli w Ginestra już nie ma; zostawiłam tam kilka własnoręcznie zrobionych narzut i wolałabym dziur w nich nie oglądać. I wiozę następna, tym razem w kolorach jesienno zimowych.
najważniejszy dom w okolicy, siedziba miejscowego (i jedynego) gospodarstwa agroturystycznego w Ginestra, jest do kupienia. Z Villą Falcone, oprócz zabytkowych elementów architektonicznych, dostaje się frantoio i 150.000 metrów kwadratowych gruntu. Ilości drzew oliwnych nie agencja nie podaje.....

Detale i kiepskie zdjęcia na stronie casa.it.

Zastanawia mnie sprzedaż frantoio. Przecież ono należy do wioski?
Jadłospis

Poniedziałek
tuńczyk atlantycki w sosie własnym

Wtorek
łosoś z krewetkami
Środa
kurczak i surimi w galarecie
Czwartek
tuńczyk z wołowiną w ryżu
Piątek

struś i królik z fenkułem
Sobota

ryż z drobiem, wołowiną, marchwią i groszkiem zielonym
Niedziela

pstrąg i tuńczyk w sosie
Ryż z drobiem i warzywami oraz tuńczyka w sosie własnym gotuje Almo Nature; strusia i królika z fekułem - Savanna, tuńczyka z wołowiną pakuje do puszek Schezir. W konsumenckich testach smaku wygrywa Almo Nature, zwłaszcza posiłki z ryb, a przebojem ostatnich tygodni jest pstrąg z kawałkami łososia.


Dlaczego na włoszczyźnie o gotowcach z puszki? Bo producentem najulubieńszych dań jest Almo, firma rodem z Genui. Głosują na nią niezmiennie moje koty. Z resztą nie tylko moje. Calamari (kotka Eli) bardzo sobie ceni świeżą śmietankę, ale lubi też tuńczyka atlantyckiego od Almo Nature.Bardziej wyszukane dania niemieckie, na przykład z kurczak, królik i fekuł, nie cieszą się zbytnią popularnością i bardzo często pozostają niedojedzone na talerzu. Zaś włoskie zostają wymiecione z talerza.


Koty wydają się być Włochami od urodzenia :-)
Filiżanka ląduje na marmurowym lotnisku.
Americano wychodzi.
Stara panna chce cappucino.
Ekspres do kawy lamentuje.
Chór głosów wyraża współczucie.
Kostka cukru zanurza się w rozpaczy
W latach 30. anonimowy włoski futurysta napisał wiersz o kawiarni. Nie ma sięc czemu dziwić: nowoczesność to maszyny parowe. A maszyny parowe to ekspres do kawy. Silnik do mielenia kawy, ciśnienie, ekstrakt do filiżanki.

I vassoi planano decisi su aeroporti di marmo
Ne discende un americano.
Una vecchia zitella vuole un cappucino.
La macchina espresso piange.
Tante bocche vanno a consolarla.
Una zolla di zucchero si veste a lutto.
Qualche mano caritatevole lascia anche due soldi.
Un direttore senza testa va in giro con la visiera.
Un limone si toglie il vestito e rimane in camicia.
Un plotone di bottiglie schiarate di fronte sta sull'attenti.
Due mosche aristocratiche prendono il fresco su di una pasta.
Ad un ventilatore gira la testa.
Due cassate vanno al mattatoio.
Un fiero panettone commette il karakiri.
Un cucchiano batte un bicchiere.
Tutti s'accorgo che e fesso.

tłumaczenie własne i zdecydowanie na oko; wszystkie podtytuły pochodzą z wiersza znalezionego w The Oxford Companion to Italian Food

wentylator kręci głową
Trudno sobie wyobrazić Włochy bez baru, a bar bez ekspresu do kawy. A  przecież ekspres, choć wynaleziono go na początku XX. wieku, zadomowił się na kontuarze dopiero jakieś 50-60 lat temu, gdy rodziła się nowa klasa średnia oraz tradycja małej czarnej na rozruszenie silnika.

Choć w siedemnastowiecznej Wenecji powstały pierwsze kawiarnie to wszystko zaczęło się w Mediolanie:  w 1901 roku Luigi Barezza patentuje pierwszy ekspres do kawy napędzany parą. W 1948 roku Giovanni Achille Gaggia udoskonala machinę dodając tłok sprężynowy bezpośrednio nad filtrem.  Następnym krokiem (rok 1961) jest zamiana tłoka sprężynowego na pompę elektryczną. Powstaje Faema E61, dzieło Ernesto Valento.

To z La Cucina Italiana; równoległą opowieść o prywatnym życiu ekspresu do kawy snuje Dizionario delle Cucine Regionali Italiane: all’inizio degli anni Sessanta...z początkiem lat 60. La Pavoni tworzy Europiccola, pierwszy elektryczny domowy ekspres do kawy.

z ciasta odlatują dwie arystokratyczne muchy


Ernesto Illy umiera 3 lutego 2008; też w lutym, tylko że dwa lata i 15 dni później, umiera twórca sukcesu Lavazzy, Emilio. Ernesto i Emilio, dwaj producenci kawy w puszkach, pakowanej próżniowo.

Pluton butelek staje na baczność
Terrytorium, którego nie udało się zawojować Turkom, podbiła kawa.  W XVII wieku, gdy trwały jeszcze wojny w obronie chrześcijaństwa, niejaki Ippolito Aldobrandini, znany jako Klemens VIII, miał zamiar napiętnować zdradziecki i nielojalny nawyk picia kawy. Pierwsza filiżanka zapażonej kawy potencjalną klątwę przemieniła w błogosławieństwo. Tak mówi legenda.

100 lat później Vincenzo Corrado podaje przepis na lody kawowe: mocna kawa, mleko, 24 zółtka. Gotować aż zacznie gęstnieć..

Cytryna zdejmuje marynarkę i zostaje w samej koszuli
Espresso nie oznacza szybko. Espresso to specjalnie: specjalnie dla ciebie zaparzona kawa. Kawa na miarę. Jak garnitur, koszula, buty z połyskiem. I złożona gazeta pod pachą.

Łyżeczka uderza szklankę
Nie ma sensu używać określenia kawiarnia. Kawiarnia kojarzy się ze stolikiem, filiżanką kawy sączonej powoli i z namysłem. Włoska cafe to bar i wóda: seta do dna, szkłem o blat i wio. Są oczywiście odstępstwa od reguły: na przykład Lo Sport w Ginestra, gdzie nad espresso stoi się kilkanaście minut, dyskutując o pogodzie i sąsiadach. Czasami nawet gazetę można zobaczyć, choć nikt w garniturze, w lśniących półbutach i złożoną gazetą pod pachą do Lo Sport nie przychodzi.  Ale akurat Lo Sport w Ginestra do klasyki barów kawowych nie należy. Klasyka to bary przy stacjach benzynowych. Płacisz przy kasie, kwitek podajesz przy kontuarze, kawa leje się nieprzerwanym strumieniem. Pięć minut później serce znowu bije, ty za kierownicą i gnasz dalej.




=====================
O kawie, u źródeł:
Kawa  we Włoszczyźnie:
    za greckiej starożytności w Olimpiii  wieńczono zwycięzców laurem, w Nemei  zaś selerem (podobno).

    Może warto by nemejskie tradycje wskrzesić? Jako kontrę dla skomercjalizowanej olimpiady? Przy okazji wykosiłoby się skorumpowany komitet olimpijski. A w zamian powołało komitet kucharzy....
    Włoszczyzny, odpowiednika tego co znamy w Polsce jako włoszczyznę, we Włoszech nie ma. Może to i nie dziwne, bo jeśli nie istnieje narodowa kuchnia włoska to niby dlaczego ma istnieć włoska włoszczyzna?


    Najbliżej do włoszczyzny, w sensie funkcji kulinarnej, ma wiązka aromatyzująca, zwana odori lub aromi. Jak wszystko inne na półwyspie, tak i odori-aromi to sprawa pory roku, miejsca i indywidualnego poczucia piękna. Niezmiennie w zestawie znajduje się seler naciowy i marchew. A reszta? Kupowałam aromi z dodatkiem pietruszki, bazylii, cebuli, rozmarynu, szałwii, liści laurowych, ząbku czosnku i tymianku.

    Ponieważ jestem uczulona na uogólnianie: zapłaciliśmy 4% agentowi za pośrednictwo w kupnie domu, znaczy się w całych Włoszech 4% jest oficjalną stawką za pośrednictwo, wyczytałam na jednym polskim blogu :-( - więc poszłam sprawdzać odori w tekstach źródłowych:

    The Oxford Companion to Italian Food (aut. Gillian Riley) nie ma informacji ani o odori ani o aromi

    Dizionario delle Cucine Regionali Italiane (wydane przez Slow Food) hasło odori odsyła do aromi, a aromi informuje, że jest to
    termino usato nei ricettari per indicare l’insieme di erbe (rosmarino, salvia, alloro, timo ecc.) e di ortaggi aromatici (aglio, cipolla, sedano, carota) previsti nella esecuzione di un piatto.*

    Anna Del Conte w części encyklopedycznej Gastronomy of Italy tak tłumaczy pojęcie aromi, czyli ziół:
    Aromi herbs A general term used to describe various herbs, such as rosemary, sage, thyme etc. Aromatic vegetables, such as celery and onion are also called aromi. The term is used when no specific herbs are mentioned, the choice being left to the discretion nad knowledge of the cook, as in un po’ di aromi (a few aromatic herbs).

