8 marca 1931 roku na via Vanchiglia 2 w Turynie otworzono pierwszą futurystyczną restaurację. Miała ona budować nową, lepszą kulturę kulinarną. Inicjatywie patronował zocznie sam Il Duce; najwyraźniej przekonany argumentem że pasta jest przyczyną pacyfizmu :-). Śmierć makaronu to narodziny nowego społeczeństwa z nową świadomością, piał pomysłodawca Filippo Tommaso Marinetti. Taverna del Santopalato miała stać się flagowym reprezentantem nowej kuchni włoskiej i holistycznego podejścia do wrażeń. Oprócz serwowania potraw kelnerzy odpowiedzialni byli za dystrybucję papieru ściernego i jedwabiu, oraz nacieranie karków perfumami..

W dniu otwarcia bawiono się do 4 nad ranem konsumując:
  • Intuicyjne antipasto: wydrążona pomarańcza, nadziana kilkoma gatunkami salami, masłem, grzybkami w occie, sardelami i całymi zielonymi chile.
  • Powietrzne wiktualia: czarne oliwki, koper rzymski, kandyzowana gorzka pomarańcza (wszystko razem, po prawej stronie ucztującego); papier ścierny, czerwony jedwab i czarny welur (po lewej stronie), Wagner z głośników
  • Plastyczne mięsiwo: pieczeń rzymska z mielonej cielęciny, nadziewana kilkoma gatunkami warzyw; udekorowana miodem, otoczona wiankiem z kiełbasek i smażonych kawałków kurczaka.
  • Zwrotnik i Biegun Północny: surowe żółtka przyprawione solą, pieprzem i sokiem z cytryny (to tworzyło morze zwrotnikowe), na których umieszczono 'wyspę' z bezy nadziewaną segmentami pomarańczy i udekorowaną samolotami wyciętymi z czarnych trufli
  • SuperOgier: rozpancerzony homar z zielonym sosem zabaglione na poduszce z krewetek i plastrów ozorków cielęcych; wszystko to dodatkowo udekorowane jajkiem na twardo, kogucimi grzebieniami, plastrami cytryny, truflami i smażonymi genitaliami
Stoły dekorowały faliczne salami, obdarte ze skórki, sterczące w sosie z espresso i wody kolońskiej.

Jeden z chirugów turyńskich, najprawdopodniej po przeczytaniu menu, ofiarowywał darmową operację brzucha pierwszej ofierze, która zje Plastyczne Mięsiwo.

Oczywista konkluzja po przeczytaniu menu: nową ojczyzną kulinarnego futuryzmu jest Polska; a jego prorokiem Magda Gessler

Zupełnie przyzwoita metafora: na via Vanchiglia 2 jest teraz knajpa fastfood.


Menu i fakty z nieocenionej Delizia!; zdjęcia pożyczone od http://www.italmensa.net



jak tak trochę pomajsterkować to tajemniczy klimat (z niedawnego wątku) zamienia się zupełnie przyjemne zdjęcie zupełnie przyjemnego miasteczka Toffia na wzgórzach Sabiny .

Informacja dla osób potrzebujących wiedzieć: Toffia leży w Sabina Alta. Można więc do niej jechać bez uszczerbku na honorze. Co też uczynię za 37 dni.

PS: za kotarę zajrzał Desmond108, kolega blogowy po fachu z wiedzą o obróbce zdjęć, którą kiedyś może posiądę. Jestem wieczną optymistką. Lub marzycielką.

tak wyszło, że zaniedbałam część turystyczną, rozpisując się o kulinariach. Niniejszym nadrabiam zaniedbania, choć poprawy nie obiecuję. Dzisiaj chciałabym powiedzieć kilka słów o Ascoli Piceno, choć i tu nie da sie NIE MÓWIĆ o korycie. W Ascoli jedliśmy jeden z najlepszych obiadów złożony z owoców morza i białego wina. No i oliwki all'ascolana--wielkie, z farszem, otoczone w bułce tartej i smażone na głębokiej oliwie....

Sztuka odkładania na jutro
Ascoli od Asculum, rzymskiej nazwy regionu; Piceno od plemienia Picenów podbitych i ujarzmionych przez Rzymian po wygranej bitwie w 279 roku p.n.e. Po Picenach została nazwa, po Rzymianach też , a samo Ascoli Piceno jest odrobinę lombardzkie, odrobinę watykańskie, odrobinę hohenschtaufenowskie i mocno własne. Zbudowane z trawertynu, z wplecionymi w strukturę miasta pozostałościami średniowiecznych wież, z których onegdaj miasto słynęło. W XIII wieku było ich ponad 200. Obecnie są nadal widoczne, ale nie na taką skalę jak w Gimignano czy Pavia.

Ascoli szczyci się jednym z najpiękniejszych placów we Włoszech: Piazza del Popolo. Z jednej jego strony jest Palazzo dei Capitani, kundel architektoniczy :-) z mieszanką stylów od romańskiego na baroku kończąc; w północnej częsci Piazzy stoi kościół św. Franciszka, budowę którego rozpoczęto w XII wieku żeby ją dokończyć 300 lat później. A dookoła placu podcienia różnej szerokości, gdyż dawno temu rada miejska nakazała kupcom wybudować łuki odpowiadające szerokości sklepu. Tak więc brak wyobraźni pracowników urzędu miejskiego czasami na coś się przydaje. Szkoda że 300 lat później....

Napisało mi się, że po Rzymianach została tylko nazwa. Brzmi to tyle pięknie co nieprawdziwie. Po Rzymianach zostało całkiem sporo: Ponte di Solesta z czasów Augusta (wnętrze mostu można czasami zwiedzać, informacji udziela biuro turystyczne na Piazza Arringo 7), Porta Gemina (wieńcząca via Salaria- trasę solną łączącą Rzym z Adriatykiem); u podnóża wzgórza dell'Annuziata, wzdłuż Via Ricci, znajdują się pozostałości rzymskiego teatru. Kościół San Tommaso wybudowano z elementów rzymskiego amfiteatru; wieża kościoła-nadal niedokończona (skąd my to znamy?)-jest w stanie prawie oryginalnym; kościół San Gregorio to była świątynia rzymska.

Po Lombardach pozostał pałac i wieża Ercolani oraz cmentarz (w Castel Trosino), po papieżach m.in. Fortezza Pia.

Warto jeszcze zobaczyć:
  • Piazzę i kościół San Agostino
  • oraz katedrę pod wezwaniem św. Emigdiusza (Sant'Emidio), pierwszego biskupa Ascoli, z pięknym gotyckim ołtarzem. Kucharzy zaś powinna zainteresować madonna z warzywami o owocami nad głową. Podobno każde z warzyw ma znaczenie symboliczne.
Ascoli od kuchni
I jak już przy kuchni jesteśmy to koniecznie, ale to koniecznie, trzeba pójść na obiad lub kolację do Trattoria Corso na Corso Mazzini 277 (tel. 0736 256760, zamknięci w niedzielę wieczorem i cały poniedziałek). W Corso jada się ryby i owoce morza; tylko i wyłącznie. Warzyw nie widziałam, ale kto zastanawia się nad warzywami gdy na półmisku są marynowane w soku cytrynowym sardynki, ośmiorniczki w sosie pomidorowym, mule i vongole z winem i czosnkiem? Lub spaghetti z owocami morza, smażone calamari, cała ryba z rusztu? A na deser wylizuje się do czysta sorbet cytrynowy? Corso polecam więc z ręką na sercu. Jadaliśmy tak kilkukrotnie. Zawsze było bardzo smacznie.

Z hoteli znam jedynie Palazo Guiderocchi, XV budynek przyzwoicie odrestaurowany, położony na żabi skok od Piazza del Popolo na Via Cesare Battisti 3 (tel. 0736 244011), mają nawet własny parking przed hotelem, co jest ułatwieniem w ciastym Ascoli. Dojazd do hotelu trudny, bo trzeba kluczyć po starym mieście.
trochę święta, trochę zwariowana, ale nadal nasza Sabina (na zdjęciach Orvinio, Toffia, Poggio Nativo i Poggio Mirteto-chyba). Zdjęcia: Joepie Platteau

A pamięta ktoś jeszcze mistrza Cagliostro z Pan Samochodzik i zagadki Fromborka?


to że kocham stare, odrapane i wyszczerbione tajemnicą nie jest. Od lat łażę z upodobaniem po różnego rodzaju wysypiskach śmieci, kolekcjonując skorupy rozmaite, które namiętnie mieszam z rosenthalami. Ostatnio rozszerzyłam asortyment i szukam materii wszelakich jako że posiadłam maszynę do szycia i umięjetność szycia w linii (prawie) prostej.

Na zdjęciu ostatnie zakupy, częściowo lokalne a częściowo zielonogórskie, z przeznaczeniem do Ginestra Sabina: miski pod makaron nietradycyjny al dente, talerzyk pod ricottę; dola szmatek jeszcze nieznana. A jeśli ktoś mi jeszcze nie zazdrości, to może argument finansowy przemówi do sumienia: za miski zapłaciłam (a mam ich sztuk 3) całe 2 złote polskie :-) A po mojemu: piękne wzornictwo broni się samo, nawet jeśli trochę wyświechtane jest


od którego roku zaczynamy liczyć tradycję? Od XIII wieku?
Tradycja (!) bowiem nakazuje twierdzić, że makarony przyjechały do Włoch z Marco Polo. Piękna i patriotyczna opowieść tylko jest z nią jeden problem: rozmija się ciut z prawdą, bo pasta secca znana była na Sycylii na długo przed narodzinami Marco.

Renesans?
Makaron w renesansie był potrawą popularną, to prawda, tylko że na dworach. No i jadano go w postaci szerokich płatów bardziej przypominających lazanię niż wstążki. Dodatkowy problem stwarza fakt rozgotowywania makaronu i podawania go w wersji, powiedzmy, deserowej: obficie zlanej roztopionym masłem i posypanej cukrem oraz cynamonem.

A może tradycyjny makaron to sprawa neapolitańskiego baroku? Ostatecznie wtedy wprowadzono technologię wyciskania makaronu przez różnego rodzaju praski. Makaron w końcu stał się jedzeniem powszechnym, a król Ferdynand IV Makaroniarz Bourbon rozpropagował konsumpcję pasty w każdej sytuacji (podobno jadał makaron nawet w teatrze). Tylko że po śmierci króla arystokracja wróciła do tradycji jedzenia na modłę francuską, a pospólstwo jadało ją nadal rozgotowaną choć już na słono, na ogół ze skwarkami i startym serem, jako swoistego rodzaju neapolitański fastfood, dostępny na każdym rogu.

