może niekoniecznie BARDZO włoska, bowiem z Mediolanu pochodzi, a Mediolan to raczej taka trochę inna Italia. Ale niezależnie od procentów Italii w Mediolanie, atmosfery świątecznej było w nim z 99% (albo więcej): kilometrowa kolejka do Abercombie (aż dziwne, bo wydawało mi się, że Mediolan lubi modę inaczej), choinki, panettone i światełka, czyli dyskretnie, choć podobno z powodów gospodarczych a niekoniecznie z potrzeby odrapania świąt z pazłotka i sztucznego śniegu. Jeśli brak pstrokatych ozdób choinkowych, minimalistyczne i monochromatyczne dekoracje sklepowe to przejaw oszczędności w trudnych czasach to mogę jedynie wrzasnąć niech żyje kryzys!

I tym przydługim wstępem przechodzę do meritum, a więc życzeń świątecznych:
smacznego barszczu, chrupiącego karpia i szampana z dobrą nalepką oraz fajnych prezentów pod choinką.
 

PS: Włoszczyzna świętuje we wschodnim Lacjum, gdzie nie ma srebrnych światełek, a jeśli cokolwiek jest podświetlone to tylko dlatego, że ktoś gdzieś źle ustawił timer :-)

że moda, że buty, że via Napoleone. wie każdy. I jeszcze budynek Pirelli i secesja zwana Liberty. I neoklasycyzm, renesans, gotyk, styl lombardzki, czerwona cegła, Leonardo, Carraccio, Ponti, Bramante.


Ale na design (i sztukę) włazi się w Mediolanie na każdym kroku. A to kolorowa mozaika w tunelu (i powtórzona na wieży ciśnień przy torach kolejowych), a to wystawa krzeseł, kinkiet w palarni kawy, kolor tramwaju, rowery miejskie.

I moja ukochana igła - nitka - pętelka czyli rzeźba na Piazetta Cadorna, projekt projekt Claesa Oldenburga i Coosje van Bruggen. Zaś serce bezpowrotnie oddałam Fontannie Tajemniczych Łaźni Giorgio de Chirico za cudowne położenie (w tle faszystowskie łuki siedziby muzeum, które pojawiają się też w malarstwie de Chirico), rzymskiego herosa i pstrokatego łabędzia (ale bez Ledy).


Pewnie miłość, jak to z urlopowymi i delegacyjnymi romansami bywa, okaże się jednorazowym skokiem na bok, bo przecież w Mediolanie nie dotarłam do Brery, nie obejrzałam Wieży Valasca. I przede wszystkim nie zwiedziłam muzeum Marino Marini, którego kocham niezmiennie od lat.
próbuję się ogarnąć po podróżach zagranicznych. Jak na razie z tym ogarnianiem niezbyt idzie, bo wrażeń dużo i to niejako w dwóch wersjach językowych. Analizie wzruszeń i wkurwień nie pomaga buczenie pralki, włażące na plecy koty i ogólny burdel zwany przepakowywaniem walizek. W piątek ruszamy bowiem w kierunku Ginestry, więc jakieś porządki trzeba zrobić, choć woli brak.

W Ginestrze JC ma odpoczywać, ja mam nadrabiać zaległości w pisaniu, gdyż jak na razie moim jedynym sukcesem literackim jest tytuł i spis treści.

Ciąg dalszy prania gaci, czyli poniedziałek
lepiej. Pralka jakoś mniej przeszkadza, a obróbka skrawaniem zdjęć dała wymierne rezultaty: nie mam zdjęcia tramwajowego ratlerka, ale za to przypomniało mi się bollito misto z Morimondo.

Do Morimondo pojechaliśmy obejrzeć lombardzką bazylikę, przy okazji sprawdzając menu w Trattorii San Bernardo i rezerwując stolik na godzinę 20, co było posunięciem właściwym, bowiem na bollito do San Bernardo ściągnęły tłumy.  Jakby nie było Mediolan czcił nie tylko świętego Ambrożego, ale też i początek zimy. A zimą Lombardia je bollito.


Lombardzkie bollito z Morimondo (a trzeba wam wiedzieć, że są różne wersje bollito, tak jak są różne wersje bigosu, flaków i żuru) składało się z nóżek, kaszanky, kawałków koguta, ozorka i przerośniętych kawałków wołowiny. Do tego wszystkiego trzeba było sobie przynieść marynaty (cukinie, marchewki, kalafior, seler naciowy), salsa verde (oliwa, natka, orzechy i czosnek) oraz musztardę owocową z  bufetu wyszykowanego na środku sali. Zanim michy z bollito wjechały na stół podano nam miseczki z flakami gotowanymi z ziemniakami i fasolą oraz półmisek z głowizną.

Kaszanka, czyli sanguinaccio, była słodka, musztarda owocowa pikatna, marynaty w sam raz octowe i chrupiące, mięso odchodziło od kości. Nażarliśmy się po uszy, inaugurując tym samym i zimę i  moją pierwszą wizytę w Mediolanie. Inauguracja miała miejsce w Trattoria San Bernardo w Morimondo, via Roma 1 (tel. 02 94602192, zamknięci we wtorki), w środę, 7. grudnia. I od środy było coraz gorzej. Musiałam zjeść rosotto z szafranem i ossobucco, odwiedzić 4 kościoły, jeden klasztor, obejrzeć wystawę malarstwa Artemisii Gentileschi, przejść wzdłuż Naviglio Grande oraz próbować Grana Lodigiano, pić kawę i chrupać prażone ziarna kakao.

Powiedzcie sami, czy po tych wszystkich przejściach nie należy mi się współczucie i urlop? :-D
czasami lepiej byłoby nie mieć poczty internetowej. Dzisiaj, na przykład dostałam e-maila od Anny Marii: zmarła Zia Rita
Zia Rita, to mama Stefano, męża Annymarii.
Zia Rita to ta od od sklepu, który mieścił się w na parterze naszego domu;
ta od ślimaków w sosie pomidorowym:
ta odmawiająca różaniec w kuchni wtórując transmisji z kaplicy w San Giovanni Rotondo i przygotowująca kanapkę z solonymi sardelami i młodą cebulą.

U Zii Rity siedziało się pod ścianą w kuchni, słuchało opowieści o Padre Pio, piło kawę. witało sąsiadów wpadających na chwilę.
Od  trzech lat z kawałkiem dzwonimy, piszemy, faksujemy, informujemy i błagamy o umowę i rachunek. Bez skutku. Gaz nadal mamy za darmo.

W pewnym momencie ofiarowaliśmy się nawet zapłacić rachunek za emigrantów, którzy pomieszkiwali w Casa di Giuseppe po śmierci Giuseppe, którzy nigdy nie uregulowali w gminie rachunków za wodę, i którzy nadal wiszą ENI 557 euro i 61 centów. Ale ENI się nie zgodził. Zapisał tylko nasze dane, czyli numer paszportu, adres domu, numer codice fiscale i obiecał przysłać umowę i rachunek.

I tak od trzech lat z kawałkiem, umowę dostajemy za dwa tygodnie, a rachunek zaraz po podpisaniu umowy.

W czerwcu przyszedł list od ENI. Instalują nowe liczniki elektroniczne i czy moglibyśmy skontaktować się z przedstawicielem w sprawie ustalenia terminów. Nowy licznik elektroniczny to piękna i mądra rzecz, ale nie jest mądrze zainstalować sobie coś, co pozwoli komuś w biurze odciąć nam gaz za jednym pstyknięciem guziczka tylko z tego powodu, że od trzech lat z kawałkiem nie płacimy rachunków za gaz.

Zadzwoniliśmy do ENI od liczników, że my chętnie i wogóle, ale czy moglibyśmy najpierw dostać rachunek? Okazało się, że ENI od liczników (biuro w Turynie) za rachunki nie odpowiada. Za umowy o gaz też nie. Z telefonu stacjonarnego Annymarii (my takowego nie mamy z racji nieuregulowanych rozmów emigrantków z krajem rodzinnym) zadzwoniliśmy na 800 700 600. Rachunek? Ależ jak najbardziej. Proszę tylko podać nam numerki z licznika. Będzie w skrzynce za dwa tygodnie.

Sprawę umowy i darmowego gazu wieś już omówiła dokładnie. Wszyscy są zgodni: nie ma co dopominać się o rachunek i udać, że się nic nie wie o planach modernizacji liczników. I cieszyć się, że nawet jeśli rachunek przyjdzie to nie będzie to rozliczenie za trzy lata z kawałkiem. W komputerach ENI gaz pobieramy od 28. maja 2010 roku i wieś uważa, że nie ma co bawić się w prostowanie i wyjaśnianie, bo to w ogóle nie eleganckie.