    Giorgio Locatelli, Silver Spoon i inne książki kucharskie, które mam na półce i podłodze, nic nie wspominają ani o aromi ani o odori. Wygląda na to, że odori nazwa regionalna, bo o ile ogólną definicję aromi można bez większego problemu znaleźć w google, to z definicją odori jest już problem, nawet we włoskim google. Ale Cessidio z Ginestra wie o co pytam, gdy proszę o wiązkę odori. W zimie pewnie będzie z cebulą, selerem i marchwią. A liść laurowy lub rozmaryn trzeba sobie samemu uskubać z krzaka przy wiejskim frantoio.

    *  luźne tłumaczenie: nazwa używana do określenia ziół (rozmaryn, szałwia, liść laurowy, tymianek ) oraz warzyw aromatycznych (czosnek, cebula, seler, marchew) potrzebnych do potrawy

    o ile Brunetti jest kotem pieszczochem, kotem rodzinnym,  o tyle Paoli, oprócz futerka, brakuje też poczucia przynależności do stada. Podejrzewam, że Paola nie umie chodzić; do tej pory nie widziałam jej poruszającej się inaczej niż biegiem. Poza tym nie reaguje na imię, ale na dzwięk otwieranej puszki tak; nie przepada za siedzeniem na kolanach, noszeniu na ręku, a głaskanie toleruje tylko w godzinach wieczornych.
    dodam, że za naszymi plecami, bo do nikogo o cud się nie modliśmy. 

    Pierwszy cud zdarzył się w październiku. Energetyka włoska przysłała nam czek na 260 euro. Istnienie cudu potwierdziła specjalistka od cudów i Włoch - Eli:  Dostaliście czek od ENEL?

    Nie do końca wierzę, że realizacja czeku od ręki w Monte dei Paschi to sprawa boskiej interewencji, ale fakt iż nadal figurujemy w systemie komputerowym banku jest cudem. Konto zamknęliśmy bodajże rok temu.

    Energetyka ma nam jeszcze oddać 24,69; o czym dowiedzieliśmy się ze internetowej strony ENEL, która w końcu pozwala na sprawdzenie stanu naszego konta. Od października bowiem możemy oglądać w internecie nasze rachunki, co wydawałoby się sprawą oczywistą, ale nią nie było i za prąd płaciliśmy ’na wydaje mi się, że...’.

    Jeśli cuda się rozmnażają to może jakimś cudem znajdziemy w skrzynce na listy korespondencję od ENI, czyli gazowni, z umową i pierwszym od ponad dwóch lat rachunkiem za gaz.....
    w końcu jednak nareszcie wiem jak zrobić zupę. I to nie pierwszą lepszą z brzegu, tylko najlepszą zupę z dyni. Jedliśmy takową, posypaną pokruszonymi amaretti, w restauracji gdzieś w Włoszech, pewnie w Emilii Romagnii.


    Dziesięć lat później wymyśliłam co zrobić z dynią aby wyszła z niej idealna dyniowa zupa. Trochę wolno mi to poszło ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że dziesięć lat to tylko dziesięć krótkich zim i zbyt duża ilość materiału badawczego, bowiem przyjęłam tezę, że na smak i konsystencję zupy ma wpływ przede wszystkim rodzaj dyni. A gatunów dyni jest wiele :-) lub jeszcze więcej

    Tymczasem na idealną zupę wystarczy upiec dynię, czyli skoncentrować smaki i odparować nadmiar wody, rozgotować w bulionie warzywnym, przetrzeć lub nie, i dodać dodatki:
    • włoskie czyli dodatki do najlepszej zupę jaką kiedykolwiek jedliśmy (patrz powyżej) : pietruszkę i gałkę muszkatułową, a przed podaniem posypać pokruszonymi amaretti
    • tajskie (patrz foto): starty imbir, trawę cytrynową, ostrą papryczkę, mleko kokosowe, a tuż przed podaniem odrobinę sosu rybnego i brązowego cukru dla podniesienia smaku, limonkę i posiekaną kolendrę
    • indyjskie: podsmażoną na ghee cebulę, imbir, kmin, nasiona kolendry i garam masala. Przed podaniem dodać jogurt
    • arabskie: podsmażone na oliwie goździki, kmin, ziele angielskie, czosnek, cynamon (czosnek posiekany, reszta w proszku). Przed podaniem podprawione sokiem z cytryny i świeżą oliwą
    Dodatki trzeba trochę pogotować, żeby się smaki dobrze wymieszały i przegryzły; trochę soli, ew. pieprzu dosypać, do smaku.

    Sprawa fotografii to inna sprawa, Do zdjęć najlepiej robić zupę z hokkaido.
    układali kamienie jeden na drugim, jak klocki. Robili chatę z kamiennym dachem, kamienny chlew, oborę, kurnik; budowali mur oddzielający oliwki od pszenicy a owce od drogi.


    Kamienie podzieliły krajobraz na kwadraty Mondriaana. Z kamienia ułożono faktury Ernsta.


    Wejście do kamiennego legolandu jest darmowe. Mapy nie potrzeba: w Apulii kamienne mury są wszędzie. A i trulli nie brakuje.

    Październikowe zdjęcia z okolic Trani, Castel del Monte i Andrii


    wypad do Wrocławia udał się pod każdym względem. Nie dosyć, że dwa sierściuchy (choć może nazwanie prawie gołej Paoli futrzakiem jest przesadą) to jeszcze w galeri Domus (tej na ul. Stare Jatki) upolowaliśmy misę idealną na stół do Ginestry (choć w Waserburgu pięknie wygląda).
    nie kolekcjonuję, to znaczy nie zbieram w sposób usystematyzowany czyli świadomy. O usystematyzowaną, lub - broń boże - dogłębną wiedzę też trudno mnie posądzić. Ale lubię stare rzeczy. Na przykład porcelanę. Kupuję to co mi w oko wpadnie, a wpada różnie: miałam, jak to pięknie określają moi znajomi z Gniezna, ciśnienie na filiżanki. Potem nastała era cukiernic, które obecnie służą jako pojemniki na dżemy, miód i mostarda di fichi. Jeszcze niedawno kupowałam mleczniki (piękny Villeroy Boch z lat 60.). A ostatnio lubię wazy i naczynia z deklami.



    Cztery nowe stare wazy bywają potrzebne. Na przykład po to by wlać do nich waterzoi van vis (czyli rosół z dużą ilością pora i selera, zaciągnięty śmietaną i żółtkiem, z dodatkiem ryby i ziemniaków) i postawić w całej okazałości na świątecznym stole. Bowiem w drugi dzień świąt, czyli w Santo Stefano, mamy gości. Menu już opracowałam: będzie belgijskie, z elementami Holandii, Polski i USA. A więc waterzoi, mule w białym winie i porach, cykoria zapiekana pod beszamelem (jeśli odpowiednią cykorię znajdę w prowincjonalnym sklepie) oraz gulasz z octem i goździkami czyli holenderskie hachee. Na deser triffle z piernika i musu czekoladowego. I pewnie stanę na wysokości zadania robiąc klasyczny eggnog.

    Obiad ma być elegancki. Czy do eleganckiego obiadu potrzebny jest obrus? Jeśli tak, to muszę na ebay bo obrusu nie mamy. Ceraty i podkładek też nie :-)
    czy oliwkobranie we wsi. I znowu bez nas. Ale to już po raz ostatni, w przyszłym roku jesteśmy zgodzeni na żniwa: ja z litości, JC z racji słusznego wzrostu który pozwoli mu zbierać owoce z najwyższych gałęzi. Drabiny nie potrzeba, powiedział Stefano, mąż Annymarii.

    Pracowników będzie więcej; wszyscy rwą się do pracy w której zapłatą jest 5 litrów oliwy na dzień (leccino, pendolino, carboncella i frantoio)  plus dożynkowa impreza we frantoio. Mama Annymarii już lepi ravioli. Podobno najlepsze we wsi.