Do tradycyjnej miski pasty potrzebny jest sos, najlepiej pomidorowy. Tak więc tradycję można zacząć liczyć od roku 1692. Ukazała się wtedy w Neapolu książka kucharska Modern Steward i w neji znajduje się pierwszy opublikowany przepis na sos pomidorowy:
weź pół kopy dojrzałych pomidorów i przypiecz je w gorącym popiele.Gdy porządnie są już przypieczone, ostrożnie obierz je ze skórki i pokrój nożem w kawałki. Dodaj drobno posiekaną cebulę, tymianek i pipernę [zioło przypominające smakiem majeranek] i drobno posiekaną ostrą papryczkę. Wymieszać z solą, olejem i octem
Przepis, niekoniecznie tradycyjny z naszego punktu widzenia, polecany był jako dodatek do mięs a nie do makaronu. No i przeszedł bez echa.

Być może tradycja makaroniarstwa powstała po zjednoczeniu Włoch? Niekoniecznie, bo zjednoczenie odbywało się pod kulinarną flagą francuską, a pierwszą książką kucharską opisującą potrawy włoskie była La Scienza in Cucina E L'arte Di Mangiar Bene, z końca XIX wieku, Pellegrino Artusiego. Rzeczywiście, autor postarał się i próbował propagować potrawy regionalne, tylko że ani razu nie użył słowa tradycja. No i jego książka, choć walcząca z tradycją francuską, jest przeraźliwie niesprawiedliwa. Dla Artusi kuchnia włoska to kuchnia Romagnii (skąd pochodził) i Toskanii (gdzie mieszkał). Co prawda wybrał się w celach badawczych na południe, ale dojechał właściwie jedynie do Neapolu no i przepisy zbierał w tawernach, bo tylko tam jadał. Artusi nie był też zachwycony miską makaronu. Polecał ją tym, którzy lubią pływać w czerwonym sosie. Jeszcze mniej miał do powiedzenia na temat makaronu z oliwą i startym serem. Książka Artusiego, choć doczekała się 14 wydań za życia autora i w 14. edycji zawierała już 790 przepisów (czyli o 315 więcej niż niż ukazało się w edycji nr. 1), nigdy nie skorygowała uprzedzeń do miski makaronu. Wygląda więc na to, że tradycja to- w najlepszym przypadku-wynalazek XX wieku.

Powyższa opowieść jest w pewnym sensie postscriptum do watku z gourmet o wojnie czosnkowej: jakby na to nie patrzeć, tradycja wydaje się być chwytem marketingowym i to w dodatku dość niedawnym. Korzystałam z nieocenionej Delizia! The epic history of the Italians and their food Johna Dickie
zakładam się, że mało kto z Was wie, że kilka kropel terpentyny w nocniku zmieni nieprzyjemny zapach poszparagowego moczu w perfumy fiołkowe. Porada niekoniecznie przydatna w dobie spłuczek i geberitów, ale jakże przyjemna. Podawał ją Pellegrino Artusi w sławnej książce kucharskiej z końca XIX wieku: La Scienza in Cucina E L'arte Di Mangiar Bene

pozostał nam jedynie dach do zrobienia. W czasie lipcowych kapało Marcie na głowę. Co prawda nie w całym domu, tylko na drugim piętrze i nie w sypialni a w holu przy wejściu do sypialni, z klapy zamykającej wejście na strych. Znaczy się woda gdzieś się zbiera i sobie kapka na utrapienie nam i zrobionemu wcześniej remontowi dachu

Wrześniowy urlop będzie bardziej kompleksowy niżby się tego chciało. A tak już ślicznie :-)
zachowała się korespondencja między arystokratą z nadania a artystą. Dyskutowano umowę o dekorowanie pałacu. Stanęło na tym, że arystokrata będzie artyście wypłacał miesięczną pensję w wysokości 15 dukatów, da dach nad głową i drewno na opał. W zamian artysta zobowiązywał się obmalować pałac. Był rok 1458. Inwestor-markiz Gonzaga z Mantui, artysta-Andrea Mantegna. Gonzaga nie zawsze płacił na czas, ale też od czasu do czasu artysta dostawał premie uznaniowe, np. kawał ziemi, dodatkową sakiewkę dukatów i wolno mu było malować dla innych. W sumie Mantegnii się udało. Jeszcze kilka lat wcześniej Borso d'Este, najmując malarzy do dekorowania pałacu Schifanoia w Ferrarze, płacił im od metra, a florentyński handlarz handryczył się o użyty tańszy rodzaj pigmentu zamiast drogiej ultramaryny. Nierzadkie były przypadki w których rama do obrazu kosztowała więcej niż obraz lub przycinanie obrazu do ramy. No ale z końcem XV wieku inwestorom wyrobił się gust i zmieniła się moda na styl malarski. Liczył się talent do imitowania rzeczywistości a nie ilość ultramaryny i złota. Rzemieślnicy stali się artystami nadwornymi. Mantegna był jednym z pierwszych. Do swojej śmierci w 1506 był nadwornym malarzem Gonzagów. Pozostawił po sobie freski w Palazzo Ducale, m.in sławną Camera degli Sposi.

Za czasów Mantegnii Gonzagowie byli już z Mantui zasiedziali. Do władzy i tytułów doszli z początkiem XIV wieku, gdy Luigi Gonzaga rozpoczął rebelię przeciw rodowi Bonacolsi. Głowa rodu-Rinaldo Bonacolsi-został zabity przy wjeździe do pałacu na Piazza San Pietro. W 1534 wszystkie posiadłości Bonacolsich były w rękach Gonzagów. Pozbawieni liczącej się miejscowej opozycji ,mogli skupić się na budowaniu bazy politycznej na zewnątrz. Wżenili się w ród Viscontich, przez kilka lat wspierali Republikę Wenecką, potem znów stali po stronie Florencji i Wenecji przeciwko Mediolanowi, aby w 1428 stanąć po stronie mediolańskich Viscontich przeciwko Wenecji. Za umiejętne lawirowanie i odpowiednią sumę dukatów (15 tysięcy) cesarz Zygmunt nadał Gianfrancesco Gonzaga (1407-1444) tytuł markiza. Frederyk II (1484-1519)poślubiając Izabellę D'Este z Ferrary ściągnał do Mantui renesans a, najmując Giulio zwanego Romano jako projektanta nowej rezydencji letniej rodu Gonzagów--Palazzo Te, stał się znaczącym mecensem sztuki. Giulio, architekt papieży, tani nie był. Nie wiem ile dostał za Palazzo Te. Wiem natomiast, że wkrótce został głównym urbanistą miasta i, w opinii Benventutto Celliniego, który odwiedził go w Mantui, 'żył jak pan, w przepychu'.

Dodatkowe informacje:
Provincia Mantova
Mantua na Wikipedia
Palazzo Ducale (po angielsku)
Museo Palazzo Ducale
Palazzo Te

A tak swoją drogą, Mantua jest piękna. Nawet bez pałaców byłaby warta odwiedzin. Perspektywę piazzy Sordello psuje parking na jej środku: samochody zasłaniają na duomo i palazzo. Piękna jest natomiast Piazza Concordia, na której tyłach znajdowało się kiedyś getto; via Broletto ma najpiękniejsze, po Bolonii, arkady.

Spędziliśmy w Mantui tydzień kilka ładnych lat temu, a ostatnie wizyty ograniczały się jedynie do kupowania mostarda di frutta (gruszka z syropie musztardowym zagoni mnie do Mantui o każdej porze roku) i zwiedzania Palazzo Ducale, więc nie mogę polecić żadnej restauracji. Ostatnio jedliśmy jakąś sałatę w jednej z knajpek na Piazza Concordia. Było nieźle, ale bez zachwytów. Z hoteli znamy jedynie Albergo San Lorenzo (Piazza Concordia 14, tel 0376220500). Pięknie położony, super wygodne łóżka, lniana pościel. Z tygodniowego pobytu pamiętam najbardziej to, że leżąc w łóżku mogłam podziwiać Palazzo della Ragione e Broletto i La Rotonda di San Lorenzo. Pamiętam też 1szego maja. Mieliśmy pod oknami raut komunistów :-)

Do poczytania: The Palazzo Ducale in Mantua i Palazzo Te in Mantua (wyd. Electa Art Guides), Painting & Experience in Fifteenth-Century Italy (autor: Michael Baxandall)

teraz chcą być sławni, kiedyś chcieli tylko najeść się do syta. I to nie ziół z rowu, a mięsa. W latach głodu opowiadali sobie o wyimaginowanych ucztach. Marzyli o krainie dostatku i pełnego talerza. Ich aspiracje wyśpiewywał na piazzach Bologii Giulio Cesare Croce. Sam pochodzący z biedy, opowiadał o tym co jedzą dzisiaj, co jedli wczoraj a o czym marzą, że będą jedli jutro. Współczesny Szekspirowi, stał się sławny, choć pozostał biedny. Tworzył w okresie Wielkiego Głodu; zmarł w 1609. tuż przed następnym Głodem. Jego pieśni spisane na kartkach są pierwszym zapiskiem nawyków kulinarnych dołów społecznych. Nie ksiażka kucharska a encyklopedia jadalnych składników: fasoli i rzepy, cebuli, czosnku i porów oraz kasztanów. Giulio śpiewał więc o tęsknocie za mięsem, masłem i jajkami, a biedota szykowała się na 24. sierpnia, dzień św. Bartłomieja. Obchodzono go hucznie już w XIII wieku, ale po raz pierwszy dzień świętego zmienił się w święto Świni 24. sierpnia 1597.Właśnie wtedy ktoś wpadł na pomysł, żeby się dobrze ubawić. Świnię rzucono między tłum głodnych i zaczęła się rozrywka. Głodni walczyli do krwi o kawałek pieczeni, a nakotłujący sie tłum wylano wtedy kocioł gorącego rosołu. Bogaci widzowie, siedzący na trybunach, zrywali sobie boki ze śmiechu.

Śmiano się do rozpuku w Neapolu. W XVIII wieku tradycją bowiem neapolitańską była cuccagna, przygotowywana na każdą z 4 niedziel karnawału. Budowano ją na głównym placu w pobliżu pałacu królewskiego, w formie wieży, na każdym z poziomów były przymocowane kęsy do jedzenia, butelki z winem lub przybite do konstrukcji żywe ptactwo. Na dany przez króla znak, biedota szturmowała wieżę, bijąc się między sobą. Rany i śmierć były częścią widowiska. Król i dwór pewnie pokładali się ze śmiechu.