W opinii Renato powinniśmy dać na mszę w intencji i podziękować Padre Pio, bo tylko za wstawiennictwem świętego można dostać prezent w postaci darmowej dostawy gazu przez trzy lata z kawałkiem.

nasi w liguryjskim Monterosso. I obwieścili coś światu. I jak tu nie być dumną z rodaków?

od 19. listopada br. z powodu Ginestry, Warszawy i Mediolanu dostawa w włoszczyzny zostaje ograniczona do minimum na okres trzech tygodni. Wiernych czytelników informuję, że nie jest to zasłużony urlop a ciężka praca, gdyż jadę:
  • zbierać oliwki (wersja pierwotna) lub szukać tratturi (wersja nowa poprawiona na wypadek braku oliwek), 
  • spotkać się z wydawcą, właścicielką galerii, miłośnikiem Wenecji i opery oraz właścicielką moich krzeseł kinowych
  • oraz poznawać nieturystyczny Mediolan
czytamy Make Life Harder, o którym to projekcie dowiedzieliśmy się z Gazety i dzięki temu szukamy kul wersji łańcucha Gagarina i nowego kaloryfera (obecny przypala grzanki z serem, ketchupem, pesto i świeżymi kaparami bez pesto i kaparów).
Katedra w Trydencie i Il Mart w Rovereto

Włochy to nie tylko powiew historii, miasteczka na wzgórzu, wypłowiałe tynki rozmawiające z cyprysami o zachodzie słońca, butelka po chianti ze świeczką, O Sole mio i inne takie klimaty.

Dla tych, którzy lubią od czasu do czasu popatrzeć na współczesność, oto lista, niekoniecznie wyczerpująca, włoskich muzeów sztuki współczesnej:

Piedmont
Castello di Rivoli Museo d'Arte Contemporanea w Rivoli
CeSAC Centro Sperimentale per le Arti Contemporanee w Caraglio
GAM Galleria d'Arte Moderna e Contemporanea w Torino (Turyn)
CRAA Villia Giulia; Verbania

Emilia-Romagna
Galleria Civica w Modenie
MAMbo, Bologna (Bolonia)


Lombardia
Centro per l'Arte Contemporanea Luggi Pecci w Mediolanie
Museo del Novecento w Mediolanie
PAC - Padiglione d'Arte Contemporanea w Mediolanie
GAMeC, Bergamo
MA*GA w Gallarate (Varese)

Trentino/Górna Adyga
Fondazione Galleria Civica - Centro di Ricerca sulla Contemporaneita w Trento (Trydent)
Il Mart, Rovereto
Merano Arte w Merano/Meran
Museion w Bolzano/Bozen

Veneto
Galleria d'Arte Palazzo Forti, Verona (Werona)

Friuli - Venezia Giulia
GC.AC w Montefalcone

Lazio
GNAM w Rzymie
MACRO w Rzymie
Fondazione MAXXI w Rzymie 

Marche
Centro Arti Visive Pescheria w Pesaro


Toskania
Museo Marino Marini we Florencji
Palazzo Fabroni/Arti Visive. Pistoia
SMS Contemporanea; Siena


Campania
PAN|Palazzo delle Arti Napoli
w Neapolu Castel Sant'Elmo i Museo di Capodimonte miewają tymczasowe wystawy sztuki współczesnej. Do sprawdzenia na stronie MIBAC - SPMN

Sardynia
MAN w Nuoro



Włosi to śmierdzący lenie ogłosiła na forum pewna panna. Bezczelnie zamykają sklep o 13tej, a jej znowu zabrakło soli. Inna chciałaby pracować do 16, czyli nie tak jak Włosi, do 20, z dwugodzinną przerwą na obiad. Ona akurat chce mieć czas na inne, niż tylko praca, zajęcia. Chociaż i ona narzeka na ten paskudny włoski zwyczaj umawiania się na 9, przychodzenia o 11. A ona, biedna, wyjścia nie ma, bo choć kocha niemiecką punktualność i szwajcarską precyzję, to równie mocno kocha męża, który jest Kalabryjczykiem. 

No wzruszyłam się! Jedna cierpi bo nie może ugotować obiadu. I boli ją, że ludzie nie chcą być pracowici. Druga cierpi z powodu  niedogodnych godzin i z miłości, która wszystko wybaczy. Nawet bycie Kalabryjczkiem. A ja cierpię, bo siedzę na kanapie z laptopem i czytam głupie posty :D


W wsi wesele: Berlusconi podał się do dymisji. Idę odbijać butelkę i zaczynamy świętować!

Corriere della sera
Wyborcza
La Repubblica
dzisiaj uczyliśmy się jak robić razem zdjęcia: ja i mój nowy stary (czyli używany) aparat. Poszliśmy w plener. Aparat robił co chciał, a ja próbowałam nadążyć.

Schliersee

ponieważ ostatnio wyczerpała mi się inwencja i piszę tylko albo o zwiedzaniu, albo o gotowaniu, albo o obserwacjach włoskiego społeczeństwa, a jedyna próba pochwalenia się oczytaniem i znajomością blogosfery została ostro skrytykowana jako chamska, więc się przejęłam. I postanowiłam nauczyć się klasy. A jak można mieć klasę gdy pisze się na laptopie Dell Inspiron 6400, w którym zacinają się literki? Jak można pochwalić się elegancją stylu, gdy jako monitor ma się Fujitsu, i to analogowy?  Tak więc jako osoba z przyszłą klasą kupiłam sobie Toshibę (wiem, że więcej klasy miałabym z MacBookiem), dodatkową pamięć (no cóż, mózg mam pięćdziesięcioletni, a więc starej generacji; dodatkowe terabajty przydadzą się) i podkładkę pod nową myszkę. W związku z nowym osprzętowaniem wiążę wielkie nadzieje, zwłaszcza że tworzę przy okazji alternatywny imidż korzystając z Linuxa (Kubuntu).


 A tak w ogóle to jako osoba poszukająca klasy tydzień temu byłam w muzeum. I obejrzałam wystawę pokazującą nurty awangardy włoskiej. Ale ponieważ najbardziej podobały mi się obrazy L. Fontany i granat w biblii młodego neapolitańskiego artysty, więc nie wiem, czy jestem trendi i mam klasę, czy nadal pozostaję nieociosanyzm wieśniakiem i to w dodatku antyklerykałem?


Cantina Tramin, Alois + Tenutae Lageder, Elena Walch

można dyskutować (a wierzcie mi, dyskutowaliśmy przed dni dwa, aż się mam wino skończyło) czy wina z Górnej Adygi warte są ceny, którą się za nie płaci. A płaci się dużo.

I ile w tym kosztuje samo wino, a ile zaprojektowane opakowanie, ikony designu poustawione w winiarni, budynek ze stali i szkła, który jakoś pasuje i do winnic, i do Dolomitów, i do tyrolskiej achitektury miasteczka?

Cantina Tramin, Elena Walch, Abbazia di Novacella

Można się sprzeczać (a wierzcie mi, sprzeczamy się od dwóch dni) czy Kastelaz (gewürztraminer od Eleny Walch) wart jest 26 euro, które za niego zapłaciliśmy i czy lagrein  Lagedera wart jest zjazdu z autostrady. Nie mam jednak najmniejszej  wątpliwości że i do Magreidu (wł. Magré) i do Traminu (wł. Termeno) zjeżdża się z autostrady nie po to by pić, ale by patrzeć. I podziwiać. A jak ma się niezagospodarowane środki, to wino też można kupić. Złe napewno nie będzie, a estetyczne uczucia obudzone przez designerską butelkę wynagrodzą ból konta bankowego i ból głowy po sesji degustacyjnej z butelkami gewürztraminera w roli głównej.

Alois + Tenutae Lageder
loc. Tor Löwengang
v.lo dei Conti, 9
39040 Magré/Margreid (BZ)
www.aloislageder.eu

Cantina Tramin
Strada del Vino, 144
39040 Termeno/Tramin (BZ)
www.cantinatramin.it

Elena Walch
via A. Hofer, 1
39040 Termeno/Tramin (BZ)
www.elenawalch.com

Abbazia Novacella
fraz. Novacella
via dell' Abbazia
39040 Varna/Vahrn (BZ)
www.abbazianovacella.it
przy takim Trentino nasze Lacjum wygląda jak Opel kombi przy Audi A8, lub jak, nie przymierzając, moje zielone trampki przy butach Prady: Trydent odmalowany i pachnący świeżością. Rovereto się stroi: najładniejsze domy przy Piazza Rosmini zasłonięto rusztowaniami, wyświechtane Borgo Santa Maria straszy nowymi pastelowymi tynkami, a nasz ulubiony most przez Leno ocementowano, pozbywając się i drewnianej balustrady i skrzynek z pelargoniami, w których kiedyś wiedzieliśmy buszujące kolibry. Popatrz jakie duże pszczoły, powiedział wtedy JC.