    Ginestra oliwki zbiera ręcznie, głównie dlatego że niektóre stoki mają nachylenie 45°, maszyna tam nie wejdzie. Frantoio jest wioskowe. Można w nim kupić miejscową oliwę. Zielonkawo - złocistą, pachnącą owocami, z nutką pieprzu na zakończenie.
    gugiel

    Włoszczyzna czy wloszczyzna to sprawa klawiatury, ewentualnie programu z polskimi literkami (z którego korzystam pisząc włoszczyznę). Różnice są może nie koniecznie w jakości haseł co w ich ilości: wloszczyzna w google.com daje prawie 4 tysiące haseł, włoszczyzna 65 tysięcy. Polskojęzyczny google jest lepszy: 76 tysięcy haseł dla wloszczyzny i 84 dla włoszczyzny, w większości poświęconych mrożonkom i suszonkom. Wytrwały, skłonny do wertowania stron, może się dowiedzieć jak ugotować tradycyjne spaghetti na włoszczyźnie. A rzeczona włoszczyzna okazuje się być typową polską potrawą :-)





    Q and A na http://zapytaj.com.pl

    Na podstawie języka polskiego wyjaśnij znaczenie słowa „włoszczyzna” i napisz, jaki związek ma ono z królową Boną
    włoszczyzna-danie typowo włoskie. królowa bona żona Zygmunta była włoszką i z Włoch sprowadziła do nas wiele włoskich przypraw i dań


    posagowa włoszczyzna
    zanim użyto po raz nazwy włoszczyzna w odniesieniu do wiązki marchwi, pietruszki, selera, pora i liścia kapusty, była włoszczyzna skrótem myślowym określającym wszystko co włoskie. Tak więc włoszczyzna to Dama z Łasiczką, Orlando Szalony oraz krużganki na zamku w Baranowie.

    Twierdzi się, że modę na włoszczyznę przywiozła w posagu Bona, żona Zygmunta Starego, której - oprócz włoszczyzny - przypisuje się sprowadzenie do Polski pomidorów, fasolki szparagowej, kalafiorów i niechęci do Habsburgów. Jedynie niechęć do Habsburgów jest dobrze udokumentowana :-); moda na włoszczyznę panowała zanim Bona stanęła na polskiej ziemi, a w renesansie większą popularnością niż warzywa cieszyły się włoskie pasztety (Janusz Tazbir, Mówią Wieki, nr. 1, 1975 ze strony Muzeum Pałacowego w Wilanowie).


    i co z tą włoszczyzną? Nie wiem. Nikt nie chce mi powiedzieć w którym momencie włoszczyzna zaczęła życie jako zestaw marchwi, pietruszki, pora i liścia kapusty. I dlaczego przypisuje się go Włochom?


    Zyg zyg marchewka

    Marchew znali starożytni Rzymianie, a w księdze korzeni i ziół Dioskoridesa (z roku 512 naszej ery) pojawia się ilustracja przedstawiająca jej korzonek. Co prawda Karol Wielki polecał marchew jako warzywo pożyteczne, ale tak naprawdę marchew na stołach Europy zaczęła gościć dzięki Arabom. W XII wieku marchew zadebiutowała w Hiszpanii, 100 lat później we Włoszech, a jeszcze później w Holandii. Tak w starożytności jak i w średniowieczu mylono ją z pietruszką i dopiero Linneusz uporządkował sprawy nazewnictwa. Obecny wygląd zawdzięcza marchew Holendrom, którzy rozpropagowali pomarańczowy korzonek w Europie. Mówimy tu o końcu XVI, początkach XVII wieku. Podobno Huis van Oranje to tytuł nadany właśnie z z powodu marchwi.

    Czyżby więc marchew pojawiła się w Polsce razem z modą na włoszczyznę? Czy zaczęli ją kultywować pod osadnicy holenderscy? A może jednak przyjechała z Boną?

    i cała reszta
    W przeciwieńtwie do marchwi, selera nikt nie musiał importować, bowiem dzikie odmiany selera rosną w prawie całej Europie. Znali go starożytni Grecy, którzy czcili go jako świętą roślinę, i starożytni Rzymianie, wykorzystujący ją w kuchni, choć uważali że seler w odpowiednich warunkach może przynieść nieszczęście :-) W średniowieczu, od Karola Wielkiego poczynając, seler zrobił się w Europie bardzo popularny. Najpierw jako roślina lecznicza, później jako przyprawa, a obecną formę selera naciowego zawdzięczamy XVII wiekowi i Włochom.


    A kapusta popularna była w północnej Europie już w czasach rzymskich. Kato polecał kapustę moczoną w occie jako dobre lekarstwo na kaca. Pory znano i w starożytnym Egipcie i starożytnym Rzymie; w Średniowieczu stały się pory najpopularniejszym warzywem Europy, zwłaszcza Włoch i jeśli nie trafiły do Polski z modą na włoszczyznę to mogła je rzeczywiście przywieźć królowa Bona. Dla towarzystwa kapuście, która raczej już w Polsce była. Najbardziej włoska jest pietruszka, która pochodzi w południowych Włoch. I to ona, w towarzystwie pora, jest najprawdziwszą włoszczyzną we włoszczyźnie.


    oraz ostatnie słowo
    Po czterech dniach poszukiwań nadal nie mam odpowiedzi kto i kiedy nazwał zestaw warzyw włoszczyzną. Oczywiście nie wiadomo też kto ukuł powiedzenie włoszczyzna jako określenie wpływów włoskich. Na pewno nie byłam to ja, bo ja włoszczyznę zaczęłam pisać niespełna trzy lata temu....


    trochę od podwórka i bardzo na szybko bo jednak nie wystarczyło czasu aby powędrować trasą inną niż droga Radisson -  Rynek. Trafiliśmy do Literatki,herbata i kawa nieszczególne, ale wnętrze atmosferyczne i wygodne.
    Szkoda tylko, że nie połączyli kawiarni z księgarnią; wolałabym tam zostawić pieniądze za książki niż w wielkim Empiku.


    Kupiłam prawie wszystko z listy: co prawda bez najnowszej Torańskiej i Tochmana, ale mogę sobie zrobić raj (M. Szczygieł), znaleźć rajską dolinę wśród zielska (J. Hugo-Bader), poznać  Kapuścińskiego w wersji non-fiction (A. Domosławski) oraz obejrzeć obrazki polskiego street-artu (E. Dymna i M. Rutkiewicz). No popatrzeć na kilka dobrych ilustracji
    z niezapowiedzianą wizytą zjawiła się u nas Eli z rodzicami. Przelotem, bo jechali do Chiemsee na wesele przyjaciół. Zwiedzanie mieszkania rozpoczęli od kuchni, a konkretnie od resztek zapiekanki ziemniaczanej. I tak eleganckie towarzystwo z Mediolanu raczyło się naszym wczorajszym obiadem o temperaturze ambiente. Łyżkami, prosto z naczynia.

    Zapiekanka smakowała
    każdy ci powie, że najważniejsze są materie prime. Bez nich nie ma ricotty, nie uda się minestra i l’abbacchio pachnące czosnkiem i rozmarynem. Bo materie prime, niezależnie od tego co powiada wielki słownik włosko-polski, to materia pierwotna. Od niej zaczyna się Wielki Bang, początek wszystkiego we włoskiej kuchni. Materię pierwotną trzeba szanować, umiejętnie dobierając przyprawy, bowiem głównym przykazaniem kulinarnym w kuchni włoskiej jest maksyma lekarzy: przede wszystkim nie szkodzić.....



    W okolicach Irpinii o materie prime nie trudno: cały region to jeden wielki sad i ogród. Kucharzy dobrych też nie brakuje. Jest na przykład Franca, kiedyś architektka, teraz kucharka. Franca gotuje na modłę miejscową, czyli alla contadina. Maccheroni z sosem fasolowym i grzybami, przekładaniec bakłażanowo ricottowy udekorowany chrupiącymi skórkami warzywa, kotleciki jagnięce, chleb orzechowy. W maju Franca piecze jagnięcinę. Podaje ją na stół w wielkim półmisku: między wilgotnymi włóknami siana leżą kawałki aromatycznego mięsa.

    Jestem z Francą umówiona: w przyszłym roku przyjeżdżamy w maju. Właśnie na jagnięcinę. Antonio mówi, że do cosciotto d’agnello cotto nel fieno di maggio najlepiej pasuje Taurasi. Od Di Prisco oczywiście.

    Restauracja La Pergola
    via Freda, 4
    Gesualdo (AV)
    tel. 0825401435
    zamknięci w środy
    szkoda, że nasz adres to Ginestra a nie Wenecja, bo stylizacja byłaby wtedy pełna: Brunetti, Paola, znajomi na stanowiskach :-)


    dla osób nie znających inspektora Brunettiego link do strony poświęconej Donnie Leon, twórczyni serii kryminalnej z Brunettim.

    Imiennik naszej Freddie, Freddie Marcury, śpiewał I’m travelling with the speed of light, czyli piosenkę o naszej małej czarnej.Dzisiaj obskoczyła salon, hol i kuchnię. Wyżarła Luckowi jego kurczaka z ryżem, Karolkowi tuńczyka z szynką. Była na oknie i na stole. Pozwoliła się pogłaskać (mnie) i powąchać (Darwinowi).