Giuseppe Maria Mitelli był synem wziętego bolońskiego malarza. Nie odziedziczył po ojcu talentu więc zmienił fach na grafika: zaczął projektować i drukować gry planszowe. Jego bestsellerem stała się gra przypominająca obecne Monopoly, tylko że zamiast podróży przez świat kapitału oferowała wędrówkę przez Krainę Obfitości. Płaciło się za możliwość gry, ale nagrody były prawdziwe.Wyrzuciłeś 15, dostawałeś chleb z Padwy, za 11 należało ci się genuańskie ciasto z serem- gattafura (opisuje je w swojej książce Scappi, rzymska gwiazda renesansowej kuchni), za 9 dostawało się cantucci di Pisa, a za 17-nugat z Cremony (można go było jedynie polizać :-)
Prawdziwe nagrody były gdy udało się wyrzucić trzy takie same numery; potrójna dwójka wygrywała flaki po mediolańsku; trzy czwórki to świeży ser z mleka bawolego. Za trzy 6. dostawało się nagrodę główną-mortadellę. Patriotyzm lokalny wymagał napisu 'niech żyje nieśmietelna mortadella, duma Bolonii!"

O mortadelli będzie przy innej okazji.

Krainę Obfitości (po angielsku Land of Cockagne) fetowano już w średniowieczu. Pojawiała się też w malarstwie. Taki na przykład Peter Breughel Starszy namalował Luilekkerland (fragment na zdjęciu powyżej, oryginał wisi w Alte Pinakothek w Monachium. Dobry powód, żeby odwiedzić Monachium :-)) Pisząc o Krainie Obfitości wsparłam się książką Delizia! The epic history of the Italians and their food (autor John Dickie)

kropla elegancji, szczypta stylu i manier, czyli zupełnie nie my. Od 1965 robią dobre meble,najpierw w duecie Piero Busnelli i Cesare Cassina, później Busnelli solo, gdyż Cassina odszedł w 1973 i stworzył własną firmę (o Cassina przy najbliżej okazji). Od początku założyli, że nowe pomysły mogą być dochodowe, że chcą budować markę i że dobre pomysły wymagają laboratorium. Ikona designu-fotel Up Gaetano Pesce powstał właśnie w laboratorium. Patrząc na ofertę B&B trudno sobie w tej chwili wyobrazić, że kiedyś byli pionierami. Obecnie są klasyką i wyższą półką mieszczańskiego stylu.

Kiedyś byli w rękach rodziny Busnelli, teraz 55% udziałów należy do Bulgari.

Z zakupem zestawu poczekam aż się reinkarnuję w bankiera z pałacem na piazza Navona. Na razie mogę sobie pooglądać i zastanowić się czy rzeczywiście ich estetyka to nie ja czy dorabiam sobie mordę kontestatora bo na zestaw b&b po prostu obecnie mnie nie stać.

Do marki B&B należy również ArcLinea, Moooi, Maxalto....a daty zaczerpnięte z The AZ of Modern Design (wyd. Merrel)

nie miałam odwagi nazwać ją moczopędną....
Zdjęcia nadal Joepiego, narracja (nadal) własna
szukając informacji o zarobkach artystów do postu o Mantui (pojawi isię najprawdopodniej w przyszłym tygodniu) dowiedziałam się od Witolda Rybczyńskiego (autora The Perfect House. A Journey with the Renaissance Master Andrea Palladio), że architektem odpowiedzialnym za Palazzo Te był nie Giulio Romano a Michele Sanmichele:
Sanmicheli had recently completed the magnificent Palazzo del Te in Mantua, which Palladio visited, and he was building three more palazzos in Verona
natomiast w innym miejscu tej samej książki autor wspomina, pisząc o sukcesie finansowym Giulio, że wybudował sobie wspaniałą willę w Mantui.

Co prawda nigdy nie słyszałam o Palazzo Te jako dziele Sanmichele, ale akurat moja pamięć jest bardzo zawodna (do tej pory nie mogę zapamiętać w którym roku braliśmy ślub. Wiem tylko, że jesteśmy małżeństwem od ponad 10 lat :-)), więc polazłam sprawdzić na wszelki wypadek i ewentualność. I tak:
  • wikipedia nie potwierdza tez Rybczynskiego
  • w Palazzo Te in Mantua (autorki: Gianna Suitner i Chiara Tellini Perina; wyd. Electa), nie ma nawet wzmianki o Sanmichele jako architekcie zaczynającym, kontunuującym czy kończącym budowę. Sanmichele nie jest nawet wymieniony jako podający młotek.
  • Podobnie w The Art of Italian Renaissance (edyt: Rolf Toman, wyd.Ullman & Könemann), choć, teoretycznie, Sanmichele mógł kończyć prace Romano, gdyż zmarł 13 lat później.

Tak więc, podsumowując, mogę jedynie stwierdzić, że Witold Rybczyński, PROFESOR architektury na University of Pennsylvania, się walnął.

A może ktoś z szanownych czytelników ma jeszcze inne informacje na temat: KTO, do jasnej cholery, wybudował Palazzo Te?

A tak swoją drogą: czy nie powinno mi to zwisać?

w prowincji Cuneo (Piemonte) tak zwie się polentę.

Polenę we Włoszech jadło się od zawsze bo-zanim na półwysep trafiła kukurydza- warzono ją z kasztanów jadalnych, orkiszu, gryki, żołędzi, ciecierzycy, płaskurki (dla wyjaśnienia dodaje, że faro to nie orkisz, czyli Triticum spelta, a Triticum dicoccon-po polsku płaskurka). Mediolański Bonsevin della Riva w XIII wieku opisuje polentę robioną z mielonych kasztanów jadalnych z dodatkiem masła i serów.

Pierwszą kukurydzianą polentę ponoć uwarzono we Friuli; w 1556 arystokrata z Cremony podarował księciu Ferdynandowi de'Medici worek kukurydzy tłumacząc, że wychodzi z niej przednia polenta. Trudno powiedzieć w którym momencie przestała być kukurydza symbolem luksusu i trafiła pod strzechy. Na początku XVIII wieku była już ogólnie dostępna, a pod jego koniec skazano ją na banicję, upatrując w niej przyczynę pellagry. W kilka lat później jej konsumcja została kompletnie zabroniona,a kukurydzę zdegradowano i skazano na bycie paszą. Dopiero końcem XIX wieku odkryto przyczynę pellagry. To dieta pozbawiona witaminy B3, a nie substancja trująca znajdująca się w kukurydzy, była przyczyną schorzenia. Polenta wróciła do łask i na stoły.

Jak żadna inna potrawa polenta rządziła, dosłownie i w przenośni. Giovanni Arpino opisywał urodę miski złotej polenty, Arrigo Boito śpiewał w dialekcie weneckim o mieszaniu w garnku, a inni--pod pretekstem spotkań koneserskich-planowali nowe społeczeństwo. Do członków najbardziej wpływowego bractwa polentowego na emigracji, Ordine dei Polentoni, należeli, m.in., de Nittis, Emile Zola i Edmond de Goncourt.

Tyle o historii.

Świat polentożerców dzieli się na tych, którzy lubią ją delikatniejszą, kremową, i na tych, którzy jedzą ją gęstą, o zdecydowanej fakturze. Czyli frakcja Friuli-Veneto kontra Lombardia-Trentino. My jadamy polentę na sposób wenecki, najczęściej jako tło do wątróbki cielęcej. Polentę gotuję z dodatkiem mleka, mieszając ją pracowicie przez 40 minut. Miedzianego paiolo (jeszcze) nie mam. Przy następnej okazji kupię sobie jednak elektryczne mieszadło bo mieszanie bastone bardzo męczy a ja, jak na polentowego ortodoksa przystało, w szafkach nie mam polenta istantea. W kwestii smaku jestem tradycjonalistką

Korzystałam z The Painter, the Cook and the Art of Cucina, Amaretto, Apple Cake and Artichokes oraz Classic Food of Northern Italy Anny Del Conte i Delizia. The epic history of the Italians and their food Johna Dickie
posiadaczy kart kredytowych. Ktoś sobie pożyczył numer naszej karty kredytowej i poszedł na poważne zakupy. Płaciliśmy kartą jedynie za autostrady (Brenner i włoskie), żywność w rzymskim Auchan i za łącze internetowe w I-Wind. No i wcześniej za bilety na koncert. Więc albo shakowano stronę bileciarni, albo gdzieś były czytniki, bo karty nie ukradziono. Siedziała grzecznie w portfelu. Że obrobiono nas ma maksa dowiedzieliśmy się, sprawdzając stan konta kilka dni później. Bank, widząc dziwne transakcje z Bukareszcie, zablokował konto jeszcze zanim do nich zadzwoniliśmy. Pieniądze odciągnięto nam z konta, ale w miarę szybko wróciły.

Nauczki w tym nie ma żadnej, ale na wszelki wypadek sprawdź jak twój bank reaguje na tego typu sytuacje.

PS: incydent miał miejsce kilka ładnych miesięcy temu, ale dopiero teraz wszystko zostało do końca i oficjalnie wyjaśnione. Mamy nowe konto, nową kartę i nowy kod.
od dzisiaj

czytając polskie blogi odnoszę wrażenie, że albo warczy się prewencyjnie (na zasadzie: moje i nie dam) albo idzie się na łowy, wyszukując zdjęcia lub tekst, nie fatygując się zbytnio sprawdzeniem czy można i na jakich zasadach. Bardzo często też autorzy blogów zapominają, że wymogi atrybucji dzieła to trochę więcej niż napisanie, że zdjęcie jest z flickr-a bez podania nicka autora.

Od razu zaznaczam: nie dziwię się warczącym. Nic bardziej nie irytuje niż ukradzione zdjęcie przedstawione do konkursu o lodówkę, tekst pożyczony przez przedsiębiorczego pismaka, zdjęcia ściągniete z sieci i sprzedawane jako ozdoba do mieszkania. Co nie znaczy, że lubię czytać 'niczego nie można bez zgody autora'.