Wystarczy jednak ruszyć się z Trydentu lub Rovereto w kierunku wschodnim i czar pryska. Całe wioski na sprzedaż. Dlaczego? Ano dlatego, że w latach 70., gdy śniegu było jakby więcej i leżał jakby niżej, postanowiono się zmodernizować i wzbogacić na narciarzach. Pobudowano wyciągi, hotele, restauracje. Tylko jakoś nikt nie wyliczył, że dwa miesiące w roku nie wystarczą by to wszystko utrzymać. Zaczęły się problemy, ale nie wyciągnięto z nich wniosków. A gdy przyszło opamiętanie, było już za późno. Ci, którzy mogli, podjechali w górę, gdzie śnieg leży dłużej, lub w dół, gdzie jest praca.  Eli mówi (a wie co mówi, bo jej ojciec pochodzi z Trentino), że dawne wioski narciarskie z zawiścią patrzą na tych, którzy w latach 70. nie chcieli przeć do nowoczesności. To do tych „wiejskich ćwoków, zacofanych pastuchów, nie kumających postępu” jeżdżą turyści na wiejskie sery, fotografowanie owiec i noclegi w drewnianych - a nie w betonowych - chałupach.
na imię dano mu Santa Maria di Cartignano. I było to chyba jeszcze za życia Benedykta z Nursii, który podobno miał w okolicy swoją pustelnię lub inną chałupkę. Ale może to być tylko taka miejscowa legenda, aby dodać prowincjonalnemu klasztorowi odrobinę znaczenia. Faktem jednak jest, że Santa Maria di Cartignano, gdy jeszcze był klasztorem, należał do zakonu benedyktyńskiego, a powiązany był z samym Montecassino. Jak wyglądały jego losy za rządów benedyktynów, trudno powiedzieć, zwłaszcza że klasztor żył z dala od najważniejszych nurtów.

Bez wdawania się w dyskusje na temat dokumentów, władców, nadań i rozkładu sił w regionie, przeskakujemy do XIII wieku: kościół, a właściwie klasztor, ma prawie 200 lat. Należy do Celestynów, zakonu jak najbardziej miejscowego, gdyż założonego w 1264 przez benedyktyna Pietro, zwanego Morrone, w Maielli,  położonego jakieś 20 km w linii prostej od Santa Maria di Carignano.

Celestyni zaczynają swój żywot jako zakon mnisi oparty na regule benedyktyńskiej, wspartej zasadami franciszkańskimi (ubóstwo i pokora) oraz ascezą kamedułów i grandmontanów. Najwyraźniej Celestynów, choć są zakonem wpływowym i wspieranym przez Andegawenów,  nie interesują nowinki architektonicznie, gdyż kościół - wtedy już trójnawowy -jest zdecydowanie niemodny. W wieku XIII panuje moda alla Cystersi, a więc krużganki, ozdobne i smukłe kolumny, świetliste wnętrza. Tymczasem Santa Maria di Cartignano ma przysadziste kolumny i fasadę, a łuki nawet nie próbują zwiastować strzelistości.

Wpływy Celestynów skończyły się jakieś 200 lat później, a sam zakon rozwiązano początkiem XIX wieku. Kościół próbowano jeszcze raz podźwignąć, ale chyba nic z tego nie wyszło, gdyż poza liściem konopii indyjskich wyrytym na ołtarzu, Santa Maria di Cartignano zachowała swój dawny urok: minimalistyczne rybki płyną na głowicach kolumn, apsyda nadal jest romańska, okienka przypominają szczeliny.

Celestyni: http://portalwiedzy.onet
Santa Maria di Cartignano: http://www.museonazionaleabruzzo.beniculturali.it
adres: przy SS153, w Bussi sul Tirino, Abruzja


Gnaliśmy jak wiatr SS153 za Ape zwożącą z gór kamienie, gdy po prawej stronie drogi pojawiły się wieże kościoła, jakieś portale, zwieńczenia łuków i wyraźny brak dachu. Ape skręciła w lewo w kierunku stawów hodujących gamberetti i le trote, a my pojechaliśmy dalej. Chcieliśmy zdążyć przed południem do kościoła św. Klemensa (S. Clemente in Casauria). Obiecaliśmy jednak, że wrócimy.


Udało mi się, mimo prób wycofania mnie z obiegu, dożyć pięćdziesiątki. Gdybym urodziła się  dwadzieścia lat wcześniej, jeśli nie załatwiliby mnie Niemcy, padłabym na szkarlatynę; prawdopodnie nie przeżyłabym różyczki, odry, świnki lub bakteryjnego zapalenia krtani. Na szczęście urodziłam się wtedy kiedy się urodziłam, antybiotyki były już na rynku, a przyroda jeszcze się nie zorientowała, że nasyłanie morderców niekoniecznie eliminuje przeciwnika gdy ma on po swojej stronie penicylinę.

Tak więc jestem żywa i zdrowa; odpukać w niemalowane drewno (lub po włosku - w żelazo). Nawet się dobrze trzymam  na swój wiek, choć farba mi odłazi tu i ówdzie.  W życiu też dobrze: sprzedałam  serię akwareli, chcą bym napisała dla nich książkę, nie widuję się z bratową, a jutro jadę świętować 28. października kolacją w Pettirosso. Będzie nas czworo (Beata, Peter, JC i oczywiście ja) na kilka butelek wina; czworo do risotto z prawdziwkami (lub polenty razowej), czworo do tagliaty di manzo lub nadziewanej perliczki, czworo do deski serów, miejscowych wędlin, sałatki z wędzonym pstrągiem i winegretem cytrusowym. Dzień po, kelnerka postawi przede mną filiżankę z porannym cappucino, a na kolację najprawdopodobniej pójdziemy do Lo Scrigno del Duomo.

Wracam w niedzielę. Wracam do dłubania przy konspekcie książki, użerania się z ENI, malowania obrazów oraz zmiany kolorów. Ten odłażący róż to jednak nie ja :-)

między przedwczorajszą notką o kulinarach Ligurii a dzisiejszym tekstem o urodzinach, przyroda rozprawiła się i z Monterosso, gdzie jedliśmy ryby, i z kolorową Vernazzą.  Jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, sierpniowe zdjęcia z Vernazzy i z Monteroso mają w tej chwili wartość historyczną.
nie przyznawajcie się, że wiecie to ode mnie, ale Liguria leży nad morzem :-) . Patrząc bowiem na listę tradycyjnych potraw liguryjskich trudno się tych dwustu iluśtam kilometrów wybrzeża morskiego dopatrzeć. Podobno dlatego, że wody liguryjskie są ubogie w ryby (tak twierdzi Anna del Conte). Ja tam ryb w morzu nie liczyłam, ale nawet jeśli ryb jest dużo, to nie znaczy, że przeciętnego liguryjczyka było na nie stać.

Tak więc na przysłowiowym liguryjskim stole stawiano gar zupy rybnej (czasami był to ciuppin, a czasami buridda), być może jakieś kalamary nadziewane, pastę z dorsza, marynowane sardynki (z których najsławniejsze są te z Monterosso), ale raczej niewiele więcej. Mięso też jedzono od święta, bo Liguria pastwiskami nie stoi. Eli mówiła mi, że jej babcia pochodząca z okolic La Spezia, pierwszy raz w życiu jadła masło i ser z mleka krowiego gdy poszła na służbę do bogatej rodziny w Piemoncie. Babcia Eli w liguryjskim epizodzie swojego życia krasiła potrawy oliwą, zbierała zioła w górach, hodowała króliki na mięso, gotowała troffie z ziemniakami i fasolką szparagową, lasagnę układała z płatów makaronu i pesto, a makaron zagniatała z mąki i wody


Troffie z pyrami i fasolką ugotował nam kolację Livio. Fabrizia podała marynowane sardynki z Monterosso. Ryb spróbowaliśmy w Monterosso al Mare: obryzaliśmy smażone na głębokiej oliwie sardynki, dzieliliśmy się filetami ryby zwanej w miejscowym dialekie lama, a gdzie indziej we Włoszech nazywanej spatola ligura (czytaj: pałasz ogoniasty), zaś tradycyjne potrawy liguryjskie jedliśmy w  restauracji Amici w Varese Ligure, do której zaprosili nas Livio i Fabrizia, rodzice Eli.

Spróbowaliśmy więc nadziewanego chlebem i ziołami żołądka jagnięcego, czyli jedliśmy cima ripiena. Cimę robi się też z podbrzusza jagnięcego lub cielęcego. A podaje się z marynowanymi warzywami lub wytrawną owocową konfiturą. Oprócz cimy były jeszcze krokiety z podrobów - stecchi, do których dodaje się podobno również jądra kogucie; minestrone z pesto, królika z oliwkami i orzeszkami piniowymi, kilka rodzajów torte di verdure, a więc tart z warzywami, grzanki z kawałkami dojrzałej słoniny, croxetti z sosem piniowym, troffie z kwiatami cukinii.

Nie udało się nam jednak sprobować najbardziej znanej liguryjskiej potrawy czyli cappon magro. Zimą musimy wrócić na krupnik zwany mesciuà (pisana tez mesc-ciuà ).


Ristorante Amici, via Garibaldi 80, 19028 Varese Ligure (SP), wwww.albergoamici.com

Przepisy kuchni liguryjskiej oraz etymologię co barwniejszych nazw potraw można znaleźć w:
  • Classic Food of Northern Italy, Anna del Conte, wyd. Pavilion, 2004
  • La grande cucina regionale: Liguria. Corriere  della Sera, 2005
  • Il Cucciaio d'Argento: Cucina Regionale; Editoriale Domus, 2008
  • oraz na stronie: http://www.moldrek.com/liguria.htm


Włosi nie piją bruderszaftów. Od dopiero co poznanej osoby nie doczekasz się ’to może będziemy na ty?”. Włosi są subtelniejsi. A ty masz umieć odczytywać znaki.