    Przypomina nietoperza, czyli  Paola Freddie Pipistrello :-)
    gdzie Freddie?
    W kącie, przy szafie
    Czy za szafę może wejść?
    Nie, napewno nie
    Za sekundę Freddie była za szafą. Północ, lamenty kocie i my z problemem. Decydujemy, że poczekamy trochę, bo szafa masywna, długa, przysunięta do ściany.  Może Freddie sama wyjdzie.

    Nie wyszła. Nie przestała lamentować.

    O 3 nad ranem zaczynamy ryć dziurę w plecach szafy. Tylna ścianka to nie dykta więc idzie ciężko. Wiertła z racji nocy i obawy o zdrowie Alicji po drugiej stronie lustra nie można użyć. Gdy skończyliśmy rycie zza szafy wychodzi Freddie i to nie przez nowe wyjście awaryjne, a dokładnie w tym samym miejscu w którym za szafę wlazła.Zanim udało się ja złapać, przemieściła się pod łóżko.

    Łóżko, tak jak i szafa, jest pudłem rezonansowym.Spałam, czując się jakbym trzymała głowę przy boomboxie emitującym III. Symfonię Góreckiego, obłożona kotami: z jednej strony pod kołdrą przytulony Karolek, z drugiej Brunetti*




    *szary, elegancki i mocno towarzyski, Huygens okazał się być przeciwstawieństwem tego z czym kojarzy się matematyk, astronom, pisarz, zwłaszcza holenderski. I takHuygens to teraz Brunetti, czyli Bruno.
    to takie niderlandzkie powiedzenie, odpowiednik angielskiego bringing coal to Newcastle, znaczące tyle co nosić drzewo do lasu, choć o noszeniu wody do morza chodzi. Piję, niekoniecznie oczywiście :-), do wczorajszego postu o przyprawianiu Stingowi gęby idącego pod prąd i ideologicznego, gdy na tak na prawdę wydaje  się chodzić o kasę i pewny zysk; Toskanii reklamować nie trzeba: napis produkt toskański gwarantuje zbyt, niekoniecznie na półkach z żywnością dla biedoty.

    I tak jak podziwiam kogoś kto decyduje się na produkcję wina w Arizonie czy w Dakocie, tak skrytykowałabym za robienie tego samego w Napa Valley jeśli sprzedawane byłoby to jako przejaw społecznikowstwa. Bo to tak jak wmawianie, że z miłości do przyrody i z szacunku dla tych, którym się nie udało, kupiliśmy sobie posiadłość w Konstancinie Jeziornej.

    Inna sprawa, że z niepokojem patrzę na miasteczka z których znikają tubylcy (czego przykładem wydaje się być większość Toskanii, kawał Ligurii i Umbrii), a pojawiają się tacy jak my: przyjeżdżający na kilka miesięcy w roku. Nie mam zamiaru maszerować, protestować i ganić, ale mam świadomość zmiany i to niekoniecznie na lepsze. I mojego w tym udziału.
    wyczytane w La Cucina Italiana (numer - bodajże - październikowy): Sting wprowadza na rynek produkty z własnego toskańskiego gospodarstwa.

    Czy tylko mnie przeszkadza, że Sting jest takim samym produktem jak jego sosy pomidorowe?  I że w gębie przyprawianej mu jako osobie niezależnej i świadomej, najwyraźniej jest tyle prawdy co mięsa kurzego w chicken McNuggets? Bo gdyby był tym za którego się podaje, to sosy pochodziłyby z chociażby z Irpinii. Lub z Eboli.
    Kto mógł lub chciał już uciekł, zostawiając za soba rozwalone trzęsieniem ziemi domy i zbankrutowane gospodarstwa; reszta odbudowuje i próbuje zaczynać od nowa. A podobno jest ciężko. Nie udało się stworzyć DOP Irpinia dla oliwy tłoczonej z ravecce, zabytki legły w gruzach, a chętnych jedynie na atmosferę miasta jest niewielu. Prawdziwi turyści i prawdziwe pieniądze ciągną na wybrzeże, do Irpinii przyjeżdżają nieliczni szukający nieprzetartych szlaków.

    Przeglądając Gambero Rosso można zauważyć, że największe kulinarne okazje znajduje się w Irpinii a nie na Wybrzeżu Amalfi (btw: chyba tylko Mediolan ma więcej restauracji, w których cena jest zbyt wysoka w stosunku do jakości). Gdy w Toskanii przyzwoitych trattoriach robi się rezerwacje z 4-5. dniowym wyprzedzeniem, w Irpinii restauracje (o wiele lepsze od tych toskańskich) na codzień świecą pustką.



    Czasami lepiej nie pytać jeśli nie jest się przygotowanym na odpowiedź; spadają wtedy różowe okularki i przypomina się  sienkiewiczowskie dokąd, kurwa, idziemy? Nie jest to, co prawda, moje pytanie, bo ja za kilka godzin wsiądę do auta z klimatyzacją i wrócę do wsi, która quo vadis jeszcze nie zna, ale trudno o nim zapomnieć, zwłaszcza gdy próbuje się rozmawiać z tubylcami o życiu.

    Dokąd idzie Irpinia pokazał właściciel La Pergola w Gesualdo, zawożąc nas do Di Prisco, winnicy w Contrada Rotole (Fontanarossa). Pasqualino di Prisco nie należy do ludzi marketingu, nie chwali się i nie nadyma. Taurasi, za które dostał trzy kieliszki od przewodnika Vini d’Italia (wydawanego wspólnie przez Gambero Rosso i Slow Food) na rok 2010, zaczyna sprzedawać poza granice Włoch (ma przedstawiciela w Berlinie), choć najbardziej do tej pory znany był z doskonałych białych Fiano di Avellino i Greco di Tufa.
     
    Od Antonio z La Pergola dostaliśmy dobrą broszurę organizacji Mesali: oprócz dwujęzycznej informacji o członkach, zawiera ona również przepisy oraz informacje o sklepach i B&B w okolicy. Mesali zrzesza restauracje promujące miejscowe specjały: chleb z orzechami laskowymi pieczony w piecach opalanych łupinami orzechów; jagnięcinę pieczoną w sianie, jabła anurche. Wspiera ich Slow Food Italia. Mam pobożne życzenie: żeby wystarczyło cierpliwości i kapitału.

    Już zastanawiam się czy bożonarodzeniowy obiad będę jadła w miejscowym Da Alvero czy w La Pergola?
    taki przewrotny tytuł przyszedł mi do głowy po przeczytaniu autobiografii Anny del Conte. Kobieta pisze dobre książki kucharskie (podobno najlepszą ich część, czyli tło historyczno-kulinarne, obrabiał mąż autorki) ale na przepisach kończy się jej talent literacki. Risotto z Pokrzywami (bo tak sobie przetłumaczyłam tytuł) to rozszerzona (i cholernie sztywna) wersja curriculum vitae: w roku tym i tym wyszłam za mąż, skończyłam kursy, kupiłam dom, potem go sprzedałam, przeprowadziłam się, porodziłam dzieci, znów się przeprowadziłam. Dane historyczne przeplatane są listą wpływowych osób (lub osób z tytułami, niekoniecznie naukowymi) które udało się jej poznać. CV dodatkowo wzbogaca tło kulinarne, ale jest ono zbyt płytkie i pobieżne by fascynowało. Są, co prawda, przepisy, które mają się komponować z treścią rozdziału, ale rezultaty są tak sztuczne że niepotrzebnie się fatygowano i marnowano papier. Na odległość widać neon ’uwaga, teraz będzie kreatywnie i na luzie’. Przepisy dobre, ale co z tego, skoro jest ich mało....

    Autorka, jak sama przyznaje, jest z pokolenia osób traktujących życie prywatne jako życie prywatne, czyli przemilcza wiele rzeczy. Zaś autobiografia ma to do siebie, że wymaga od autorki - jeśli nie kompletnego wybebeszenia - to przynajmniej introspekcji. Tej w Risotto na antipasto nie wystarczy: autorka duma o zbliżającej się śmierci i zastanawia się do którego państwa będą należały jej prochy; wzruszający jest też fragment w którym pisze o śmierci męża. Natomiast kilka zdań o własnych zdradach małżeńskich i porażkach kulinarnych wydaje się być wciśniętymi między strony maszynopisu i nie za bardzo pasującymi do „artystycznej koncepcji” całego „dzieła”. Widzę tu rękę redaktorki/redaktora pragnącej dodać pikanterii mdłej opowieści.

    Szkoda że skoncentrowano się na sprawach tortu z zakalcem i skrzypiącego łóżka (metaforycznie mówiąc), a nie na tematach, które mogłyby zainteresować : rozszerzonych opisach życia Mediolanu czy prowincjonalnej Anglii w okresie przed- i powojennym, opowieści o rodzinie autorki; nie ma też wiele o różnicach kulturowych, przystosowywaniu się do życia w innym kraju, nauce języka, podróżach z mężem Anglikiem po Włoszech. Przede wszystkim widać problemy warsztatowe: chronologiczna narracja, sztywność języka, nieudolne przechodzenie z tematu na temat.