Szukając zdjęć do bloga pisałam do autorów prosząc o zgodę na publikację. Na ogół odpowiadano w ciągu 3-5 dni dając pozwolenie, ale nadal było to uciążliwe i niekoniecznie szybkie, bo od niektórych autorów do tej pory nie otrzymałam odpowiedzi (a pytałam w kwietniu). W końcu trafiłam na licencje Creative Commons. Wczoraj wieczorem zarejestrowałam tam Włoszczyznę. Ma licencję 2,5: wszystkie moje zdjęcia i teksty można oficjalnie kopiować i rozpowszechniać jeśli jest wyraźnie zaznaczona atrybucja, robione jest to w celach niekomercyjnych i uzyskany produkt objęty jest tą samą licencją co pierwowzór (czyli logo nie może zmienić się raptem na (c)). Więcej na temat licencji Creative Commons na stronach http://creativecommons.pl/ i http://creativecommons.org/international/pl/
z Sabina. Koty z Orvinio, panowie w Farfa, my w Wasserburgu :-) a photocredit Joepie Platteau.

a serce wyrywa się z piersi (początki nadciśnienia?) jak w piosence partyzanckiej.

espresso
opowiada Eli:
bar powinien być uczęszczany. Nie tłoczny, bo wtedy maszyna jest przegrzana, ale w ciągłym ruchu; sprzęt wtedy nie stygnie, kawa wychodzi z la crema, czyli pianką. Sypiąc cukier można ocenić jakość kawy: im lepsza crema, tym cukier wolniej opada na dno. Im lepsza crema tym lepsza kawa. Dlatego też powinno się iść na kawę nie w chwili otwarcia drzwi, ale w jakąś godzinę, półtorej później. Capisce?
Technika picia kawy:
Kawę pije się na stojąco; najlepiej smakuje w ruchu, pita na 3:
1 cukier do filiżanki
2 przełknąć i nie poparzyć się
3 odstawić i wyjść
pan z Illy cytowany przez Jeffrey Steingaartena:
potwierdza la crema i dodaje, że im gorsza woda tym lepsza kawa. Nie wie jeszcze dlaczego tak jest, ale tak jest. Sprawdzili naukowo w laboratoriach Illy
reasumując:

Szanujący się kawosz nie pójdzie do designerskiego baru. Albo wystrój albo kawa. Przybytek powinien być lekko obszarpany, ze staroświeckim sprzętem; w dzielnicy mieszkalnej, a nie centrum handlowym.

Barrista to dyrygent; rytm wybija opróżnianie filtra, mielenie kawy, syczenie pary oraz uderzenie filiżanek o kontuar. Raz-dwa-trzy-następny.


z łezką w oku opowieść własna:
Najlepsze, do tej pory, espresso piliśmy w Neapolu, na via Pasquale Scura. Co rusz ktoś wynosił tackę pełną kubeczków z kawą. Podejrzewam, że donoszono ją do pobliskiego szpitala w celu reanimacji trudnych przypadków.
przeciwko proponowanemu nowemu prawu, które pozwaliłoby skazać bloggerów na ciężkie kary pieniężne jeśli nie skorygują obraźliwych treści w ciągu 48 godzin. Jest to na pewno krok w kierunku uciszenia krytyków obecnego rządu. Na ile prawo będzie skuteczne, trudno powiedzieć. Jeśli uda się je egzekwować to nałożone kary mogą zbankrutować niejednego krytyka. Tylko kto będzie prawo egzekwował? Jeśli te same urzędy, które wydają pozwolenia sprawdzają czy budowy są prowadzone w/g planów, toprzecież i tak wiadomo, że-niezależnie od prawa-wszystko będzie tak jak zawsze, czyli na luzie.

http://mobile.globalpost.com/dispatch/italy/090716/italian-bloggers-strike
The New Italy: a complete guide to contemporary Italian wine (autor Daniele Cernili i Marco Sabellico). To nie Hugh Johnson ani Jancis Robinson, ale książka podaje informacje o mniej znanych winnicach. Oczywiście Gaja w niej jest, tak jak i Conterno, Paolo Scavino, Sassicaia, Biondi Santi, ale też są mniej znane, i przez to tańsze, nazwiska. Niektóre wina polecane nie zachwycają (chociażby te z regionu Trentino)

The World Atlas of Wine Hugh Johnson i Jansis Robinson The World Atlas of Wine kilkanaście stron o winach włoskich. Dobry przegląd najlepszych win

Camillieri, Andrea: seria o inspektorze Montalbano. Miejsce akcji: Sycylia

Barbarzyńca w Ogrodzie (Zbigniew Herbert)
Kilka rozdziałów o Włoszech, m.in. o katedrze w Orvieto. Herberta lubię w porywach, mam w planach recytowanie Boskiego Klaudiusza na Forum Romanum, ale zachwytów nad duomo w Orvieto nie podzielam, Siena też mnie nie rusza. Co nie znaczy, że wieszcz pisał źle. Po prostu moje sympatie średniowieczne są w Benevento, Wenecji ewentualnie w Palermo.


po mojemu to znak szczególny Rzymu. Florencki pomysł na skopiowanie produktu rzymskiej sztuki architektonicznej wrócił w wielu wcieleniach do miejsca narodzin. Architektura kołem się toczy, Rzym na okrągło, a nam się w głowach kręci. O inżynierii kopuły opowiadać nie będę, bo przepisać bym musiała, a nie lubię. Odsyłam do lektur. Wersja lajtowa: Style w Architekturze Wilfreda Kocha, z rysunkami i króciutkim opisem; dla długodystansowców polecam, za komentarzami na Amazon, Brunelleschi's Dome Rossa Kinga (może ktoś przeczyta i napisze mi czy warto kupić a potem położyć na stertę książek do przeczytania na emeryturze), dla pasjonatów encyklopedycznej skrótowości A Visual Dictionary of Architecture (autor Francis D.K. Ching) oraz A Dictionary of Architecture and Landscape Architecture (Oxford Paperback Reference) (autor James Stevens Curl) lub pinquinowska wersja Dictionary of Architecture and Landscape Architecture (Hugh Honour, John Fleming i Nikolaus Pevsner).

Tak więc oprócz Panteonu, mamy w Rzymie kopuł kilka:
  • u św Piotra
  • św. Piotr w Montorio
  • św, Karol od Czterech Fontann (to moja nazwa, tak naprawdę to nazywa się San Carlo alle Quatro Fontane)
  • św. Agnieszka
  • św. Łukasz i Martyna
  • św. Iwo
  • św. Andrzej na Kwirynale
  • jeszcze jeden św. Andrzej, tym razem od Doliny (San' Andrea della Valle)

Wystarczy?

'czy naprawdę nie można obyć się wólgaryzmów??'


bez wulgaryzmów pewnie tak, ale bez słownika ortograficznego raczej nie.

niby tak: miasto jest upierdliwe; parkingu nie można znaleźć; w hotelu Canal Grande (ma 4 gwiazdki!) zamiast wieszaków, dwa kanały porno; targ drogi a na ulicach codzienny pokaz mody. Do stacji kolejowej daleko i trzeba leźć przez całe stare miasto, żeby dostać się do hotelu. A jak się zaszalało i zrobiło rezerwację w hotelu San Francesco z kolacją w najlepszej restauracji Fini (lub prawie najlepszej, nie tylko Emilia Romagna, ale całego półwyspu) to jest mu jeszcze dalej. Chociaż jak kogoś stać na kolację za 200 euro (plus wino) od osoby to i za taksówkę sobie zapłaci. Tyle zrzędzenia, i to takiego półgębkiem, bo Modenę lubię i bywałam tam kilka razy w roku z racji uczęszczania na kursy włoskiego. Nauczyłam się czasowników nieregularnych i odmiany zaimków osobowych a przy okazji poznałam Giovannę oraz gnoccho e tigelle.

Oprócz niewygody i wysokich cen na pewne artykuły pierwszej potrzeby jak buty od Prady czy Sergio Rossi, Modena oferuje kulturę. Chociażby taki Festiwal Filozofii; impreza wrześniowa, coroczna i dobrze zrobiona.Są seminaria, koncerty, odczyty i wystawy. Przez całe lato ciągnie się festiwal muzyki dawnej, w kościołach odbywają się koncerty (z kilka euro można posłuchać dobrej muzyki). A w lipcu katowali publikę festiwalem orkiestr wojskowych (nie mówiłam, że stuknięte miasto?) Kulinarnie też nie zgorzej. Jest, chociażby, targ balsamico; festiwal filozofii ma swoje filozoficzne menu. dostępne w niektórych restauracjach, a układane 'na temat' przez Tullio Gregory. A jak ktoś nie chce pętać się po festiwalach, targach i sympozjach, to zjeść w Modenie możne dobrze i niekoniecznie od święta. Osobiście polecam trattorię Aldina (tuż obok hali targowej). Otwarci jedynie w porze obiadowej i w ciągu tygodnia, serwują specjały miejscowej kuchni (doskonałe makarony, lasagne i skalopki cielęce podlewane balsamico), w przyzwoitych cenach. Ruch mają, czasami trzeba czekać na stolik. Pozwalają zrobić rezerwację, co jest dodatkowym plusem, bo w takiej Trattorii Ermes czeka się na stolik. I to na zewnątrz; miejsca bowiem mało, a chętnych wielu. Telefonu nie mają (może już się go dorobili?); otwarci jedynie w porze obiadowej od poniedziałku do soboty włącznie. Ermes i Aldina kart kredytowych nie przyjmują.

Adresy:
Trattoria Aldina
Via Albinelli 40 (na 1.pietrze), tel 059 236106 (zamknięci od 10 lipca do 31 sierpnia)

Trattoria Ermes
Via Ganaceto 89-91 (zamknięci cały sierpień)

Jest jeszcze Stallo del Pomodoro na Largo Hannover 63, tel. 059214664, gdzie można popić dobrego wina i zagryźć przednim parmezanem lub innym przyzwoitym serem (zamknięci w niedzielę cały dzień i w soboty na obiad)

Oprócz 3-kapeluszowej restauracji w San Francesco, jest jeszcze dobra (i drogawa) restauracja L'erba del re, prowadzona przez Luca Marchini. Restauracja ma 1 gwiazdkę Michelina, 2 kapelusze od Gambero Rosso. Znajduje się na via Castel Maraldo 45 (tel. 059 218188) i można w niej zjeść specjały z Modeny, chociażby nóżki cielęce. Nie podejmuję się wytłumaczyć smaku, ale z wyglądu przypominają kiełbasę. W L'Erba jadłam ją z soczewicą. Łapki lizać.