Pytają come si chiama? Powiesz: mi chiamo Maja i jesteście na ty.  Przedstawisz się sono Maja Stoop i zostajesz la signora.

Wszystko to wytłumaczyła w sobotę Eli. JC uczy się od niej podstawowego włoskiego. A ja, pochylona nad Polityką i bezczelnie podsłuchująca, próbowałam sobie przypomnieć, czy odczytałam poprawnie ginestrowskie sygnały i czy naprawdę jestem z Gino, Renato, Annamarią, Luccą i Stefano na ty, a z Giną na Pani, czy powinno być zupełnie odwrotnie :-)

Na szczęście uścisk ręki i jest mi miło wydaje się być pozbawiony podtekstów. Piacere wystarczy. Albo zamiast piacere: molto lieta (jeśli mówisz jako Maja) lub molto lieto (jeśli masz na imię JC).

Powyższe zasady dotyczą sytuacji prywatnych. Dla malarza malującego od tygodni trzy piętra naszego domu pozostanę la signora Stoop, choć piliśmy razem kawę i słuchaliśmy Pavarottiego siedząc na pudłach z książkami. Ale mam mówić do niego Gianfranco, choć wiem że nazywa się Cozze.

Karolek ma już dwa lata. Wydoroślał i wypracował metody kontrolowania tłumu: Brunettiego gryzie, Paolę ignoruje, Lucka ustawia po kątach. Uwielbia skórki pieczonych pomidorów, rozmaryn i soczewicę.

Brunetti interesuje się kuchnią, czyli tym co jadł i co będzie jadł. Najbardziej lubi jagnięcinę, choć mortadellą nie gardzi.


Paola ostatnio mieszka pod pokrowcem fotela.

Lucek uwielbia Włochy, zwłaszcza w słońcu :-)
Mniszkówna Helena wiecznie żywa jest. Ta specjalistka od żądz wypełzających na usta i ordynata w uprzęży powróciła w wielu wcieleniach i pisze blogi.  Od miesięcy wycinam z nich ulubione cytaty. Teraz chcę się nimi podzielić. Nazw blogów jednak nie podaję, gdyż nie chcę Mniszkówien (i Mniszków) deprymować. A nuż kupią sobie słowniki poprawnej polszczyzny, zaczną zastanawiać się nad składnią i czar pryśnie. 

zagęszczona znaczeniami atmosfera
  • Niezwykle mistyczne deszczem krajobrazy
  • Upalnie snuliśmy się po wyludnionym miasteczku
  • mały chłopczyk na rowerku rozbijał pustkę uliczek
  • Wokół placu gęsto przysiadły domy
  • ciągle na mym uniesieniu cieniem kładzie się fragment historii Włoch
  • A czasem nie mówić nic i poszukać ciszy, która nie rani i nie dzieli
  • słońce leniwie opuszcza niebo nad miastem


pod powiekami zostały rzeźby
  • spijał z ust przewodnika każdą informację
  • Tym razem piękna dopełniał, a właściwie przepełniał już i tak jego ogrom wspaniały chór
  • stworzone aby zachwycać, nawet gdy stuletni tynk zmęczony uderza już o chodnik

dzięki za energetyczne słowa
  • żer dla ciekawskiego nosa
  • Ja jestem skrajnym przeciwnikiem cukru
  • moja babska ciekawość wzrasta w postępie geometrycznym
  • czas już naglił umówioną godziną
  • sofrito czyli posiekane warzywka
  • W końcu znaleźliśmy ratunek, mój był w postaci loda
  • 700g zblendowanych pomidorow


Obfitość wszelka i w stopnie Celsjusza i w dobra wszelkie
  • czekamy w wielkiej niecierpliwości
  • reszta ścian jest niedostępna oglądowi
  • z odwagą zaatakowaliśmy dwa dania
  • Uratujmy to, co może zniknąć pod ciężarem własnej starości
  • uniknąć przewiania na skroś, przez wszystkie moje skromne zwoje mózgowe
Te ostatnie zdjęcia ciągle mi szumią w głowie, mózg się ściska do bólu




Teksty pisane czarnym drukiem  pochodzą z blogów. Naprawdę.

Może i  takie wirtualne karmienie to raczej znęcanie się nad głodnymi, zwłaszcza w porze obiadowej, ale przestrzeganie zasad ateistów nie obowiązuje, jako iż pojęcie moralności  uczuć wyższych jest  ateistom, informuje portal mocno wierzący, kompletnie obce; więc nie czuję się zobowiązana, choć co nieco mi się  o uszy obiło: na przykład to, że powinnam nagich przyodziać i podróżnych w dom przyjąć. Do domu jak najbardziej, choć lubię gości polecanych przez kogoś, z przyodziewaniem nagiego trochę gorzej, bo ja na nagie ciała patrzeć lubię (zwłaszcza gdy są dobrze uformowane), ale z karmieniem nie ma problemu, zwłaszcza gdy wpadniecie do Ginestry we wtorek lub piątek, bowiem w jednym z tych dni jemy na kolację zuppa di pesce, która zupą jest jedynie z nazwy.

Najprawdziwsza zuppa di pesce składa się z minimalnej ilości płynu oraz maksymalnej ilości ryb i owoców morza. Ryb powinno być ze cztery gatunki (nazw wam nie podam, bo ich po polsku nie znam, a po włosku nie pamiętam) a do tego owoce morza (krewetki, kałamarnice, małże, ośmiorniczki, sercówki) i pomidory. A wszystko to ułożone "od niechcenia" w głębokim półmisku wyłożonym zrumienionymi grzankami, które pięknie wchłaniają sos.

A jak na stoisku w Osteria Nuova zabraknie składników na zuppa di pesce to ugotuję wam krewetki z fenkułem i białym winem. I nawet ścierki do wytarcia łapek podam, bo obieranie krewetek to brudna robota.

I krewetki i zuppa di pesce na zdjęciu. Smacznego :-P

Przepis na zuppa di pesce: świeżutkie ryby i owoce morza, kilka pomidorów obranych ze skórki i pokrojonych w grubą kostkę, niewielki ząbek czosnku, trochę białego wina, kawałek ostrej suszonej papryczki, garść pietruszki, kilka grzanek z dobrego chleba. Na oliwie podsmażyć czosnek i pietruszkę, wrzucić pomidory, wlać wino. Gdy pomidory zaczną puszczać sok, zacząć dodawać owoce morza, zaczynając od tych wymagających najdłuższego gotowania, czylii ośmiorniczek i kałamarnic. Dodać ryby, oczyszczone ale nadal z głowami, krewetki oraz ugotowane wcześniej w białym winie małże i sercówki (płyn z gotowania przecedzić i odparować tak by pozostało tylko kilka łyżek wywaru, który dodaje się na początku, czyli w fazie początkowej robienia pomidorowej bazy potrawy). Pomijając czas potrzebny na czyszczenie skorupek, obskubywanie wąsów z krewetek i tym podobnych czynności, gotowanie zuppa di pesce zajmuje niecałe 45 min. 


Przepis na tę zupę pochodzi z Apulii.
na pchlim targu w Irlham znalazłam perełkę. Czerwona była, z końcówkami pięknie chromowanymi. Stała sobie na polu zamienionym (tymczasowo) na parking. Poleciałam ją sfotografować, gdyż nigdy do tej pory nie udało mi się zobaczyć Isetty na żywo. Nie wystawiano jej na sprzedaż. Może to i dobrze, bo ja jestem bankowo do tyłu, a jest Isetta - oprócz różowej Vespy - mrocznym przedmiotem mego pożądania. I nawet nie upierałabym się przy kolorze, jeśli tylko byłby czerwony.


Isetta z Irlham to produkcja niemiecka, a konkretnie BMW, ale zaprojektowali ją Włosi, tak z resztą jak  Vespę i inną ikonę designu - Ape. Isetta, czyli zdrobnienie nazwy  Iso - producenta m.in. lodówek , to projekt z 1952 roku duetu Ermenegildo Preti - Pierluigi Raggi. Ich Isetta miała dwusuwowy silnik, paliła 5,6 litrów na 100 km i można ją było schować w kieszeni :-) Napewno mieściłaby się w bagażniku jakiegoś współczesnego wypasionego SUV: miała bowiem jedynie 229 cm długości i 137 cm szerokości. Wsiadało się do niej od przodu, a w razie wypadku kierowca mógł się ewakuować przez dach. Jako że silnik Isetty pochodził z motorowerów produkowanych również przez Iso spA, nie rozpędzała się za bardzo: aby osiągnąć prędkość 50 km/h potrzebowała 30 sekund, a wyciągnąć z niej było można maksymalnie 75 km na godzinę. Iso wypuściła na rynek dwa modele Isetty: Turismo z półką na walizkę i Autocarro czyli samochód dostawczy. I o ile Isetta Turismo przegrała z Fiatem 500 i zaprzestano jej produkcji już w roku 1956, to we Francji Velam Isetta żyła do roku 1958, podobnie z resztą jak w Hiszpanii, gdzie popularnością cieszyła się wersja dostawcza Autocarro. Isetta przypadła do gustu w Niemczech. Zacząło ją produkować BMW.