    Nie lubię Anny del Conte. Mam szacunek dla jej wiedzy, ale nie chciałbym jej poznać. Nie lubię snobowania się na listę tytułów arystokratycznych a już napewno nie chcę czytać, że księżna X jest interesującą osobą bo jest księżną.

    Jednakże nawet lektura przeraźliwie nudnej książki potrafi czegoś nauczyć. I tak dowiedziałam się, że szacunek ma się dla kogoś lub dla czegoś; forma do kogoś, do czegoś jest poprawna choć rzadziej używana (Wielki Słownik Poprawnej Polszczyzny PWN) i że Anna del Conte robi carbonarę z dodatkiem białego wina. Przepisu jednak nie podaje. Jeszcze jeden powód, żeby jej nie lubić :-)



    Anna del Conte
    Risotto with Nettles. A memoir with food
    Chatto & Windus, London, 2009
    Tam gdzie się kończyły mury obronne a zaczynał szpaler opuncji broniący widoku na naleśnik Tavoliere i wzgórza Gargano, spotkaliśmy dwa psy. Jeden z nich, kuzyn wyżła i pitbulla, odprowadził nas do samochodu. Miał dziwny wyraz pyska, gdy zatrzaskiwałam drzwi auta. Czyżby miał nadzieję, że znalazł nową rodzinę? I wiecie co, tego psa i jego mądrych oczu nie mogę zapomnieć. Tak jak nie mogę zapomnieć bieli uliczek w średniowiecznej części miasta.
    Stefano (nie mylić ze Stefano, mężem Annymarii) próbuje od minimum trzech lat wejść na rynek w Ginestra.
    Rynek nieruchomości ma się rozumieć.

    I nic.

    Nie pomogła szybka sprzedaż domu (kupiliśmy my), nie pomogły ogłoszenia i plakaty przy Salaria.

    Ginestra domy sprzedaje bez ogłoszeń; a szukanie posiadłości zaczyna się w barze, nie w internecie.

    Stefano podpadł. Trudno powiedzieć czym, bo Ginestra milczy na ten temat, a pytania o Stefano są ignorowane. Po prostu nie istnieje w zbiorowej świadomości wioski.

    Tak jakby nigdy w niej nie był. A był - to kilka miesięcy temu - gdy w lipcu wieszał na drzwiach list otwarty do właściciela byłej masarni chcesz sprzedać szybko? Zadzwoń do profesjonalistów.

    Drzwi od masarni się otwiera i zamyka, baniaki z oliwą i winem wnosi i wynosi, list wisi; Stefano nadal nie widać w Ginestra, choć ma w swoim portfolio domy i w Poggio Moiano i w Monteleone.

    Wieś, najwyraźniej, nie lubi Stefano. Może nie podobało się pośrednictwo w sprzedaży domu którego było się prawnym właścicielem? Domu kupionego na aukcji i ’sprzedawanego’ przez podstawioną osobę? A może za próby wykopania miejscowych z remontu:

    właściciel domu ma firmę remontową. Wszystko zrobi po znajomości
    Nie jesteśmy na tyle istotni dla wioski aby posądzać ją o akt solidarności z nami, cudzoziemcami, pomieszkującymi od czasu do czasu w casa di Giuseppe, zwłaszcza że szelmostwa Stefano zdają się wpisywać w ogólny klimat robienia interesu: nieuregulowane rachunki za wodę i gaz, gdy - rzekomo -  wszystko zostało uregulowane i sprawdzone przez odpowiednie organa państwowe, to raczej norma niż wyjątek (teraz wiemy, że trzeba sprawdzić w gminie przed podpisaniem umowy wstępnej) tak z resztą jak i twierdzenie, że dom wymaga niewielkiego remontu, gdy do zrobienia jest elektryka, łazienki i dach (o niedomykających się oknach i wyszabrowanym kotle co centralnego nawet nie wspominając). Nie, Stefano albo wcina się w miejscowy układ sił albo podpadł czymś zupełnie innym. Na przykład różową koszulą, tablicami rejestracyjnymi z Viterbo, rzymskim adresem firmy, SUV z GPSem lub trąbieniem w niedzielę.

    Tak więc ulica w Ginestra na temat Stefano nie rozmawia. Najwyraźniej wyroki o śmierci cywilnej wydaje się w Ginestra za zamkniętymi drzwiami.
    Starzeję się. Umierają pisarze, których czytałam od lat: w czerwcu tego roku zmarł Jose Saramago; 30. listopada pojawił się nekrolog H. Mulischa, mojego ulubionego (obok Saramago) pisarza.

    I choć nie cenię sobie Siegfrieda, tak chcę do niej wrócić jako do opowieści o umierającym pisarzu i jego dziele życia: książki o Adolfie Hitlerze.Nie sposób nie dopatrzeć się w ostatniej książce Mulischa wątków, jeśli nie autobiograficznych, to przynajmniej osobistych: schorowany pisarz spotyka osobę, która opowiada mu o dziecku A. Hitlera. Rozmowy posłużą owemu pisarzowi jako kanwa do książki mającej raz na zawsze rozwikłać zagadki historii i wytłumaczyć na czym polegał fenomen Hitlera. Pisarz dzieła nie kończy. Nie ma ostatecznego podsumowania. Harry Mulisch, ciągle powracający do wątków losu, przypadku, przeznaczenia też nie kończy dziełem które podsumowywałoby jego wieloletnią fascynację 2.Wojną Światową. I to nie koniecznie historią konfliktu ale dwuznacznością wyborów. W Aanslag przesunięcie ciała zamordowanego policjanta pod inny dom uratowało życie Żydom i spowodowało śmierć rodziny narratora.  Golem w De Procedure morduje swojego twórcę, ale śmierć jednostki ratuje życie społeczności. Ojciec Mulischa został osądzony jako kolaborator, ale współpraca z hitlerowcami (przez jego ręce przechodziły zrabowane Żydom majątki) uratowała życie żonie Żydówce i synowi.
    oprócz katedry obejrzeliśmy starą część miasta. Jakoś mniej się nam podobała niż zaułki w Molfetta. Może to dla tego, że co rusz trafialiśmy na jakąś odpicowaną restaurację ’z pomysłem’? A może dlatego, że mieliśmy mało czasu i, najedzeni, nie daliśmy rady wszystkiego obskoczyć? I choć Trani nie za bardzo nas ujęło, to jednak udało nam się zobaczyć dwie perełki (zamknięte na cztery spusty perełki) nową synagogę (z XV lub XVI wieku) i kościół San Giacomo, obecnie pod wezwaniem Marii de’Russis. Wydaje mi się, że chodzi tu o Marię Aleksandrownę, ale nie jestem pewna. Włoska wikipedia wypluwa jedynie informacje o kościele San Giacomo, w którym znajduje się sarkofag patrona miasta - San Nicola Pellegrino.

    Żałuję, że nie miałam dostępu do wikipedii, bo miałabym okazję zobaczyć pałac dodżów (obecnie seminarium duchowne), pozostałość po siedzibie ambasadora weneckiego. Mogłbym się również dowiedzieć, że Trani było w średniowieczu ważnym centrum wiedzy talmudycznej. Tu urodził się w 1180 rabin Izaak ben Mali i tu mieszkał w XVI wieku Mojżesz ben Josef. No i nie zobaczyłam kościoła Ognissanti, który początkowo był kaplicą szpitala Templariuszy.


    Pokazując zdjęcia na ogół narrację pozostawiam widzowi. Tym razem chciałabym jednak objaśnić, że trójkątny cień na ścianie rzuca synagoga Scola Nova.
    Kupiliśmy do domu kuchnię wolnostojącą smega; wypasioną, bo z rożnem. Jest marzec 2009.

    Pierwsze oględziny i konstatacja, że piekarnika jednak, q..wa, nie ma. No nic, mamy kuchnię gazową z 80 cm szafki na patelnie. A właściwie to kto może pochwalić się szafką kuchenną z opcją rożen?

    Mieszkamy z „szafką” przez ponad rok. Z rożna nie korzystamy, a ja opracowuję metody robienia lazanii w garnku postawionym na gazie.

    Odwiedziny Annymarii i dyskusja o kuchniach. Ja opowiadam, że mamy kuchnię z rożnem, ale bez piekarnika.

    Annamaria twierdzi, że to niemożliwe.

    Idę szukać instrukcji obsługi.

    Czytanie instrukcji oraz próba generalna.

    Jednak mamy piekarnik. Działa.

    Nasz piekarnik jest gazowo-elekryczny. Gaz piecze od dołu (i można temperaturę ustawiać); elektryka piecze od góry i (chyba) tylko na najwyższym ustawieniu czyli 250 stopni. Celcjusza :-)

    Nie można piec od góry i od dołu jednocześnie. Albo gaz albo prąd.