W Fini jeszcze nie byłam. Czekam na 12,5 rocznicę ślubu, wygraną w totolotka lub bycie odkrytą przez manszardów nowojorskich. A dla tych, którzy są już sławni i posiadają wystarczającą ilość euro lub czystą kartę kredytową podaję adres: Ristorante Fini, Rua Dei Frati Minori 52, tel. 059 223314. Dziwne jednak, że stronę mają bardzo mizerną. Na więcej ich nie stać czy kontestują globalny konsumeryzm i bojkotują internet?

I jeszcze informacja turystyczna Modeny
cenzuralna część tekstu z dedykacją dla ver_ona0 z forum@gazeta.pl :-D



mówi się o właściwościach leczniczych miodu; być może wiele z opowieści to mitologia podobna do bajek homeopatów o właściwościach wody, która stała obok zioła. Ale nawet jeśli miód nie ma przypisywanych mu magicznych właściwości to i tak smakuje bosko. W maju ule przewożone są w pobliże akacji. Miód z niej jest jasnozłocisty, o delikatnym smaku i zapachu. Pełnia lata to miód słonecznikowy. Jaskrawożółty, o intensywnym zapachu karmelu. Miód lawendowy pachnie z kolei owocem męczennicy (passiflora); łubinowy smakuje owocowo, a rodondronowy jest bardzo, bardzo delikatny, trudno sie w nim doszukać posmaku owocowego, który-podobno-ma. Najchętniej kupuję miód kasztanowy. Jest ich kilka rodzajów--ciemniejszy jest intensywny w smaku, prawie gorzki, jaśniejszy ma aromat orzechów. Lubię go na grzance lub english muffins (jak to ładnie nazwać po polsku? Bo muffinek to nie jest).

Kiedyś, w Sienie, Udine lub Ascoli?, kupiłam słoik miodu o kolorze prawie czekoladowym. Miał gorzki i intensywny smak, ciągnął zapachem apteki i szpitala. Teraz, sprawdzając opisy miodów, wyczytałam, że erba medica, z której był miód, to lucerna. Jakoś nie pasuje mi ta lucerna, ale niech bedzie....

Joepie przesłał zdjęcie pszczół w pomarańczowych futerkach z okolic La Foresta (to ta od dębu św. Franciszka), a mnie na imię maja.
że cała Europa będzie w podróży, to wiadomo. Włochy nie będą gorsze i drogowcy czarno widzą. Podobno najgorszy ma być 8 sierpnia. 11 milionów samochodów na drogach, najbardziej oblegane pewnie będzą Autostrada Słońca i autostrady prowadzące na wybrzeża (m.in. A14 Adriatica do Ancony, A4 do Wenecji) oraz przejścia graniczne z Francją, Austrią, Szwajcarią i Słowenią. Nieznacznie lepiej ma być w okresie 1-8 sierpnia (znaczone przez drogowców na czerwono).

Niedziela 16.oraz week-end 22-23 i 29-30 mają być równie przykre. Więcej do poczytania ( i umartwiania się jeśli planujesz podróż przez Włochy) na stronach
http://www.corriere.it/Primo_Piano/Cronache/2007/08_Agosto/02/esodo_strade_bollinonero.shtml
http://www.repubblica.it/2009/07/sezioni/cronaca/esodo/esodo/esodo.html
lub, przetłumaczone na polski przez Linn_linn w http://forum.gazeta.pl/forum/w,206,97901524,97901524,INFO_dla_automobilistow_wyjezdzajacych_w_sierpniu.html

Urlop w Ginestra mamy zaplanowany na okres 29.sierpnia-13 września. Ryzykować jazdę przez góry, w tłoku, w upale, z trzema wrzeszczącymi kotami i samochodem, któremu-choć ma wymienione sprzęgło-nadal nie dowierzam, po to aby być w Ginestra 2 dni dłużej?
Hiszpanie nie byli dobrymi władcami. Cisnęli podatkami a korupcja i nepotyzm sięgały niebotycznych rozmiarów. Przelało się w 1647, najpierw w Palermo a potem w Neapolu. Powodem był nowy podatek na owoce, czyli główny prowiant biedoty miejskiej. Na czele rewolty stanął rybak, Tommasso Aniello, zwany Masaniello. Rebelianci opanowali pałac wicekróla Rodrigo Ponce de Leon, znienawidzonego księcia Arcos, który musiał szukać schronienia w pobliskim klasztorze, skąd ewakuował sie do Castel Sant'Elmo i w końcu do Castel Nuovo. Rewolta rozlała się jak powódź, zaczęto demolować miasto. Masaniello próbował ukrócić ekscesy wprowadzając sąd, któremu prezydiował. Wykonano egzekucje na kilku rebeliantach oraz potoczyły się głowy księcia Maddoloni i jego brata Giuseppe Caraffa, którzy przybyli do Neapolu aby jątrzyć.

Rozruchy przybierały na sile, zaczęły też przenosić się poza granice miasta. Wicekról zmuszony został do negocjacji. 13 lipca 1647 podpisany został dokument w którym książe Arcos znosi uciążliwe podatki oraz daje obywatelom prawo do noszenia broni do momentu ratyfikowania rozejmu przez króla. Wicekról próbował przekupić Masaniello. Ten jednak odmówił, decydując się powrócić do bycia rybakiem. Nie jest jasne co spowodowało odwrócenie się byłych rebeliantów od Masaniello. Sugeruje się, że zaczął być dyktatorem. Podejrzewa się, że to arystokracja neapolitańska przekupiła jego przyjaciół. W każdym bądź razie ten sam tłum, którego wcześniej zagrzewał do walki, teraz pozbawił go życia. Masaniello zginął 16 lipca 1647.

Następnego dnia zmieniono system wag i miar. Rozwscieczony tłum wygrzebał ciało Masaniello i urządził mu wspaniały pogrzeb. Podobno był na nim obecny wicekról.
Marta, Joepie i Toffik mieszkają od ponad dwóch tygodni w Ginestra. Pierwszego poranka nawiedziła ich sąsiadka, żeby zapytać kim są i dlaczego ich pies ma tylko trzy łapki. Przed wyjazdem do Ginestra powinnam przerobić słownictwo o wypadkach, operacjach i psach. Na pewno będę musiała dopowiedzieć to, czego nie mogła wytłumaczyć Marta.

Toffik terroryzuje miejscowe koty; Marta ogląda góry o poranku a Joepie fotografuje i je foccaccie. Podobno najlepsza jest jednak foccaccia z Ginestra. Piątkowe dostawy warzyw na ciężarówce z tablicami neapolu zostały zakłócone. Była awantura i pan przestał przyjeżdżać. Mam nadzieję, że tylko tymczasowo. Miał dobre cytryny i papryki.

W drodze do nas 2000 zdjec z Ginestra i okolicy. Tak, tak, dwa TYSIĄCE
Zaczęło się od Greków. Kolonizując zachodnie wybrzeża półwyspu, wybudowali Nowe Miasto-Neapolis-będące częścią Magna Graecia. Wcześniej jeszcze było Cumae, którego mieszkańcy założyli miasto Parthenope, a później, z niewiadomych powodów, zaczęli budować następne miasto w bezpośrednim sąsiedztwie. Był to właśnie obecny Neapol.

Grecy, Etruskowie, Samnici i Rzym
Etruskom Neapolis nie udało się podbić, Hannibalowi też (Neapolis było po stronie rzymskiej w wojnie z Kartaginą). W czasie wojen samnickich Neapolis przeszedł w ręce samnitów, ale z ich upadkiem miasto dostało się w ręce rzymskie,co nie znaczy wcale, że zaniknęła kultura hellenistyczna. Rzymianie, z kompleksami parweniusza, aspirowali do bycia cywilizowanymi i wykszałconymi (czyt. mówiący po grecku i znający kulturę hellenistyczną). I tak jak arystokracja polska słała dzieci po nauki do Paryża, Padwy,Berlina czy Petersburga, tak rzymianie wysyłali młodzież do Neapolu. Po panowaniu rzymskim ostał się w mieście rozkład ulic, doskonale widoczny w najstarszej części miasta. Schodząc do podziemi (sławne Napoli Subterranea) można zobaczyć więcej: warstwy zabudowy greckiej, rzymskiej, resztki murów, zbiorników, zwieńczeń i sklepień.

Ostrogoci i Bizancjum
Rozkład zachodniego imperium rzymskiego znaczył dla Neapolu zmianę władcy na Ostrogota, ale podboje półwyspu przez Belisariusza skazały miasto na władzę Bizancjum. Przez kolejne lata miasto przechodziło z rąk do rąk, a kolejni władcy próbowali wykroić dla siebie odrobinę autonomii. W końcu, gdy upadła stolica arcybiskupia w Rawennie,Neapol stał się niezależnym księstwem.

Księstwa neapolitańskiego dziwne były koleje losu: po Pandulfie z Capuii, krótko rządzili w nim Lombardowie, potem powrócili władzcy pochodzenia greko-rzymskiego. Lawirując między ścierającymi się obszarami wpływów książe Sergiusz IV najął Rainulfa Drengot z Normandii do walki z Capuą. 100 lat później, w 1137 roku, normandcy najemnicy kontrolowali duże obszary: do nich należała Capua, Benevento, Salerno, Amalfi, Sorrento i Gaeta. W tym samym roku Neapol, ostatnie niezależne księstwo, przeszło w ręce normandzkie. Ostatni książe Sergiusz VII oddał władzę w ręce Rogera II i Neapol stał się częścią nowopowstałego Królestwa Sycylii ze stolicą w Palermo. Z czasów Sergiusza IV zachowała się do naszych czasów twierdza Castel D'Ovo.

Gdy władza w Królestwie Sycylii przeszła w ręce Hohenstaufów (z racji braku męskiego potomka w linii normandzkiej, tron dziedziczyli-spokrewnieni po kądzieli-Hohenstaufowie ze Szwabii), ale ich rządy skończyły się ze śmiercią Federyka II. Jego następca, Konradin, został uwięziony z instygacji papieża Innocenta II i władza nad królestwem przeszła znów we francuskie ręce.

Andegawenowie
Przez jakiś czas królestwo trzymało się kupy, ale francuzom woda sodowa uderzyła do głowy do tego stopnia, że swoją chciwością i arogancją sprowokowali powstanie znane jako I Vespri Siciliani (30 marca 1282), którego wynikiem był rozpad księstwa. Neapol przeszedł w ręce hiszpańskiego rodu Aragonów. Pamiątką po Adegawenach w Neapolu jest Castel Nuovo i katedra, wybudowana przez Karola I.