Niemiecka wersja Isetty, czyli ta którą widziałam w Irlham, zachowała nazwę i sporo z wyglądu, ale technologicznie była już innym samochodem. Isetta 300 i Isetta 250 (i krótkotrwale Isetta 600, większa siostra miniaturowej dwustopięćdziesiątki i trzysetki) miały jednocylindowy silnik czterosuwowy, wyciągała prawie 90 km na godzinę, a paliła jedynie 3 litry na 100 km. Niemcy dodatkowo zainstalowali ogrzewanie (którego we włoskiej serii nie było), lampy po bokach, a jeździć nią mogli posiadacze karty rowerowej. Isettę, także w wersji luksusowej czyli z przesuwanymi oknami, BMW produkowało do 1962 roku.

I to by było na tyle. Nie znalazłam informacji ile Isett wyprodukowali Włosi. BMW wypuściło ich na rynek 161,728.

Dodatkowe informacje:
Isetta po polsku
na blogu o Isetcie
włoszczyzna o Ape i o Vespie
jest sos z fasoli. Jadłam go rok temu w La Pergola w Gesualdo (tutaj link z adresem) i teraz postanowiłam go odtworzyć, bo sos z fasoli i suszonych prawdziwków pasuje mi do pory roku. Sos się udał. I choć zrobiłam go z ciecierzycy (co dało mu lekko ziarnistą konsystencję) to był na tyle smaczny, że wszedł przebojem na listę najważniejszych sosów mojego życia. Czyli kulinarna wersja Ruchu Palikota :-)

Przepis na sos do 1/2 kg makaronu:

Namoczyć i ugotować 1/4 kg ciecierzycy (choć inna fasola też może być), dodając doń garść suszonych prawdziwków* i soląc tuż pod koniec gotowania. Osobno przesmażyć na oliwie drobno posiekaną cebulę, kilka ząbków czosnku, kilkanaście igiełek rozmarynu i garść posiekanej natki.

Z ugotowanej fasoli wygrzebać plasterki prawdziwków. Prawdziwki posiekać drobno, fasolę wraz z płynem zmiksować,  dodać do niego posiekane grzyby i podsmażoną cebulę, wlać kilka łyżek świeżej oliwy dla odświeżenia smaku. Sos dodatkowo rozcieńczyć kilkoma łyżkami wody od gotowania makaronu (ma mieć konsystencję jogurtu).

No i makaron: najbardziej pasuje sosu mezze maniche rigate lub inne duże muszle. Na pewno nie spaghetti ani też drobne rurki: sos jest za ciężki.

*Jeśli mamy szczęście bycia właścicielem prawdziwków świeżych, to można sobie darować gotowanie fasoli z suszonymi grzybami, a prawdziwki pokrojone podsmażamy z cebulą.

Mogę pochwalić się sporą kolekcją natręctw. Jednym z nich jest obsesyjne skupowanie książek kucharskich (bowiem korzystam tylko z trzech :-)). Mam ich (książek) chyba więcej niż natręctw, więc do leczenia zamkniętego jeszcze się nie kwalifikuję, co bardzo cieszy mnie i amazon dot co dot uk oraz abbe books. Ostatnio na półkę trafiły trzy (prawie) nowe włoskie książki kucharskie: Jamie's Italy, Francesco's Kitchen i Two Greedy Italians.


I o ile książka Jamiego i dwóch chciwych Włochów (Antonio Carluccio i Gennaro Contaldo) to dobre wprowadzenie do smaków (i klimatów) regionów, to Francesco’s Kitchen (napisana przez Francesco, potomka arystokratycznego rodu weneckiego Da Mosto) pełna jest nie tylko przepisów, ale również i przypisów oraz ciekawostek o historii weneckich kulinariów. Tylko dlaczego musi być ona taka brzydka? Niby z fotografiami, ale rozkład książki, rodzaj czcionki i kolorystyka odbierają apetyt.

Książki Jamiego nie muszę chyba omawiać. Znana jest wszystkim, chociażby z powodu kontrowersyjnego zdjęcia przedstawiającego tuszkę jagnięcą, obdyskutowanego nie tylko w Anglii ale też i na gazetowym forum Kuchnia. Osobiście do realizmu nic nie mam, fotografie Davida Loftusa i Chrisa Terry bardzo mi się podobają, podobnie z resztą jak o dobór przepisów. Jeśli miałabym się doczegokolwiek przyczepić to jedynie do języka wypowiedzi. O ile lubię język blogosfery (m.in. radosne słowotwórstwo Wojtka Orlińskiego) to luzackie sformułowania Jamiego, ocierające się o bełkot, irytują mnie bardzo.

No i książka dwóch Włochów: przede wszystkim ciekawe przepisy (czasami w stylu elementarzowym). Zaznaczyłam sobie do zrobienia wkrótce salsę al pomodoro con gli aromi, pollo casalingo al vino bianco i patate arraganate. Zdjęcia też niekulawe (robione przez Chrisa Terry), choć miejscami ckliwo-sentymentalne i przewidywalne.

Tydzień temu dokupiłam do kolekcji Italia BuonPaese Clary i Gigi Padovanich. Masa ciekawostek o wykluwaniu się pojęcia kuchni włoskiej, historia kawy, pomidorów, pizzy, lodów, czyli wszystko co chciałoby się wiedzieć o kulinariach Włoch, choć przepisów w niej raczej nie ma.  Dodatkowym plusem książki jest jej przystępny język, co dla mnie - męczącej od dwóch tygodni Le Case Cesaro Pavese - jest istotne.

I jeśli już o książkach kucharskich mowa: za żadne skarby nie dajcie się skusić na Kuchnię włosko-polską i polsko-włoską Małgorzaty Caprari (wyd. KDC). Chyba że lubicie przepisy zawierające zupy w proszku, kukurydzę z puszki i granulat sojowy.

  • Italia Buonpaese. Gusti, cibi e bevande in 150 anni di storia. Clara e Gidi Padovani. Blue Edizioni, 2011
  • Two Greedy Italians. Antonio Carluccio and Gennaro Conaldo. Quadrille Publishing, 2011
  • jamie's italy. Jamie Oliver. Michael Joseph, 2005
  • Francesco's Kitchen. An intimate guide to the authentic flavours of Venice. Francesco da Mosto. Ebury Press, 2007.


1.
Widziałaś jakie drobne i pomarszczone oliwki? Mało deszczu.

2.
Deszczu nie mamy od połowy czerwca. Oliwki spadały z drzew.

3.
Ale jak mało deszczu to dobrze?
Dobrze, bo wtedy może i oliwy mniej, ale smak jest bardziej skoncentrowany.

4.
To co, susza się przysłużyła, bo będzie mniej wody w oliwkach?
E tam, wodę i tak się odwirowywuje

5.
Jutro ma być załamanie pogody.
Więc będzie lepiej?
Lepiej nie, ale może nie będzie gorzej.

6.
Widziałaś jak wczoraj padało? Oliwki z drzewa spadały. Wszytko przez załamanie pogody.  

7.
Luca, a ty masz drzewka oliwne?
A co, chcecie kupić? Bo znam takiego co chce sprzedać

8.
Ponad połowa oliwek nie jest zbierana. Młodym się nie chce. Mówią, że nie się opłaca. Ale to lenistwo. Popracuje jeden z drugim w polu przez dzień, dwa, a trzeciego idzie do lekarza. W plecach go łamie. Na budowie tak samo.

9.
Po co mam pracować w polu, jak oliwę kupię od sąsiada? W dobrym roku płacę 7 euro za litr.

10.
Teraz będzie drożej.
Dlatego że susza?
Nie tylko. Ludziom się nie chce zbierać oliwek.

11.
To w tym roku wcześniejsze zbiory?
Tak. Chyba że będzie załamanie pogody.

12.
No w tym roku to wcześnie oliwki zbierzemy.
Pewnie w połowie listopada się zacznie

13.
To do zobaczenia na zbiorach, za 4-5 tygodni.
Za 4 to nie, pewnie za 5, a najpewniej za 6-7

14.
Czyli zbiory w połowie listopada?
Tak. Albo pod koniec.


Reasumując:
  • Na zbiory jedziemy któregoś listopada.
  • Może trochę wcześniej, może trochę później.
  • Będziemy mieli co zbierać, chyba że deszcz nie spadnie.
  • Albo nie będzie czego zbierać, bo deszcz spadnie.
  • Oliwa, jeśli w ogóle będzie, to będzie albo dobra, albo zła, niezależnie od pogody.
Jak podają miarodajne (a może tylko wiarygodne?) źródła, ceny Tuber magnatum pico czyli Bianco preggiato, znanej jako biała trufla piemoncka, będą wysokie. Sezon na trufle dopiero się rozpoczął, a za 100g giełda truflowa płaci już ponad 310 euro (mówimy tu o truflach średniej wielkości, czyli 20 - 25g). Co będzie dalej? Wygląda na to, że zostanie pobita cena z roku 2008, gdy za 100 g płacono 450 euro.