    Mogę piec lazanię lub cannelloni. Nawet rybę w soli. Biszkoptu raczej na razie nie będzie. Chyba że ktoś ma przepis na bisztop w rusztu :-D
    czasami, oprócz odwiedzin w restauracjach, udaje się nam zobaczyć zabytki. Będąc z krótką wizytą w Apulii, oprócz talerzy w Osteria dei Massari, oglądaliśmy koronki.


    Kamienne koronki to znak szczególny apulijskiej sztuki romańskiej, zwłaszcza w jej późniejszej fazie, choć trochę temu stwierdzeniu nie dowierzam, gdyż takie duomo vecchio w Molfetta, którego budowę rozpoczęto raptem 25 lat przed wzniesieniem katedry w Trani, jest prawie zupełnie pozbawione ozdób. A Trani z kolei koronka na koronce. No i kościół na kościele: wysoka piwnica lub, jak kto woli, niski parter to Santa Maria della Scala z kolumnami przetransportowanymi tu (prawdopodobnie) z Canosy, normandzkim sarkofagiem i 14.wiecznymi freskami. Piętro wyżej jest kościół San Nicola Pellegrino, w całej swojej późnoromańskiej okazałości. Jest w nim co fotografować: a to 13.wieczny krucyfiks, a to kolumny czy rozeta. Na dzwonnicę można się wdrapać (za przyjemność trzeba jednak zapłacić). Wspinaczki to nie  moje forte, więc i w Trani na wieżę nie weszłam. Nie chciałam wnosić na górę 13 antipasti, butelki wina i miski vermicelli skonsumowanych pół godziny wcześniej. Teraz żałuję, bo mogłabym jakieś zdjęcia z wysokości zrobić.....

    z polecenia zaznajomiłam się z prozą Marleny de Blasi, tej od trzech tysiący dni w Wenecji, Toskanii i Orvieto i od opowieści miłosnej z Sycylią w tle. O ile o Orvieto jeszcze czytałam z przyjemnością (od niej zaczęłam) to już 1000 dni w Wenecji prawie mnie zmogło. Co prawda de Blasi wydaje się być mniej zmanierowana, a więc i mniej grafomańska, niż Frances Pod Słońcem Toskanii Mayes, ale to akurat specjalnym komplementem nie jest.

    U de Blasi irytuje ciągłe poszukiwanie głębszego znaczenia, tak jakby przypadek w życiu nie wystarczał. Każda rozmowa przytaczana w książkach to rozmowa głęboka, z podtekstami na wielu poziomach, zaś filozoficzne dywagacje na temat Losu, Przeznaczenia i Miłości wydają się być chlebem codziennym. Nie wiem jak wam, ale mnie rozmowy „głębokie” zdarzają się raz na jakiś czas,  więc do filozoficznych rozmów nad kotletem podchodziłam początkowo z niedowierzaniem, a później z niechęcią.  Czekałam, i w końcu nie doczekałam się, normalnego dialogu o gwoździach i młotku, o dupie Maryny i o pogodzie na jutro. Oczywiście jest prawdopodobne, że to ja nie staję na wysokości dyskursu i nie umiem czytać podtekstów. Mam coś takiego, że z niechęcią podchodzę do wielkich stwierdzeń o sprawach ostatecznych. Wolę łuskanie fasoli i dupę Maryny.

    Po za tym jak tu wierzyć autorce, dla której każde wypowiedziane słowo jest słowem istotnym, gdy język zna  na poziomie menu w restauracji (do czego sama się przyznaje)? Oczywiście, znaczenie słów można zozumieć z perspektywy czasu, ale z to kolei to nie pasuje w książce która z założenia jest literaturą pamiętnikowo-podróżniczą z kulinariami w tle. Nie dowierzam też opowieści o dyskusjach ze słownikiem w ręku, bo pewnych niuansów słownik nie ogarnia.

    No i ten przeraźliwy brak poczucia humoru. Tu nie tylko nie ma się z czego śmiać; tu nawet nie ma do czego się uśmiechać. Autorka nie umie nie puścić oka do czytelnika, błysnąć ironią...zaśmiać się z samej siebie. Nie tylko ona z resztą: Frances Mayes jest chyba jeszcze gorsza. Przynajmniej de Blasi stać na umiejętność dostrzeżenia różnic między perspektywą włoską a amerykańską.

    Tak więc: książki de Blasi miejscami czyta się przyjemnawo; można zgodzić się z wieloma opisami społeczności, może podobać się gorzkawy komentarz, można być też zachwyconym brakiem zachwytów, ale są to książki na raz: do nich się nie wraca, bo nie ma do czego. Chyba, że chce się z nich korzystać jako książek kucharskich.

    PS: 1000 dni w Orvieto jest dobrze przetłumaczone na j. polski (resztę czytałam w oryginale), co jest ostatnio wartością samą w sobie.
     
    Na zdjęciach: Monte Terminillo i Forca Canapine w łańcuchu Monti Sibillini, do której można dojechać jadąc SS4 (Salaria) z Rieti na Ascoli Piceno. Forca Canapine leży na terenie Parku Narodowego Monti Sibillini, siedzącego okrakiem na granicy Lacjum, Umbrii i Marche.
     - nieszczególnie tutaj
     - no, tak trochę....
     - to co, jedziemy do dalej?
     - jeszcze nie........




    Na planie miasta znaleźliśmy dzielnicę z krętymi uliczkami sugerującymi średniowieczną zabudowę z czasów poprzedzających rządy Fryderyka Stupor Mundi Hohenstaufena. A resztę historii dopowiedział Blue Guide (Southern Italy) na stronie  442: w katedrze pochowano Boamundusa, syna Roberta Guiscarda, a ten zmarł w roku 1111.

    Miasto istniało od dawna: potwierdzają to nie zabytki, bo tych jest mało (zachowana ambona, kolumna czy dwie, krypta przebudowana z resztą w wieku XVI, tron biskupi), a dokumenty mówiace to przeniesieniu diecezji z Canosy (a może jeszcze Canusium?) do Bari w roku 343. Oprócz resztek średniowiecza w katedrze są jeszcze na wzgórzu pozostałości po średniowiecznym zamku, do wybudowania którego wykorzystano bloki tufy z rozebranego akropolis. Bo trzeba wam wiedzieć, że w czasach rzymskich Canusium było zdecydowanie greckie. I tę greckość najbardziej w Canosie widać.

    Może o duchu miasta przesądza w końcu nie historia a mit? Bo podobno Canosa jest dziełem Diomedesa, bohatera wojny trojańskiej, późniejszego króla Argos. Figurka konia, przypominającego te malowane na majolice greckiej i te z wypalane z gliny na Cykladach, funkcjonuje w Canosie obok (a czasami zamiast) oficjalnego herbu miasta. I może to mit jest odpowiedzialny za moją fascynacją dziwną urodą Canosy?

    czy od tego, że po raz kolejny nie wyczułam iż restauracja może być oblegana i że w Trattorii Antichi Sapori TRZEBA zarezerwować stolik?

    A może od tego od tego, że GPS nie działa w Apullii (w Campanii z resztą też, ale to opowieść na inną okazję) i do poszukiwanego miejsca trafia się przypadkiem lub pytając o drogę?

    Czy też  od tego, że pytany o dobre miejsce kelner z Antichi Sapori wskazał nam Osterię dei Massari?

    A może jednak powinnam napisać, że warto nauczyć się kilku zdań po włosku chociażby po to by powiedzieć, że nic się nie wie o kuchni regionalnej po za tym, że zna się  orecchiette con cime di rapa? I przybywa się po oświecenie?

    Oczywiście mogę równie dobrze zacząć od stwierdzenia że jedliśmy najwspanialszy makaron pod słońcem, że ricotta była boska... Tylko kto chce się bawić w Francis Mayes? :-) gdy może od zacząć zdjęcia i po prostu spisać co podano.....