"Aragoni i Habsburgi"
Z nastaniem rządów Aragonów, historia Neapolu zaczyna komplikować się jeszcze bardziej. Niby rządzili Aragonowie, ale władza przechodziła z rąk do rąk: w połowie XIV wieku Neapolem władał Ludwik Wielki (Andegawen z Węgier), który podbijał miasto wielokrotnie. Potem Alfons I przejął miasto z rąk pokonanego ostatniego króla z rodu Andegawenów-Rene i Neapol, na krótko, był znów zjednoczony pod jednym berłem z Sycylią. Rozwód z Sycylią nastąpił w 1458. W tym samym roku, Ferrante (nieślubny syn Alfonsa V z rodu Aragonów ) przejął koronę Neapolu. W 1501 władcą był Luis XII (Francja), gdyż Fryderyk-prawowity król-był w niewoli u francuzów. 4 lata później, po wygranej bitwie pod Garigliano, władza była znów w rękach hiszpańskich, tylko że nie aragońskich a habsburskich. Habsburgowie rządzili Neapolem poprzez namiestników. Najbardziej znaczącym wydaje się być Pedro Alvarez de Toledo. To on wprowadził reformy, przyczynił się do gospodarczej świetności miasta i jego rozbudowy,jednocześnie był zwolennikiem św. Inkwizycji. Imieniem Toledo została nazwana jedna z głównych ulic Neapolu, a od hiszpańskiej modernizacji miasta wzięła się nazwa dzielnicy Quartieri Spagnoli

Rządy namiestników hiszpańskich w Neapolu skończyły się w 1714. Wojna o hiszpańską sukcesję wyniosła na tron Karola IV, który-z siedziby w Wiedniu-rządził Neapolem przez... namiestników, tym razem austriackich. W 1738 Polska (!) przyczyniła się do zmiany na tronie Neapolu. Wojna o polską sukcesję odsunęła od władzy Habsburgów; jako wynik rozejmu w Wiedniu przywrócono do władzy tak w Neapolu jak i na Sycylii hiszpanów. Tym razem z linii hiszpańskich Bourbonów.

Za panowania Ferdynanda Bourbona wybuchła Rewolucja Francuska i, w końcu, dotarła do Neapolu. Ferdynand musiał udać się na emigrację do Palermo, a władzę w mieście przejęli rewolucjoniści. W przeciwieństwie do rewolty Masaniello z XVII wieku, tym razem doły społeczne(lazzaroni), przeciwne rewolucji, były po stronie religii i Boubonów. Rewolucję wspierała neapolitańska pro-repulikańska arystokracja i armia francuska. W takich warunkach musiała wybuchnąć wojna domowa. Republikanie zdobyli zamek Sant'Elmo i proklamowali Republikę Partenopejską, której istnienie gwarantowała obecność francuskiej armii. Przeciwnicy rewolucji zgromadzili więc własną armię składająca się głównie z lazzaroni, zwanych również sanfedisti. Odnieśli sukces militarny i udało im się odbić wszystkie napolitańskie twierdze. Francuzi ewakuowali się do Toulon. Republika upadła, rewolucjonistów stracono i powróciła monarchia.

Ferdynand IV nie okazał się lojalnym wobec obrońców monarchii: zamiast wprowadzić reformy, zaczął przykręcać śruby. W obawie przed demokracją zaniechał reformy ziemskiej i unieważnił prawa obywatelskie. Nie pomogło mu to za bardzo. 7 lat później Królestwo Neapolu podbił Napoleon Bonaparte. Wojny napoleońskie zakończył Kongress Wiedeński, który-po raz kolejny-zjednoczył Neapol i Palermo. Tym razem w Królestwie Obojga Sycylii.

W 1861 Garibaldi zakończył panowanie Boubonów. Skarbiec Królestwa wzbogacił nowopowstałe państwo. A że Królestwo poniosło większość kosztów unifikacji, nic więc dziwnego, że gospodarka-do tej pory doskonale prosperująca-kompletnie upadła. Rozpoczęła się era emigracji zarobkowej (szacuje się że w okresie 1876–1913 ponad 4 miliony ludzi wyjechało za chlebem) Panowanie domu Savoy (bo tak czasami nazywa się zjednoczenie Włoch) trwało do końca II Wojny Światowej. Potem nastała republika

Pamiątką po Bourbonach jest pałac Capodimonte, pamiątką po Garibaldim są nazwy ulic lub placów :-)

I to by było, proszę Państwa, na tyle....
Gdyby Neapol był osobą nadawałby się do leczenia psychiatrycznego. Historia nauczyła neapolitańczyków, że można liczyć tylko na najbliższych.

Nie ma już ludzi, którzy pamiętają Garibaldiego, ale opowieści o ostatnim upokorzeniu nadal są w obiegu. Nie żeby bogactwo Królestwa Obojga Sycylii aż tak bardzo docierało do najbiedniejszych, ale nie było znów najgorzej....Przynajmniej nikt nie musiał emigrować. Rodziny trzymały się razem. Historia, historia i jeszce raz historia...bo to ona, jak nic innego, tłumaczy architekturę i duszę miasta.

Najprościej powiedzieć, że najpierw była Magna Graecia, potem Rzymianie, po których nadciągneło Bizancjum i skończyło się, na niezależnym Księstwie Neapolu, które zostało częścią Królestwa Sycylii. Królestwo z Sycylii rozpadło się i powstało Królestwo Neapolu, ktore z takich czy innych powodów stało się w końcu Królestwem Obojga Sycylii. Na końcu była (i nadal jest) Republika.


Joe Colombo
Miał tylko 41 lat, gdy zmarł. Szkoda, bo tak się dobrze zapowiadał.

Zaczął od studiów w mediolańskie Akademii Brera i dołączył do grupy Arte Nucleare, ale jakoś zaczęło go ciągnąć do architektury i w końcu zawędrował do designu. Projektował dla Karella, Zanotty, Stilnovo, O-Luce, Alessiego i Rosenthala. Pierwsze krzesło formowane z jednego typu materiału było jego pomysłem. Przy okazji i mimochodem stworzył meble ze sklejki, skóry, rattanu, zaprojektował lampy-z których jest chyba najbardziej znany. Z czasem zainteresowała go wielofunkcyjność mebli; powstały wtedy Tube Chair, Multi Chair i wózek Bobby. Wszystkie realizacje Joe Colombo to udany związek sztuk pięknych i inżynierii. Chyba jedynie Ingo Maurer ma podobne podejście do designu. Ale Ingo Maurer nie jest aż tak wszechstronny

zdjęcia pochodzą stąd: http://www.apartmenttherapy.com, http://www.nova68.com, http://www.design-museum.de, http://www.cad-press.com,http://museumvictoria.com.au, http://arquitecturainteligente.wordpress.com

smakują nam włoskie kiełbasy, ale naszą najulubieńszą jest hiszpańskie chorizo z pata negra. A na drugim miejscu jest chorizo z sarniny. Po nie jeździmy na Viktualienmarkt. Przy okazji, we francuskim sklepiku, zaopatrujemy się w inne niezbędniki kulinarne: prawdziwą bagietkę (taką, której nie powstydziłabym się upiec. A piekę b. dobrą bagietkę) i kawałek sera. Dzisiaj przypałętał się do nas kawałek dojrzałego livarot.

Kolację popiliśmy sympatycznym winem z Magliano Sabina (2 euro za litr). Jakoś nie brakuje mi ani Ginestry, ani Lacjum. Przynajmniej o 22:29 :-D

Dobranoc

takiej okazji nie można zmarnować: piękne zdjęcia (dzięci ci, Panie, za ludzi którzy wstawiają zdjęcia pod Creative Commons License) kościołów rzymskich.

Asceza i umiar nigdy nie miały wzięcia wśród papieży (chlubnym wyjątkiem wydaje się jedynie Celestyn, który i tak długo nie porządził) więc i kościoły były budowane na miarę aspiracji kolejnych papieży i ich rodów. Lista architektów zatrudnionych przy planowaniu, budowaniu, przebudowywaniu, dobudowywaniu i nadzorze bazyliki św. Piotra jest listą 'kto jest kto w architekturze':
  • Leone Battista Alberti
  • Bernardo Rossellino
  • Donato Bramante
  • Giuliano da Sangallo
  • Fra Giocondo
  • Rafael
  • Baldassare Peruzzi
  • Antonio da Sangallo Młodszy
  • Michelangelo
  • Giorgio Vasari
  • Carlo Maderno
  • Domenico Fontana
  • Gianlorenzo Bernini
do listy można jeszcze dopisać dwa nazwiska: Giulio Romano i Jacopo Sansovino. Pierwszy zmarł, wyrządając przykrość papieżowi Pawłowi, bodajże V, który bardzo chciał Romano jako budowniczego. Sansovino odmówił, nie chcąc wyprowadzać się z Wenecji, co jest zupełnie zrozumiałe.

W Rzymie są 4 bazyliki papieskie (zwane tez basilica major): oprócz watykańskiej jest jeszcze Św. Jan na Lateranie (będący jednocześnie katedrą), Matki Bożej Większej i Św. Pawła za Murami. Jeśli do listy dopiszemy jeszcze bazylikę Św. Wawrzyńca za Murami, uzyskamy wykaz pięciu pilarów chrześcijaństwa: bazylika laterańka reprezentowała Rzym, Św. Piotr-Konstantynopol, Św. Paweł-Aleksandrię, Matka Boża Większa-Antioch a Św. Wawrzyniec Jeruzalem.
zwariowane miasto. Jest poniedziałek, czyli normalny dzień otwarcia muzeum archeologicznego. Na bramie przybity list dyrektora: dzisiaj jesteśmy zamknięci z przyczyn nieokreślonych. Wróć jutro. Najwyraźniej nie doszli do siebie po weekendowej wizycie papieża. Via Toledo obłożona stalowymi bramkami, tarasującymi chodniki. Piesi przechodzą więc na jezdnię, mieszając się z samochodami. W banku nie można pobrać pieniędzy.

Pizza w Gallo D'Oro smakuje bosko. Trafiliśmy tam przez przypadek, wędrując vico della neve u podnóża Capodimonte. Rodzina z sąsiedniego stolika zamawia dla nas zestaw neapolitańskich zakąsek i ciasteczka nadziewane nutellą. Ciasteczka są bardzo słodkie, ale krokiety z ryżu nadziewane mozzarella -czysty miodzio. Najgenialniejszą zakąską w łapkę jest chleb neapolitański. W ciasto chlebowe zawinięte jest prosciutto, ser i jakieś zioła. Za rogiem mamy najlepszy sklep z tego typu specjałami; I fiorentini. Nie mam jednak odwagi zamówić flaków, z których zakład słynie.