Oczywiście można zrezygnować ze spekulacji giełdowych i pójść po własne trufle. Przydatny jest pies (podobno) i okolice Alby (napewno). Jak podaje Centro Nazionale Studi Tartufo Tuber magnatum pico lubi się z dębem szypułkowym (Quercus robur), dębem burgundzkim (Quercus cerris), dębem bezszypułkowym (Quercus petraea), dębem omszonym (Quercus pubescens), topolami (czarną, białą i osiką), wierzbą iwą (Salix caprea), wierzbą białą (Salix alba), lipą szerokolistną (Tilia platyphylos), leszczyną pospolitą lub chmielograbem zwanym też ostrią, czyli Ostrya.

Inwestycję zabezpiecza się wsadzając ją do drewnianej szkatułki. Lub do kartonowego pudełeczka umieszczonego w słoiku dobrze zakręconym. Można też inwestycję powiększyć zagrzebując truflę w polencie lub ryżu, aromatyzując je tym sposobem i powiększając stan posiadania :-)

Oczywiście można też kupić zaprojektowany przez Claudię Heininger z F. Sorano Lorem odpowiedni woreczek na trufle, będący ostatnim krzykiem nowoczesnej technologii. Gdyby ktoś potrzebował dodatkowych informacji technicznych woreczka to można je znaleźć na stronie europaconcorsi (progetti). A że woreczek pasuje kolorystycznie do obowiązujących tej jesieni odcieni kasztana, kawy z mlekiem i właśnie trufli, więc można sobie z woreczkiem i osobistym Tuber mangatum pójść na spacer, rozsiewając odpowiedni aromat. Przynajmniej w perfumy nie trzeba będzie inwestować :-D

Najnowsze notowania giełdy truflowej na stronie tuber.it

facciamo turisti odpowiedziała zagadnięta babcia w welurowych kapciach, wracając z porannego spaceru. Wracała z koleżanką, stąd liczba mnoga w niegramatycznym skądinąd stwierdzeniu.



My też facciamo turisti, gdyż jedziemy na tydzień do Ginestry.  Samochód spakowany po dach, winieta przyklejona do szyby. Teraz tylko laptop pod pachę i wio. JC rozpoczął już polowanie na futrzaki, które przeczuwając nadchodzące nieszczęście, pochowały się po kątach.

Grzebiąc w stertach dokumentów zwalonych na kupę w folderze zatytułowanym ’natychmiast’ znalazłam zapomniane zdjęcia z lipcowego pobytu w Polsce. Trochę one takie romantyczno-rynsztokowe, czyli trochę moje, a trochę nie (oczywiście przyznaję się do rynsztoku :-)
Rok 1616. Inigo Jones importuje z Włoch nowy styl architektoniczny rozpoczynając budowę Queen’s House w Greenwich. Anglia zachwyca się estetyką Palladia.

Rok 1652. W szopie przylegającej do St.Michael of Cornhill w Londynie, Pasqua Rosee, pochodzący z Sycylii, otwiera pierwszą kawiarnię. Brytyjczycy znają kawę już od ładnych kilkudziesięciu lat, ale nie są nią zachwyceni. Na przykład taki George Sandys opisuje kawę jako ’płyn czarny jak smoła i smakujący podobnie’. No ale George Sandys nie pił kawy parzonej przez Pasqua Rosee :-)

Pasqua Rosee promuje kawę jako antidotum lub lekarstwo na bóle głowy, reumatyzm, wzdęcia, podagrę, szkorbut, poronienia i  zapalenie spojówek.

Kawiarnia, choć popularna, kończy żywot w roku 1956, gdy Pasqua Rosee wdaje się w bliżej niesprecyzowany konflikt z prawem i wyjeżdża w trybie natychmiastowym z Londynu; słuch po nim ginie.

Na jego miejsce wciskają się inni. W roku 1666 jest już w Londynie ponad 80 kawiarni.

Kawa w nich kiepska, bo kawę parzy się w na gallony, przechowuje w beczkach ustawionych w piwnicy i podgrzewa w razie potrzeby. Ale londyńczykom to nie przeszkadza, co wydaje się wskazywać na towarzyską raczej, niż smakową, siłę przyciągania kawiarni.

Styl palladiański stał się modny ponownie w następnym stuleciu. Kawiarnie się przyjęły, ale kawa przegrała z herbatą. A gdy niejaki Robert Fortune wykradł Chinom tajemnicę kultywacji i fermentowania herbaty, kawa nie miała w ogóle szans.

za At Home. A short history of private life, autorstwa Billa Brysona.


O Palladio:
Andrea Palladio (1508-1580)
Tiepolo - Palladio - Vicenza
Villa Almerico-Capra "La Rotonda"

O kawie:
http://wloszczyzna.blogspot.com/search/label/kawa


jakakolwiek znajomość języka włoskiego przydaje się, ale można i bez niej. Objechaliśmy prawie całe północne Włochy, omijając miejsca turystyczne (Florencja, Wenecja) z rozmówkami angielsko-włoskimi i holendersko-włoskimi, co pozwoliło nam próbować specjałów regionalnych (formułka puo consigliare lub vogliamo provare piatti tippici) i uświadomiło jednocześnie, że różne nacje mają różne potrzeby turystyczne: rozmówkowy Anglik chce wiedzieć, że może się poskarżyć na niewystarczająco podgrzany talerz, a przeciętny holenderski turysta woli się zapytać, czy chcesz z nim pójść do łóżka i czy używasz kondomów. Frazę puo consigliare warto wykuć na pamięć i przy okazji nauczyć się jeszcze jednego zdania: parla lentamente, gdyż jednak coś trzeba wyłapać z wyliczanki polecanych potraw :-)

Oczywiście, wpadki były. Na przykład w knajpce w Spello zamówiliśmy zakąski i danie główne. Dostaliśmy talerz crostini z różnymi pastami jako zakąskę, a półmiski z bruschette z różnymi pastami jako danie główne.

Najpiękniejszą wpadkę zaliczył jednak ktoś inny i to nie z racji używania rozmówek Berlitza. Otóż B. chciała zobaczyć winnicę Ferenca Mate (tego od Winnicy w Toskanii). Długo nie mogli trafić, w końcu dojechali do jakiejś winnicy i B. postanowiła zapytać, gdzie ten Mate mieszka. Poszła pogadać z robotnikami kręcącymi się po winnicy. Wydawali się zdziwieni, że B. chce jechać dalej, ale w końcu wskazali kierunek. B. zobaczyła winnicę Mate na własne oczy; trochę się rozczarowała, że sławnego wina kupić tam nie można, więc kupiła je w enotece w Montalcino (chyba). Wieczorem P., mąż B., sprawdził dlaczego pracownicy winnicy byli zdziwieni, że B. chce jechać dalej. Otóż winnica, której B. szukała informacji o winnicy Mate, należała do Gaii. Tak, tego Gaii od najlepszych win we Włoszech :-D
wiadomo, że nie idzie się na obiad do knajpy przy obleganej plaży na Riwierze, oscypka nie kupuje się od pani przy molo w Sopocie i rezygnuje się z loda sprzedawanego tuż obok wieży Eiffla. Nie idzie się też do restauracji przy kartuzji w Pavii. Obiad je się w Trattorii Certosa.

Trattoria Certosa to włoska klasyka: dziadek z gazetą sportową pod ścianą, ujadający telewizor, wyblakła madonna z dzieciątkiem. Do toalety schodziło się do piwnicy, a menu nie było. Jadło się to, co zrobiono tego ranka. A zrobiono i agnolotti, i brut e bon (czyli knedle z grzybów i polenty), i brasatto. Wszystko jak powinno być: knedle pachniały grzybami i rozpływały się w ustach, ciasto na agnolotti było nie za grube ani za cienkie; widać, że ręcznej - a nie maszynkowej - roboty, brasatto pachniało i winem i goździkami a dawało się kroić widelcem. Do tego była jeszcze deska domowych wędlin, miska z przeróżnymi marynatami, przyjemna rozmowa z właścicielką pochodzącą z Bergamo oraz rachunek, który nie przyprawił o zawał serca.



Nie jest tajemnicą, że we Włoszech wystarczy tylko przejść te dodatkowe 100 metrów w boczną uliczkę by kupić i dobry makaron i świetną oliwę i zjeść dobry obiad, niezależnie od tego czy jest się w Rzymie, Tivoli, Wenecji, Florencji, Sienie, Cortonie, Pienzy, Ferrarze, Modenie, Udine, Perugii, Asyżu, Spoletto, Ascoli Piceno, Bolonii i Parmie.

Żałuję, że nie kupiłam od Tratorii Certosa makaronu i kiełbasy na pamiątkę :-)

Trattoria Certosa
viale Certosa 20
Certosa di Pavia
tel. 0382924602
zamknięci w środy
niezależnie od tego, czy ktoś się dobrze czuje w Certosa di Pavia (wnioskując z wpisów pod ostatnim postem - dużo) czy też nie (czyli tylko my) jest co zwiedzać. Sama kartuzja zaczęła swoje istnienie za czasów późnych Viscontich, czyli pod koniec wieku XIV. I jak to zwykle bywało: budowa trwała latami (żeby nie powiedzieć: wiekami) a więc urocza mieszanka stylów: kościół planie krzyża łacińskiego, czyli Gotyk; gotyckie jest też sklepienie, ale fasada jest już renesansowa, podobnie jak i większość fresków. Wszystko to pokropione jest barokiem. Barokowy jest też pałac tworzący jeden z boków dziedzińca. Za pałacem znajduje się wielki krużganek, po lewej stronie kościoła jest krużganek mały. Tyle topografii.