    A podano:
    • Butelkę wina domowej roboty, 
    • dzbanuszek z zieloną oliwą
    • pecorino i asiago
    • świeżutką, czyli jeszcze ciepłą, ricottę z dziką ruccolą
    • burratę, którą rozsmarowywało się jak masło na grzance
    • marynowane zapiekane cebulki i wędzoną mozzarellę
    • bruschettę z pomidorami i oliwą
    • puree ziemniaczane z mozzarellą
    • grubo starte cukinie z miętą i oliwą (nie, nie smażone; jedynie podgrzane na oliwie)
    • grillowane papryki w oliwie
    • vermicelli z miejscowej mąki, (co podobno jest bardzo istotne, bo pszenica inna) przypominały bardziej troffie niż znane mi vermicelli - nitki, podane w sosie z pomidorów, oliwy i dzikiej ruccoli. 
    • Do posypania makaronu specjalność okolicy: ostre papryczki pieczone na otwartym ogniu aż zrobią się suche i brunatne, a potem ucierane ręcznie w moździerzu. Niezwykły aromat: taki dymno-słodko-pikantny i czekoladowy
    • JC, ktktórego żadne menu jeszcze nie zmogło, poprosił o kiełbaski domowej roboty. Z grilla, oczywiście. Podobno smaczne były
    • pastierę z ricottą, pachnąca cytryną i kandyzowanymi owocami

    O ile nie wiedziałam od czego zacząć, tak wiem jak skończyć: do Osterii dei Massari musicie koniecznie pojechać. I warto zarezerwować, oprócz dwóch godzin na konsupcję, stolik przy oknie. Tak na wszelki wypadek :-)

    Adres:
    Osteria dei Massari
    Via Baratelle, 10
    Montegrosso (Andria)
    tel: 0883 569561
    zapomniałam zapytać kiedy są zamknięci. Ale nie zapomniałam kupić pieczonych papryczek do posypywania makaronów i kilku butelek oliwy własnej produkcji. Osteria leży przy trasie wylotowej z Montegrosso, wśród gajów oliwnych. I, w przeciwieństwie do innych znanym nam lokali, dojazd do niej jest dobrze oznakowany.
    koleżanka podała mi gulasz z dzika, czyli ten, który chętnie bym zrobiła gdyby niemieckie dziki nie były radioaktywne. Gulasz smakował; coś mi w nim jednak nie do końca nie grało. Myślałam, że to może wina dziczyzny i czekolady, czyli dziwnych składników. Teraz, po moim pierwszym na prawdę udanym spezzatino w stylu toskańskim wiem, że problemem była metoda gotowania. Mięso, choć miękkie, było a za bardzo wygotowane, a smaki nie miały okazji się dobrze wymieszać: to tak jakby jadło się mięso polane sosem. A gulasz, czyli spezzatino, ma być harmonijną całością w której nie wiadomo gdzie kończy się sztukamięs a zaczyna się oblepiający ją sos. I nikt nie jest w stanie wymienić składników, które wchodzą w skład potrawy :-)



    Sprzęt i składniki:
    • trzeba mieć duży i głęboki rondel, koniecznie z pokrywką. Rondel powinien być na tyle duży by pomieścił podsmażone mięso w jednej warstwie.
    • drobniutko posiekane odori: dwie cebule, z 5-6 marchewek, 4-5 gałęzi seleru naciowego, duża garść natki (razem z gałązkami), ze dwa ząbki czosnku. Proporcje są istotne: najwięcej powinno być selera, ale marchewka nadal ma być wyczuwalna, a zosnek i cebula są tłem. 
    • odori w ogóle powinno być DUŻO: papka z warzyw ma oklejać każdy kawałek mięsa
    • jakość mięsa: nie musi być najlepsze. Odrobina tłuszczu jest jak najbardziej wskazana. Oczywiście można też do rondla wrzucić garść drobno posiekanego surowego boczku, czyli pancetty. Pancettę dodaje się razem z odori, czyli zaraz na początku. 
    • Mięso pokrojone na duże kawałki, takie 3-4 centymetrowe
    •  wino: najlepsze jest białe, nie za owocowe i nie za delikatne; i tak z listy dobrych win zdjęłabym i chardonnay i sauvignon blanc, idealnie zaś nadaje się Vernaccia, Trebbiano i Verdicchio lub Pecorino.
    • zioła: niezbyt dużo (mają pomagać a nie przesłaniać smak). Moje ulubione to 3-4 liście laurowe i gałąź rozmarynu
    • pomidory, a konkretnie passata di pomodoro. Dodawane w niewielkich ilościach w czasie gotowania. Na spezzatino z 3,5 kg mięsa użyłam jakieś 600 g passaty (czyli 4/5 butelki)

    Technika:
    1. na oliwie smażyć odori, często mieszając, aż zrobią się szkliste. Wtedy wrzucić do nich mięso i smażyć, od czasu do czasu mieszając, aż mięso i odori zrobią się ciemnozłociste. Zajmuje to 20-30 minut. 
    2. Posypać łyżką mąki, zamieszać dobrze, posmażyć przez minutę 
    3. wlać trochę wina (1/3 szklanki) i smażyć mieszając, aż wino odparuje
    4. Dodać passatę. Ostrożnie! Najpierw kilka łyżek: posmażyć przez kilka minut i sprawdzić czy w sosie czuć lekki kwasek pomidorów. Nie? Dodać jeszcze trochę passaty.  Nadmiaru passaty nie da się zneutralizować. Wtedy, zamiast spezzatino, robimy b. dobry sos mięsny z pomidorami.
    5. Mięso nie powinno pływać w rzadkim sosie. Płynu ma być tylko tyle, aby mięso i warzywa się nie przypaliły.
    6. Uzupełnianie płynu: ostrożnie. Można dolewać wina. Lub wody.  Soli się zaraz po dodaniu wina 
    7. Sprawne operowanie pokrywką: rumienienie odori i mięsa oraz odparowanie wina odbywa się bez pokrywki; po dodaniu ziół i passaty - pokrywka na garnek. I tak pozostaje przez cały proces powolnego gotowania. Chyba, że dodaje się trochę wina i wtedy trzeba poczekać aż alkohol wyparuje, czyli bez pokrywki, mieszając...itd..itd. 
    8. Spezzatino robi się  powoli: jakieś 1,5 - 3 godziny (to w zależności od rodzaju mięsa) i jego ilości. Moje 3,5 kg jagnięciny gotowało się 2,5 godziny
     Kropką nad i jest dodanie do duszącego się pod pokrywką spezzatino kawałka lub dwóch skórki cytrynowej

    No i koniecznie do tego uwarzyć polentę, na wodzie lub na mleku, białą lub żółtą, grubo lub drobno mieloną. Tę którą miesza się przez 40 minut lub tę eksperesową, gotową w 10 minut. Dodać tylko masła i ew. parmezanu... Najlepiej ugotować jej za dużo, bo wtedy ma się obiad na drugi dzień.

    A tak swoją drogą to należy mi się medal za ilość postów wyciśniętych z jednej imprezy...... :-P
      Menu mi się wczoraj znarowiło: kasztany rozpadały się w rękach; zakończyły żywot w zupie. A jagnięcinajuż bez kasztanów stała się spezzatino, czyli rodzajem gulaszu, dodatkowo wzbogaconym pomidorami. I było to nalepsze spezzatino jakie do tej pory zrobiłam, napiszę nieskromnie, ale prawdziwie.

      Do zestawu doszła jedna zakąska: pecorino fresco z domowej roboty mostarda di fichi, czyli figową konfiturą wytrawną. Desery się rozmnożyły: zamiast karmelizowanych gruszek były gruszki w skórce polentowej (rozkrojone na pół gruszki - z ogonkami, gniazdami nasiennymi et al - położyć na surowej polencie; smażyć na maśle aż polenta się zarumieni) a pecorino fresco zostało zastąpione pecorino stagionato. Na stół trafiła też tart tatin z mele annurche, czyli jabłuszkami (trochę większymi od rajskich) z Irpinii.

       
      A polenta wyszła kremowa, gładka, idealna....

      O winach, z notatek:
      Taurasi Vigna Macchia dei Goti 2005 (Antonio Caggiano C.da Sala,  83030 Taurasi (AV) www.cantinecaggiano.it) to  zapach cynamonu, mięty i lukrecji. Później pojawiły się dym i skóra. Pierwsze wrażenia smakowe: czarne jagody, dym lub smoła, odrobina wanilii; później dołączyła czarna porzeczka, lukrecja i pestki wiśni.

      Greco di Tufo (Di Prisco, C.da Rotole 27, 83040 Fontanarosa (AV) www.cantinadiprisco.it): zapach cytrusów i kwiatów akacji; gdzieś w tle majaczyła się skórka świeżego jabłka, nuta minerałów, gorzkawy miód....Piękne wino. Nic dziwnego, że Pasqualino dostał za nie w tym roku trzy kieliszki od Gambero Rosso (tak, poznaliśmy osobiście i wypiliśmy brudzia z Pasqualino di Prisco :-))
      razem 10 osób. Więc siekam, skrobię i obieram, próbując przy okazji ogarnąć nasz wieczny bajzel i pilnując by w zmywarce nie wyprać Karolka, który się pęta wszędzie.... Ale, broń boże, nie panikuję...nawet spięta nie jestem: obrusa prasować nie trzeba, bo go na stole nie będzie, talerze i kieliszki mam. Kilka karafek do wina też....więc luz.....A jeśli mi polenta wyjdzie mi z grudkami, bo tradycyjną warzę, to  z niej zapiekankę zrobię :-) I będzie git.