W hotelu pod JC łamie się deska toaletowa. Zgłaszamy obsłudze. Jutro, pojutrze będzie zreperowana, a my w miedzyczasie sikamy w pozycji stojąco-wypiętej.

Już wiemy, że na Boże Narodzenie i Nowy Rok wrócimy do Neapolu, a nie, jak planowaliśmy wcześniej, do Wenecji.

główny parking Ginestra jest na Largo Beato Padre Pio, więc samochodów strzeże padre w ceglanej grocie. Podobno mieszkańcy byli u padre po błogosławieństwo. Parkingiem jednak rządą koty. Buszują w koszach na śmiecie, przesiadują na ławkach, samochodach i motorach.Najwyraźniej skoligacowe, bo wszystkie odziane są w skundlone futerka w szaro-rude łaty. Nestor (ten z motocyklem) ledwo łazi i nie chce jeść prosciutto. Wydaje się być na ostatnich nogach. Ale on tak wyglądał też w ubiegłym roku
SMS od Marty i Joepiego (tych od pięknych zdjęć kotów i Monachium, Belgii i późnego wstawania):

No jest po prostu cudownie. Codziennie rano budzę się o 7, żeby popatrzeć na góry. O każdej porze są inne. Przez pierwszy tydzień codziennie były burze, więc mamy mnóstwo zdjęć Ginestry w deszczu. Ale i tak mnóstwo zwiedziliśmy, głównie pobliskie miasta. Tu w Oliwkowie jest jednak najładniej

czy wypada nielubić przyjaciół za bycie tam, gdzie ja bym chciała być?

sam na sam z samą sobą, muzyką i pudełkiem akwarelek. Muzyka, jak alkohol, (nie)dobrze na mnie działa. Tym razem Schubert uderzył mi do głowy; "Der Todt und das Mädchen" i strachy przed trzęsieniem Ziemi.

Wiadomość dla masochistów: będzie więcej akwarelek :-P

Teoria ewolucji tłumaczy powstanie gatunków poprzez nieprzypadkowy dobór naturalny w przypadkowym środowisku (tłumaczę sobie angielskie: non-random natural selection in random environment, trochę niezgrabnie mi to idzie, ale najwyraźniej w kwestiach językowych odziedziczyłam geny niekumatych językowo), ale-na miłość boską-które geny odpowiedzialne są na powstanie Edry? Można swoim materiałem genetycznym pomanipulować tu i ówdzie? Jeśli tak, to się zgłaszam. I proszę o ten przypadkowy adres. Mogę tam zamieszkać jeśli tylko zamienię się taką Edrę.

Edra pojawiła się 22 lat temu, dalsza krewna Kartella i włoskiej tradycji meblarskiej. Od początku wiadomo było, że będzie królową eksperymentalnego designu. Jej dyrektor artystyczny Massimo Morozzi (miłościwie panujący nam do tej pory) postawił na technologię i pomysły z pogranicza kiczu i inżynierii genetycznej. Do współpracy zapraszał młodych, gniewnych i utalentowanych (bracia Campana, Ashley Hall, Inga Sempre, Alfred Haeberli pracowali lub nadal pracują dla niego) i jednego co-nieco starszego, ale też zwariowanego, Francesco Binfare. Powstały ikony designu: Vermelha, Favela, Paesi Italiani, Flap, Tatlin. Edra błyszczy i nic nie wskazuje na to, aby błyszczeć przestała. Wielkim plusem Edry jest to, że zaprasza do siebie artystów, nie gwiazdy, i nie splamiła sie współpracą z Phillipem Starckiem :-D

No i jakość wykonania. Może to wyglądać jak rozsypujące się rudery, może przypominać miotłę, szmatę, byłą teściową....ale wszystko jest wygodne, solidnie wykonane i z najlepszych materiałów. Nie jestem pewna czy Edra kiedykolwiek stanie się modna w Polsce, bo tu niezmiennie króluje przekonanie, że plastyk nie jest szlachetnym materiałem, a wnętrza są-nawet jeśli pretendują do nowoczesnych-raczej dekoracyjne. A Edra-trzaśnięta, zakręcona i zwariowana-do udekorowanych nie należy. Trochę boję się, że Polska to jednak Giorgetti a nie Edra. A o Giorgetti pisać nie będę. Nie pozwala mi na to dusza neo-darwinisty i neo-ateisty :-D.

BTW: w muzeum Vitry w Weil am Rhein od 16 maja br do lutego 2010 jest wystawa braci Campana. Jedna z 1001 rzeczy, które trzeba zobaczyć zanim się umrze, bo potem będzie za późno.

materiały zaczerpnięte ze strony EDRY, a zdjęcia z bonluxat
Lacjum pracowicie dzielę na regiony, niekoniecznie administracyjne. I tak Viterbo czy Tuscania są zaliczone do Etrurii (Tuscii), Agnani do Ciociaria, a Orvinio to Sabina. Reszta miejsc leci prowincjami. Tam, gdzie nie jestem pewna polskiego nazewnictwa, trzymam się jego włoskiej, raczej niż angielskiej, wersji wychodząc z założenia, że znaki drogowe będą po włosku (z niechlubnym wyjątkiem chiantivlle)
Wrzesień lada moment, dwa tygodnie urlopu do zagospodarowania, samochód z nowym sprzęgłem i jakimś cosiem hydraulicznym, baza w Sabina zapewniona i tak sobie zamarzyłam, że na dwa dni to moglibyśmy pojechać gdzieś indziej i raczej kierunek Południe: Bari? Matera, Potenza? Lecce? Brindisi? Benevento? coś w Abruzzo, Molise, Campanii?

ps: post na zielono. W kolorze nadziei :-D
o Włoszech, w języku polskim? Znam/znalazłam dwa: Włoskie Miniatury oraz Toskania i.... A chciałoby się zobaczyć więcej, i to niekoniecznie o pracy :-) Może ktoś wie, zna, czyta, poleca? Byłabym wdzięczna bardzo.....


obszczekałam ja we wtorkowym poście, podsikałam tu i ówdzie, pora więc na odrobinę obiektywizmu i (prawie) rzetelności:

zdecydowanie najbardziej znana, choć- w/g Witolda Rybczynskiego-jedna z mniej udanych realizacji Palladio. Nie jestem sobie w stanie przypomnieć wszystkich argumentów Rybczynskiego (książka nadal w Ginestra, ja w Wasserburgu, a pamięć na urlopie), ale skłonna przyznać mu rację, że willi brakuje świeżości rozwiązań. Jest bowiem, w pewnym sensie, prywatnym kompendium wiedzy oraz doświadczenia i, jak się później okazało, jednoczesnym testamentem architekta, który nie zobaczył ukończonego dzieła. La Rotonda, wyniosła i zimna, niezbyt odkrywcza architektonicznie, okazała się architektonicznym bestsellerem. Kopiowano ją chętnie i namiętnie w Anglii (Henbury Hall, Chiswick House, Mereworth Castle), w Stanach (Monticello) i w Polsce (Królikarnia, Belweder i Pałac Skórzewskich). Co w niej niezwykłego? Chociażby to, że bodajże po raz pierwszy, topografia terenu tak bardzo wpłynęła na bryłę budowli. La Rotonda patrzy bowiem w czterech kierunkach; cztery identyczne portyki otaczają kwadratową budowlę, której centralny hol zwieńczony jest kopułą. Wystrój wnętrza miał być kontrapunktem dla surowej architektury, co z resztą świetnie widać na zdjęciach.

Obiektywnie mogę stwierdzić, że bardziej podoba mi się na rysunkach architektonicznych Palladio niż w rzeczywistości. Jeszcze bardziej nie podoba mi się, że obecny właściel zastrzega sobie prawa autorskie do widoku willi.

Więcej o willi-pałacu na stronie CISA

W celach turystycznych odwiedziliśmy Rzym ponad rok temu. Spędziliśmy tam ponad tydzień, wytrwale przemierzając ulice Rzymu (nie splamiliśmy się korzystaniem ze środków masowego transportu) od okolic Santa Maria Maggiore (Matka Boża Większa), gdzie był nasz B&B aż do Trastavere. Z wyboru nie wybraliśmy się do Watykanu, choć kopułę bazyliki oglądaliśmy ze Schodów Hiszpańskich.

Czy nam się w Rzymie podobało? Raczej nie, choć z zachwytem oglądałam kościoły i Palazzo delle Esposizioni (akurat pokazywali Marca Rothko), najlepiej czuliśmy się w nieturystycznej części Trastavere. Tam też znaleźliśmy wspaniałą knajpkę Le Mani in Pasta. Nie dosyć, że można było zaglądać do kuchni (kucharze jak z opowieści Bourdain-a; obszarpani, w czapkach bejsbolowych, bardziej przypominający renegatów niż obywateli z PIT-em), to jeszcze można było zamówić spaghetti z vongole i ostrymi papryczkami lub talerz świeżutkich owoców morza (metoda przyrządzania uzależniona od humoru głównego kucharza). Wracaliśmy tam kilkakrotnie, zawsze mieli pełen zestaw gości i, wnioskując po uściskach a kelnerem i częstotliwości odwiedzin w kuchni, raczej miejscowych i na pewno stałych.

Drugim wydarzeniem kulinarnym była restauracja Open Colonna w Palazzo delle Esposizioni. Raz że pięknie i minimalistycznie urządzona; dwa, źe dyryguje nią Antonello Colonna. A jedzenie? No cóż, przepiszę trochę z menu (tak, bezczelnie poprosiłam o kartę dań na wynos). I radzę nie czytać o pustym żoładku

I tak na menu jest:
  • jagnięcina duszona w wytłoczynach winnych, podawana z karmelizowanymi ziemniakami
  • królik w pancettą z fasolą cannellini
  • sernik z ricotty z konfiturą jagodową i z sorbetem z kopru włoskiego (wylizaliśmy-dyskretnie-talerze)
  • Insalata Parione--endywia, cielęcina, pecorino, pieczone pomidory i zielony sos (też wylizałam)
  • Spaghetti al ragu di tonno fresco
  • tortelli nadziewane ciecierzycą, rozmarynem i dorszem (JC zachwycony)
  • tonnareli z ziemniaków z sardelami
  • ravioli nadziewane pecorino i flaczkami po rzymsku
I tu się buntuję. Więcej przepisywać nie będę. Jestem głodna i daleko od Rzymu.
Podam jedynie adres: Open Colonna via MIlano 9A, Rzym, tel. 06 47822641, Strona internetowa (dla twardzieli): antonellocolonna.it

Le Mani in Pasta
via dei Genovesi 37
tel: 06 582-6017
www.lemaniinpasta.com (dopiero w budowie)

Do Neapolu pojechaliśmy prosto z Rzymu. Wyjechaliśmy z uporządkowanej cywilizacji i trafiliśmy na bachanalia: wszystko szło, biegło, krzyczało, trąbiło a my próbowaliśmy znaleźć wejście do kolejki, która miała nas zawieźć w pobliże hotelu.