Pora teraz na inwentaryzację, czyli co zobaczyć:
  • grobowiec Lodovico Moro i jego małżonki
  • freski Bergognone  w kaplicach: św. Ambrożego, św. Michała Archanioła (m.in. czterech Ojców Kościoła), św. Weroniki i Krzyża.
  • Perugino w kaplicy św. Michała Archanioła
  • Rzeźba Pokłon Trzech Królów dłuta G.B. Maestri czyli Volpino.
  • poliptych z ołtarza w kaplicy św. Hugona (pędzla Marcino d’Alba)
  • obydwa krużganki
  • przyjrzeć się dokładnie fasadzie i próbować na niej znaleźć węża w koronie zjadającego Saracena.
     
Lista nie jest wyczerpująca, ale też nie chcę Cystersów pozbawiać zarobku: przed wejściem do kościoła warto kupić przewodnik w sklepie przyklasztornym. Wydatek 7 euro zagwarantuje,  że nie przegapimy ważnego zabytku. No i jest ubezpiecznie na wypadek, gdybyście trafili na tego samego, co my, zakonnika mówiącego ciurkiem i bez znaków przystankowych. Przewodnik dostępny jest w kilku wersjach językowych, napisany poprawną angielszczyzną, ale też miejscami trudno się nim posługiwać, gdyż jest bardzo szczegółowy. I trochę czasu mi zajęło by doczytać, że spora część obrazów pierwotnie nalężących do kartuzji została przejęta przez muzea (m.in. mediolańską Brerę).

Na koniec ciekawostka: w nawach bocznych, wysoko, prawie pod sklepieniem, są trompe l’oeil przedstawiające patrzących na nas zakonników. Krytycznego po lewej namalował Bernardino da Fassano (brat Bergognone), a smutnego po prawej Jacopo de Mottis. Jak na dobre trompe l’oeil przystało, wyglądają jak żywi. I wydają się wodzić oczami za zwiedzającym.

I jeszcze:
o kartuzji w Pawii, czyli  Charterhouse of Pavia, czyli Certosa di Pavia, w Wikipediach
godziny otwarcia oraz przewodnik po klasztorze (po włosku)
klasztor jest zamknięty w poniedziałki

Uwaga głodni: darujcie sobie wizytę w restauracjach w najbliższym otoczeniu: ta przy parkingu jest mocno nieszczególna, a Il Vecchio Mulino (chyba tak się nazywa) jest b. droga. O wiele lepiej (i dużo taniej) zjecie trochę dalej, przy drodze prowadzącej do kartuzji, czyli w Trattoria Certosa da Angelo. Ale o tym co tam jedliśmy opowiem przy następnej okazji.
dobrze, że wcześniej zjedliśmy obiad. Na pusty żołądek wolniej się ucieka. A uciekaliśmy przed echem, które próbowało nas dopaść jeszcze przy drzwiach.


Tak brzmiał początek wątku o Certosa di Pavia, ale nie dane mi go było rozwinąć, gdyż włączyła się inna narracja, ta opowiadająca o dwóch biegunach. Na jednym z nich jest piękna droga prowadząca do bramy. Na drugim stoi bogata fasada kościoła przyklasztornego. Między biegunami jest zakaz fotografowania czegokolwiek. A więc zabrania się robić zdjęcia żywopłotowi, rzeźbom, wieżom i krużgankom.


Samodzielnie kościół zwiedzać można tylko do kraty. Za kratą przechodzi się w ręce mnicha, który głośno recytuje, choć trudno ocenić czy podaje daty i fakty, czy też opowiada legendy. Zakonnik mówi bowiem bez znaków przystankowych, a pogłos (a może echo?) odbija się od stropów, ścian i kraty, dzielącej przestrzeń klausury i przestrzeń publiczną. Pan w mundurze i o zachowaniu psa pasterskiego, zgania wszystkich zwiedzających w jedno miejsce. Może ma płacone od głowy, gdyż nie chce zgodzić się byśmy uciekli na stronę publiczną, czyli za kratę. A może nie po prostu nie może pojąć, że kogoś kartuzja może przerażać. 

A przeraża. Przeraża i krata i zakazy, i ogrom samego miejsca. Przeraża też wysoki parkan, zza którego wystaje jedynie czubek wieży. I jakoś trudno pogodzić bogactwo i rozmach architektury ze świadomością, że wszystko to należy do zakonu kontemplacyjnego, czyli cystersów (pierwotnie kartuzów). I nie wystarcza wiedza, że zostanie to wytłumaczone to formułką o wznoszeniu budowli na chwałę bogu.

W przyklasztornym sklepie za ladą po prawej stronie stoi mnich surowy. Resztę wydaje w ponurym milczeniu. Przy następnej ladzie tańczy inny mnich. Podaje nam woreczki z ryżem carnaroli, na risotto. I pyta, czy robiłyśmy kiedyś risotto z truskawkami. Nie? To powinnyście spróbować. Pamiętajcie by dodać dużo parmezanu. A tak w ogóle to warto też zrobić risotto z bananami.

Reszta opowieści o kartuzji, czyli Certosa di Pavia, jutro. W dodatku ilustrowana nielegalnymi (tak jak te powyżej) zdjęciami.

Linki:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zaburzenia_afektywne_dwubiegunowe
kartuzi
zakony mnisze czyli kontemplacyjne
Na forum podróżniczym napisano, że Wenecja to najromantyczniejsze miejsce na świecie. I ja się z tym zgadzam. Też uważam, że mieszkanie w mieście, w którym warunki dyktuje woda jest bardzo romantyczne. Bardzo dobrze na uduchowienie wpływa świadomość, że kamienica stoi na palach wbitych w dno laguny.



Bardzo romantyczna jest też Liguria; weźmy na przykład takie wioski Cinque Terre. Dostać się do nich można było (do niedawna) tylko od strony morza, wąskimi przesmykami. Więc żyli sobie ludzie spokojnie i romantycznie, o wielkim świecie nie wiedząc. Najromantyczniej było chyba kobietom: jak chłop był na morzu, to ona - oczywiście romantycznie - sobie z dzieciakami gospodarowała na kamiennych zboczach. A to ziół nazbierała, przyniosła kilka wiader wody, a to poprzeganiała owce (jeśli je miała) z jednej góry na drugą, oliwki popielęgnowała. Przy okazji była wysportowana (to latanie po schodach!) i opalona. No i jeszcze mieszkała w kolorowej wiosce, w dodatku z widokiem i na góry i na morze. A że przy okazji przestrzeń życiową dzieliła z gęsią, kurą, owcą i kozłem? No to bliżej przyrody była. Czyli nadal romans pełną gębą miała. Tylko pozazdrościć i pojechać w odwiedziny. A po powrocie ponarzekać, że za dużo turystów do tego romansu nad morzem się nazjeżdżało. I że tubylcy zdzierają kasę, a nie powinni bo romans to jednak dobro publiczne.

Do Ginestry wjeżdża się szybko, a jeszcze szybciej wita ze znajomymi: buzia cmok cmok, na jak długo, ci vediamo piu tardi.

Wystarczą niedomknięte drzwi wejściowe lub klucz w zamku jako znak, że jesteśmy, i od razu pojawia się Renato z bukietem kwiatów cukinii lub garścią ruccoli, Gina z jajkiem prosto od kury i pytaniem na jak długo (aby dwa dni później pytać o to samo), przylatuje Annamaria na plotki.


Wyjazd zajmuje całe popołudnie, bo z każdym znajomym pożegnać trzeba się osobiście i na jego własnych śmieciach. I tak lata się od domu do domu: buzia cmok cmok, ci vediamo, no to przysiądź na chwilę. Siadasz w salonie na krześle pod ścianą. Kawa? Volentieri. Ciasteczko? No, grazie. Dolewka kawy? Proszę. To kiedy wracacie? I tak przez konstytucyjne pół godziny. Ostatnia buzia, cmok, cmok.

Pukasz do następnych drzwi. Salon, krzesło, kawa, czekoladka, kiedy wracacie, buzia. I następne drzwi, i następne....buzia, salon, krzesło, cmok, cmok, trzęsące się od nadmiaru kofeiny i cukru ręce. Następnego poranka wyjeżdżając w kierunku via Salaria zatrzymujemy się na ostatnie cappucino. To dostajemy bez całusów.

Policzyłam: w czerwcu żegnaliśmy się 5 godzin, pakowanie samochodu zajęło nam godziny dwie.

Lecę do Holandii na urodziny teściowej. Biuzia cmok, cmok. Ci vediamo w środę :-)

dwadzieścia lat temu przyznanie się w grzecznym towarzystwie, że lubi się pić Chianti lub Soave było winnym odpowiednikiem wybrania się do opery w obciachowych gaciach. Teraz się zmieniło: na koncert można pójść w jeansach i trampkach, a modnie jest pić Chianti (inna sprawa, że Chianti to teraz dobre wino, Soave z resztą też).Obciachem jednak pozostaje picie Lambrusco. 