      Kolacja jest ’pod wina’ i kasztanowa, dwa kilo przywiozłam.. Na pewno do zupy i zakąsek podamy Greco di Tufo. Nie jestem pewna tylko czy dalej będzie pite Cesanese czy cięższe Taurasi bo to zależy od tego jak aromatyczna wyjdzie mi jagnięcina (powtarzam przepis opracowany w Ginestra i wtedy pasowało Taurasi...... )

      I tak na menu jest: zupa z kasztanów, jagnięcina (w warzywach i kasztanach) oraz polenta; na deser świeże pecorino z karmelizowanymi gruszkami.  Jako antipasti będą warzywa sott'olio, już bez kasztanów, czyli  karczochy i dzikie szparagi;  oraz violino di capra, czyli obsuszany udziec kozi.
      do zrobienia sosu śmietankowego z fenkułem i gorgonzolą potrzeba śmietany, fenkułu (najlepiej grubego), gorgonzoli (ja lubię dolce, bo się dobrze rozpuszcza w sosie i nadaje mu jedwabistości) oraz odrobiny masła (to do smażenia fenkułu). Sos pasuje do różnego rodzaju wstążek lub makaronów typu rurki, czyli do wszystkiego z dużą powierzchnią :-) więc pewnie i do lasagnii też by się nadał.....



      Składniki dokładniej, choć do precyzji mi daleko, bo sos robię na oko:
      łyżka masła
      fenkuł, posiekany w drobną kostkę
      1- 1,5 szkl. śmietany
      50-200 gr gorgonzoli (to będę jeszcze tłumaczyć poniżej)

      Na rozgrzanym maśle podsmażyć fenkuł (ma być szklisty). Wlać śmietanę (ilu procentowa zależy od osobistych upodobań;  oczywiście im wyższa zawartość tłuszczu, tym lepiej, ale na upartego na mleku też da się zrobić tylko wtedy wypada trochę parmezanu do sosu wsypać aby uzyskać kremową konsystencję) i gotować na b. wolnym ogniu, aż fenkuł zrobi się bardzo miękki; tak miękki, że można go widelcem rozgniatać na papkę. Gotowanie fenkułu do miękkości zajmuje jakieś 20-30 min: śmietana jest lekko zredukowana, rozgnieciony fenkuł dodatkowo ją zagęszcza, więc można nastawiać makaron i zacząć dodawać pokruszoną gorgonzolę. Dodawać po trochu, od czasu do czasu sprawdzając czy w sosie czuć słodycz fenkułu i ostrzejszy smak sera. Za mało sera i sos będzie mdły. Za dużo i nie czuć fenkułu. Sos zamieszać, poczekać aż się ser rozpuści. Spróbować jeszcze raz i ewentualnie posolić. Jeśli sos zrobi się zbyt gęsty można go rozrzedzić łyżką wody od gotowania makaronu.
      z czym lubicie wymieszać makaron? Co podajecie, gdy w lodówce i w głowie pustki; niby coś by wypadało zjeść, ale nie za bardzo wiadomo co, a do sklepu daleko i pod górkę?


      Gdy skończyła się butelka taurasi i wiedza na temat biologii podejmowania decyzji, zaczęliśmy z JC tworzyć listę naszych ulubionych sosów. Kością niezgody był sos z ricottą i cynamonem, który lubię ja a JC nie znosi, i sos śmietankowy z wędzonym łososiem, o który z kolei prosi JC a którego ja nie jadam. W końcu doszliśmy do tak zwanego konsensusu, czyli porozumienia i oto lista najważniejszych sosów naszego (dotychczasowego) życia:
      1. Aglio, olio e peperoncino. Czasami zamiast peperoncino w gorącej oliwie smaży się filet sardela lub garść drobno posiekanej natki. Czasami z czosnkiem i peperoncino rumieni się w oliwie bułka tarta.
      2. Aglione - sos z Gór Sabińskich. Oliwa, czosnek, pomidory, dziko rosnący majeranek lub mięta. Najlepiej smakuje robiony z lekko przywiędniętych już pomidorków koktajlowych.
      3. Ragu bolognese w/g przepisu Marcelli Hazan, czyli z dodatkiem mleka
      4. Sos z kaczki (podawałam przepis)
      5. sos śmietankowy z fenkułem i gorgonzolą
      6. sos pomidorowy, i ten surowy, z drobno posiekanych pomidorów wymieszanych z oliwą i ziołami i ten gotowany długo na wolnym ogniu
      7. oliwa, pomidorki i dzika ruccola, czyli sos odkryty w Apulii
      8. sos z vongole, czosnkiem, pietruszką, białym winem i koniecznie spaghetti
      9. caccio e pepe, czyli ser i pieprz. Pieprzu musi być naprawdę dużo, a ser to starte pecorino. Tylko czy mieszankę pieprzu i sera można uznać za sos? 
      10. oliwa, skórka cytryny, pietruszka. Czasami wmiesza się w to grubo starta cukinia, i wtedy zamiast pietruszki pojawia się w sosie mięta
        Nie lubię jesieni. Dni za krótkie, dziwne światło i kolory jak od Kodaka.

        Nie lubię jesieni nawet jeśli w powietrzu czuć zapach fermentujących w trawie fig, a w nocy udaje mi się zobaczyć mojego pierwszego żywego dzika urządzającego sobie figową balangę w sadzie Gino.. Nie znoszę jesieni nawet gdy aparat fotografuje stado owiec schodzących z Terminillo na niższe pastwiska.


        Jesień kroi trochę za blisko moich kości i nerwów abym mogła ją lubić


        jesienne krajobrazy Sabiny do obejrzenia: tu  i tu
        kumkałam już wcześniej, że jeżdżąc po Włoszech warto czasami zapomnieć o przewodnikach i innych pomocach naukowych. Gdybyśmy brali azymut tylko na miejsca polecane przez, powiedzmy, Blue Guide, nigdy, ale to nigdy nie dojechalibyśmy do Piglio. I byłaby tragedia, bo do Piglio trzeba jechać. Najlepiej wybierając trasę z Altipiani di Arcinazzo. Trochę trzeba się nakręcić kierownicą i pomęczyć pedał hamulca, ale widok Piglio posadzonego na grzbiecie góry to coś warte wycieczki, zwłaszcza zaraz po deszczu, gdy w tle widać Monti Lepini a pod nogami Monti Prenestini.


        Do Piglio (a konkretnie do La Forma) pojechaliśmy po cesanese, ale że była pora siesty, więc postanowiliśmy zaparkować się przy wjeździe do centro storico i przeczekać godzinę do otwarcia cantiny oglądając detale architektoniczne. Trafiliśmy na przygotowania do sagra dell’uva. W okolicach zamku rodu Colonnów załapaliśmy się na przerabianie czyjejś cantiny na jadalnię, poczęstowano nas winem (cesanese, oczywiście) domowej roboty, bez konserwantów. Nie mogłam się jedynie dopytać czy tłoczone było z cesanese d’Affile czy cesanese di popolo, co trochę wpływnęło na wrażenia z komsumpcji,  bo zawsze lubię wiedzieć z czym mam przyjemność. Dostaliśmy też zaproszenie na drugi dzień imprezy.


        W sobotę, punktualnie o 13:30 byliśmy na miejscu. Przysiedliśmy się do czyjegoś stołu, pogadaliśmy z sąsiadami, pociągnęliśmy po łyku wody, polaliśmy sobie cesanese i zaczęliśmy jeść: pasta fagioli na zakąskę,  fettucine z ragu z dzika, flaki po miejscowemu (bardziej pomidorowe i bardziej pikantne niż te z Rieti) i kiełbaski z grilla  podawane z cicorią polaną oliwą. Nie powiem, pomijając wątpliwe walory estetyczne plastykowej zastawy, jedzenie było bardzo smaczne. Porcje obfite. Wino mocne. Muzyka głośna i ludowa.


        Po obiedzie, oglądanie. Dom rodzinny Colonnów z przyczyn świętowania pracowników zamknięto, ale fajnie się wędrowało zaułkami, wspinając po stromych schodach z poziomu na poziom. Takie łażenie po dużym labiryncie. Znaleźliśmy dom do kupienia (za jedyne 30 tys. euro). Trochę wąski i mocno czteropiętrowy, ale za to z widokiem na dolinę i ze znakiem drogi ewakuacyjnej z miasta przybitym do fasady. Tylko jak ten dom remontować skoro ulica ma szerokość małego Fiata?


        Więcej opowiadać nie będę, bo za długo wyjdzie. I za nudno. Jakby ktoś chciał poczytać o historii i zabytkach to tu jest link do włoskiej wikipedii i urzędu miasta.

        Polecam Piglio. Nawet i bez sagry. Choć cukierki z ricotty kupione na sagrowym straganie bardzo mi smakowały; ciasteczka z gorzkich migdałów, oraz kruche rogaliki z czerwonym winem też.

        Informacje kulinarne: okresie bezsagrowym w mieście można zjeść, ale lepiej wyjść za rogatki miasta (kierunek na La Formę) i dojść do Trattorii Lolli, którą wcześniej polecałam.
        Powered by Blogger.