Po wyjściu z kolejko-metro było jeszcze bardziej: szłam wąską uliczką pełną tłumu, próbując nie najechać walizką na wystawioną żywność. A na ulicy było wszystko: skrzynki z rybami, mięsem, owocami, warzywami, ciastkami, raz-w-mordeczkami różnej maści. Do tego za plecami trąbiły samochody i wyły karetki pogotowia, wałęsały się koty, psy i ludzie. Nad głową suszyło się pranie i pomidory, a balkony udekorowane były stołami, lodówkami i plotkującymi sąsiadkami.

Do hotelu wchodziło się przez podwórko. Po jego lewej stronie było wejście do czyjejś kuchni, przybrane plastykowymi kwiatami, obrazkami Dziewicy i babcią siedzącą z różańcem przy stole. Na ścianie jazgotał telewizor plazmowy, a kuchnia była wielkości stołu kuchennego, krzesła i kanapy. Sam hotel był na 3.piętrze (schody po prawej stronie, zaraz obok rozsypującej się błękitnej Vespy). Windy nie było. A nawet gdyby i była to nie jestem pewna czy zdecydowałabym się do niej wejść. Ja przeżywałam szok kulturowy, JC był na swoich śmieciach, które z resztą można było obejrzeć z okna łazienki.
Goethe, jak wszyscy dobrze wiemy, pisał lepiej po angielsku niż po polsku :-D Stąd cytat w mowie obcej:
I don't want even to think about Rome. By comparison with Naples' free and open situation, the capital of the world on the Tiber flats is like an old wretchedly placed monastery.

Jutro napiszę o Neapolu
niepalenie, wyłączenie komórek, zapomnienie o dobrych manierach i sygnalizowanie wykroczeń przeciw porządnej polszczyźnie, takich jak::
  • błędy ortograficzne,
  • kal(e)ki językowe,
  • błędy gramatyczne (nie chcę przykładać palców do śmierci następnego przypadku, wystarczy że zmarł już dopełniacz)
  • błędy stylistyczne tudzież rzeczowe.
Bowiem posiadanie Wielkiego Słownika Poprawnej Polszczyzny z CD i wielkiej księgi ze słownictwem z architektury nie gwarantuje nieomylności


w Vicenza byliśmy tydzień. Poszłam więc obejrzeć willę Capra (La Rotonda) i Valmarana. Przyznaję, że tę drugą z powodu fresków Tiepolo a nie achitektury Palladio. Obydwie wille są prawie sąsiadkami. Jedna na szczycie wzgórza, druga w połowie drogi. La Rotonda króluje nad okolicą, choć, nadchodząc od strony Valmarana, widzi się ją w ostatniej chwili. Zasłaniają ją krzaki i drzewa. Nie wiem czego oczekiwałam, ale willa najpierw rozczarowała; wydawała się za kompaktowa. Brakowało mi rozmachu i przestrzeni widocznej w Valmarana. Wnętrze jeszcze bardziej potęgowało wrażenie. 4 komnaty obiegający salę na planie koła nie zrobiły większego wrażenia. Zapamiętałam jedynie stare meble (ale nie antyki) i zdjęcie rodzinne na komodzie ustawionej pod ofreskowaną ścianą. Z przyjemnością wróciłam do Valmarana. Tam przynajmniej dało się oddychać. W sali reprezentacyjnej stałam otoczona freskami Tiepolo. Rydwany przetaczały mi się nad głową, a bogowie bogowie i herosi tłukli się między sobąw przestrzeni między freskami, a boginie zadzierały zalotnie kiecek.

Żeby było jasne: w Vicenza byliśmy ponad 10 lat temu; wypadałoby tam powrócić, chociażby dla skonfrontowania impresji z pierwszego pobytu. Pewnie tam kiedyś dojedziemy, choć pewnie prędzej zawitamy do Castel del Monte czy Altamura, miejsc wymarzonych i jeszcze nie widzianych. Vicenzę pamiętam jednak dobrze bo nie smakowała mi tamtejsza kuchnia. Baccala i polenta przyprawiały mnie o mdłości, brzydziłam się gulaszu z koniny. Z przyjemnością jadałam jedynie radicchio z Treviso. Z grilla, lekko skropione oliwą i posypane gruboziarnistą solą, było moją ulubioną potrawą.

Na zjęciach: basilica, willa Elmo i La Rotonda

Informacje dla zwiedzających:
La Rotonda jest nadal prywatną rezydencją; grunty i willa do obejrzenia są od 10-12 i 15-16 (od marca do listopada), wnętrze jedynie w środy. Ceny wstępu wysokie: 5 euro za pochodzenie wokół willi, a za dodatkowe 5 euro można pochodzić po wnętrzu. Dostępne jest jedynie piano nobile, czyli sala reprezentacyjna i 4 komnaty. Tak suteryna jak i piętro nie są udostępnione zwiedzającym. Podobno nie wolno willi fotografować, gdyż właściel zastrzegł sobie copyrights. Valmarana jest tańsza i oferuje więcej do zwiedzania. Bilet kosztuje 8 euro; zwiedzać można w okresie marzec-listopad od wtorku do niedzieli w godz. 10-12, z tym że w środy, czwartki, soboty i niedziele również po południu (15-18)
zdjęcia z ubiegłego miesiąca, nostalgicznie zebrane do kupy bo mi się serce i wątroba skręca, że dom w Ginestra taki śliczny a ja tu moknę na wygnaniu, najpierw w Zielonej Górze, a teraz w Wasserburgu. I tak od lewej strony: kościółek św. Marcina w Poggio; ulica w Ginestra prowadząca wzdłuż starych murów (wygląda na dłuższą i bardziej historyczną niż jest) i dżungla u podnóża 'naszej' góry. Do Poggio Moiano poszłam sama, drepcząc grzbietem wzgórza. Fajnie byłoby opowiedzieć, że była grań, niebezpieczne przejścia, kamienie osuwały się spod stóp, ale droga asfaltowa, szeroka. Nawet szlak oznakowano prawie dobrze, bo kierunkowskaz pokazywał Moiano prosto i w prawo.

Dżunglę odkryłam jeszcze w kwietniu, szukając skrótu z Santa Vittoria w Monteleone do Ginestry . Były pierwiosnki, poplątane korzenie drzew zwisające z kamiennych urwisk.Widziałam też parę dużych drapieżnych ptaków (wielkości sporej gęsi). A potem przeprawiałam się przez strumień, który przecinał drogę. Było z lekka strasznawo, bo dźwięk szorującej po kamieniach wody przypomniał mi sen o wezbranej rzece i opis porowu Hopryny. Wyszło jednak, że strumień głeboki nie był, przejść można było po kamieniach. I podejście pod górę było skrótem do Ginestry. Wróciłam w to samo miejsce w czerwcu z Eli, Martą i JC. Strumień nadal skracał sobie drogę w poprzek naszej scieżki. Gołe ściany pokryła wybujała roślinność. Eli pierwsza zdjęła buty, a ja za nią. Wlazłam po kostki w chłodną wodę. Po kilkunastu sekundach woda była lodowata a podeszwy stóp bolały. Masaż okazał się torturą. Gorzej było tylko na szczycie góry. 40 stopni upału, zero cienia i 2 km do Ginestra.

potrzeba było książki Witolda Rybczyńskiego, żebym w końcu zrozumiała o co w tym całym Palladio chodzi; jakoś nie wystarcza wiedzieć że jest do dnia dzisiejszego najbardziej wpływowym architektem, więc zaczęłam od lektury przyjemnej i przystępnie napisanej książki omawiającej biografię architekta i jego najważniejsze realizacje, m.in willę Godi, La Rotonda, bazylikę w Vicenzy.

Był związany z republiką wenecką (tak Padwa, w której się urodził, jak i Vicenza w której mieszkał i pracował, należały do La Serenissima), choć dopiero w mocno dojrzałym wieku zaczął dostawać zlecenia z Wenecji, chyba poczęści dla tego, że tak w Wenecji jak i w Rzymie królował niepodzielnie m.in. Michele Sanmichele i dopiero po jego śmierci Palladio zaczął prace dla Wenecji, których ukoronowaniem była budowa San Giorgio Maggiore. Palladio jednak znany jest przede wszystkim jako twórca willi arystokracji z Vicenzy, a później arystokracji weneckiej zamieszkującej prowincję Veneto. Dzięki protekcji i patronatowi Gian Giorgio Trissino młody Palladio otrzymał pierwsze zamówienie na budowę willi dla rodziny Godi. Potem przyszły następne: Valmarana, Thiene,Pisani, Chiericati i Badoer, oraz najsłynniejsza La Rotonda. W międzyczasie senat Vicenzy, znany ze skąpstwa, polecił Palladio przebudowę głównego budynku użyteczności publicznej: bazyliki (Palladio wygrał przetarg, gdyż jego projekt okazał się najprostszy w realizacji) i za nią jest Palladio najbardziej podziwiany. Wykazał się bowiem wyobraźnią achitektoniczną: nie ruszając średniowiecznej struktury budynku, dobudował nową fasadę, która-podpierając stare i sypiące się mury-nadawała masywnej budowli koronkowej lekkości i elegancji. W przeciwieństwie do innych gwiazd architektury (chociażby znanego z podłego charakteru Bramante), Palladio był dokonałym menadżem i kierownikiem. Umiał porozumiewać się nie tylko z inwestorami, ale również i podwykonawcami.Teoretycznym dziełem życia okazały się Cztery Księgi Architektury (I Quattro Libri dell'Architettura), które inspirowały palladianizm w Anglii i Stanach Zjednoczonych.

Tyle mojej opowieści o Palladio. Więcej można doczytać w The Perfect House: A Journey with the Renaissance Master Andrea Palladio Witolda Rybczynskiego lub w internecie na stronie CISA
Powered by Blogger.