I powinno obciachem być, bo jednak Lambrusco sprzedawane w supermarketach po euro za litr to trucizna typu wino owocowe - czar pegeeru, ciągnące siasiarą i kwasem - a w przypadku supermarketowego Lambrusco: cukrem. Są jednak odstępstwa od reguły: w Emilii-Romagnii, czyli na własnych śmieciach, nawet supermarketowe Lambrusco potrafi być przyjemnym winem, pasującym ładnie do fettucine z sosem mięsnym lub do modeńskiego gnoccho e tigelle. A jak się ma szczęście trafić na Lambrusco robione według 'przepisów babuni', z odpowiednich gron, to mówimy tu o winie bardzo dobrym. Umówmy się jednak: Lambrusco, nawet najlepsze, nie stanie w szranki z Barolo, Brunello, Taurasi czy Barbaresco, ale też pretensji do bycia winem wielkim nie ma. Choć mogłoby trochę pozadzierać nosa: szczepy Lambrusco znano już (i szanowano) w czasach etruskich. 


Dobre Lambrusco jest przede wszystkim winem wytrawnym, o przyjemnym owocowym bukiecie i lekko cierpkim smaku przypominającym trochę dereń, a trochę owoce jarzębiny. Nalewane do kieliszków wygląda jak musujący sok z czarnej porzeczki. Lambrusco 'pospolite' fermentowane jest w dużych kadziach; bardziej luksusowe fermentuje w butelkach. Czy jest różnica w smaku między wersją pospolitą a luksusową? Jest: lambrusco robione na szampana jest delikatniejsze, mniej owocowe w smaku, ma mniej cierpkiej goryczki, a więcej suchej wytrawności. Tak przynajmniej odebraliśmy lambrusco produkowane przez Ermete Medici z Gaida (okolice Reggio Emilia). A próbowaliśmy ich najlepszych Llambrusco: i Lambrusco Concerto, za które zostali nagrodzeni trzema kieliszkami przez Gambero Rosso i Slow Food, i Assolo (słodszą, choć nie lukrową, wersję Lambrusco) i Granconcerto, czyli Lambrusco delux. Nie podeszło nam w ogóle Grancorcerto rose, ale smakowało bardzo Granconcerto czerwone: nie powiem, że równało się z dobrym szampanem, bo nie równało, ale spokojnie może stawać do wyścigu z porządnym prosecco.


Z Gaida wyjeżdżaliśmy z kilkoma kartonami Lambrusco Concerto (lambrusco 'pospolite') i Granconcerto. Kilka butelek podarowaliśmy Fabrizii i Livio. To wy lubicie lambrusco? zapytała Fabrizia. I nie było w tym pytaniu ani odrobiny wyższości. Fabrizia z Mediolanu, wychowała się na Lambrusco: jej rodzina pochodzi z okolic Modeny. A my, przywożąc dobre Lambrusco, zarobiliśmy najwyraźniej kilka plusów bowiem zaproszono nas na następny raz; z Lambrusco lub bez:-)

I jescze o Lambrusco: tradycyjne, czyli to produkowane przez zapaleńców i miłośników, robi się ze szczepów Grasparossa, Maestri, Marani, Monstericco, Salamino and Sorbara. Lambrusco od Eremete Medici jest ze szczepu Salamino.

Ermete Medici & Figli 
Localita: Gaida
via Newton, 13
42040 Reggio Emilia 
www.medici.it 
nie sprawdzam listy włoskich kulinarnych bestsellerów, ale oglądam uginające się półki w księgarniach: makarony, czekolada, przetwory, antipasti, gotuj szybko, gotuj wolno, na gazie i na grillu. I zawsze wśród tych opcji wszelakich można zobaczyć Il Cucchiaio d'Argento, Srebrną Łyżkę, a ostatnio nawet Srebrną Łyżkę regionalną.


O Srebrnej Łyżce Regionalnej już pisałam, koncentrując się na elementach toskańskich. Teraz, gdy albo mam pisać o Ligurii albo wspominać czerwiec w Ginestra, chcę dorzucić kilka dodatkowych zdań i pochwalić się łyżką posrebrzaną :-)

Otóż Il Cucchiaio d'Argento: Cucina Regionale mam. Zaznaczyłam w niej nawet kilka przepisów, czego nie uczyniłam w jej sławniejszej starszej siostrze (do tej pory korzystam jedynie z przepisu na bezproblemowy suflet). I tak zamierzam jeszcze w tym roku wyprodukować piconi al pecorino (kruche pierożki z Marche), insalata di limon di Sorrento, gnocchii alla bava (kopytka z mąki gryczanej), gnocchi della Valli di Lanzo (też kopytka i też z mąki gryczanej, ale z dodatkiem ziemniaków).

"Nasze" Lacjum Srebrna Łyżka Regionalna  definiuje jako kuchnię rzymską. A więc jest kuchnia rzymska pasterzy i kuchnia rzymska rolników. Jest kuchnia rzymska producentów wina. Jest też żydowska kuchnia rzymska. I przepisy to odzwierciedlają:
  • pomidory nadziewane ryżem,
  • kwiaty cukinii w cieście (nadziewane mozzarellą lub provaturą i sardelami),
  • suppli al telefono (czyli krokiety z mozzarellą),
  • makaron z brokułami i płaszczką,
  • zupę pomidorową zagęszczana grubo mieloną semolin (minestra tuscia),
  • stracci di Antrodoco (szmaty z Antrodoco, czyli naleśniki nadziewane cielęciną i mozzarellą),
  • chrupiące kotleciki jagnięce,
  • karczochy
  • pan'unto (czyli grzankę) z kiełbasą,
  • płotki z rodzynkami,
  • ślimaki w pomidorach.

Ligurię reprezentują między innymi przepisy  na sos orzechowy, karczochowy i sos sardelowy, na panissę, capponadę z Riviera di Ponente i z Riviera di Levante, żołądek nadziewany, placek z fasoli, i jeszcze przepis na klasyczne troffie, pesto, królika po liguryjsku. Dodatkowo pod przepisami są podawane przykłady pasujących win. Do bakłażana alla parmigiana pije się Aglianico Del Taburno Rosso, do fiori di zucca fritti in pastella Frascati Spumante, do gatto di patate (przepis z Campanii) - Fiano di Avellino.

I powiedzcie mi, jak takiej książki nie lubić?

Ponieważ Il Cucchiaio d'Argento zostało przetłumaczone na j. angielski, więc może i Il Cucchiaio d'Argento Cucina Regionale też dostąpi tego zaszczytu? I jak już o życzeniach mowa, to życzyłabym sobie by zachowano wygląd włoskiego oryginału, gdyż przy prawie każdym przepisie są zdjęcia potrawy co zaliczam książce na plus.

 I o Srebrnej Łyżce i o Srebrnej Łyżce Regionalnej już pisałam: http://wloszczyzna.blogspot.com/2010/08/srebrna-yzka.html,  http://wloszczyzna.blogspot.com/2011/03/kulturalna-woszczyzna.html

A przystojna łyżka posrebrzana z targu staroci

il pidocchio (l.mn. pidocchi) wsza lub skąpiec;
pidocchioso skąpy, zawszony
pidocchiosamente skąpo, oszczędnie


do wszej plaży idzie się prawie wzdłuż wybrzeża, czyli przez dawny tunel kolejowy przerobiony na ścieżkę rowerową i przejście dla pieszych łącące dolne tarasy Anzo z zachodnimi rubieżami Cinque Terre. Za dawnym domem dróżnika schodzi się milionem schodków na kamienną plażę, zwaną il Pidocchio. Nie wiem ja, nie wie Fabrizia i Livio (z Anzo związani od 1972),skąd wzięła się ta pchla nazwa.

Z plaży Pidocchio można do Anzo wracać ścieżką. Ścieżka, tak jak kuchnia liguryjska, jest bardzo oszczędna. Z pół metra szerokości, przyklejona do skały z prawej strony i zawieszona nad morzem po lewej. Trochę ciasno, trochę stromo i mocno straszno, zwłaszcza gdy dochodzą doń odgłosy wzburzonego morza. A jak ma się lęk wysokości i nadaktywną wyobraźnię przypominającą o trzęsieniach ziemi (dawno ich w Ligurii nie było, więc może akurat jest teraz pora na ustawienie płyt tektonicznych w okolicach Framury?), pożarach (czy iskra z pożaru pod Aula może dolecieć do tego suchego konara wiszącego mi nad głową?) i lawinach kamiennych (czy rozmowa z JC może spowodować osunięcie głazów?), to jest mocno niewesoło mimo pięknych widoków.


Ścieżką przeganiano kiedyś owce, a z nimi pewnie wędrował retyk pcheł i wszy. Więc po powrocie do mieszkania w Anzo, na wszelki wypadek bo nie lubię ani wszy ani pcheł i nawet myślenie o nich powoduje u mnie świąd, przezornie weszłam pod prysznic. I albo wszy wytopiłam, albo nic się do mnie nie przyczepiło. Nawet komary sobie odpuściły i wolały gryźć JC.


Powered by Blogger.